środa, 22 marca 2017

Zielone światło dla realizacji marzeń

Tytuł wpisu jest w pewnym stopniu symboliczny, całkiem niedawno poczułam się jakbym dostała zielone światło do realizacji marzeń. Nie wiem czy bardzo dalekosiężne plany uda się zrealizować, ale wierzę, że trzeba próbować. Bardzo dużo pracy mnie czeka, ale wiem, że warto. 
Wiem też, że marzenia się spełniają.
Ale żeby się spełniły trzeba włożyć trochę pracy. Albo bardzo dużo pracy. Albo po prostu powiedzieć, że czegoś chcemy, że sprawiłoby nam przyjemność gdyby... 
W ten sposób spełniło się moje marzenie.
Jakiś czas temu zobaczyłam zdjęcia autorstwa Tomasza Klimczaka, i zachwyciłam się. Czarno-białe, nastrojowe, klimatem przywołujące amerykańskie filmy z lat czterdziestych. "Sokół maltański", "Casablanca". 
I zamarzyło mi się, że też będę miała takie klimatyczne zdjęcia. Chociaż jedno.
Napomknęłam i uzyskałam obietnicę, że kiedyś...
I to kiedyś miało miejsce dwa tygodnie temu, w klimatycznych podziemiach Galerii Książki w Oświęcimiu. 
Tomasz Klimczak i Beata Kostarek-Zając sprawili mi ogromną przyjemność i podarowali piękny prezent. 
Autorką zdjęcia, które wykorzystałam jako baner na bloga - wszak to mój blog autorski jest Beata Kostarek-Zając.
Stylizacja sesji Beata Kostarek-Zając
Foto Beata Kostarek-Zając


A w zdjęciu z tytułowym   zielonym światłem zakochałam się od pierwszego wejrzenia, jest dla mnie sygnałem, że tyle możemy, na ile sami sobie pozwolimy.
Autor zdjęcia Tomasz Klimczak

Foto Tomasz Klimczak

wtorek, 21 marca 2017

"Ekologiczna zemsta" Małgorzata Kursa

Jak mścić się, to tylko ekologicznie ;)
Przyznam się Wam, że rzadko czytam ponownie tę samą książkę. Oczywiście są wyjątki, są książki, do których wracam systematycznie, ale żebym tę samą książkę przeczytała dwa razy pod rząd - taka sytuacja dawno mi się nie zdarzyła. 
Byłam w bibliotece i przepatrywałam regały szukając czegoś odpowiedniego. I znalazłam. Z półki z kryminałami mrugnęła do mnie "Ekologiczna zemsta" a ja uświadomiłam sobie, że to jest jedyna książka Małgorzaty Kursy, której do tej pory nie czytałam. Wybrałam jeszcze dwa inne tytuły i odpłynęłam do domu, zadowolona. 
Biała mysz nadnaturalnych rozmiarów puszczała do mnie oko, strasząc Stasiulka, hazardzista od damskich  torebek dostawał za swoje, rycyna lała się strumieniami, a ekologiczny wandal  nabierał cudownej wody do niedomytej butelki gubiąc po drodze takie małe coś zwane pipcikiem. Nie wspominając o talentach nudzącej się Elizy, nie każdy potrafi wyhaftować czerwone paznokcie na rękawiczkach.

W powieści króluje humor sytuacyjny i słowny, tekst skrzy się dowcipem, bohaterowie dzielą się swoimi poglądami i spostrzeżeniami na temat sytuacji bieżącej. A rozmowy tak aktualnie brzmiące, że zerknęłam na datę wydania - nic się od 2012 roku nie zmieniło na lepsze, wręcz przeciwnie. 
Jeżeli jeszcze nie czytaliście "Ekologicznej zemsty" to z serca polecam zamiast antydepresantów, małych różowych tabletek i co tam jeszcze się używa żeby się wyciszyć i uspokoić. Będziecie się po prostu świetnie bawić i przy okazji nauczycie się różnych pożytecznych rzeczy. Gwarantuję :)


poniedziałek, 6 marca 2017

"Jesień życia" w OkoLicy Strachu








Nie mniejszym zaskoczeniem jest też obecność w „OkoLicy Strachu” Iwony Mejzy, znanej dotychczas głównie miłośnikom kryminałów; „Komisarz Jodła na tropie. Jesień życia” to opowieść detektywistyczna, w której nie pojawiają się wprawdzie wątki fantastyczne, jednakże czytelnik nie może zarazem oprzeć się demonicznej sile uczucia prowadzącego do zbrodni. Z kolei obecność innych autorów – Aleksandry Zielińskiej, Artura Urbanowicza czy Karola Zdechlika – jedyNie mniejszym zaskoczeniem jest też obecność w „OkoLicy Strachu” Iwony Mejzy, znanej dotychczas głównie miłośnikom kryminałów; „Komisarz Jodła na tropie. Jesień życia” to opowieść detektywistyczna, w której nie pojawiają się wprawdzie wątki fantastyczne, jednakże czytelnik nie może zarazem oprzeć się demonicznej sile uczucia prowadzącego do zbrodni. Z kolei obecność innych autorów – Aleksandry Zielińskiej, Artura Urbanowicza czy Karola Zdechlika – jedyNie mniejszym zaskoczeniem jest też obecność w „OkoLicy Strachu” Iwony Mejzy, znanej dotychczas głównie miłośnikom kryminałów; „Komisarz Jodła na tropie. Jesień życia” to opowieść detektywistyczna, w której nie pojawiają się wprawdzie wątki fantastyczne, jednakże czytelnik nie może zarazem oprzeć się demonicznej sile uczucia prowadzącego do zbrodni. Z kolei obecność innych autorów – Aleksandry Zielińskiej, Artura Urbanowicza czy Karola Zdechlika – jedyNie mniejszym zaskoczeniem jest też obecność w „OkoLicy Strachu” Iwony Mejzy, znanej dotychczas głównie miłośnikom kryminałów; „Komisarz Jodła na tropie. Jesień życia” to opowieść detektywistyczna, w której nie pojawiają się wprawdzie wątki fantastyczne, jednakże czytelnik nie może zarazem oprzeć się demonicznej sile uczucia prowadzącego do zbrodni. Z kolei obecność innych autorów – Aleksandry Zielińskiej, Artura Urbanowicza czy Karola Zdechlika – jedyNie mniejszym zaskoczeniem jest też obecność w „OkoLicy Strachu” Iwony Mejzy, znanej dotychczas głównie miłośnikom kryminałów; „Komisarz Jodła na tropie. Jesień życia” to opowieść detektywistyczna, w której nie pojawiają się wprawdzie wątki fantastyczne, jednakże czytelnik nie może zarazem oprzeć się demonicznej sile uczucia prowadzącego do zbrodni. Z kolei obecność innych autorów – Aleksandry Zielińskiej, Artura Urbanowicza czy Karola Zdechlika – jedy


Jakiś czas temu w trzecim numerze kwartalnika OkoLica Strachu ukazało się moje opowiadanie zatytułowane "Jesień życia". Opowiadanie należy do serii "Komisarz Jodła na tropie". Dostałam od Wydawcy przynależny egzemplarz OkoLicy, przeczytałam od deski do deski i od razu mówię, że mi się podoba i polecam. Można zaprenumerować, link do strony na Facebooku   OkoLica Strachu

Miałam dużo innych spraw na głowie, więc szybko o opowiadaniu zapomniałam, aż tu przy okazji sprawdzania recenzji książki natknęłam się na parę słów o "Jesieni życia". 
Pisząc opowiadanie dla OkoLicy myślałam o pewnym dysonansie pomiędzy horrorem, grozą, a kryminałem w jednym piśmie, ale skoro Wydawca uznał, że chce mieć w kwartalniku przedstawicieli takich, a nie innych gatunków literackich, to dlaczego nie? 
I przyznam się, że dwie recenzje sprawiły mi szczególną przyjemność. Zostały one opublikowane na portalach specjalistycznych, które na kryminał nieco kręcą nosem. Ale... 




Jesień życia”, za którą stoi Iwona Mejza to kolejny w tym
numerze kryminał i jednocześnie chyba opowiadanie, które podobało mi się najbardziej. Tak, mimo, że nie jest horrorem. 

Tak pisze Underluk na stronie Bramy grozy link do recenzji


A taka opinia  Adama Mazurkiewicza ukazała się na stronie Grabarz.net

"Nie mniejszym zaskoczeniem jest też obecność w OkoLicy Strachu Iwony Mejzy znanej dotychczas miłośnikom kryminałów. "Komisarz Jodła na tropie, Jesień życia", to opowieść detektywistyczna, w której nie pojawiają się wprawdzie wątki fantastyczne, jednakże czytelnik nie może zarazem oprzeć się demonicznej sile uczucia prowadzącej do zbrodni."Pełna recenzja Tutaj




niedziela, 5 marca 2017

"Alibi" opowiadanie z serii Komisarz Jodła na tropie


Alibi 


Autor: Iwona Mejza

Komisarz Jodła nudził się jak mops. Na zielonym ekranie monitora widniał w połowie ułożony pasjans. Za oknem zapadał szybki, zimowy wieczór. Na dworze nieustannie sypał śnieg tworząc prawdziwie świąteczną atmosferę. Bogato przystrojone wystawy okolicznych sklepów przyciągały wzrok feerią barw. Dookoła migotały lampki made In China; a to święty Mikołaj w saniach zaprzężonych w wybujałe renifery, a to znowu na następnej wystawie założonej delikatesami,  złociście połyskujący, rozkoszny, malutki renifer w czerwonej czapeczce okolonej białym futerkiem, oczywiście w towarzystwie Aniołka. Sam kicz i bajka. Opustoszałymi ulicami przemykali ostatni przechodnie spieszący się  do domów. Zaspy na chodnikach rosły z minuty na minutę, a świeży śnieg w świetle lamp ulicznych przyciągał oczy wszystkimi kolorami tęczy. Był dwudziesty czwarty grudnia. Wigilia. Dzień, który rodacy najchętniej spędzają w domu.
Komisarz Jodła od ponad dziesięciu lat szczęśliwie rozwiedziony, biorąc świąteczne dyżury, świadczył przysługi bardziej obrośniętym w rodziny kolegom. Sam nie przepadał za świętami, bo co to za przyjemność jeść samotną wigilię sprowadzoną do barszczyku z torebki i mrożonych pierogów z kapustą i grzybami. Gdyby miał dzieci, gdyby żyli rodzice… A tak, wolał czas świąt spędzić w murach komendy.
Komisarz wstał z obrotowego krzesła, przeciągnął się i ziewnął. Zapowiadał mu się długi, nudny dyżur, okraszony grami komputerowymi, kawą jak siekiera i lukrowaną makówką. Mówi się trudno. Pochodził przez parę minut po pokoju, spojrzał w ciemne okno, podszedł i zasunął roletę. Zrobiło się przytulniej. Wrócił do biurka i wzdychając ciężko usiadł. Żeby zrobić cokolwiek zaczął przeglądać bieżące raporty. Zawsze miał nadzieję, że trafi na coś ekstra, sprawę, która pozwoli mu zasłynąć wśród kolegów i zyskać miano TEGO komisarza Jodły, a nie Jodły, nudziarza, przeciętniaka. Niestety w raportach też królowała przeciętność.
Napad na staruszkę: w wyrwanej torebce znajdował się dwudziestoletni portfelik i papierowe dziesięć złotych, oraz obrazek ze świętym Krzysztofem, pamiątkowy, po mężu kierowcy. Torebka też niewiele warta, wprawdzie skóra, ale wytarta na brzegach i rączka dorabiana niedawno przez szewca, bo ta co od nowości była zdążyła się całkiem przetrzeć.
Sprawcy oczywiście nie ujęto. Teraz młodzież szybko biega, a los napadanych staruszek niezbyt obchodzi zajętych własnymi sprawami przechodniów.
Zima, święta, zakupy. A właśnie... zakupy. Znowu złapano małoletniego złodzieja w nowo otwartej galerii handlowej. W tejże samej galerii dwie nieletnie czyniły sprośne oferty aspirantowi Kulikowi. Chłopak jest przystojny, wygląda bogato, to i czyniły. Komisarz Jodła już dawno przestał się dziwić zmianom kulturalno-obyczajowym zachodzącym w ekspresowym tempie. O tempora, o mores! Jak mawiał mędrzec całe wieki temu. Nudą wiało nawet z raportów pisanych byle jak, na szybkiego. Komisarz  odsunął korytko z papierami na brzeg biurka. Był zniechęcony! Że też nie pomyślał o zabraniu z domu czegoś do czytania. Jakiś krwisty kryminał sprawiłby mu przyjemność. Nagle wśród narastającej ciszy rozległ się dźwięk telefonu. To dzwonił Janiak z dyżurki. Pytał czy może wpuścić do komisarza obywatelkę Mariannę Kornaś.
- A wpuść, wpuść - ożywił się komisarz. - Powiedziała w jakiej sprawie? -  dopytywał się.
- Pani mówi, że tylko tobie powie bo to skomplikowane i nie będzie dwa razy tego samego powtarzała. - Odpowiedział zmęczonym tonem dyżurny Janiak. Janiak miał rodzinę i dyżur przypadł mu w drodze losowania. Ktoś musiał zostać.
- No to czekam. - Komisarz Jodła przygładził i tak krótkie włosy, poprawił kołnierzyk koszuli. Strzepnął z piersi resztki makówki. Lukier lubi się przylepiać do wełny, a dzisiaj akurat włożył wełniany sweter w ulubione norweskie wzory. Tak przygotowany patrzył wyczekująco w stronę drzwi, ciekawy jak wygląda zapowiedziana pani Marianna.
 Nie czekał długo, jak na życzenie drzwi otworzyły się cichutko, tak jakoś ukradkiem, a on aż się wzdrygnął. Stała przed nim młoda jeszcze kobieta, włosy w kolorze mysiego futerka i wyzywający makijaż nie dodawały jej urody. Widać było, że niedawno płakała, pod oczami utworzyły się dwie, synchroniczne, czarne  smugi.
- Czy można? - zapytała. Głos miała cichy, ale miły dla ucha.
- Proszę, niech pani wejdzie, proszę usiąść. - Komisarz wyszedł zza biurka i podsunął kobiecie krzesło. Czuł, że tak wypada. - W czym mogę pani pomóc? - zapytał łagodnie.
Kobieta usiadła, machinalnie strzepała z płaszcza płatki topniejącego śniegu, torebkę z tkaniny haftowaną w kwiatowe wzory przewiesiła przez oparcie krzesła. Zakłopotana wyłamywała palce nie odzywając się.
- Proszę pani -  komisarz chciał jej pomóc. Widział, że z kobietą dzieje się coś bardzo złego -  jestem tutaj po to żeby pani pomóc, ale jak na razie nie wiem w czym - pochylił się ku niej w geście zatroskania.
Kobieta zadrżała jakby obleciały ją dreszcze. Tak też mogło być. Nie była zbyt odpowiednio ubrana jak na taką pogodę. Podniosła głowę do góry i spojrzała komisarzowi prosto w oczy. - Panie komisarzu, mój mąż chce mnie zabić - powiedziała  cicho.
- Zabić? Skąd pani o tym wie? - zapytał błyskotliwie Jodła.
- Wiem, więcej, jestem tego pewna. -  Kobieta ożywiła się, a na jej policzki wypełznął nieśmiały rumieniec. - Panie komisarzu, ja nie zwariowałam, tylko od jakiegoś czasu mój mąż zachowuje się w podejrzany sposób. Już dwa razy, prawie cudem uniknęłam śmierci.
- Ależ…
- No tak - pani Marianna przerwała komisarzowi. - Za pierwszym razem cudem zdążyłam uskoczyć przed rozpędzonym motocyklistą, wiem że mógł to być przypadek, ale drugi raz na pewno nie. Widzi pan, mieszkamy w starym domu. Jest wprawdzie wyremontowany, ale zawsze jest coś do zrobienia. A to drzwi się zacinają, a to podjazd trzeba  nowy ułożyć, a to znowu okno  wymienić. I właśnie, od dawna była mowa, że musimy zmienić schody do piwnicy. Mamy drewniane, skrzypią jak się idzie. Przecież sama nie naprawię - kobieta spojrzała na komisarza z takim wyrzutem, że poczuł się zobowiązany potwierdzić: - Oczywiście, że nie!
- No właśnie!  Mówiłam mężowi, żeby zrobił z nimi porządek, a potem to poszło w zapomnienie. I właśnie wczoraj otwieram drzwi do piwnicy i chcę zejść, a tam, wyobraża pan sobie - wzburzona kobieta spojrzała na komisarza - nie ma schodów! Znikły! Przecież jak bym nie popatrzyła to bym się zabiła na miejscu. Właśnie dlatego przyszłam, bo pan sobie wyobrazi, że mój mąż upiera się, że mówił mi o demontażu tych schodów. Nic mi nie mówił, jestem pewna! On chce mnie zabić, ale tak żeby wyglądało na wypadek, wtedy zgarnie cały majątek i będzie go przepuszczał z panienkami!
- Ależ proszę pani to nie świadczy o tym, że mąż chciał panią zabić. Może faktycznie mówił, tylko pani nie zwróciła uwagi.
- Panie komisarzu, ale to nie wszystko. Jestem pewna, że nie mówił. Proszę pana, jesteśmy małżeństwem od prawie siedmiu lat. Nie znaliśmy się zbyt długo, ale cóż, pobraliśmy się. Ja byłam po rozwodzie, Krzysztof był wolny, dużo młodszy ode mnie. Imponował mi, zakochałam się - kobieta westchnęła przeciągle. - Nie byłam biedna, wręcz przeciwnie, miałam własną, dużą firmę. Pracowaliśmy razem, i tak z czasem to mąż zaczął o wszystkim decydować. Niby firma była moja, ale on był szefem. I tak krok po kroku odsunął mnie od interesów, od spotkań z kontrahentami. Doszło do tego! - Kobieta sapnęła z oburzenia -  że mąż zaczął się chwalić, że taka dobra kondycja firmy to jego zasługa, że tylko dzięki jego pracy… Dla mnie stał się coraz częściej  nieprzyjemny, agresywny. Zaczęłam się go bać! - Prawie płakała. Komisarz widział jak jej ręka wędruje do kieszeni płaszcza w poszukiwaniu chusteczki do nosa.
- Dlaczego się pani z mężem nie rozwiedzie? Przecież to zawsze najprostsze rozwiązanie! - zapytał przytomnie. Nigdy nie potrafił zrozumieć kobiet, które za wszelką cenę pozostawały w toksycznym związku małżeńskim.
Kobieta pokręciła przecząco głową i jeszcze bardziej przygarbiła szczupłe ramiona. 
- Nie mogę. Powiedział, że prędzej mnie zabije, niż da mi rozwód. A jeszcze dochodzi podział majątku, nie spisaliśmy intercyzy… Same kłopoty! Na szczęście nie mamy dzieci. Poza tym nie mam świadków. Przy ludziach Krzysztof jest najczulszym z mężów. Z tym, że wśród ludzi nie bywamy zbyt często. Niech pan spojrzy jak wyglądam, zaniedbana, starzejąca się kobieta. Jeszcze dwa lata temu było całkiem inaczej. Prowadziłam  firmowe interesy, spotykałam się z ludźmi, wyjeżdżałam. W ciągu tych dwóch lat mój mąż odciął mnie od wszystkich kontaktów. On mnie nie bije, o nie! Jest na to za sprytny. On mnie dręczy, on mnie upokarza, i ja właśnie dlatego przyszłam do pana. Przyniosłam takie oświadczenie, taki list żeby pan wiedział jak to wszystko wygląda. Żeby pan przeprowadził porządne śledztwo, jeżeli mnie się coś stanie. To na pewno będzie jego wina! On jest chytry. Wynajmie kogoś żeby mnie zabił. Jakiegoś zbira, który mnie napadnie i nic mu pan nie udowodni! Będzie miał na pewno żelazne alibi. Zobaczy pan! - wykrzyknęła w nerwach.
- Wolałbym nie - odmruknął komisarz i podsumował: - jeżeli dobrze rozumiem oskarża pani męża o usiłowanie zabójstwa?
- Nie, na razie nie. Ja wiem, że ten motor i te schody to jego sprawka, ale nie mogę tego udowodnić. On mnie na razie straszy, mówi co mi zrobi, ale nie robi – wykrzyknęła, potem drżącą ręką otarła łzy i spokojniejszym tonem dodała -  niech pan po prostu zachowa mój list. Na wszelki wypadek, na potem. W razie czego. 
 Wyjęła z wilgotnej torebki, zaklejoną  kopertę i podała ją komisarzowi. Ten wziął ją i schował do szuflady biurka, nie oglądając zbyt dokładnie.
-  Proszę się nie martwić, na pewno wszystko się dobrze ułoży - pocieszył ją. - Na pewno dojdzie pani do porozumienia z mężem, proszę z nim porozmawiać, może pani mylnie odczytuje jego zachowania?  Gdyby pani chciała jeszcze porozmawiać ze mną lub złożyć oficjalną skargę to jesteśmy do dyspozycji. - Komisarz chciał jej pomóc w jakikolwiek sposób.
Jego ostatnie słowa zabrzmiały jak zakończenie rozmowy i tak zrozumiała je kobieta. Energicznie wstała z twardego, służbowego krzesła, zapięła biały, wełniany  płaszcz i zdjęła torebkę z oparcia krzesła. Przeszła parę kroków w stronę wyjścia,  przy samych drzwiach przystanęła i powiedziała: - Panie komisarzu, nawet pan nie wie jak mi pan pomógł. Mam nadzieję, że nie wziął mnie pan za wariatkę. Nie chciałabym żeby pan tak o mnie myślał. To co panu powiedziałam to niestety sama prawda. Smutna prawda. Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy i jeszcze raz dziękuję panu za pomoc -  podała mu rękę na pożegnanie.
- Ależ ja nic takiego nie zrobiłem - wymruczał zażenowany komisarz i odprowadził ją aż do dyżurki. Chociaż tyle mógł dla niej zrobić.


Doktor Ziębiński, patolog policyjny nie cierpiał takich sytuacji. Tu zaproszenie na bal sylwestrowy, frak wyczyszczony, lakierki wyglansowane, muszka zapięta idealnie. I co? I trup! Jak zawsze! Jakby ci ludzie nie mogli poczekać chociażby do pierwszego dnia nowego roku.  A najlepiej by było, gdyby głupie pomysły z jazdą po ośnieżonych, krętych i zapewne w dodatku śliskich drogach, w celu utraty życia, nie przychodziły im do głowy. Byłoby, ale nie jest, niestety! Teraz tylko on, Roman ma kłopot. Tu kobieta czeka, mają iść na bal, czas leci, jest już późno! Tam też podobno kobieta. Jodła kategorycznie zapowiedział, że ma rzucić wszystko i lecieć. Jemu to łatwo mówić. Siedzi w komendzie, nudzi się, nie tańczy, nie bawi się, to przynajmniej taka nieboszczka mu życie urozmaici. Nie to co on, Roman. Taką babkę poderwał i znowu nic z tego! - Użalał się nad sobą w myślach, zdejmując frak i muszkę. Tam dokąd miał jechać, o wiele bardziej nadawały się puchowa kurtka, walonki i barania czapa.
Samochód, pokryty resztkami opadającej piany, robił przykre wrażenie. Strażacy na wszelki wypadek zabezpieczyli samochód przed pożarem. Rozbita toyota  leżała na lewym boku, zaraz za zakrętem drogi. Prawe drzwi wycięte przez strażaków straszyły metalowymi resztkami. Zanim doktor Ziębiński dojechał, technicy zdążyli już zrobić zdjęcia i zabezpieczyć ślady. Teraz czekali na przyjazd lawety. Jakoś trzeba było ten samochód wyciągnąć. Ciało kobiety leżało przygięte na lewym boku, widać było, że nie zapięła pasów. Głowę, całą skrwawioną pokrywały kawałki szkła. Była martwa. Doktor Ziębiński poczuł się rozczarowany. Taki banał, wypadek samochodowy. Wszystko wskazywało na to, że kobieta, tak jak wstępnie referował mu Jodła, nie wyrobiła na zakręcie, wpadła w poślizg i tyle. I on dla takiej sprawy marnował sobie sylwestra! No nie, on sobie z Kaziem porozmawia przez kupkę kamieni. Ziębiński z powątpiewaniem pokręcił głową, odszedł parę metrów od samochodu. Wszędzie śnieg, ciemność rozświetlały ustawione przy samochodzie reflektory. Popatrzył w czyste niebo, zapowiadał się mroźny styczeń. Ziębiński wdychał mroźne powietrze i powoli zaczynał  się niecierpliwić. Gdzież ten Kazik? Nie musiał daleko szukać, szybko  namierzył  go wzrokiem. A cóż on tam jeszcze w tym samochodzie szuka?!  Ze zdziwieniem zobaczył tył zanurzonego w otworze drzwi komisarza. Po chwili Jodła wynurzył się z samochodu trzymając w rękach coś kolorowego i nie zwlekając podszedł  do patologa.
- Popatrz Roman, torebka ofiary – podsunął mu pod oczy kolorowy kłąb materiału.
- No, że ona ofiara, to prawda. Kto to jeździ w taką pogodę i to tym skrótem -  potwierdził zgryźliwie Ziębiński.
- Ja nie o tym. Tak mi się wydawało, że to ona była u mnie w Wigilię - komisarz powoli otworzył torebkę. Wysupłał z głębin materiału portfel, Duży, męski, otworzył i wyciągnął dowód osobisty. Miał rację, denatką była Marianna Kornaś, żona Krzysztofa Kornasia, lat trzydzieści cztery. Ze zdjęcia w dowodzie patrzyła na nich nawet ładna, sympatyczna kobieta. Mało przypominała tę zmarnowaną, postarzałą Mariannę, która  odwiedziła go tydzień temu.  Zrobiło mu się przykro. Może nie powinien był lekceważyć tego co opowiadała, może powinien był porozmawiać z tym jej mężem w celach profilaktycznych. Może… Był wściekły, przecież ta kobieta miała jeszcze przed sobą wiele lat życia! Przeczuwała niebezpieczeństwo, nie żyje! Jedyne co on może teraz zrobić, to nie dopuścić by zbrodniarz chodził na wolności. Na pewno go dopadnie.
- Przeszukajcie dokładnie teren, ja wiem, że jest zimno, ale musimy wszystko sprawdzić.  Samochód do zbadania. Jest ślisko, ale trzeba sprawdzić przyczynę wypadku! Ta sprawa mi śmierdzi! – wydał polecenie technikom i skierował się do samochodu. Nie mógł zrozumieć co skłoniło Mariannę Kornaś do wyjścia z domu i jazdy w bliżej nieznanym celu. Droga na której zdarzył się wypadek, należała do rzadziej uczęszczanych. Wprawdzie przejezdna, ale kręta, stanowiła tak zwany skrót drogi do miasta. Wynikało stąd, że Marianna Kornaś jechała do kogoś, do miasta.Sportowa , lekka kurtka i jeansy nie wskazywały, by jej celem był bal sylwestrowy. Teraz wszystko w rękach techników i doktora Ziębińskiego, natomiast komisarz zamierzał zacząć śledztwo od przesłuchania męża nieboszczki, Krzysztofa Kornasia. Jeszcze tego wieczoru zamierzał zadać mu parę prostych pytań.
Ściągnięty z domu w trybie pilnym aspirant Kulik pojechał na objazd okolicznych knajp. Podobno Kornaś miał się bawić w jednej z nich. Natomiast komisarz powędrował do prosektorium, królestwa doktora Ziębińskiego. Ten cały wściekły, w zimnym świetle świetlówek popijał kawę, krążąc z kubkiem w ręku nad doczesnymi szczątkami Marianny Kornaś.
- O dobrze, że jesteś. Przyjrzyj się - doktor pokazał głową na ciało denatki.
- No dobra, przyjrzałem się - komisarz z trudem utkwił wzrok w teraz już umytej z krwi twarzy.
- Nie twarz, popatrz na ręce, na przeguby.
- A niech to!, masz rację. Jak ja dorwę tego jej męża, to pożałuje, że się urodził - sarknął.
- To już twoja sprawa. Wygląda na to, że denatka szarpała się z kimś, te obrażenia musiały powstać przed śmiercią. Popatrz jeszcze tu - Ziębiński odstawił kubek na szafkę z dokumentami, podszedł, pochylił się nad zwłokami i delikatnie podniósł głowę nieboszczki. Z tyłu  widniał sporych rozmiarów guz. - Widzisz, może się poszarpali, on ją popchnął, upadła, myślał, że ją zabił i wykombinował to włożenie do samochodu i upozorowanie wypadku. Ale to tylko przypuszczenia, tak na już, więcej będę ci mógł powiedzieć po sekcji.
Komisarz Jodła stał zadumany nad zwłokami, rozważając w myślach tryb postępowania, gdy rozdzwoniła się jego komórka. To aspirant Kulik meldował, że mąż Marianny Kornaś jest już w murach komendy.
- Dobrze, szukaj, może coś znajdziesz, a ja idę przesłuchać tego drania. Podobno balował w Mikado. Teraz trzeźwieje. - Komisarz Jodła z ulgą wyszedł z prosektorium. Lata przyzwyczajenia, ale jednak dzisiaj czuł się tam wyjątkowo nieswojo. Cały czas miał przed oczami zdruzgotaną kobietę szukającą u niego pomocy.
Mąż Marianny Kornaś był wyjątkowo przystojnym mężczyzną w typie latynoskich amantów. Włosy czarne, lśniące od brylantyny, zabójczy wąsik w stylu Leoncia i opalenizna jak z solarium musiały przyciągać uwagę kobiet. Dziwiło w jaki sposób przyciągnęła jego uwagę bezbarwna uroda Marianny. A może to nie o urodę chodziło, tylko o pieniądze?  Komisarz przypomniał sobie uwagę  Kornasiowej na temat posiadanego przed ślubem majątku.
 Kornaś siedział na stołku wiercąc się niespokojnie. Nie bardzo wiedział o co chodzi tym ludziom z policji. Wyglądało na to, że nie grzeszył zbyt wysokim poziomem inteligencji. Aspirant Kulik opowiadał komisarzowi, że mieli trochę kłopotu z zatrzymaniem Kornasia. Ponoć ledwo zdołali wyrwać go z ramion jakiejś nadpobudliwej blondynki, amatorki cudzych mężów. Pijany w sztok twierdził, że nie zna kobiety, kocha żonę i nie rozumie co się stało. 
Nie, ideałem męża to on nigdy nie był, ale Marianna dokładnie wiedziała za kogo wychodzi za mąż. Taki mieli układ.
- Taki układ, że maltretował żonę, gnębił ją psychicznie, groził śmiercią, a nawet posunął się do demontażu schodów? A kto usiłował ją potrącić motocyklem? - Komisarz pytał pozornie spokojnie. Zdążył już opanować rozszalałe emocje. Jakiekolwiek utarczki z podejrzanym nie wchodziły w grę. Zaraz wezwałby adwokata, zaczął grozić. Lepiej było unikać takich sytuacji. Komisarz wolał przeprowadzić rozmowę na zimno. Stanowczo i uprzejmie.  
Kornaś nie miał pojęcia o co komisarzowi chodziło.
- Jakie groził?  Jakie maltretował?  A schody przyszedł fachowiec i zdemontował, sama chciała od dawna! - Kornaś wytrzeszczał na komisarza półprzytomne oczka. W głowie mu szumiało i najchętniej strzeliłby sobie małe piwo, albo chociaż kefirek. 
Dostał wodę mineralną, niegazowaną. Pił długo chcąc zyskać na czasie. Dlaczego ta głupia Marianna nie żyje? Podejrzewał, że ktoś mu spłatał niewybredny dowcip.
Komisarz Jodła przyglądał się podejrzanemu z uwagą. Mąż Marianny miał bardzo wyrazistą mimikę i komisarz zaczynał mieć wątpliwości, czy faktycznie miał on coś wspólnego ze śmiercią żony. Na razie nie miał dowodów winy, niczego oprócz oświadczenia nieżyjącej już kobiety.
- Panie Kornaś,  pańska żona przyszła do mnie,  do komendy, w wieczór wigilijny i złożyła na pana nieformalną skargę. Obawiała się o swoje życie.
Reakcja podejrzanego na słowa komisarza była zaskakująca. Zaczął się po prostu śmiać. Śmiał się tak długo, że komisarz zaczął się obawiać czy siedzący przed nim mężczyzna nie wpadł w histerię.
- Ja miałbym chcieć ją zabić? Po co?  To prawda, poszarpaliśmy się trochę, ale to ona sama sprowokowała. Takie od słowa, do słowa i poniosło mnie. Szybko się opanowałem. Mnie moja żona była potrzebna żywa nie martwa. Nie jestem niewiniątkiem, przyznaję, zdarzały mi się skoki w bok, ale to nie było nic poważnego. Ona też nie była taka niewinna. Zapytajcie przyjaciółkę mojej żony Renatę Chachurską, ona to potwierdzi! Moja żona nie miała żadnego racjonalnego powodu aby się mnie obawiać. Poza tym całego Sylwestra i to od szóstej wieczór spędziłem w towarzystwie. Wszyscy mnie widzieli! Zapytajcie!
- Zapytaliśmy i ma pan problem. Niektórzy pańscy znajomi twierdzą, że zniknął im pan z oczu przynajmniej na godzinę. Miał pan dość czasu by pojechać do domu, pokłócić się z żoną, uderzyć ją czymś twardym, albo pchnąć na coś twardego, potem nieprzytomną wsadzić do samochodu i zepchnąć ze zbocza. To tylko wydaje się daleko od państwa domu, ale w lecie to mniej niż dziesięć minut drogi. Zimą załóżmy piętnaście do dwudziestu. Nieustannie sypiący śnieg zatarł ślady. Gdyby nie przejeżdżający tamtędy samochód zgłoszenie o wypadku mogłoby dotrzeć do nas jutro, a samochód utonąłby w śniegu. Mógł pan to wszystko zrobić, wrócić do domu, wsiąść do swojego samochodu i przyjechać z powrotem do Mikado. Zgadza się? - Komisarz pozwolił sobie na triumfujący półuśmieszek.
- Nic się nie zgadza! - Kornaś był bliski łez. - Powiem panu jak było naprawdę. Spędzałem wieczór z taką jedną znajomą. Spotkaliśmy się po latach i tak od słowa do słowa, wiedziałem, że żona nie pójdzie, zaprosiłem Kaśkę. Chciałem potańczyć, zabawić się, zapomnieć o problemach. No i zapomniałem. Tę godzinę spędziliśmy wspólnie w pokoju na piętrze, wie pan, mój znajomy prowadzi tę restaurację, to dał mi klucze. Zapytajcie Kaśkę, ona na pewno potwierdzi moje alibi. Niech mi pan wierzy komisarzu, nie miałem powodu by zabijać żonę. Przecież firma jest na nią. Zamykaj teraz działalność, te wszystkie rozliczenia, sprawy spadkowe, to przecież koszmar! Ja i tak miałem wszystko co mi było potrzebne.
- Wszystko oprócz wolności. A może chciał się pan ożenić z inną kobietą, na przykład z tą panią Katarzyną? -  Komisarz nie dał się zbić z tropu.
- Panie komisarzu - obruszył się Kornaś – skoki w bok, tak, bez zobowiązań, na luzie, ale żenić się? Zawsze mogłem powiedzieć, że żona nie da mi rozwodu. Trochę płaczu, gderania… Niech mi pan wierzy, tak jest dużo wygodniej.
Komisarz Jodła miał dość praktycznego podejrzanego. Krętacz, dziwkarz, a udaje niewiniątko. Dopóki nie potwierdzi się jego alibi, główny podejrzany o zamordowanie żony. Marianna Kornaś na pewno nie była głupia! Nie miała żadnego racjonalnego powodu żeby robić sobie rajd po okolicznych krętych drogach. Chyba, że w celach samobójczych.  Komisarz musiał cierpliwe czekać na wyniki sekcji od doktora Ziębińskiego i raport od techników. Dochodziła druga w nocy. Pierwsze godziny nowego roku. Dopiero teraz zaczynały dochodzić do niego ostatnie wybuchy rac i wycie karetki pogotowia.   Oczy mu się tak kleiły, że nawet nie pojechał do domu, tylko położył się na służbowej leżance. Byle złapać trochę snu do rana. Reszta współpracowników  wróciła do domów, a Krzysztof Kornaś zaczynał przysypiać na aresztanckiej kozetce.
Ranek komisarz zaczął od mocnej kawy. Chciało mu się jeść, ale tak prozaiczna sprawa jak śniadanie musiała poczekać. Teraz należało przesłuchać tę przypadkową towarzyszkę wieczornych uciech Kornasia. Sprawdził gdzie kobieta mieszka, wcale nie tak daleko od komendy. Ubrał się ciepło. Dobrze, że wczoraj wychodząc z domu zabrał czapkę i rękawiczki. Owinął szalik wokół szyi i tak zabezpieczony przed mrozem i wiatrem wyruszył w odwiedziny do Katarzyny Ćwiek, tej nadpobudliwej blondyny. Drzwi prowadzące na klatkę schodową były otwarte, domofon nie działał. Pani Katarzyna mieszkała na drugim piętrze. Do jej mieszkania prowadziły obite boazerią drzwi. Wizytówka, przyjemna dla oka, informowała, że mieszka tutaj Katarzyna Ćwiek - psycholog. Na dole drobnymi literkami podane były godziny przyjęć. Dwa razy w tygodniu. Komisarz nigdy by nie przypuszczał, że rozrywkowa pani ma taki zawód.
Otworzyła mu szybko. Elegancko, chociaż po domowemu ubrana, bez makijażu, wyglądała na pewno o wiele lepiej, niż w czasie sylwestrowej nocy. Włosy związane w koński ogon i bystre spojrzenie niebieskich oczu odmładzały kobietę o dobrych parę lat.
- Dzień dobry, słucham pana? - zapytała miłym, stanowczym głosem.
- Komisarz Kazimierz Jodła - przedstawił się, sięgając jednocześnie do kieszeni kurtki po legitymację.
- Nie trzeba, proszę wejść - kobieta otworzyła szerzej drzwi i cofnęła się w głąb przedpokoju. - Napije się pan ze mną kawy? Właśnie parzyłam - zaproponowała.
- Bardzo chętnie - komisarz powoli rozkręcał się z szala, wieszał kurtkę na wieszaku, a rękawiczki usiłował upchnąć do kieszeni. Nie przyzwyczajony do noszenia rękawiczek bał się, że znowu gdzieś przepadną.
Kawa pachniała upojnie. Tosty parowały, masło roztapiało się na nich przyjemnym strumyczkiem. Komisarz powstrzymywał się całą siłą woli, by nie rzucić się od razu na stojące na stole przysmaki.
- Czyli mówi pan komisarzu, że ja jestem alibi tego pana, z którym podobno spędziłam cały wieczór? - zapytała gospodyni.
- Zgadza się. Jeżeli potwierdzi pani jego alibi na czas od mniej więcej dziewiętnastej, do dwudziestej to musimy go wypuścić. Właśnie w tym czasie zginęła pani Marianna. Nie wiemy z dokładnością co do minuty, ale o dwudziestej pięć dostaliśmy  zgłoszenie wypadku. Liczę, że aby dojechać do domu, uderzyć żonę, wsadzić ją do samochodu, przejechać ten kawałek, przesadzić żonę na siedzenie kierowcy i zepchnąć samochód musiał mieć minimum czterdzieści pięć, pięćdziesiąt minut. To tylko przypuszczenia, być może było całkiem inaczej. Po kłótni ona sama wsiadła w samochód i pojechała nie spodziewając się problemów. Jechała dość szybko, zbyt szybko jak na te warunki. Akurat tam gdzie zginęła jest taki nieprzyjemny zakręt. Zarzuciło nią i poleciała w dół. Czy tak, czy tak mąż jest winny, chyba że był cały czas z panią.
Popatrzyła na niego uważnie.
 - Tak więc w moich rękach leży los człowieka? - zapytała.
- Zgadza się, to znaczy my wszystko sprawdzimy, ale pani zeznania mają niebagatelną wagę.
- No cóż… policji powinno się mówić prawdę i tylko prawdę, niezależnie od tego jaka ta prawda jest. Niestety nie jestem w stanie dać pełnego alibi panu Kornasiowi. To prawda, że spotkaliśmy się przypadkowo, dwa dni przed Sylwestrem.  Miał kupione bilety na bal, ale nie chciał iść sam, żona nie miała ochoty z nim wychodzić. Był  na nią wściekły, żądny zemsty. Odgrażał się, że ona jeszcze zobaczy, że pożałuje. Nie brałam tego jego gadania na serio. Umówiliśmy się na ten wspólny wypad i mniej więcej od osiemnastej zaczęliśmy balować. Krzysiek przyszedł już na rauszu. Zatańczyliśmy, przyznaję, gdy zaproponował żebyśmy poszli razem do pokoju powinnam odmówić. Żałuję, że tego nie zrobiłam! Tyle tylko, że posłałam go po prezerwatywy, nie miał, a ja nie przewidywałam, że będę ich potrzebowała. Wie pan, przypadkowy seks z przypadkowym mężczyzną, nie chciałam ryzykować. - Katarzyna spojrzała komisarzowi prosto w oczy. 
- Krzysztof bardzo długo nie wracał, znudziło mnie samotne oglądanie telewizji w pokoju, więc zeszłam na dół, do restauracji i bawiłam się ze wszystkimi. Wrócił, odnalazł mnie. Twierdził, że nigdzie nie mógł kupić prezerwatyw. Mnie za ten czas przeszła ochota na seks i skończyło się na tańczeniu i piciu. Razem i  osobno. Tyle. Nie było go faktycznie pomiędzy dziewiętnastą, a chyba dwudziestą trzydzieści,  czy coś koło tego, nie pamiętam. Mam nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto potwierdzi jego alibi, ja nie mogę. - Pani Katarzyna zrobiła smutną minę i westchnęła. - Gdybym wiedziała, że zdarzy się taka sytuacja, to nigdzie bym go nie wysyłała.
- Jeszcze tylko jedno pytanie, skąd się państwo znacie? Pan Kornaś powiedział, że spotkał panią po latach przez przypadek.
- To się zgadza, chodziliśmy do jednego liceum, nie widzieliśmy się od lat, aż tu pewnego dnia spotkaliśmy się w sklepie. Był akurat z żoną, poznałyśmy się. Chwilę postaliśmy, pogadali, powspominali. A drugi raz to właśnie przed tym Sylwestrem,  już panu  mówiłam, postanowiłam mu towarzyszyć żeby bilet się nie zmarnował. Ani mi przez myśl nie przeszło, że to się tak tragicznie skończy!
- No cóż, nie mogła pani tego przewidzieć. 
- To prawda, niestety, ja niczego nie mogłam przewidzieć. W końcu prawie w ogóle się nie znaliśmy - uśmiechnęła się słabo i wyciągnęła rękę na pożegnanie.

Po kilku  dniach z podejrzeń zrobiła się pewność. Wypadek Marianny nie był przypadkiem. Ktoś, działając z premedytacją, odkręcił śruby mocujące koło. Praktycznie nieboszczka do miejsca zdarzenia dojechała tylko na jednej śrubie, reszta wypadła po drodze, a ta ostatnia śruba puściła przy braniu ostrego zakrętu. Technicy stwierdzili, że ponad wszelką wątpliwość to było powodem wypadku. Denatka jechała zbyt szybko i mówiąc językiem potocznym nie wyrobiła na zakręcie. Układ hamulcowy, jezdny, opony, wszystko było w bardzo dobrym stanie.
Doktor Ziębiński przysłał komisarzowi cienką teczkę z wnioskami z obdukcji. Denatka za życia była w doskonałym stanie, w sumie zadbana. Urazy zewnętrzne powstały przypuszczalnie dzień przed śmiercią. Na to wskazywały zasinienia. Kornaś mówił prawdę. Wszystko wskazywało na to, że Marianna Kornaś, nagle, gnana jakimś impulsem wsiadła do samochodu i pojechała w kierunku miasta. Na taki tok postępowania wskazywało niedostosowane do pogody ubranie. Komisarz Jodła kazał także sprawdzić bilingi telefonów należących do państwa Kornasiów. Okazało się, że o dziewiętnastej trzydzieści dzwonił do Marianny Kornaś jej własny mąż. Mąż cały czas twierdził, że nie dzwonił. Owszem, miał przy sobie komórkę, to prawda, to był jego numer telefonu, ale litości, po cóż miałby dzwonić do żony?! Uparła się zostać w domu, to została. Nie nalegał na jej towarzystwo. Może powinien, nie miałby teraz takich kolosalnych kłopotów. Zatrzymany do wyjaśnienia sprawy cały czas twierdził, ze jest niewinny jak małoletnie dziecko i powtarzał własną wersję wydarzeń. W jego wersji przeważały dwa słowa: "nie rozumiem". Gdyby nie wigilijna wizyta pani Kornaś, odkręcone śruby mocujące przednie koło, oraz niewyjaśniony telefon tuż przed wypadkiem, sprawa zostałaby zakwalifikowana jako nieszczęśliwy wypadek spowodowany niedostosowaniem prędkości do warunków jazdy. 
 Niestety wszystkie poszlaki wskazywały na męża.

Rozprawa trwała krótko, a wyrok nie był zbyt wysoki. O dziwo, przyjaciółka zmarłej Renata Chachurska świadczyła na korzyść oskarżonego. Twierdziła, że Kornasiowie byli małżeństwem jakich wiele. On zdradzał żonę, ona nie była mu dłużna. Renata wiedziała o przynajmniej dwóch romansach, które Marianna miała w czasie trwania małżeństwa. Poza tym Marianna dobrze wiedziała o zdradach męża i nie reagowała na nie. Dlaczego nie reagowała, tego Renata nie wiedziała. Jedno zdanie wypowiedziane przez przyjaciółkę nieboszczki zwróciło uwagę komisarza.
Na pytanie sądu czy Kornasiowie byli dobrym małżeństwem, Renata odpowiedziała dwuznacznie: - Dopóki taki układ pasował obojgu, to byli bardzo dobrym małżeństwem. Nie dziwiłabym się, gdyby to Marianna  chciała odejść. Podobno miała kogoś na serio. Nie, nie wiem kogo. Ja nawet nie jestem tego pewna na sto procent. Niby byłyśmy przyjaciółkami, ale Marianna była bardzo ostrożna i skryta.
Nie ustalono w jakim celu Krzysztof Kornaś dzwonił do żony. On cały czas, konsekwentnie utrzymywał, że nie dzwonił.
W czasie trwania tak śledztwa, jak i  procesu komisarz Jodła przeżywał rozterki. Cały czas myślał, że nie sprawdził wszystkiego należycie, że jakiś ważny szczegół uszedł jego uwadze. Ten telefon… Nie dawał mu spokoju. Z jakiego powodu zginęła Marianna? Komu mogło zależeć na jej śmierci? Jeżeli nie mąż to kto?
Pani psycholog robiła porządki w dokumentach. Powyciągała segregatory, poopisywała. Osobno układała rachunki, osobno umowy, takie na prąd, gaz, telefon, telewizję satelitarną. Wszystko dokładnie, po kolei. Na końcu, dla odprężenia sięgnęła po zdjęcia. Ich klasa w Krakowie, wycieczka do Warszawy. Ona przytulona do Krzysztofa, nie odrywająca od niego oczu. Byli parą od pierwszej klasy liceum. Żelazną parą, przynajmniej tak się jej wydawało. Myślała, że po liceum pójdą razem na studia, wezmą ślub. Będą zawsze razem. Nawet się nie obejrzała jak najpierw była Danka, potem Anula, Beatka i całe szeregi innych imion. Tą która go złapała na męża była Marianna. Stara, głupia, bogata  Marianna. Trafiło się jej jak ślepej kurze. Ona, Katarzyna, nigdy nie zapomniała. Po prostu czekała na sprzyjający moment. W większości powiedziała komisarzowi prawdę, swoją prawdę. Z Marianną poznały się w sklepie. Krzysztof je sobie przedstawił. On sam pamiętał Kasię, ale zapomniał co ich ze sobą łączyło. Traktował ją jak obcą sobie osobę. Może by mu darowała, ale naprawdę nie mogła. Przygotowała się sumiennie. Wcześniej, pod nieobecność Krzysztofa spotkała się kilka razy z Marianną. Polubiły się. Marianna chciała  jak najszybciej pozbyć się Krzysztofa. Nie chciała sięgać do środków ostatecznych, ale nie miała ochoty na podział majątku. W grę wchodził rozwód z orzeczeniem o jego winie. Do tego potrzebny był dowód zdrady. Najlepiej wśród całej masy świadków.
            Wszystko zaplanowały w najdrobniejszych szczegółach. Wizyta u komisarza Jodły służyła zwróceniu uwagi na agresywność męża Marianny. Na to, że Marianna żyje w ciągłym stresie, w stanie totalnego zagrożenia. Gdyby  Kornaś zginął, oczywiście w ostateczności, w czasie obrony koniecznej, komisarz Jodła świadczyłby na korzyść oskarżonej. Tak sobie wymyśliły. Ponieważ Mariannie chodziło tylko o wolność i pieniądze, zaplanowały, że niby przez przypadek Katarzyna spotka się z Krzysztofem. Wiadomo było, że w szufladzie biurka leżą bilety na bal sylwestrowy. Wystarczyło żeby Marianna odmówiła pójścia, a jej mąż już szukał zastępstwa. Po pięciu minutach Katarzyna z uśmiechem zgadzała się na jego propozycję. Dogadały się, że Katarzyna zadzwoni, Marianna przyjedzie. Zobaczy męża w objęciach Katarzyny, zrobi im zdjęcie na dowód, a potem zemdleje.
 Tyle tylko, że Marianna nie wiedziała, iż  Katarzyna ma swój własny, autorski plan. Z główną rolą dla niej w charakterze nieboszczki. Wystarczyło tylko odkręcić śruby mocujące koło.
W końcu,  to nie był  jej pierwszy raz.

                                                                        Koniec















środa, 22 lutego 2017

Małgorzata Sobieszczańska "Z ostatniej chwili"

Nadrabiam zaległości w lekturze.
 Kryminał Małgorzaty Sobieszczańskiej został wydany w 2014 roku, ale na pewno nie stracił na aktualności. Nadal mediami rządzą informacje z ostatniej chwili, a dobra wiadomość, to zła wiadomość. Nic tak nie podwyższa słupków oglądalności jak zamach na niewinnych ludzi, karambol czy morderstwo. Zwłaszcza jeżeli został zamordowany człowiek zamierzający przejść na jasną stronę mocy. 
Ale to jeszcze nic.
 Najbardziej podkręca oglądalność śmierć osoby związanej z mediami. Niekoniecznie bezpośrednio. Wystarczy, że zginie mąż dziennikarki, wydawcy wiadomości w dużej, prywatnej stacji telewizyjnej. 
Mąż Natalii - Marcin. 
Przed gmachem sądu, akurat w tej samej chwili co były poseł. Czy te dwie śmierci się łączą? Na to pytanie musi odpowiedzieć prokurator Bednarz. 
Natalia, której życie zawiesiło się w momencie gdy dotarła do niej informacja o śmierci męża, zaczyna odtwarzać w pamięci sytuacje sprzed kilku lat, miesięcy, wspólnie spędzony  z Marcinem czas. Analizuje ich małżeństwo, zatapia się w tej analizie.
 Reszta traci sens.
Następuje odwrócenie sytuacji, Natalia z łowcy zmienia się w zwierzynę. Zna mechanizmy, wyczuwa jaki będzie następny krok przełożonych, jak zachowają się koledzy.
To dla niej ciężki, przełomowy czas.
Interesującym zabiegiem jest pokazanie Natalii i Marcina oczami przypadkowych ludzi. Ludzi spieszących się, obcych, niezaangażowanych emocjonalnie w ich związek. Jak ich postrzegają, jak widzą z zewnątrz? 
Różnie, ale na pewno inaczej niż sami zainteresowani.
W moim odczuciu w książce Małgorzaty Sobieszczańskiej najmniej ważny jest morderca. Najważniejsza jest Natalia i jej autoanaliza, pozwalająca dogrzebać się do zapomnianych fragmentów życia, a może nie tyle zapomnianych, co konsekwentnie wyrzucanych z pamięci. Do momentów, które być może odegrały znaczącą rolę w ostatnim dniu jej męża.
"Z ostatniej chwili" nie jest przegadanym tomem pełnym rozwlekłych opisów, to raczej zapis stanów, akcji i reakcji. Wyważony, oszczędny, z wiarygodnie pokazanym światem medialnego piekła. 
 Dla mnie w sam raz. 
Polecam.

Małgorzata Sobieszczańska
"Z ostatniej chwili"
Seria ABC
Wydawnictwo Oficynka
Data wydania 2014
Stron 247

sobota, 21 stycznia 2017

Babcia Tekla - wspomnienie

Babcia na Solnej, moje ulubione zdjęcie Babci :)
Babcia Tekla jest stale ze mną obecna, nawet dzisiaj miałam wrażenie, że słyszę ją w sąsiednim pokoju jak idzie powoli, stukając laską. Laska, klasyczna góralska, rzeźbiona, została nam po Dziadku Józefie. 
Kupiona specjalnie dla Niego, gdy już leżał i nie mógł sam podnieść się z łóżka. Laska leżała na łóżku, a gdy budził się z drzemki, chciał wstać, stukał tą laską w ścianę.
Potem długo słyszałam to stukanie...
 A jeszcze potem laska służyła babci Tekli, chociaż trzeba przyznać, że babcia nie była zbyt wyrywna do korzystania z tego typu udogodnień. Laski precz, wózeczek na zakupy niepotrzebny. Babcia wsuwała na stopy swoje szybkobiegi i już tup, tup, biegła ulicą z werwą godną nastolatki. Tak, że nawet ja nie mogłam nadążyć. 
Babcia wydawała się niezniszczalna, tak jak wtedy gdy wchodziła na drzewo.
Teraz w ogrodzie rosną krzewy, kwiaty, rośliny zimozielone, drzew owocowych już nie ma, musimy zasadzić nowe. 
Nigdy nie byłam zbyt wygimnastykowana,ale też nie byłam ofermą i na drzewo wejść potrafiłam, nawet na wysoką czereśnię. Cóż z tego, skoro Babcia uważała, że panienki nie powinny chodzić po drzewach. I te młode i te już trochę starsze. Co innego ona!
Jestem gotowa się założyć, że Babcia Tekla gdy jeszcze nie była babcią, tylko nastolatką, prężnie śmigała po drzewach w sadzie swojego ojca, a mojego już potem pradziadka Ignacego.
Ale mnie na śliwę wejść nie było wolno, wchodziła Babcia, od lat, po raz ostatni gdy miała ich siedemdziesiąt siedem... pamiętam jak dzisiaj Babcię swobodnie wspinającą się po konarach i zrywającą nabrzmiałe sokiem śliwki. Te najpiękniejsze obcierała o fartuch, rozpoławiała i zjadała z błogim uśmiechem zrzucając pestki na trawę.

niedziela, 15 stycznia 2017

Marianna gotuje - Zawijaniec cioci Władzi

Będzie o pieczeniu :)

Nowy rok, nowe wyzwania, nowa książka. A w nowej książce wszyscy ciągle jedzą, a kucharka Marianna gotuje z pieśnią na ustach. Teoretycznie Wera, Halina, Marta i cała reszta towarzystwa przyjechała do Zawilan żeby się odchudzić i nawet przez pierwsze dni przykładali się do diety, ale sami rozumiecie, tu nieboszczyk, tam nieboszczyk - jeść się chce. Nie wiem czy ma to związek  z kanibalizmem, czy po prostu uczestnicy wczasów odchudzających "zajadają" stres. Poza tym każda okazja dobra żeby spróbować prawdziwej kuchni Marianny :) 
I teraz na to wszystko wchodzi autor.
 Marianna musi gotować i piec według sprawdzonych przepisów, bo co jeżeli czytelnik zachwycony opisem smakowitego ciasta czym prędzej wystawi na blat mąkę, cukier, jaja, bakalie i całą resztę dodatków, a w książce nie będzie dokładnego przepisu. Marianna ma swoje tajemnice, wszystkich nie ujawnię, ale od czasu do czasu na blogu pojawi się przepis na potrawę, którą potem znajdziecie w książce. Przepis sprawdzony, opatentowany ;) i funkcjonujący w moim domu od lat. 




Upiekłam ciasteczka owsiane, a po ciasteczkach owsianych ciasto drożdżowe według przepisu babci Tekli - a nikt nie piekł tak wyśmienitych ciast drożdżowych jak moja babcia. Pieczenie powtórzę, o zdjęciach zapomniałam a ciasto zjedzone. Ciasteczka owsiane wyszły średnio, muszę nad nimi popracować. I gdy miotałam się pomiędzy książkami kucharskimi, a zeszytami sprzed lat, moje oko padło na kartkę, kartka i cały zeszyt mają minimum trzydzieści pięć lat, przepis jest o wiele starszy. Poszłam z kartką do mamy, przesylabizowałam początek, a mama orzekła, że to przecież ciasto cioci Władzi. Nie piekłyśmy go mniej więcej od pięciu lat i zdążyłam zapomnieć jakie jest smaczne i proste w wykonaniu. 

Poniżej przepis, a o cioci Władzi napiszę innym razem.

Ciasto:

25 dkg mąki
18 dkg masła ( ja daję margarynę Kasię)
3 żółtka
3 dkg drożdży 
3 łyżki mleka (ciepłego oczywiście)
1 łyżka cukru (zwykłego, nie pudru)

Masa cioci Władzi:

20 dkg zmielonych orzechów lub migdałów
3 białka
10 dkg utartej czekolady lub 2 łyżki kakao
2 łyżki cukru ( może być puder, nawet lepiej)

Masa moja, autorska:

20 dkg suszonych śliwek (pokrojone na drobniejsze kawałki i  rodzynek, razem zmieszane
3 białka
dwie płaskie łyżki kakao/ może być czekolada
2 łyżki cukru pudru
trochę bułki tartej do zagęszczenia masy, 

Ta ilość wystarczy na dwa zawijańce

Drożdże z cukrem zalać ciepłym mlekiem (3 łyżki) i rozetrzeć, tak żeby składniki się połączyły. Nakryć ściereczką, albo grubym ręcznikiem papierowym i odstawić w ciepłe miejsce. Najlepiej koło kaloryfera albo kuchenki, na której coś się gotuje. 
W międzyczasie podgrzać mąkę ( wystarczy na chwilę położyć na ciepłym kaloryferze) odważyć i przesypać przez sitko na stolnicę. Do mąki dodać 3 żółtka, masło albo Kasię i zaczyn drożdżowy. Zarobić ciasto tak by stało się jednolitą masą. Uformować w kształcie walca, albo kuli, jak komu pasuje i przeciąć na pół. Podsypać trochę mąki żeby ciasto nie przyklejało się do powierzchni przy rozwałkowaniu. 
Przygotować masę,
Ubić pianę na sztywno. Trochę ubitego białka odstawić, tak z dwie łyżki, powiedzmy.
Ja ubijam trzepaczką, ale jak ktoś lubi może mikserem. Dodać 2 łyżki cukru pudru i rozprowadzić. Dodawać mielone orzechy i  utartą czekoladę, mieszać tak by masa się połączyła. Mniej skomplikowane i szybsze jest dodawanie bakalii. Ale tu można wypróbowywać swoje autorskie pomysły na nadzienie. Równie dobrze można posmarować ciasto powidłami śliwkowymi z dodatkiem kakao lub tartej czekolady - pychota!
I teraz tak:
Bierzemy pierwszy kawałek ciasta i wałkujemy go na cienko, nie tak żeby było widać dziury, ale mnie z jednego kawałka wychodzi taki kwadrato-prostokąt mniej więcej 35 x 30 - oczywiście nigdy nie jest równy, ma nieco zwichrowane boki, ale to nic nie szkodzi :)
Takie rozwałkowane ciasto smarujemy od strony wewnętrznej ubitym białkiem, cienko, i rozsmarowujemy masę. Zawijamy i kładziemy do formy posmarowanej  margaryną Kasią. Z drugim zawijańcem postępujemy identycznie. 
Wkładamy do lekko nagrzanego piekarnika i pieczemy w temperaturze mniej więcej 170  stopni, od 40 do 50 minut. 
I teraz tak. Każdy ma inny piecyk. Ja piekę 40 minut, na góra - dół i gdy widzę, że zawijaniec się rumieni to czujnie co jakiś czas spoglądam w okienko piekarnika żeby go nie przypalić. 
Według przepisu cioci Władzi pieczenie ma trwać około godziny, na pergaminie posmarowanym masłem. Ja akurat zazwyczaj o pergaminie zapominam, ale sami zdecydujcie jak wolicie. 
Zawijaniec udaje się zawsze, nawet taki antytalent jak ja nie ma z nim problemu. Zanim zdecydowałam się o nim napisać i zrobić zdjęcia piekłam go trzy razy i za każdym razem znikał ze stołu. Ale nie znikał od razu, bo ileż ciasta mogą zjeść dwie mikre osoby, więc wiem, że na trzeci dzień też jest smaczny. 
Zamierzam jeszcze przerobić zawijaniec na zawijankę z makiem, a o efekcie napiszę.
Smacznego :)







sobota, 31 grudnia 2016

Podsumowanie mijającego roku

Czas siąść i spisać co wydarzyło się w tym roku. 
Pod wieloma względami to był naprawdę dobry rok. Zrealizowałam jedno z marzeń, po trzech latach przerwy wydałam kolejną książkę. "Przepis na zbrodnię" przypadł czytelnikom do gustu, świadczą o tym ciekawe, błyskotliwe recenzje, dwa miesiące na liście bestsellerów empiku w kategorii kryminał, nagroda internautów portalu Granice.pl. dla najlepszej komedii kryminalnej na zimę oraz liczne rozmowy z czytelnikami.
Niezapomnianym przeżyciem były dla mnie spotkania w czasie Krakowskich Targów Książki i możliwość osobistego spotkania z  koleżankami i znajomymi z mediów społecznościowych. To były fantastyczne chwile i tylko żal, że miałam tak mało czasu. Być może w przyszłym roku będzie okazja by ponownie się spotkać. 
Miałam też okazję uczestniczyć w dużym i interesującym projekcie - "Legenda szyta na miarę, oświęcimska legenda XXI wieku". Ten projekt zmienił moje myślenie, dość tradycyjne na temat naszej literackiej spuścizny i pozwolił na świeże spojrzenie. A to oznacza, że jeszcze wrócę do tematu i będzie się działo. Fascynacja Legendami Allegro nadal trwa.
Napisałam następną książkę, kiedy ją wydam, tego nie wiem, ale kończę kolejną, więc wszystko przede mną:)

Dziękuję Czytelnikom, że czytają książki polskich autorów, w tym moje. Kupują, ale także wypożyczają. Ucieszyłam się czytając wiadomość potwierdzającą, że wyznaczone biblioteki zanotowały wypożyczenia moich książek i w związku z tym pewna kwota za te wypożyczenia wpłynie na moje konto. Było to rozliczenie za 2015 rok, długo przed wydaniem obecnego w wielu bibliotekach "Przepisu na zbrodnię". 
Powoli, ale konsekwentnie staram się realizować kolejne plany. Nie wszystko wychodzi, jak w życiu, ale to marzenia są naszą siłą napędową. Dlatego życzę Wam  wielu wspaniałych marzeń i odwagi, by je realizować.



piątek, 23 grudnia 2016

Życzenia świąteczne :)





Rok mija i znowu nadchodzą Święta Bożego Narodzenia, piękne w swej prostocie i magii bliskości. Cieszymy się obecnością najbliższych, wspominamy tych, którzy odeszli, rozmawiamy, odpoczywamy zasłuchani w słowa ulubionej kolędy. 

Myślę, że każdy z nas na swój sposób przeżywa czas Bożego Narodzenia. 

Życzę i Wam i sobie, by ten czas przebiegał w spokoju nieskażonym waśniami i różnicą zdań, by polityka, tak bardzo obecna ostatnio w naszym życiu zeszła na ostatni plan, a każdy otrzymał swój wymarzony prezent.


Wesołych Świąt 


niedziela, 18 grudnia 2016

Wspomnienie o babci Rozalii

Śnieg oprószył dachy pobliskich domów, jest zimno i mało przyjemnie. Wiadomości nie nastrajają optymistycznie, wspomnienie pełnych zawirowań grudniów powraca. A przecież człowiek do życia nie potrzebuje zbyt dużo. Spokoju, poczucia bezpieczeństwa, ciepłego posiłku. Świadomości, że jest się potrzebnym. 
Chandra mnie dopadła, wiatr wyciska łzy z moich i tak już czerwonych od płaczu oczu. Bezradność, rzadko czuję się bezradna, ale się zdarza. Niestety. I gdy już myślę, że czas się zwijać, a dewiza "umierać tylko w ostateczności" jest tylko napuszonym sloganem, bo wiadomo, że jak przyjdzie na mnie czas to niewiele będę miała do powiedzenia, przypominam sobie babcię Rozalię. 
Babci Rozalii już od lat nie ma wśród nas, ale  wspomnienie  przychodzi znienacka, tkwi jak drzazga i już wiem, że muszę o niej napisać. 

Babcię Rozalię poznałam ćwierć wieku temu, gdy w czasie wykonywania obowiązków zawodowych, brnąc przez metrowe zaspy dotarłam do drewnianej chaty na skraju wsi. Dach chałupy uginał się pod naporem śniegu, drewniane okiennice chwiały się na wietrze. Chylące się ku upadkowi resztki płotu ginęły w bieli. Było mroźne, grudniowe przedpołudnie. Gdy wychodziłam do pracy temperatura dochodziła do -15 stopni. Gdy dotarłam do ostatniego domu w spisie  byłam zesztywniała z zimna, na policzkach zamarzały mi łzy, a ja marzyłam żeby się ogrzać.
Droga do chałupy była odśnieżona, więc mogłam swobodnie dojść do drzwi zza których dobiegało szczekanie psa. Widać wyczuł obecność kogoś obcego. Liche drzwi zbite z desek nie stanowiły dostatecznej bariery od mrozu, a jednak gdy się otworzyły buchnęło na mnie ciepło. 
W drzwiach zobaczyłam starszą kobietę, gdy wyjaśniłam w jakiej sprawie przyszłam wpuściła mnie do środka.
Babcia Rozalia miała już po osiemdziesiątce, a za sobą ciężkie życie.Wiele lat temu uległa wypadkowi i odtąd poruszała się zgięta wpół, prawie pod kątem prostym. Usiadłyśmy przy stole nakrytym ceratą, babcia postawiła czajnik na węglowym piecu i podłożyła, żeby się dobrze paliło. Przy piecu wylegiwał się nieduży piesek, czujnie przyglądający się, czy ukochanej pani nic nie zagraża. W kącie kuchni miały swoją zagródkę trzy kury, babcia przeniosła je z kurnika żeby nie zmarzły. Z każdego kąta wyzierała bieda, ale babcia Rozalia mówiła, że najważniejsze to móc sobie samemu radzić, dopóki starczy sił. Bo trzeba drewno porąbać, w piecu rozpalić, wodę ze studni przynieść, odgarnąć śnieg, ugotować obiad, dać psu i kurom jeść. Posprzątać w chałupie i uprać. Przeżyć. Przetrwać kolejny dzień. Tydzień. Miesiąc. I tak od lat. 
Babcia Rozalia była sama, nie wiem, może gdzieś w świecie żyły jej dzieci albo wnuki. Nie zapytałam.
Ale wiem, że najważniejsze to przeżyć. W zgodzie ze sobą i własnym sumieniem.