sobota, 16 kwietnia 2016

Grządki i pierwsza burza

Tak, tak, kwiecień to czas siania i sadzenia. Ponad tydzień temu skopałam ziemię, wyczyściłam żeby przygotować pod grządki. 
I dzisiaj dokończyłam ten pierwszy etap pracy. Cztery grządki gotowe. Na groszek pachnący, dla ozdoby, na cebulę i groszek Cud Kalwedonu - piękna nazwa swoją drogą. Poza tym marchewka, pietruszka, koper, sałata i co pod rękę podejdzie. Oczywiście grządek przybędzie, odpowiednie miejsce w ogrodzie czeka na zagospodarowanie. 
A dla przyjemności  moje ulubione miejsce w ogrodzie, magnolia i ekiant, czas kwitnienia. 




A i czas burz, dzisiaj zawitała do nas pierwsza wiosenna burza. Lekki deszczyk skropił jeszcze  nawilgłą po przedwczorajszej ulewie ziemię, zagrzmiało porządnie, piorun uderzył blisko, spłoszone ptaki poderwały się do panicznej ucieczki, zawirowały przed oknem. 
Jak szybko burza przyszła, choć czuć było w dusznym powietrzu, że coś się kroi, tak szybko poszła oznajmić swoje nadejście w dalszym rejonie Małopolski. 
A ja tak nie lubię burz...

wtorek, 12 kwietnia 2016

Wspomnienie o dziadku Józefie

Każdy z nas ma swoje ważne daty. Urodziny bliskich, imieniny, dzień w którym On poznał Ją, albo te najtrudniejsze do oswojenia, daty, gdy coś się skończyło. 
Daty rozstań, daty śmierci, często nazywanej dość oględnie "odejściem". 
Z czasem zaczynamy zapominać, istota, ważność dat zaciera się, wspomnienia stają się mniej wyraźne. Wiemy, że wtedy, tamtego dnia, w marcu, wrześniu czy grudniu wydarzyło się coś ważnego. Co to było? Niech pomyślę.... 
I mnie przydarzyło się takie zatarcie daty ważnej, jednej z tych, o których się pamięta. A jednak. 
Pasmo nocnych dyżurów wycieńczało, oczy same się zamykały, a czekanie na nieuniknione powodowało ogromny stres, ten skurcz czekania, który kosztuje nas o wiele więcej niż sam fakt. 
Siedziałam przy łóżku dziadka Józefa i widziałam jak powoli odchodzi. To było moje pierwsze doświadczenie, pierwsze pożegnanie. Potem było ich tak wiele, ale tamto długo było moją traumą. 
O 4:30 nad ranem dziadek westchnął po raz ostatni i umarł. Jedenastego kwietnia, dokładnie ćwierć wieku temu. A ja pamiętam tamten dzień, jakby to było niedawno, może rok, dwa. 
Trzymałam dziadka za rękę, jeszcze ciepłą i nie wiedziałam co się robi w takich sytuacjach. 
Potem wstałam, mama z babcią zostały przy dziadku, i poszłam do kuchni zrobić herbatę. Uznałam, że herbata, dobra, mocna, jest nam teraz najbardziej potrzebna. 
Przyjechał lekarz z pogotowia, ten sam, który zawsze przyjeżdżał, pożegnał się ze swoim pacjentem, pomodlił. A potem....
Potem pamiętam pogrzeb i tłum ludzi i mojego wujka, który ścisnął mnie za ramię i powiedział:
- Nie płacz, ludzie na nas patrzą!
To była cenna nauka. 
Nieraz w momentach gdy wali się mój świat przypominam sobie wujkowe "Nie płacz, ludzie na nas patrzą" i powstrzymuję się z okazywaniem emocji. 
Zeszły tydzień zabiegany, ciągle coś musiałam zrobić na już. I myślałam o tym jedenastym kwietnia. Dlaczego to jest dla mnie taka ważna data, że siedzi w pamięci? Nie pamiętałam. 
W poniedziałek, wczoraj, poszłam na cmentarz. Klapki pamięci zdążyły mi się otworzyć i mogłam znowu pożegnać się z dziadkiem Józefem, powspominać. 
Na cmentarzu pustki, zimny wiatr wdzierał się między moje włosy, parę łez spadło mi na policzki i przylgnęło do zlodowaciałej skóry. 
Mogłam sobie pozwolić na moment wzruszenia.
Dziadek Józef w swoim żywiole - ogród, miejsce ukochane.

czwartek, 7 kwietnia 2016

J.Thorwald "Ginekolodzy" Wilhelm Mensinga

Mam wielki szacunek dla wkładu  Thorwalda w szerzenie wiedzy na temat osiągnięć medycyny. Tego w jaki sposób opisuje mozolne, niejednokrotnie nieudane próby zrozumienia genezy choroby, nazwania jej, zbadania wszystkich okoliczności jej powstania i szukania ratunku. Pamiętamy, że przez setki lat sekcje zwłok były zakazane, a medycy, którzy się na nie decydowali ryzykowali śmiercią. Jak więc mieli poznać co siedzi we wnętrzu człowieka. Jak zbadać niewidziane? 
Radzili sobie w różny sposób, ale o metodach napiszę przy omawianiu "Stulecia chirurgów". Dzisiaj skupimy się na "Ginekologach".
Ta książka to gorzkie, ale prawdziwe podsumowanie cierpień i bezradności kobiet skazanych na pozbawione prawdziwej wiedzy medycznej leczenie. Przez lata umierały w mękach, rodziły przez wiele dni i umierały, a jeżeli przeżyły nie były zdolne do pełnego powrotu do normalnego funkcjonowania. Co nie przeszkadzało, by zachodziły w kolejną, zagrażającą ich życiu ciążę. 
Ale jak wszędzie tak i w ginekologii pojawiały się promyki nadziei na lepsze jutro i zdarzali się lekarze, którzy nad widowiskowość swoich operacji (wyobraźcie sobie kobietę leżącą na deskach stołu, z rozciągniętymi na boki nogami przywiązanymi do nóg tego stołu, półprzytomną ze strachu i wstydu, bez znieczulenia i pochylającego się nad nią lekarza szczycącego się najlepszym wynikiem w szybkości wycinania macicy, wokół tłum obserwatorów ) przedkładali  dobro kobiety i autentycznie z pełną troską pochylali się nad jej problemami. Często punktem zapalnym była śmierć bliskiej osoby, żony, matki, kuzynki. 
"Gdy pojawiali się lekarze chcący ulżyć pacjentkom, stawali się tematem kpin, tracili prawo wykonywania zawodu, trafiali przed sąd. Innych chciano wieszać. Konserwatyści wołali, że kobieta ma rodzić w bólu. I że badanie lekarskie powinno być przyzwoite, a lekarz ma nosić specjalną opaskę na oczach."

Rozdział 12 nosi tytuł: "Antykoncepcja - dr Wilhelm Mensinga we Flensburgu".


Jednym z powodów do działania na polu antykoncepcji stało się dla niego ogłoszenie, które brzmiało tak: 
Z niezbadanej woli boskiej zmarła dziś w połogu moja droga, ukochana małżonka Theresa, w wieku zaledwie trzydziestu dwóch lat. [...] Nieutuleni w żalu, otaczamy z dziesiątką dzieci jej trumnę. N.N.Petriabauer.
Był rok 1873, w swych notatkach doktor Mensinga naukę o rozmnażaniu, która zabraniała zapobiegania ciąży  nazwał: "zalegalizowanym morderstwem na tle seksualnym."
Wilhelm Mensinga miał trzydzieści siedem lat, gdy wywołał trwającą do dziś wojnę o kontrolę urodzin. Doświadczony boleśnie przez życie, pierwsza, ukochana żona Eliza zmarła na gruźlicę po urodzeniu dziewczynki. Ciąża zaostrzyła przebieg choroby i medycyna nie miała dla Elizy ratunku.
Pierwsze dziecko, mały Jan pozostał bez matczynej opieki. Mensinga spełnił życzenie umierającej żony i poślubił jej siostrę Christine. 
Od 1871 roku obowiązywał paragraf 218 kodeksu karnego Rzeszy Niemieckiej, który dla każdej kobiety usuwającej ciążę przewidywał karę wiezienia lub ciężkiego więzienia. 
Dramaty kobiet rozgrywające się w czterech ścianach domów zazwyczaj kończyły się ich  śmiercią, za którą szła zmowa milczenia. Z czasem Mensinga zyskał zaufanie kobiet, a jego notatniki wypełniały się opisami samoaborcji. Kobiety będące u kresu sił usuwały ciąże jedna za drugą, wiele razy. Próbowały okładać pięściami podbrzusze albo dźgać macicę drutami do robótek ręcznych. Dokładnej liczby tych przypadków nie sposób określić ponieważ aborcja uchodziła za grzech jeszcze cięższy niż onanizm.(str.152)
"W roku 1873 Mensinga wciągnął w swoje poszukiwania (bezpiecznego środka antykoncepcyjnego) producenta instrumentów chirurgicznych z Flensburga, Friedrichsena. Wspólnie przygotowali pesarium. Pesarium było lekkim gumowym kapturkiem ze sprężynującym brzegiem. 
Z czasem okazało się, Mensinga testował użyteczność pesarium na swych pacjentkach ucząc je jego stosowania i kontrolując efekty, że potrzeba pięciu różnych rozmiarów kapturków, aby w każdym przypadku zapewnić odpowiednie zamknięcie.
W 1881 roku był pewny, że konstruując pesarium zamykające wynalazł pierwszy środek antykoncepcyjny, dlatego uznał, że najwyższy czas by tym osiągnięciem podzielić się ze światem.
Nie miał pojęcia na co się decyduje...

cdn.

wtorek, 5 kwietnia 2016

Kristina Ohlsson "Srebrny chłopiec"

Ponownie spotykamy się z dziećmi z Ahus. 
Przyszła zima, a z zimą przyszły problemy. Miasteczko nie przyciąga zbyt wielu turystów, restauracja prowadzona przez rodziców Aladdina przestaje przynosić zyski. Do portu zawija statek z uchodźcami z Syrii. Uchodźcy nie chcą zejść ze statku,  boją się, że natychmiast trafią do specjalnych ośrodków. 
Z restauracji zaczyna znikać jedzenie, a tata Aladdina coraz częściej mówi o powrocie do Turcji. Aladdin, Billy i Simona  postanawiają złapać złodzieja i przekonać tatę do pozostania w Szwecji. 
Wśród śnieżycy i narastającego zimna niełatwo prowadzi się śledztwo. Do jednej tajemnicy dołącza następna, Aladdin coraz częściej widuje nietypowo ubranego chłopca, który kręci się w okolicy wieży ciśnień. 
Czy chłopiec chce odnaleźć zaginiony skarb? Podobno dawno temu  w miejscu wieży ciśnień stał warsztat złotnika, z którego skradziono ogromne zapasy srebra.
Czy po tylu latach jest szansa na odnalezienie miejsca ukrycia skarbu?
I kim jest srebrny chłopiec?


I znowu tajemnica przeplata się z tajemnicą, a dzieci jednoczą się by pomóc Aladdinowi. 
Kwestia uchodźców niełatwa, ale wpisująca się w atmosferę. Autorka mądrze i z wyczuciem pokazuje powody opuszczenia ogarniętego przez wojnę kraju. Brak poczucia bezpieczeństwa, ogromne zagrożenie nie tylko wobec dorosłych, ale także wobec dzieci, chęć chronienia najmłodszych za wszelką cenę i wartość każdej pomocy, trudną do przeliczenia na pieniądze. 

Świetnie poprowadzona akcja, z logicznym wyjaśnieniem wszystkich zdarzeń w finale. 
Książka, którą warto przeczytać. Polecam.



Kristina Ohlsson "Srebrny chłopiec"
Tłumaczyła ze szwedzkiego Anna Topczewska 


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina 

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Kristina Ohlsson "Szklane dzieci"

Solidne, twarde okładki, piękne, dopracowane w każdym calu wydanie. 
"Szklane dzieci" to pierwsza część przygód sympatycznej Billie i jej przyjaciół. Zaznaczmy - przygód z niemałym dreszczykiem. 
Jest przygoda, jest tajemnica i to "coś" co sprawia, że z przyjemnością i niecierpliwością czekamy na następne tomy serii.
Ale zacznijmy od pierwszej części:
Billie czuła, że z domem jest coś nie w porządku, ale mamie Billie dom przypadł do gustu i zdecydowała, że w czasie wakacji przeprowadzą się do niego. 
Nadszedł czas zmian. Ojciec Billie zmarł i już nic nie było takie jak kiedyś.
Nowy dom straszył ścianami pomalowanymi niebieską farbą, która łuszczyła się i pokazywała swoją żółtą poprzedniczkę. 
Nocami coś stukało w okna, a rzeczy ustawione przez Billie zmieniały miejsce. Na dodatek lampa w salonie kołysała się bez powodu. 
Kiedyś w domu mieszkały dzieci, potem coś się wydarzyło....
Billie i jej nowy kolega Aladdin zamierzają wyjaśnić tajemnicę starego domu. Pomaga im w tym przedsięwzięciu Simona, koleżanka Billie ze szkoły. 
A z nieocenioną pomocą przychodzi dzieciom pewna starsza pani...
Strata i próba ułożenia sobie życia na nowo, w miejscu, które mama Billie pamięta z dzieciństwa. Próba wyjaśnienia czy w domu naprawdę straszy, a jeżeli  straszy, to dlaczego? 
I kim są, czy też kim były szklane dzieci?
Odpowiedź na te wszystkie pytania znajdziecie w książce. Czeka Was świetna przygoda.

Polecam :)
Kristina Ohlsson
Tłumaczyła ze szwedzkiego Anna Topczewska



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina