niedziela, 20 listopada 2016

"Marianna" - opowiadanie

Seria: Przysłowia polskie
W starym piecu diabeł pali.
Marianna

Mąż Marianny, Stanisław Obuch,  miał siedemdziesiąt lat i jak na swój wiek  serce miał w porządku. Przynajmniej on tak uważał.  Stan reszty organów był trudny do oceny, Stanisław  lekarzy unikał jak ognia, żadnymi badaniami głowy sobie nie zawracał. Żył dostatnio, bez zbytnich trosk, nie martwiąc się sprawami, na które wpływu nie miał.  Mężem  Marianny był od ponad trzydziestu lat i bardzo to sobie chwalił.
Lata całe rządził w sklepie mięsnym dzieląc tusze, okrawając tłuszcze i wpychając chabaninę mniej obeznanym z towarem klientom. Lubił swoją pracę,  a i pieniądze miał z niej niezgorsze, zwłaszcza, że apogeum jego prosperity przypadało na  lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte, gdy wokół nie było nic, a byle kawałek mięsa na kartki brany był z pocałowaniem ręki i nie tylko ręki, o czym Marianna wiedziała, ale dla własnej wygody i spokoju w domu, udawała, że nie wie co się dzieje na zapleczu sklepu.
Z czasem wpadła na pomysł, który okazał się zbawienny w skutkach, poradziła Staszkowi żeby zatrudnił pomocnika. Tłumaczyła, że to z  troski o jego zdrowie, a zaczynał już wtedy niedomagać na nogi i niedowidzieć. Niewiele brakowało żeby sobie paluchy grube jak serdelki tasakiem poodcinał.
     Coś było na rzeczy,  Stanisław nauczony doświadczeniem wiedział, że lepiej rad żony słuchać, zwłaszcza, że była od niego o całe piętnaście lat starsza i swoje w życiu przeszła.
Matlak Antoni napatoczył się zaraz w następnym tygodniu, tak jakby ta posada specjalnie na niego czekała. Wysoki, postawny, tęgi w barach, o umyśle dziecka, potulnie wypełniał polecenia szefa, a i z czasem  szefowej, która opiekowała się nim jak matka, a nawet babka, którą z racji różnicy wieku mogłaby być.

Lata mijały, Stanisław się starzał, Antoni wrósł w krajobraz sklepu mięsnego. Już nie wszystko było spod lady, a i kobiety coraz rzadziej spoglądały przychylnie w stronę Stanisława, któremu kałdun urósł, a i trzeci podbródek nie dodawał urody. W dodatku na starość stał się zgryźliwy i dokuczliwy, łupało go w kościach na zmianę pogody, przeszkadzało mu gadanie żony, wiecznie zaaferowanej wymienianiem ploteczek z sąsiadkami. Dzieci nie mieli to i wnuki  starości im nie umilały.
Żałował, że przeszedł na emeryturę i pozwolił panoszyć się w sklepie pomocnikowi, do którego coraz częściej zaglądała żwawa małżonka pod pozorem przypilnowania rachunków. On najczęściej siedział sam w domu i jadł, żona nadal gotowała dobrze. Tłusto, bez przypraw, tak jak lubił.

Marianna została wdową niespodziewanie, ale ku zawodowi licznych żałobników nie wpadła w histerię na pogrzebie, nie usiłowała rzucić się do świeżo wykopanego dołu, nie łkała rzewnymi łzami, tyle co uroniła dla przyzwoitości kilka łez i wsparta wdzięcznie o silne ramię Antoniego skupiła się na przyjmowaniu kondolencji.
Jak na swoje osiemdziesiąt pięć lat wyglądała zadziwiająco dobrze. Świeża cera, zaróżowiona. Lekki makijaż odmładzał ją.
Nie czekając na koniec żałoby wydała się za pomocnika męża i poczuła, że życie ma smak. Antoni był jej wdzięczny, miał dom i opiekę, obiady o szesnastej i przynoszący stabilne dochody sklep. Wystarczyło tylko poczekać rok, może dwa i te wszystkie dobra będą jego, a wtedy dopiero zacznie się dla niego życie. Z tą nadzieją Antoni odliczał następne lata przy boku Marianny. Starzał się, kurczył w sobie, a wyczekiwana swoboda nie nadchodziła. Wprawdzie nie mógł narzekać, nawet sąsiedzi po paru latach przestali zwracać uwagę na dziwną wiekiem parę, a Marianna nadal okazywała mu troskę, ale życie i spodziewane profity nadal były poza jego zasięgiem.
Kapcaniał i przestawało mu zależeć. Tak minęło następne dziesięć lat, a Marianna nigdzie się nie wybierała. Nadal od rana krzątała się przy piecu, z czasem była to nowoczesna płyta ceramiczna, nadal przed śniadaniem wypijała lampkę koniaku, i nadal miała apetyt na życie.
Antoni zmarł niespodziewanie, w czasie snu przyszedł rozległy wylew i Marianna ponownie została wdową.
Na pogrzeb przyszło wielu ciekawskich, wdowa dumnie wyprostowana trzymała się dzielnie, ot kilka łez mimochodem spłynęło jej po policzkach, nadal jak przed laty apetycznie zaróżowionych.
Skończyła dziewięćdziesiąt pięć lat i zamierzała jeszcze cieszyć się życiem. Koniak z samego rana wpływał na nią zbawiennie, zalecony przez lekarza jako środek na podniesienie ciśnienia do sto czwartego roku życia spełniał swoje zadanie.
Być może starsza pani żyłaby jeszcze, gdyby nie pech. Wśród rozgardiaszu przygotowań do wigilii ostatnia butelka jej ulubionego trunku ujrzała dno. Marianna nie namyślając się porzuciła ulubione czynności kulinarne,  otrzepała dłonie z mąki  i narzuciła na ramiona   pelisę, uprzednio  wdziawszy ulubione kozaczki na obcasie. Ubioru dopełniła wełniana czapeczka zakupiona niegdyś na wyprzedaży. Ach! Gdybyż Marianna sięgnęła po obłożoną naftaliną czapę z lisa. Być może uratowałaby jej życie. A tak…
Drogę do sklepu pokonała pewnie, podpierając się  parasolem zakończonym szpikulcem. Marianna gardziła laskami, widomą oznaką starości i niedołęstwa. Sprawnie dotarła do swojego ulubionego sklepu doskonale zaopatrzonego w trunki. Ustrojone świątecznie wystawy przyciągały wzrok, a migające światełka odbijały się w pierwszej warstwie śniegu pokrywającej przysklepowy chodnik. Śnieg sypał równo, obejmując w posiadanie całą okolicę i sygnalizując nadejście prawdziwej, nie tylko kalendarzowej zimy.  Marianna kupiła butelkę Martella i zadowolona wyszła z ciepłego wnętrza. Zamknęła drzwi do sklepu, zeszła dwa stopnie i na chwilę, dla złapania oddechu,  przystanęła na schodach. Nieskalanie białe płatki zawirowały wokół jej czapeczki, a Mariannie przypomniał się czas dzieciństwa. Zadarła głowę  i otworzyła usta. Leciutko wysunęła język czekając aż poczuje na nim delikatne muśnięcie śnieżnego płatka. Zawirowało wokół, a Marianna poczuła jak mroźne powietrze omiata jej dziecięcą buzię. Miała sześć lat i znowu zjeżdżała saneczkami z górki u Małeckich prosto w wielką zaspę śniegu. Bum! Upadła, tak jak wtedy upadała z sanek bez oparcia, a sanki wbijały się w tę ścianę śniegu. Zawsze chwilę leżała, czekając aż z góry dojdą do niej zaniepokojone okrzyki koleżanek. Pewna, że wzbudziła zainteresowanie podnosiła się powoli, z granatowego płaszczyka  strzepywała grudki mokrego śniegu. Zawsze umiała dobrze wylądować.
Tylko nie dzisiaj.





6 komentarzy:

  1. Gdzieś mój komentarz cenzura zjadła więc piszę jeszcze raz. Opowiadanie całkiem zgrabne i na szczęście bez wyraźnie sformułowanego morału bo to uczyniło by z niego banał. Cieszę się, że wyrosło nowe pokolenie pisarzy choć czasy niesprzyjające i większość rodaków czyta jedynie program tv i gazetki hipermarketów. Tym bardziej należą się autorom brawa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam już sygnał, że zdarzają się kłopoty z zaczytaniem komentarza i prawdę mówiąc nie znalazłam powodu. Od zawsze można u mnie zamieszczać komentarze bez barier, nie cenzuruję i nie usuwam komentarzy. A co do opowiadania, cóż, cała nadzieja na przedłużenie życia w piciu odpowiednich dawek koniaku. Wszystkie znane mi starsze panie kultywują ten zwyczaj. Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
    2. Z tą cenzurą to oczywiście żart - internet żyje własnym życiem:)Recepta na długowieczność jest prosta - tyle, że diabeł tkwi zawsze w szczegółach jak dobrać dla siebie właściwy eliksir i jego dawkę. Ja również mogę potwierdzić, że żadna ze znanych mi osób, która osiągnęła w niezłej kondycji wiek uznawany powszechnie za słuszny nie była wolna od pewnych słabostek. Nieprawdziwe jest więc powiedzenie, ze to co dobre to albo tuczy albo grzech - często poprawia nam życie:) Pozdrawiam i życzę wielu pomysłów twórczych.

      Usuń
    3. Dużo, a czasami wszystko zależy od dawki, wskazana ratuje życie, zwielokrotniona zabiera. Moim zdaniem oprócz odpowiednich eliksirów ( w przypadku jednego z moich wujków było to piwo, które pijał przez całe życie, a odszedł ukończywszy 91 lat) bardzo jest potrzebny odpowiedni dystans do życia i umiejętność nieangażowania się emocjonalnie w sprawy, które pozostają poza naszym zasięgiem. Na przykład wybory w Ameryce :) Pozdrawiam wzajemnie.

      Usuń
  2. Opowiadanko bardzo fajne i przyjemnie się je czyta. Czy to oznacza, że zmierza Pani teraz w kierunku krótszych form?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa :) Opowiadanie na blogu to efekt porządków w plikach, zapewne jeszcze jakieś się tutaj pojawi. Czas pokaże.

      Usuń