sobota, 31 grudnia 2016

Podsumowanie mijającego roku

Czas siąść i spisać co wydarzyło się w tym roku. 
Pod wieloma względami to był naprawdę dobry rok. Zrealizowałam jedno z marzeń, po trzech latach przerwy wydałam kolejną książkę. "Przepis na zbrodnię" przypadł czytelnikom do gustu, świadczą o tym ciekawe, błyskotliwe recenzje, dwa miesiące na liście bestsellerów empiku w kategorii kryminał, nagroda internautów portalu Granice.pl. dla najlepszej komedii kryminalnej na zimę oraz liczne rozmowy z czytelnikami.
Niezapomnianym przeżyciem były dla mnie spotkania w czasie Krakowskich Targów Książki i możliwość osobistego spotkania z  koleżankami i znajomymi z mediów społecznościowych. To były fantastyczne chwile i tylko żal, że miałam tak mało czasu. Być może w przyszłym roku będzie okazja by ponownie się spotkać. 
Miałam też okazję uczestniczyć w dużym i interesującym projekcie - "Legenda szyta na miarę, oświęcimska legenda XXI wieku". Ten projekt zmienił moje myślenie, dość tradycyjne na temat naszej literackiej spuścizny i pozwolił na świeże spojrzenie. A to oznacza, że jeszcze wrócę do tematu i będzie się działo. Fascynacja Legendami Allegro nadal trwa.
Napisałam następną książkę, kiedy ją wydam, tego nie wiem, ale kończę kolejną, więc wszystko przede mną:)

Dziękuję Czytelnikom, że czytają książki polskich autorów, w tym moje. Kupują, ale także wypożyczają. Ucieszyłam się czytając wiadomość potwierdzającą, że wyznaczone biblioteki zanotowały wypożyczenia moich książek i w związku z tym pewna kwota za te wypożyczenia wpłynie na moje konto. Było to rozliczenie za 2015 rok, długo przed wydaniem obecnego w wielu bibliotekach "Przepisu na zbrodnię". 
Powoli, ale konsekwentnie staram się realizować kolejne plany. Nie wszystko wychodzi, jak w życiu, ale to marzenia są naszą siłą napędową. Dlatego życzę Wam  wielu wspaniałych marzeń i odwagi, by je realizować.



piątek, 23 grudnia 2016

Życzenia świąteczne :)





Rok mija i znowu nadchodzą Święta Bożego Narodzenia, piękne w swej prostocie i magii bliskości. Cieszymy się obecnością najbliższych, wspominamy tych, którzy odeszli, rozmawiamy, odpoczywamy zasłuchani w słowa ulubionej kolędy. 

Myślę, że każdy z nas na swój sposób przeżywa czas Bożego Narodzenia. 

Życzę i Wam i sobie, by ten czas przebiegał w spokoju nieskażonym waśniami i różnicą zdań, by polityka, tak bardzo obecna ostatnio w naszym życiu zeszła na ostatni plan, a każdy otrzymał swój wymarzony prezent.


Wesołych Świąt 


niedziela, 18 grudnia 2016

Wspomnienie o babci Rozalii

Śnieg oprószył dachy pobliskich domów, jest zimno i mało przyjemnie. Wiadomości nie nastrajają optymistycznie, wspomnienie pełnych zawirowań grudniów powraca. A przecież człowiek do życia nie potrzebuje zbyt dużo. Spokoju, poczucia bezpieczeństwa, ciepłego posiłku. Świadomości, że jest się potrzebnym. 
Chandra mnie dopadła, wiatr wyciska łzy z moich i tak już czerwonych od płaczu oczu. Bezradność, rzadko czuję się bezradna, ale się zdarza. Niestety. I gdy już myślę, że czas się zwijać, a dewiza "umierać tylko w ostateczności" jest tylko napuszonym sloganem, bo wiadomo, że jak przyjdzie na mnie czas to niewiele będę miała do powiedzenia, przypominam sobie babcię Rozalię. 
Babci Rozalii już od lat nie ma wśród nas, ale  wspomnienie  przychodzi znienacka, tkwi jak drzazga i już wiem, że muszę o niej napisać. 

Babcię Rozalię poznałam ćwierć wieku temu, gdy w czasie wykonywania obowiązków zawodowych, brnąc przez metrowe zaspy dotarłam do drewnianej chaty na skraju wsi. Dach chałupy uginał się pod naporem śniegu, drewniane okiennice chwiały się na wietrze. Chylące się ku upadkowi resztki płotu ginęły w bieli. Było mroźne, grudniowe przedpołudnie. Gdy wychodziłam do pracy temperatura dochodziła do -15 stopni. Gdy dotarłam do ostatniego domu w spisie  byłam zesztywniała z zimna, na policzkach zamarzały mi łzy, a ja marzyłam żeby się ogrzać.
Droga do chałupy była odśnieżona, więc mogłam swobodnie dojść do drzwi zza których dobiegało szczekanie psa. Widać wyczuł obecność kogoś obcego. Liche drzwi zbite z desek nie stanowiły dostatecznej bariery od mrozu, a jednak gdy się otworzyły buchnęło na mnie ciepło. 
W drzwiach zobaczyłam starszą kobietę, gdy wyjaśniłam w jakiej sprawie przyszłam wpuściła mnie do środka.
Babcia Rozalia miała już po osiemdziesiątce, a za sobą ciężkie życie.Wiele lat temu uległa wypadkowi i odtąd poruszała się zgięta wpół, prawie pod kątem prostym. Usiadłyśmy przy stole nakrytym ceratą, babcia postawiła czajnik na węglowym piecu i podłożyła, żeby się dobrze paliło. Przy piecu wylegiwał się nieduży piesek, czujnie przyglądający się, czy ukochanej pani nic nie zagraża. W kącie kuchni miały swoją zagródkę trzy kury, babcia przeniosła je z kurnika żeby nie zmarzły. Z każdego kąta wyzierała bieda, ale babcia Rozalia mówiła, że najważniejsze to móc sobie samemu radzić, dopóki starczy sił. Bo trzeba drewno porąbać, w piecu rozpalić, wodę ze studni przynieść, odgarnąć śnieg, ugotować obiad, dać psu i kurom jeść. Posprzątać w chałupie i uprać. Przeżyć. Przetrwać kolejny dzień. Tydzień. Miesiąc. I tak od lat. 
Babcia Rozalia była sama, nie wiem, może gdzieś w świecie żyły jej dzieci albo wnuki. Nie zapytałam.
Ale wiem, że najważniejsze to przeżyć. W zgodzie ze sobą i własnym sumieniem.

sobota, 17 grudnia 2016

Iwona Banach "Maski zła" wspomnienie budyniu



W jakiś czas potem znaleziono trzecie zwłoki" - od tego zdania zaczyna się wstrząsają opowieść o ludziach mieszkających w normalnym miasteczku.  Takim zwykłym, niewielkim, prowincjonalnym, aż do bólu swojskim.
 Czy tam może panować Zło?
 Zazwyczaj rzeczy złe dzieją się poza nami, gdzieś tam, daleko, w jakiejś Ameryce, albo co najmniej mieście wojewódzkim. Tragedie, o których ludzie czytają wstrzymując oddech i sapiąc w świętym oburzeniu, bo to zgroza, co się na tym świecie wyrabia! panie sąsiedzie.
A za przysłowiową miedzą? W takim niewielkim Zawiszynie?
"Wszyscy na posterunku zdali sobie sprawę, że to nie będzie wcale to o czym marzyli i w co usiłowali wierzyć".
Jak wiadomo jeżeli po dwóch morderstwach z podobnym modus operandi następuje trzecie, należy wziąć pod uwagę, że w okolicy pojawił się seryjny morderca. A tego nikt nie lubi.
 Policja - bo na pewno przyślą kogoś z zewnątrz.
Mieszkańcy - bo strach wyjść na ulicę.
 Ci, którzy mają coś na sumieniu - bo nigdy nie wiadomo co wyjdzie na jaw, a dawno popełnione grzechy uznano za niebyłe. 
Wszystko do czasu...
Trzy ofiary morderstwa, trzy starsze, pobożne kobiety jakąś część swojego życia poświęciły pracy w Instytucie. 
Czy coś je  łączyło? Trudno dociec.
Co naprawdę działo się w Instytucie, o którym nikt nie chce mówić zasłaniając się niepamięcią, czarną dziurą i innymi wątpliwej jakości wymówkami. 
Aspirant Małecki - człowiek z zewnątrz usiłuje rozplątać siatkę powiązań i z niedomówień sklecić jakiś w miarę czytelny obraz wydarzeń sprzed lat. Słusznie sądzi, że dzięki temu uda mu się chociażby w minimalnym stopniu zrozumieć czas teraźniejszy. 
Paulina Orczak - lokalna dziennikarka ma zamiar wypłynąć na zbrodni i zrobić karierę w wielkim dziennikarskim świecie. 
Francuzka mieszkająca w Instytucie chce zmierzyć się ze wspomnieniami.
Nie ona jedna.
 Czy pomyśleliście jak ważna jest pamięć z dzieciństwa? Czy lubiłam budyń? Nie wiem, nie pamiętam. Gdybym sobie przypomniała, byłoby mi łatwiej. 
Mam ochotę na budyń, wiem, że lubię - nie zdawałam sobie sprawy, że dla kogoś może to być ważne. Ale jest, ponieważ budyń, to symbol pamięci długotrwałej, tego co się kiedyś wydarzyło. Nie pamiętam, więc jakby mnie wtedy nie było.
Instytut, tak naprawdę niepubliczna placówka opiekuńczo-lecznicza dla niepełnosprawnych dzieci. Opustoszały po pożarze, który zdarzył się ponad dwadzieścia lat temu. 
I Katarzyna... Katarzyna, której jest więcej niż by się wydawało, Katarzyna uosabiająca gorycz, ból, poniewierkę, totalne odrzucenie przez społeczeństwo, które jak te przysłowiowe małpki nie widzi, nie słyszy i nie mówi, tym samym akceptując stan rzeczy. 
I niestety tak jest. 
Przeczytajcie, problemy poruszone w "Maskach zła" na pewno zostaną z wami na długo.
Polecam 
Iwona Mejza



"Maski zła" Iwona Banach 
Gatunek: thriller
Wydawnictwo Szara Godzina

"Biały trop" Emelie Schepp


"Dziewczynka siedziała w milczeniu, spoglądając na talerz z jogurtem i pokrojonymi w plasterki truskawkami. Wsłuchiwała się w pobrzękujące o porcelanę sztućce, słyszała jak matka i ojciec jedli śniadanie." (str.1)


W zeszłym roku miałam przyjemność przeczytać i zrecenzować pierwszą część historii tajemniczej prokurator Jany Berzelius. Recenzja Tutaj. Z radością na okładce drugiego tomu ujrzałam fragment tamtej recenzji.  











Nie wiedziałam czego mogę się spodziewać i prawdę mówiąc miałam obawy czy nowe śledztwo pani prokurator wciągnie mnie tak samo jak to pierwsze.
Ale o co chodzi i dlaczego książki Emelie Schepp sprzedają się w takich nakładach?
Być może  chodzi o tę aurę tajemniczości, niewyjaśnionych zagadek pochodzenia dziewczyny i powiązania z ...
A może nie.
Dwie młode dziewczyny ulegają urokowi łatwego zarobku i wyruszają w daleką podróż. Jedna z nich zostawia w domu małą siostrzyczkę. To dla niej ryzykuje, by zapewnić dziecku w miarę spokojne życie. Jeszcze tylko podróż pociągiem, meta i stamtąd powrót do domu z zarobionymi pieniędzmi. 
Tylko że jedna z nich już nigdy nie wróci do domu.
I w tym momencie do sprawy wkracza prokurator Jana Berzelius, która będzie bezkompromisowo ścigała gang przemytników. Ale zanim to nastąpi Jana musi uregulować własne rachunki i zakończyć sprawę z Danilo. 
Matka, która chce dobrze, wiecznie kontrolujący córkę ojciec i sieć powiązań niezmienna od lat. Czy Janie uda się w końcu odnaleźć klucz do przeszłości i wyrównać rachunki?
O tym przekonajcie się sami.
Ja czekam na trzecią część serii - nie wszystko zostało wyjaśnione, a serie mają to do siebie, że przyciągają uwagę czytelników i nie pozwalają zapomnieć o głównych bohaterach fabuły, którzy z tomu na tom mają nam coraz więcej do zaoferowania.



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina

niedziela, 20 listopada 2016

"Marianna" - opowiadanie

Seria: Przysłowia polskie
W starym piecu diabeł pali.
Marianna

Mąż Marianny, Stanisław Obuch,  miał siedemdziesiąt lat i jak na swój wiek  serce miał w porządku. Przynajmniej on tak uważał.  Stan reszty organów był trudny do oceny, Stanisław  lekarzy unikał jak ognia, żadnymi badaniami głowy sobie nie zawracał. Żył dostatnio, bez zbytnich trosk, nie martwiąc się sprawami, na które wpływu nie miał.  Mężem  Marianny był od ponad trzydziestu lat i bardzo to sobie chwalił.
Lata całe rządził w sklepie mięsnym dzieląc tusze, okrawając tłuszcze i wpychając chabaninę mniej obeznanym z towarem klientom. Lubił swoją pracę,  a i pieniądze miał z niej niezgorsze, zwłaszcza, że apogeum jego prosperity przypadało na  lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte, gdy wokół nie było nic, a byle kawałek mięsa na kartki brany był z pocałowaniem ręki i nie tylko ręki, o czym Marianna wiedziała, ale dla własnej wygody i spokoju w domu, udawała, że nie wie co się dzieje na zapleczu sklepu.
Z czasem wpadła na pomysł, który okazał się zbawienny w skutkach, poradziła Staszkowi żeby zatrudnił pomocnika. Tłumaczyła, że to z  troski o jego zdrowie, a zaczynał już wtedy niedomagać na nogi i niedowidzieć. Niewiele brakowało żeby sobie paluchy grube jak serdelki tasakiem poodcinał.
     Coś było na rzeczy,  Stanisław nauczony doświadczeniem wiedział, że lepiej rad żony słuchać, zwłaszcza, że była od niego o całe piętnaście lat starsza i swoje w życiu przeszła.
Matlak Antoni napatoczył się zaraz w następnym tygodniu, tak jakby ta posada specjalnie na niego czekała. Wysoki, postawny, tęgi w barach, o umyśle dziecka, potulnie wypełniał polecenia szefa, a i z czasem  szefowej, która opiekowała się nim jak matka, a nawet babka, którą z racji różnicy wieku mogłaby być.

Lata mijały, Stanisław się starzał, Antoni wrósł w krajobraz sklepu mięsnego. Już nie wszystko było spod lady, a i kobiety coraz rzadziej spoglądały przychylnie w stronę Stanisława, któremu kałdun urósł, a i trzeci podbródek nie dodawał urody. W dodatku na starość stał się zgryźliwy i dokuczliwy, łupało go w kościach na zmianę pogody, przeszkadzało mu gadanie żony, wiecznie zaaferowanej wymienianiem ploteczek z sąsiadkami. Dzieci nie mieli to i wnuki  starości im nie umilały.
Żałował, że przeszedł na emeryturę i pozwolił panoszyć się w sklepie pomocnikowi, do którego coraz częściej zaglądała żwawa małżonka pod pozorem przypilnowania rachunków. On najczęściej siedział sam w domu i jadł, żona nadal gotowała dobrze. Tłusto, bez przypraw, tak jak lubił.

Marianna została wdową niespodziewanie, ale ku zawodowi licznych żałobników nie wpadła w histerię na pogrzebie, nie usiłowała rzucić się do świeżo wykopanego dołu, nie łkała rzewnymi łzami, tyle co uroniła dla przyzwoitości kilka łez i wsparta wdzięcznie o silne ramię Antoniego skupiła się na przyjmowaniu kondolencji.
Jak na swoje osiemdziesiąt pięć lat wyglądała zadziwiająco dobrze. Świeża cera, zaróżowiona. Lekki makijaż odmładzał ją.
Nie czekając na koniec żałoby wydała się za pomocnika męża i poczuła, że życie ma smak. Antoni był jej wdzięczny, miał dom i opiekę, obiady o szesnastej i przynoszący stabilne dochody sklep. Wystarczyło tylko poczekać rok, może dwa i te wszystkie dobra będą jego, a wtedy dopiero zacznie się dla niego życie. Z tą nadzieją Antoni odliczał następne lata przy boku Marianny. Starzał się, kurczył w sobie, a wyczekiwana swoboda nie nadchodziła. Wprawdzie nie mógł narzekać, nawet sąsiedzi po paru latach przestali zwracać uwagę na dziwną wiekiem parę, a Marianna nadal okazywała mu troskę, ale życie i spodziewane profity nadal były poza jego zasięgiem.
Kapcaniał i przestawało mu zależeć. Tak minęło następne dziesięć lat, a Marianna nigdzie się nie wybierała. Nadal od rana krzątała się przy piecu, z czasem była to nowoczesna płyta ceramiczna, nadal przed śniadaniem wypijała lampkę koniaku, i nadal miała apetyt na życie.
Antoni zmarł niespodziewanie, w czasie snu przyszedł rozległy wylew i Marianna ponownie została wdową.
Na pogrzeb przyszło wielu ciekawskich, wdowa dumnie wyprostowana trzymała się dzielnie, ot kilka łez mimochodem spłynęło jej po policzkach, nadal jak przed laty apetycznie zaróżowionych.
Skończyła dziewięćdziesiąt pięć lat i zamierzała jeszcze cieszyć się życiem. Koniak z samego rana wpływał na nią zbawiennie, zalecony przez lekarza jako środek na podniesienie ciśnienia do sto czwartego roku życia spełniał swoje zadanie.
Być może starsza pani żyłaby jeszcze, gdyby nie pech. Wśród rozgardiaszu przygotowań do wigilii ostatnia butelka jej ulubionego trunku ujrzała dno. Marianna nie namyślając się porzuciła ulubione czynności kulinarne,  otrzepała dłonie z mąki  i narzuciła na ramiona   pelisę, uprzednio  wdziawszy ulubione kozaczki na obcasie. Ubioru dopełniła wełniana czapeczka zakupiona niegdyś na wyprzedaży. Ach! Gdybyż Marianna sięgnęła po obłożoną naftaliną czapę z lisa. Być może uratowałaby jej życie. A tak…
Drogę do sklepu pokonała pewnie, podpierając się  parasolem zakończonym szpikulcem. Marianna gardziła laskami, widomą oznaką starości i niedołęstwa. Sprawnie dotarła do swojego ulubionego sklepu doskonale zaopatrzonego w trunki. Ustrojone świątecznie wystawy przyciągały wzrok, a migające światełka odbijały się w pierwszej warstwie śniegu pokrywającej przysklepowy chodnik. Śnieg sypał równo, obejmując w posiadanie całą okolicę i sygnalizując nadejście prawdziwej, nie tylko kalendarzowej zimy.  Marianna kupiła butelkę Martella i zadowolona wyszła z ciepłego wnętrza. Zamknęła drzwi do sklepu, zeszła dwa stopnie i na chwilę, dla złapania oddechu,  przystanęła na schodach. Nieskalanie białe płatki zawirowały wokół jej czapeczki, a Mariannie przypomniał się czas dzieciństwa. Zadarła głowę  i otworzyła usta. Leciutko wysunęła język czekając aż poczuje na nim delikatne muśnięcie śnieżnego płatka. Zawirowało wokół, a Marianna poczuła jak mroźne powietrze omiata jej dziecięcą buzię. Miała sześć lat i znowu zjeżdżała saneczkami z górki u Małeckich prosto w wielką zaspę śniegu. Bum! Upadła, tak jak wtedy upadała z sanek bez oparcia, a sanki wbijały się w tę ścianę śniegu. Zawsze chwilę leżała, czekając aż z góry dojdą do niej zaniepokojone okrzyki koleżanek. Pewna, że wzbudziła zainteresowanie podnosiła się powoli, z granatowego płaszczyka  strzepywała grudki mokrego śniegu. Zawsze umiała dobrze wylądować.
Tylko nie dzisiaj.





środa, 9 listopada 2016

Spotkanie autorskie w Galerii Książki w Oświęcimiu

W piątek - czwartego listopada, odbyło się moje spotkanie autorskie z Czytelnikami z Oświęcimia. Spotkanie poprowadził Tomasz Klimczak, dziennikarz Radia Oświęcim. 
Było mi bardzo miło, że mimo piątku, zimna i późnej pory mieszkańcom Oświęcimia chciało się wyjść z ciepłych domów żeby się ze mną spotkać w przestronnej, przeznaczonej dla ponad stu osób Auli św. Wawrzyńca.
Tomasz Klimczak wypytywał - ja odpowiadałam :) a do zadawania pytań włączyli się też goście. Przy podpisywaniu książek długo rozmawialiśmy i najbardziej wzruszyły mnie przesympatyczne dziewczyny z jednej z oświęcimskich szkół. Przyniosły do dedykacji  taki mini plakat z wydrukowaną okładką "Wyszedł z domu i nie wrócił" oraz moją, nieco młodszą podobizną.
Poniżej kilka zdjęć ze spotkania, pochodzą one ze strony Biblioteki Miejskiej w Oświęcimiu oraz ze strony Radia Oświęcim.





poniedziałek, 7 listopada 2016

Kilka chwil w Barcelonie

Udało mi się uruchomić starego lapka. Biedak ledwo dyszy, rzężąc co jakiś czas przeraźliwie, ale klikam po kolei w ikonki i przesyłam pocztą ważne pliki. Z radością odnalazłam zdjęcia sprzed dziewięciu lat, Barcelona zachwycająca jak zawsze, Sagrada monumentalna i tajemnicza. Wspomnienia wracają ...

Dom Gaudiego

Prace trwają, widok oczywiście sprzed 9 lat

Pracownia modelarska wewnątrz Sagrady

W środku katedry ciągle błyskają flesze, kazdy chce uwiecznić jak najwięcej detali

Widok z wieży

Rzut okiem na Barcelonę

Pamiątkowe zdjęcie


To też Barcelona :) i nie tylko mój sentyment do dużych maszyn

środa, 2 listopada 2016

Lawendowe sny

 Lawenda wydziela  intensywną woń, która uspokaja i wycisza. Olejki eteryczne unoszą się w powietrzu, nadal w domu pachnie latem.
Od kilku lat w naszym ogrodzie rośnie lawenda. Rozkrzewia się, rozrasta obok innych kwiatów. W tym roku postanowiłyśmy zrobić z niej użytek praktyczny i przy okazji zatrzymać czas. Suszone kwiaty lawendy z glinianych garnków powędrowały do lnianych woreczków szytych ręcznie. Maszyny do szycia nadal nie oswoiłam. 
Projekt i wykonanie mojej mamy, osoby o nadzwyczajnej cierpliwości.
Moja pomoc ograniczyła się do szycia płóciennych woreczków i wsypywania do nich lawendy.
Efekt jest teraz taki, że mam lawendowe sny i z dnia na dzień przeobrażam się w romantyczkę. Czyżby to był wstęp do napisania romansu?
Nie planowałam, ale nigdy nie mów nigdy.
























niedziela, 30 października 2016

Targi Książki Kraków 2016 - podsumowanie

Pierwszy raz na Targach Książki w Krakowie byłam trzy lata temu, jeszcze w starej lokalizacji. Długa przerwa i oto okazuje się, że tym razem czeka mnie wyprawa na ulicę Galicyjską 9. Trafię pod każdy adres, więc i ten przypominający galicyjskie korzenie Krakowa przypadł mi do gustu. Ale zanim tam trafiłam...

Myślę, że wzięcie udziału w Targach Książki to marzenie większości autorów. Jedyna w swoim rodzaju atmosfera ekscytacji, możliwość spotkania oko w oko z czytelnikami, blogerami książkowymi i innymi autorami zapewnia wiele pozytywnych wrażeń i pozostawia po sobie bardzo miłe wspomnienia. 

Ale zanim dotarłam na miejsce z planem drogi w dłoniach minęło sporo czasu. Trochę zmęczona podróżą busem - zdecydowanie mój kręgosłup nie lubi busów - postanowiłam spacerem dojść do Galicyjskiej. Wiedziałam, że jest to parę kilometrów drogi, ale na myśl o jeździe kręciło mi się w głowie. Miałam sporo czasu w zapasie więc mogłam spokojnie zmierzać do celu. 
Po drodze minęłam park i udało mi się zrobić zdjęcie wiewiórce :)




A potem natknęłam się na takie oryginalne budowle przypominające mi domy z wieżyczkami rumuńskich królów cygańskich, tylko tam było więcej przepychu - te rynny miedziane zakończone gargulcami, tutaj poszli w ilość, a w zasadzie wysokość ;)


Na końcu trochę zmachana   dotarłam na teren Expo razem z falą młodzieży, młodszej i starszej, ale na pewno czytającej. Minęło nas mrowie ludzi wychodzących, azali było ich mrowie? Było. 
Niech mi nikt nie mówi, że ludzie w Polsce nie czytają. Oczywista oczywistość, że wielu ludzi nie czyta, nie czytali i nie będą czytali. Ani kijem, ani marchewką się ich nie zmusi. Ale naprawdę takich  tłumów czytających, rozprawiających, podekscytowanych spotkaniem z ulubionym pisarzem nie spodziewałam się. A jednak widać, że nie ma rzeczy niemożliwych. 
Stanęłam obok kolejki i sięgnęłam po telefon, przezornie miałam tam zapisany numer do przemiłej pani Agnieszki z Dictum. Wprowadziła mnie do środka, a ja zapadłam w tłum jak w masę i tak szłam dając się nieść prądowi. 
Stoisko Dictum C 56 malutkie, bardzo przytulne, mnóstwo serdeczności i życzliwości. I niespodzianka! W plebiscycie serwisu Granice.pl głosami internautów "Przepis na zbrodnię" został wybrany Najlepszą Książką na Jesień 2016 w kategorii "Komedia Kryminalna". Za wszystkie oddane głosy serdecznie dziękuję.
Pierwsze zdjęcie z prezesem Wydawnictwa Szara Godzina  Ireneuszem Godawą i autorem "Śmiertelnej rozgrywki" Janem Mostowikiem.


A potem spotkania z czytelnikami, blogerami książkowymi i znajomymi z przestrzeni wirtualnej.
Będę z sentymentem wspominała sobotę 29 października 2016 i z przyjemnością jeszcze kiedyś pojadę do Krakowa na święto literatury. Jeżeli nie jako autor, to na pewno jako czytelnik. 
Poniżej kilka zdjęć ze spotkań.







 Zdjęcia poniżej dzięki uprzejmości Kingi Kosiek z bloga Ogród Kwitnących Myśli :)





Bardzo dziękuję za wszystkie przemiłe spotkania. Na pewno jeszcze pojawią się zdjęcia i ciąg dalszy relacji. 
Napiszę o tym jak wracałam z Targów, a to temat może nie na powieśś, ale na opowiadanie ;)

środa, 26 października 2016

Saszetka pełna zapachu róż

Dwa lata temu zdobyłam się na policzenie wszystkich krzaków róż w naszym ogrodzie. Było ich dokładnie 39, a każda róża inna, od pysznie czerwonych, poprzez delikatne lila, herbaciane, żółte, różowe pnące, pomarańczowe - też pnące, białe - też pnące, a w zasadzie oplatające świerki, po białe wysmukłe łodygi. Tak prawdę mówiąc powinnam spisać je nazwami, które najczęściej brzmią bardzo poetycznie i romantycznie. 

Od lat suszymy róże do bukietów, suszymy także płatki róż, ale po raz pierwszy tegoroczne płatki otrzymały okrycie, specjalnie dla nich uszyte, ręcznie, przez moją Mamę. Na prezent dla wyjątkowej osoby :)
Pachnie upojnie, wygląda pięknie, trochę płatków nam zostało, więc zapewne powstanie jeszcze niejedna pachnąca saszetka :)
Przyznam się, że tym razem nie przyłożyłam palca do powstania tej robótki, ale wszystko przede mną, czas najwyższy przypomnieć sobie zasady szycia, szydełkowania i robót na drutach. Kiedyś szło mi całkiem nieźle. Ale, co muszę przyznać z pełną skromnością - Mama zawsze umiała mnie zakasować wykonaniem i pomysłem. Geny Babci Tekli, która potrafiła wydziergać, uszyć, zacerować, doszyć.... i co tam kto potrzebował.






Upojnie pachnące płatki róż
 Róże z naszego ogrodu :)







niedziela, 16 października 2016

Zasuszone bukiety - wspomnienie lata



Gdy przemija czas bukietów z ogrodu - konwalii oszałamiająco pachnących, bzów białych i w różnistych odcieniach bzowych, bratków, prymul, kosaćców, piwonii, róż w całej ich gamie, mieczyków, astrów, malw, cynii, niezapominajek.... długo by wymieniać, pozostają na jesień, zimę, aż do wiosny, bukiety z suszonych kwiatów, kompozycje mniej lub bardziej udane, ale własne. 
Jeszcze mnóstwo kwiatów czeka na ułożenie. Wieniec na drzwi i hortensje w białych koszach z wikliny, zawsze udaje mi się odnaleźć zapomniane koszyki, pojemniki, kobiałki, gdzieś w przestrzeni strychu poutykane. Maluję je na biało albo na kolorowo, zależy jaką farbę mam pod ręką i znowu cieszą oczy. 

Na zdjęciach poniżej kompozycja, na którą co jakiś czas zerkam pisząc następną książkę.

Suszone kwiaty Bugenvilli i zielone szkiełko na szczęście