Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Dragon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Dragon. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 maja 2024

Tajemnice Malinowego Wzgórza - fragment przedpogrzebowy.

 


Gdy po jakimś czasie wspominałam nasz wyjazd na pogrzeb, sama siebie podziwiałam za dowiezienie moich współpasażerów cało na miejsce docelowe. Tak naprawdę powinnam ich wyrzucić z auta i pojechać sama. Co to jest, żeby troje dorosłych ludzi nie potrafiło się dogadać i ustalić jednego frontu. Jechali tylko na pogrzeb, a zachowywali się tak, jakby to była wyprawa co najmniej na drugą półkulę.

Afera wybuchła dzień przed podróżą.

Wtorek poszedł w zapomnienie, a w środę ruszyły pełną parą przygotowania do wyjazdu.

– Tylko białe kalie, na liściach, spójrzcie, taka wiązanka mi się podoba! – Babcia Eleonora pchała nam przed oczy zdjęcie zamieszczone w piśmie funeralnym, które wydębiła od znajomej florystki. Rzeczywiście wiązanka była piękna.

– Jak się mamusi podoba, to jak mamusia zejdzie, to dostanie – wypaliła moja mama i przewróciła kilka stron dalej.

– Ja wolałabym róże, dla mężczyzny róże są elegantsze.

– Niedoczekanie, żebyś mi wieniec kupowała – zezłościła się babcia.

– Jak mamusia nie chce, to nie kupię, zaoszczędzę.

– Nie wiadomo, kto pierwszy! – odparowała babcia.

– Ja tam nie jestem wyrywna, ale mamusi to na pewno ciśnienie skacze. Róże zamówimy!

– Moje ciśnienie, moja sprawa. I tak wszystko przez ciebie, bo mnie denerwujesz. Kalie będą i kropka.

Słuchałam oszołomiona tej wymiany zdań, spokojnej, na zasadzie jak ty mnie, tak ja tobie. Tym razem nawet głosu nie podniosły.

– To może ja coś zamówię? – zaproponowałam. – Widziałam takie ładne wiązanki z margerytkami, byłoby w sam raz.

– Nie!

– Nie!

Podwójny okrzyk mówił sam za siebie.

Oczywiście to ja musiałam odebrać wieniec zamówiony przez mamę i wiązankę przygotowaną zgodnie z życzeniem babci, a kolejka w kwiaciarni pochłonęła zapas czasu, pozwalający na spokojną jazdę do Miasteczka. Prognozy pogody zapowiadały przyjemny, w miarę ciepły dzień, ale wiadomo, że wiosenna pogoda ma swoje kaprysy i zimny ranek może przejść w upalne popołudnie. Pogrzeb na czternastą oznaczał, że z Miasteczka wyjedziemy minimum po szesnastej, albo i później. Jeszcze to odczytanie testamentu. Wątpiłam, czy warto tłuc się taki kawał drogi, żeby usłyszeć, iż otrzymało się figę.

Ustaliliśmy, że ubierzemy się w ciemne ciuchy, jakiś granat, szary, marengo i zgodnie z ustaleniami założyłam grafitowe spodnie i o odcień jaśniejszą bluzkę z golfem. Na ramiona narzuciłam granatowy płaszczyk wiosenny, bo dzień na razie był chłodny. Włosy zebrałam w kok, co najwyżej potem rozpuszczę, ale w koku prezentowałam się elegancko.

Na widok spowitej w głębokie czernie rodziny, omal nie wjechałam w bramę bloku. W ostatniej chwili zahamowałam. Brakowało tylko mantyli narzuconych na włosy i spokojnie mama z babcią mogłyby ubiegać się o wizytę w Watykanie. Tata nie odbiegał od rodzinnej normy, a po minie widziałam, że jest nieszczęśliwy i żałobny ubiór jest wynikiem przymusu, a nie dobrej woli.

Tatuś lubił umiarkowanie i na co dzień preferował przytulne beże i brązy, szczególnie lubił ciepły camelowy, który idealnie pasował do jego osobowości. Garnitur wyglądał na tacie nieco dziwnie, jak z kogoś lepiej zbudowanego, szerszego w barach. Po szczegółowej indagacji okazało się, że pochodzi z zamierzchłych czasów, gdy tatuś awansował w pracy i objął stanowisko dyrektora szkoły zawodowej, a mamusia wymyśliła, że czerń doda mu powagi. Nie wspominając, że tatuś rzadko chadzał w garniturach, preferując sztruksowe marynarki i takież spodnie oraz wygodę związaną z ich noszeniem. Po przejściu na emeryturę tata nadal okazywał przywiązanie do sztruksowych spodni, a marynarki zmienił na swetry.

Wsiadanie obyło się bez ofiar, mama upewniła się, że babcia wyłączyła żelazko, babcia się obraziła, twierdząc, że jeszcze nie dopadła jej galopująca skleroza, tata obrócił się na pięcie i bez słowa zniknął w drzwiach do klatki, żeby zrobić wizję lokalną. Mieliśmy godzinę w plecy, a ja nie miałam zadatków na Kubicę.

Na pół godziny przed pogrzebem wjeżdżaliśmy na teren Miasteczka. Tradycyjne „Miasteczko wita gości” minęliśmy dziewięćdziesiąt na godzinę. Cieszyłam się, że po drodze nie napotkaliśmy patrolu policji, bo jak nic dostałabym mandat i punkty karne, a w obecnej sytuacji nie było mnie na to stać. Zastanawialiśmy się, czy jechać do kancelarii mecenasa Skalskiego. Ojciec twierdził, że na cmentarz trafimy sami, mama optowała za trzymaniem się zaleceń prawnika, bo nigdy nie wiadomo, czy nie będą miały wpływu na dalszy przebieg postępowania spadkowego. Babcia Eleonora chciała już wracać i w czasie jazdy robiła dziwne miny. Siedziała obok mnie i widziałam, jak się krzywi, a nawet miałam wrażenie, że ociera łzę. Jechaliśmy na pogrzeb jej brata i miała pełne prawo do płaczu, nawet jeżeli rzeczywiście nigdy się z nim nie widziała. Nadal w to wątpiłam, ale uznałam, że każdy z nas ma prawo do własnych tajemnic. Gdy wjeżdżaliśmy do Miasteczka, padał deszcz, a gdy parkowałam przy pięknie odnowionej zabytkowej kamienicy, pokazało się słońce i niebo przecięła bajkowa tęcza.

Wzięłam to za dobry znak. 

wtorek, 30 kwietnia 2024

„Tajemnice Malinowego Wzgórza" - Premiera 15.05.2024



Tylko dwa tygodnie dzielą nas od premiery „Tajemnic Malinowego Wzgórza" i mam nadzieję, że ten czas minie nam bardzo przyjemnie
To ostatni moment, gdy tylko niewielki krąg osób zna treść powieści, to czas niepewności i tremy autora, który nigdy nie wie jak zostanie przyjęte jego kolejne książkowe dziecko

W kolejnych dniach postaram się nieco przybliżyć wam bohaterki i bohaterów, których stworzyłam dla tej opowieści.
I powiem wam, że miało być całkiem inaczej, ale tak naprawdę wyrwali mi się spod pisarskiej kontroli i podążyli własnymi drogami.
To ciekawe doświadczenie dla pisarza, przyglądanie się jak emancypują się postaci literackie, z każdą stroną coraz bardziej realne i bliskie.
Zwłaszcza babcia Eleonora... do której mam słabość
i której nadałam wyjątkowo przeze mnie lubiane imię.
Dziękuję Wydawnictwu Dragon za cierpliwość w oczekiwaniu na plik z Tajemnicami Malinowego Wzgórza
Dziękuję moi drodzy za zainteresowanie premierą, za wszystkie wiadomości, komentarze i chęć poznania losów nowych dla mnie i dla was bohaterów.
Niech skusi was urok dworu na Malinowym Wzgórzu i ta ledwie uchwytna woń tajemnicy, otaczająca jego dawnych mieszkańców.



środa, 5 lipca 2023

Iwona Banach „Tango z rożnem" - komedia kryminalna

 


Pinda dotarła do mnie jakiś czas temu i nawet zdążyłam ją zapoznać z ogrodowymi chaszczami, nie wiem czy była zadowolona, ale nie rzucała słowem ;) 

Czytałam, przerywałam, niechętnie, ale tak zwana siła wyższa i zobowiązania mnie zmusiły, aż w tę niedzielę poczułam wolność, prawie całkowitą i nakichawszy na obowiązki spędziłam upojne chwile ze znajomymi z Głuszyna i okolic. 

Tym razem opuścili swoje śmieci i przenieśli się, a z nimi i ja, do Otchłańca, gdzie, uwaga, została zamordowana Lidia Czubajko. Starsza aspirant, była narzeczona Bartka, miłośniczka zupek chińskich już nigdy nikomu nie podstawi nogi, nie zrobi  świństwa. Tak by się wydawało, a jest inaczej, ponieważ Czubajko nawet po niespodziewanej śmierci rzuca cień na tandem policyjny z Głuszyna, który musi wyjaśnić przyczynę zbrodni i znaleźć sprawcę. Oni nie zabili, ale biorąc pod uwagę układy i zależności mogli mieć ochotę. 

Jako że chłopaków nie można zostawić samych, do Otchłańca wyrusza grupa wzbogacona o Sabinę i starą Balicką, oraz, co oczywiste, o Pindę. Do policjantów dołączy niejaki Żelisław z policji warszawskiej, pełniący dobrowolnie funkcję kreta i donosiciela. 

A ponieważ życie ma zawsze w zanadrzu jakieś niespodzianki, bocznymi drogami do Otchłańca zmierzają Mirella z Mietką.

 Co oznacza, że będzie się działo.

I dzieje się. 

Pinda staje się inspiracją i miłością życia niejakiego Dziubusia, wszyscy lub prawie wszyscy się integrują, pada trup, bo jakże inaczej, otchłań przyjmuje kolejnych chętnych, a Andrzej Balicki z Bartkiem, wspomagani przez liczną grupę tych co zawsze chcą dobrze tylko im nie wychodzi, usiłują prowadzić zwykłe, standardowe śledztwo, oczywiście z zachowaniem obowiązujących procedur. A co! 

Streszczać nie zamierzam, bo byłoby to odebraniem przyjemności czytania, ale chcę podkreślić, że to jest pierwsza warstwa komedii kryminalnej „Tango z rożnem". 

Skupiamy się na lekturze, parskając śmiechem, płacząc ze śmiechu (tak, popłakałam się ze śmiechu, kichając i prychając, mam świadka) i był to płacz i śmiech oczyszczający, bardzo mi potrzebny. Po takim seansie śmiechowym człowiek od razu czuje się lepiej, lżej.

 Pod warstwą śmichów, chichów i różnych ekstrawagancji, dostrzegamy klasyczną fabułę kryminalną. Poprowadzoną w sposób bardzo interesujący. Wydawałoby się, że w tym natężeniu absurdów wątek kryminalny będzie potraktowany po macoszemu, w końcu jest to kryminał do śmiechu, z przymrużeniem oka, tymczasem to właśnie motyw morderstwa stanowi bardzo ciekawą część zagadki. W sferze kryminalnej nic nie zostaje pozostawione przypadkowi. 

Język jędrny, swojski, potoczny, nie pozostawiający wątpliwości co do środowiska w jakim się rozgrywa akcja powieści. 

Mnie urzekł Dziubuś, życzę mu jak najlepiej i jestem ciekawa czy miłość przetrwa próbę czasu i przeprowadzkę ;)

Polecam z pełnym przekonaniem czytelnikom obdarzonym poczuciem humoru, pozbawionym jakże częstego obecnie nadęcia i poczucia wyższości literackiej. Polecam jako terapię śmiechem i dobrą rozrywkę kryminalną. W tym przypadku wskazanie podgatunku na okładce nie jest li tylko chwytem marketingowym, ale stwierdzeniem faktu. 


czwartek, 26 maja 2022

"Miasteczko Anielin" i co dalej :)

 


Dzień dobry w czwartek


Przede mną bardzo pracowity dzień, wrócił do mnie po redakcji drugi tom "Miasteczka Anielin", co oznacza, że za jakiś czas zaczniemy odliczanie do kolejnej premiery:)
A ja już wtedy będę kończyła trzeci i ostatni tom serii, tym samym żegnając się z mieszkańcami Anielina.
Czy na zawsze?
To czas pokaże, a w zasadzie Czytelnicy pokażą.
Mam nadzieję, że wrócicie do Anielina jak do dobrze znanego, przyjaznego miejsca i znowu poczujecie się tam jak u siebie.
A dzisiaj rano poszłam na ogrodowy spacer z "Przyjaciółką". Witamy kolejny dzień razem, bo przecież najlepsze co może się zdarzyć w życiu, to mieć kogoś, na kogo możemy liczyć, kogoś, kto zawsze pomoże. Przyjaciółkę, która zrozumie i wesprze, która nie będzie zadawała zbędnych pytań.
Pięknego dnia moi drodzy.

wtorek, 29 marca 2022

"DWORY, ZAMKI I PAŁACE POLSKI" BARTŁOMIEJ KACZOROWSKI

     Zamieszkać na chwilę w zamku albo chociaż pałacu i przez moment         poczuć się księżniczką ...

Można pomarzyć, ale czasem po prostu wystarczy wybrać się w podróż, niekoniecznie na drugi koniec Polski, chociaż to jak najbardziej przy zwiedzaniu zamków, pałaców i dworów wskazane. Na już, dla przyjemności i poszerzenia wiedzy wystarczy sięgnąć po nowość wydaną przez Wydawnictwo Dragon,. Wydany z wielką dbałością o szczegóły album zadowoli miłośników podróży w przeszłość. Piękne zdjęcia ukazujące w pełnej krasie zamki, pałace i dwory z ich odrestaurowanymi wnętrzami uzupełnione są związanymi z tymi rezydencjami historiami, opowiadają o ludziach, którzy mieli wkład w ich rozkwit, bądź zapisali się w historii, w różny sposób. Na zdjęciu okładka i strona wewnętrzna, kto z nas nie słyszał o historii miłości Napoleona i Marii Walewskiej...



Podobno albumy należą do książek prezentowych i jako takie można je kupić w prezencie i podarować z różnej okazji albo zrobić prezent sobie. Zapewniam, że warto.
Z opisu wydawcy: Dawne rezydencje ziemiańskie i szlacheckie przez stulecia były twierdzami i ośrodkami władzy, w których podejmowano ważne decyzje polityczne, militarne i gospodarcze. Stanowiły także oznakę prestiżu i pozycji społecznej. To tam koncentrowało się życie miejscowej społeczności,
kwitła sztuka, literatura i życie towarzyskie. Ponadto zwyczajnie pełniły rolę domu dla rodziny właścicieli oraz często dziesiątek i setek służby.
„Dwory, zamki i pałace Polski” to sto opisów dawnych siedzib pańskich. Najstarsze opisane obiekty, od Zamków Królewskich na Wawelu i w Warszawie począwszy, sięgają swoimi początkami głębokiego średniowiecza. Najmłodsze z nich – pałace wielkiej burżuazji w Łodzi, Zagłębiu Dąbrowskim i na Górnym Śląsku – powstały w okresie uprzemysłowienia na przełomie XIX i XX wieku. Reprezentują wszystkie style i kierunki w architekturze od gotyku zaczynając, a na historyzmie i secesji kończąc. Są wśród nich dawne rezydencje monarsze królów polskich (Wilanów, Łazienki), książąt pomorskich i śląskich (Darłowo, Brzeg), siedziby dostojników kościelnych (Kielce, Malbork). Przeważającą jednak grupę stanowią zamki, pałace i dwory wznoszone od XV do XX wieku przez rycerstwo (Oporów), potem szlachtę i magnaterię (Łopuszna, Baranów Sandomierski), a w końcu arystokrację i ziemiaństwo (Guzów, Śmiełów).
Autorem tej pozycji jest dr Bartłomiej Kaczorowski





piątek, 25 czerwca 2021

Iwona Banach "Morderstwo na śniadanie"

 


Czyli drugi, mam nadzieję, że nie ostatni, tom przygód papugi Pindy i całej, wyjątkowo malowniczej reszty. 

Papuga Pinda dała się poznać mieszkańcom wsi Głuszyn od każdej, albo prawie każdej strony i wyrobiła sobie określoną reputację. Nie dziwi, że nikt w Głuszynie nie chciał mieć z nią nic wspólnego, oprócz Balickiej, która zaliczała się do kategorii właściciel i odpowiadała przed ludźmi oraz prawem za dzikie pomysły ptaszyska. Ale Balicka papugę kochała, więc wiadomo, przymykała oko i za wymysł uważała doniesienia o jej zbyt swobodnym prowadzeniu się. Na przykład poboczem drogi, jak taki jeden ocalony w literaturze paw. Trudno było też uwierzyć w szczekanie papugi, która zaniechała swojskiego rzucania zakrętami i przerzuciła się na profesjonalne naśladowanie szczekania psów ras rozmaitych.  Oraz zaczęła przymierzać się do zawodu kieszonkowca. 

Co do Pindy, to czasem jest tak, że autor myśli, wymyśla, tworzy różnych bohaterów, mota im życiowe ścieżki, ale to wszystko zbyt mało żeby na dłużej, najlepiej na całe lata budzić zainteresowanie czytelników i wydawców. Ale czasem zdarza się strzał w dziesiątkę, bohater skupiający na sobie uwagę czytelników, charyzmatyczny, zapadający w pamięć, budzący ciekawość. I tym razem padło na papugę. Na niebieskopiórą Pindę. 

Wiadomo, że gdzie Pinda, tam nie ma nudy. Dodatkową atrakcją dla mieszkańców Głuszyna i okolic jest budowa. W miejscu gdzie kiedyś stał pałacyk, powstaje Instytut Kosmitologiczny, a plotka głosi, że na miejscu są już kosmici czekający na badania. Czy naprawdę?

Skutki pomyłki między "Kosmitologiczny" a "Kosmetologiczny", odbiją się na zdrowiu i urodzie jednej z mieszkanek tej przemiłej okolicy. 

Zawsze to jakaś sensacja. 

No i trup, czyli denat, nie zapominajmy, że to wokół jego postaci, charakteru, zainteresowań tak zawodowych jak i prywatnych toczy się śledztwo. Niemrawo się toczy, policjanci poganiani przez starszą aspirant Czubajko starają się w miarę sił i możliwości, ale mają zbyt mało danych. A do tego jeszcze w zasadzie wszyscy pracownicy Instytutu zaliczają się do grona podejrzanych, z prostej przyczyny: denat wyszedł z Instytutu jedząc pączka, a pączki stanowiły stały posiłek pracowników i były dostępne także dla odwiedzających. A kto oprze się pączkowi w czekoladzie z wiśniowym nadzieniem? Listonosz się nie oparł, tak twierdził świadek i wyniki sekcji zwłok. 

Oj działo się, działo, a numer z kwiatami jest tak kapitalny, że właśnie wtedy pomyślałam o ekranizacji "Morderstwa na śniadanie". Pomyślałam i zobaczyłam oczami wyobraźni sekwencję scen iście barejowskich. Bo właśnie z filmami Stanisława Barei kojarzy mi się opisywana przez Iwonę głuszyńska rzeczywistość. Przerysowana, znaczona pechem i głupotą, naiwną wiarą w cuda i dobre chęci pewnych osób. Wszystko jak w życiu i w Internecie. 

Uśmiałam się, ale i wzruszyłam, i ręce załamywałam, zastanawiając się czy istnieje sposób, by pewnemu rodzajowi, typowi człowieka, przemówić do rozsądku? Chyba jednak nie. 

A na koniec moje największe wzruszenie.

 Iwona przysłała mi książkę, zajrzałam, oczy mi pojaśniały na widok okładki, bo uwielbiam połączenia z żółtym, turkusowe jest piękne, fioletowe cudne po prostu, no i Pinda, wiadomo. I zaczęłam czytanie od początku do końca, żadnego zaglądania na tył jak się skończy. O tym, że Iwona Banach tym razem napisze podziękowania nawet nie pomyślałam, bo do tej pory nie pisała. Tym razem zrobiła wyjątek, a ujęcie mnie na pierwszym miejscu  jest dla mnie honorowym wyróżnieniem. Jak będę miała kiepski dzień i wszystko będzie szło nie tak, po prostu sięgnę po "Morderstwo na śniadanie" i przeczytam co  Iwona napisała. O mnie napisała. 

Jeżeli jeszcze nie znacie Pindy, to wiadomo, a lubicie zwariowane komedie kryminalne, to najlepszy moment żebyście poznali, wakacje nadchodzą :)

 Jeżeli znacie, to wiecie na co się piszecie. Dobra zabawa gwarantowana.  A o "Stara zbrodnia nie rdzewieje" pisałam TUTAJ



sobota, 1 maja 2021

Iwona Banach "Gdzie diabeł nie może, tam trupa pośle" czyli Emilia Gałązka nadal w formie

 


Polubiłam Emilię Gałązkę i  byłam ciekawa jak potoczą się jej dalsze losy i co jeszcze wykombinuje przy okazji trzeciego tomu. O jednym elemencie układanki wiedziałam, bez skrupułów pchałam autorce przed oczy mój ulubiony schron (jednoosobowy, wartowniczy, bardzo przydatny nie tylko w latach wojny, ale także w czasie pokoju, o czym można się dowiedzieć z dalszego przebiegu książkowej akcji).

Tak Emilia jak i Regina należą do osób, które z trudem wpisałyby się w lansowany obraz przeciętnego obywatela kraju środkowoeuropejskiego, ale od dużego palca lewej nogi aż po korzonki włosów są zbudowane z nadziei, wątpliwości, frustracji, obsesji i nawiedzeń, które miotają obywatelami tegoż kraju. 

Tylko w zdecydowanie mniejszym natężeniu. 

Osobiście nie znam nikogo kto aż tak bardzo wyczekiwałby kolejnego końca świata, a i znajomość z szatanem albo jest ukrywana, albo po prostu ludzie zapracowani czasu nie mają i na siły nieczyste uwagi nie zwracają. 

Ale Regina to inny typ człowieka, chociaż nie pozbawiony zdrowego rozsądku. Dlatego obawiając się o swoje zmysły wzywa na pomoc Emilię Gałązkę, by wspólnie rozpracować pobyt szatana w telewizorze. Magda zajęta prowadzeniem osobnego śledztwa nie ma czasu na zajmowanie się dobytkiem ciotki, więc do domu Emilii sprowadza się tata Magdy. Chce chłopina odpocząć, ale nic nie pójdzie po jego myśli.

 Paweł, były narzeczony Magdy wplątuje się w aferę kryminalną i trafia do piwnicy gdzie czekają go wyjątkowo trudne chwile i oko w oko z denatem, który za życia był kurierem i miał skłonność do utraty przesyłek. 

Cóż, dzieje się i to ostro. Emilia powoli demoluje dom Reginy, do ogrodu trafia wywołująca dwuznaczne skojarzenia budowla, a Paweł wdaje się w prawie romans. 


Kto stoi za śmiercią kuriera?

Skąd szatan w telewizorze, dlaczego ciężko być najpiękniejszą kobietą na wieś i okolice, jakie skojarzenia wzbudziła Luna i dlaczego nie należy wlewać acetonu do zlewu, o tym wszystkim przeczytacie w książce. Akcja jak zawsze zwariowana, postaci multum, więc trzeba nadążać, zwłaszcza za różnorodnym elementem, który widowiskowo wpisuje się w całość.

 Humor sytuacyjny i słowny w formie charakterystycznej dla Iwony Banach  jak zawsze obecne.

No i koniec zaskakuje.

 Czekam na kolejne końce świata w wydaniu Emilii, jak nie ten to inny, zawsze jakiś armagedon czeka na swoją kolej ;)

środa, 4 listopada 2020

Iwona Banach "Stara zbrodnia nie rdzewieje" czyli wzloty i odloty papugi Pindy



Ogłoś konkurs literacki, wybierz dziewięciu początkujących literatów liczących na szybką i opływającą złotem, dolarami, a w ostateczności złotówkami karierę. Zbierz ich w jednym miejscu, najlepiej hej za lasem, za dolinami… i poza zasięgiem Internetu. Poczęstuj herbatą o siedemnastej, dołóż ciasteczko. Niech poczują, że awansowali do klasy wyższej – pisarskiej.

Wprowadź dysonans w postaci przeklinającej papugi.

Nazwij papugę Pindą!

Dorzuć  jednego starego kawalera, pracownika odpowiednich służb. Niech będzie sympatyczny i oczytany.

Dodaj mu rodzicielkę budzącą mordercze myśli w każdej synowej in spe.

Dołóż kandydatkę na synową z odzysku.

Plus pałacyk z dykty i regipsu, wieżyczka zawsze mile widziana.

Zmiksuj na pełnych obrotach.

Przelej do formy, zapiecz. Podawaj w glazurze z energetycznej, momentalnie poprawiającej humor okładki.

Satysfakcja biesiadników gwarantowana.

Tak mniej więcej mógłby brzmieć przepis kulinarny na zakręconą komedię kryminalną, której tytuł brzmi: „Stara zbrodnia nie rdzewieje”.

Zachęceni?

To brać i czytać, bo śmiech, ten z serca i przepony, jest teraz na wagę złota, a mamy go jak na lekarstwo, śmiechu, bo co do złota to nie wiem.  

Pisanie komedii kryminalnych nie jest sztuką łatwą. Nie dość, że czytelnik oczekuje, że zostanie rozśmieszony, to jeszcze trzeba pilnować tej nieszczęsnej intrygi kryminalnej, ułożyć wiarygodną fabułę, nie pomylić mordercy z ofiarą. Pomotać tropy żeby czytelnik musiał nieco pomyśleć zanim zakrzyknie: Eureka! To na pewno Kowalski! Albo zaraz, zaraz… a może zabił kamerdyner?

Papuga?

Papugi żaden sąd nie skarze, autorka nie takie rzeczy wypisywała, więc może to Pinda?

A może?

Czy rzeczywiście motyw wieńczy dzieło? 

Przy okazji odświeżamy sobie w pamięci klasykę literatury kryminalnej bazując na prostych skojarzeniach i dostajemy prztyczka w nos.

Zabawa przednia, papuga Pinda idzie łeb w łeb, grzywka w grzywkę z moją dotychczas ulubioną papugą Zgagą.

Aż mnie dreszcz obleciał, gdy wyobraziłam je sobie w duecie.

Tym optymistycznym akcentem kończę przepis na wciągający kryminał rozśmieszający. Autorką receptury jest niezrównana Iwona Banach, pisarka o stylu niepodrabialnym, bardzo dla niej charakterystycznym, wymagającym poczucia humoru zaprawionego odpowiednią ilością sarkazmu i ironii. Dawkowanego z wyczuciem.

Z przecieków wiem, że Pinda wróci i znowu namiesza.

Jak to ona ;)




środa, 24 czerwca 2020

"Głodnemu trup na myśli" Iwona Banach


Lubię serie, a serie kryminalne tym bardziej, dlatego ucieszyłam się z wiadomości, że Iwona Banach planuje kontynuację przygód Emilii Gałązki, Magdy, Pawła, Mikołaja i całej szeroko rozumianej ekipy tropiącej.
 O "Niedaleko pada trup od denata" pisałam TUTAJ ale myślę, że spokojnie można zacząć przygodę z całym towarzystwem od drugiego tomu i wrócić do pierwszego.

Po szaleństwach przygód z demonem mordującym literatów i zaprezentowaniu całej (czyżby?) palety możliwości Emilii Gałązki, która z upodobaniem pielęgnuje tradycje preppersów, zaczynamy poznawać uroki miasteczka, w którym mieszka Emilia. 
Małe bo małe, ale słynne z wczasów odchudzających dla zamożnych przyjezdnych. Najlepiej tych zagranicznych, chcących przy okazji odwiedzić ojczyzny łono. Odchudzić się, a jednocześnie najeść. Dzięki wczasowiczom mają co do garnka włożyć mieszkańcy miasteczka: taki odchudzony, medytujący wszystkożerca jest doskonałym klientem w okolicznych sklepach i barach, a pan Czesiu taksówkarz, też zarobi. 
I wydawałoby się, że życie wróciło już do normy, kto miał zejść, ten zszedł, gdyby nie kolejny trup, a właściwie nieboszczka. Ściśle amerykańska, ale polskiego pochodzenia.

Co kryje się za tym niespodziewanym zgonem?


Czy miejscowa policja w osobie Mikołaja, prawie chłopaka Magdy, zdoła namierzyć sprawcę?

I dlaczego pewna sympatyczna dziewczynka z naukowym zacięciem woli mieszkać u Emilii, a nie u swojej babci? Wiem, ale nie powiem ;)

Magda zeźlona niechęcią najbliższych (nie wszystkich, rzecz jasna)  do planu założenia agencji detektywistycznej, postanawia ustalić kto miał motyw i sposobność i udowodnić, że będzie doskonałym prywatnym detektywem/detektywką. 
Paweł doskonale radzący sobie w dziennikarskim fachu były chłopak Magdy też chciałby co nieco wykryć. I zarobić, oraz odzyskać Magdę a wraz z nią darmowy wikt i opierunek.Co z tego wyniknie?
Zwłaszcza gdy swoje trzy grosze wtrącą Idalia, Nika i babcia Niki oraz ktoś, komu zależy na ukryciu prawdy. 
Namieszane? To jeszcze nic. Do pomocy Magdzie wkroczy pewna Alicja i dopiero będzie się działo.

Jest zwariowanie, jest śmiesznie bo Iwona Banach w charakterystyczny dla siebie sposób stosuje humor sytuacyjny i słowny.  
Jest smacznie! 
Musicie mi uwierzyć na słowo, ale przy czytaniu przełykałam ślinę przypominając sobie pierogi ruskie produkowane w seriach limitowanych przez moją babcię lata temu - wyobrażam sobie, że te pochłaniane przez Idalię też były tak smaczne.
A! i krupnik! jedna z moich ulubionych zup, u mnie w domu podawany z fasolą duży jaś, przepyszny, wprowadzający podniebienie w stan ekstazy, ale niestety bezprocentowy...
Ale tak naprawdę wszystko przebił tłuczek. Jedyny, niepowtarzalny, prawie eksponat muzealny!
Co do rosołu... cóż, o rosole i jego przedziwnych właściwościach musicie już przeczytać sami.
Serdecznie polecam i dobrze radzę: nie czytajcie przy jedzeniu, nagłe napady śmiechu grożą zadławieniem, a Iwona Banach wprawdzie zabija nudę śmiechem, ale woli żywych czytelników. 






piątek, 12 czerwca 2020

"Głodnemu trup na myśli" czyli najnowsza komedia kryminalna Iwony Banach już u mnie

Nie mam pierogów, więc Emilię, Magdę i resztę ekipy z "Głodnemu trup na myśli" wyprow
adziłam na spacer do ogrodu. W efekcie też zgłodniałam 😉 ale najnowsza komedia kryminalna Iwony Banach nie daje wyboru, jedzenie przy czytaniu stwarza realne zagrożenie zadławienia się posiłkiem;)











poniedziałek, 28 października 2019

"Niedaleko pada trup od denata" Iwona Banach


Komedia kryminalna to wbrew pozorom bardzo wymagający gatunek. 
Z założenia, w kryminale powinien pojawić się minimum jeden nieboszczyk, górna granica nie została określona. Fabuła powinna być spójna i serwując  czytelnikom odpowiednią ilość fałszywych tropów, prowadzić do autora zbrodni. Pamiętać trzeba o motywie, tyle teraz się mówi o psychice mordercy, traumach i urazach z dzieciństwa.
 Nie zostawiać niczego przypadkowi, czytelnicy są coraz bardziej wymagający i jeden zbieg okoliczności łamany na przypadek przełkną, ale dwa to przecież niemożliwe. 
W życiu tak nie bywa.

Polemizowałabym, ale to innym razem.

Dodatkowo, przy konstruowaniu komedii kryminalnej trzeba pamiętać żeby zbrodnia nie była zbyt krwawa, makabryczna, odstręczająca.
Najlepsze będzie takie miłe, czyste morderstwo. Nóż, widelec, może korkociąg. Albo trucizna, tylko tak żeby się przyszły nieboszczyk nie męczył zbyt długo. A i objawy... pożądane byłyby takie niezbyt widoczne.
 Żeby zmylić czytelnika ;)
Nadal pozostając przy konwencji komedii kryminalnej pamiętamy o stosowaniu humoru sytuacyjnego i słownego. Wszak czytelnik ma wypocząć przy czytaniu, a nie zmęczyć się, albo, co przy tym podgatunku niedopuszczalne, bać się wyjść w nocy z pokoju do łazienki.
Szanujmy nerwy własne i cudze.
A i jeszcze... bohaterowie. Nietuzinkowi, zapadający w pamięć.
Czy pamięć, podsuwająca wszystkie wariacje na temat Kowalskich i Nowaków, nie spłata autorowi figla i nie podpowie nazwiska, które dopiero co pojawiło się w książce koleżanki po piórze?
Czy u kogoś pojawiła się już Emilia Gałązka?
Ja sobie nie przypominam.
Jak już wszystko uda się autorowi połączyć w całość i nie wyzionąć ducha przy okazji, znaleźć wydawcę, który doceni treść i dołoży od siebie znakomitą okładkę, to powstanie wzbudzająca niekontrolowane wybuchy śmiechu zwariowana, charakterystyczna dla twórczości Iwony Banach komedia. Na pewno kryminalna.

O treści słów kilka, ale tylko na zachętę, bo żaden, nawet najlepszy opis nie odda jej klimatu.



Z Emilią Gałązką od razu poczułam mocną więź i nie ukrywam, że chętnie jeszcze się z nią spotkam. Nie jestem preppersem, niezbyt przejmuję się końcem świata (bo każdy z nas przeżywa w swoim czasie własny, jedyny i niepowtarzalny koniec świata i nikomu nic do tego), ale odczuwam głębokie zrozumienie dla manii gromadzenia zapasów. 
Zawsze byłam zdania, że zamrażarka pełna mrożonek gotowych po odgrzaniu do spożycia i kilka półek puszek zawierających fasolkę po bretońsku, makrele w oleju, pomidorach i sosie musztardowym, kapusta kiszona w białym winie i brzoskwinie w syropie, to minimum pozwalające na swobodne decydowanie czy dzisiaj pójdę na zakupy czy niekoniecznie. Czy odchoruję przeziębienie, czy żeby wrzucić coś na ząb będę musiała  zwlec się z łóżka. Czyli mam do zapasów podejście praktyczne, gromadzę i zjadam. Emilia natomiast skupiła się na gromadzeniu. Nie tylko żywności. 
Ale jak to w życiu, wydarzenia zweryfikują czy miała rację. 
Pomoże jej w tym siostrzenica Magda, miła dziewczyna usiłująca odciąć się od upiornego Pawełka oraz całkiem sympatyczny policjant. 
I inne mniej lub bardziej dziwne osoby. 

A zaczęło się tak miło od spotkania autorskiego.
 Osobiście bardzo lubię spotkania autorskie - te moje i innych pisarzy takoż, ale nie wiem jak bym zareagowała gdyby pisarz dorównujący w mojej wyobraźni Clooneyowi przemienił się w łysiejącego, zapuszczonego sześćdziesięciolatka. Niby wygląd autora treści książki nie zmienia, ale chyba poczułabym się delikatnie rozczarowana. Zwłaszcza gdyby wydawca nie zamieszczał zdjęć autora na okładce. 
Ale nie próbowałabym go zamordować, zresztą rozczarowane wielbicielki też nie próbowały. A jednak to akurat spotkanie autorskie przeszło do historii miasteczka i biblioteki. Od niego wszystko się zaczęło, a potem to już było z górki. 
A co było, kogo zamordowano, jaki był powód zbrodni i co zmalował upiorny Pawełek, tego nie zdradzę. Bierzecie i czytajcie, tylko nie przy jedzeniu. Wiem co mówię, mój egzemplarz oplułam kawą, zrosiłam łzami - ze śmiechu oczywiście. Dobrze że nie wzięłam go do wanny, na pewno przy okazji bym go utopiła przy niekontrolowanym wybuchu śmiechu. Więc z czytaniem w busie też ostrożnie. Chyba że na głos. Niech inni też skorzystają. 
 Ubawiona, z przekonaniem polecam prawdziwą komedię kryminalną kojarzącą się z komediami nieodżałowanej Joanny Chmielewskiej. 
Cięty humor, prawdziwe do bólu sytuacje i reakcje - mężczyzn pokroju Pawełka zbyt wielu jeszcze chodzi po świecie. Do tego certyfikowane łowczynie demonów broniące swoich wyobrażeń o przyszłości najbliższych...
To wszystko oznacza tylko jedno "Niedaleko pada trup od denata" powinien znaleźć się w zestawie obowiązkowym  książek na jesień, zimę, wiosnę i lato. 
Terapia śmiechem gwarantowana. 
Odsłona na jesień ;)