wtorek, 20 sierpnia 2019

Lucyna Olejniczak "Księżniczka"


"Księżniczkę" przeczytałam dwa tygodnie temu i nadal o niej myślę. O małej Lence i dorosłej Lenie, traumie dzieciństwa rzucającej cień na dorosłe życie. Bezwzględności rodziców i tych, którzy wiedzieli a jednak nie zrobili nic. 
Bo to przecież taka dobra, szanowana rodzina. 
Ile takich rodzin egzystuje wokół nas? 

Na zewnątrz wszystko w jak najlepszym porządku, a w środku małe piekła codzienności. 


Ile takich "księżniczek" wciąż od nowa przerabia poczucie winy i walczy z uzależnieniem od tatusia. 
I nie tylko tatusia.
Dom rodzinny jest symbolem poczucia bezpieczeństwa. Swojsko jak w domu, przytulnie jak w domu.
 Czasami bardzo trudno wyrwać się z tego domu.
Tak jak trudno Lenie odejść, ostatecznie.
Postawić na siebie. Spróbować wyrwać się spod kontroli zaborczego ojca i upiornej, uległej i jękliwej matki. 

Zanim Lena podejmie decyzję upłynie sporo czasu. 

Lenka dorasta w Nowej Hucie, wokół wielki plac budowy nadzorowany przez pana inżyniera. Wszyscy kłaniają mu się w pas. Żona milczy, dzieci  - Lenka śpi w jednym pokoju z siostrą - kulą się pod kołdrą. Czasami tatuś kładzie się przy młodszej siostrze Lenki... 

Męczy mnie obraz matki kłócącej się z mężem i wpychającej go w gniewie do pokoju dzieci. 
- Tu będziesz spał! - krzyczy. O święta  naiwności!
Moim zdaniem to  ważna książka, bardzo autentyczna, wiarygodna i bardzo potrzebna. 
Czasami ludzie się dziwią dlaczego ofiary molestowania seksualnego milczą i dopiero po wielu latach są w stanie opowiedzieć o tym co przeszły. Zmierzyć się z upiorami przeszłości, stanąć twarzą w twarz z prześladowcą, często człowiekiem o nieposzlakowanej opinii, szanowanym. Dlaczego nikt o niczym nie wiedział? Dlaczego nie powiedziały mamie? 
A może mówiły, sygnalizowały w swoim zachowaniem, że coś jest nie tak? Tylko wygodniej było nie reagować. Dla świętego spokoju i wiecznej obawy o to co ludzie powiedzą. A i jeszcze, że dzieci konfabulują...bo to nie może być prawda.

Trzeba ogromnej odwagi, siły woli i determinacji żeby wreszcie po latach wskazać winnego. Uwolnić siebie od poczucia winy, które jest podsycane przez sprawcę. Zacząć od nowa.
Polecam z pełnym przekonaniem.

środa, 31 lipca 2019

Lipiec miesiącem hortensji

Hortensje należą do moich ulubionych kwiatów i przez cały lipiec, w różnych zakątkach miasta i we własnym ogrodzie utrwalałam ich urodę na zdjęciach. 
Zostaną do przyszłego roku, tak aby można było co jakiś czas zerknąć na zdjęcie i rozjaśnić dzień.
Miłego oglądania :)























wtorek, 30 lipca 2019

Sylwia Kubik "Pod naszym niebem"


RECENZJA PRZEDPREMIEROWA
Premiera 02 sierpnia 2019

Każdy ma swoje miejsce na ziemi. 

Od czasu do czasu  zarządzam leniwą sobotę i oddaję się przyjemnościom. Zero muszę, robię tylko to na co mam ochotę.
 Tym razem odpoczynek umilała mi lektura debiutanckiej powieści Sylwii Kubik "Pod naszym niebem" wydana w serii Opowieści z Wiary Wydawnictwa eSPe. Zamierzałam przeczytać tylko początek, tak żeby zorientować się w treści książki, a skończyło się na tym, że z mieszkańcami Brzozówki spędziłam cały dzień.
 I był to bardzo dobrze wykorzystany czas.

Ale od początku.

W piątek zawitał do mnie kurier z przesyłką. Spodziewałam się koperty z książką, a otrzymałam sporych rozmiarów paczkę, a w niej oczywiście egzemplarz do recenzji, aromatyczną mieszankę ziół zebranych i dobranych przez autorkę specjalnie na tę wyjątkową okazję, oraz uroczy bilecik. Wydawnictwo dołożyło sympatyczny list i  dodało do zestawu inny tytuł z serii.


Jako czytelniczka i recenzentka  poczułam się wyjątkowo zadbana. Zioła wypełniały swym aromatem pokój, a ja szybko integrowałam się z mieszkańcami niewielkiej wsi na Powiślu.

Od razu polubiłam energiczną i zaradną Karolinę. 
 Jej życie to prawie idylla. Piękny dom i drewniany domek w ogrodzie wspaniały na czas relaksu, miły i okazujący jej miłość i szacunek mąż Wojtek oraz dwie córki: dwunastoletnia Anielka i pięcioletnia Gabrysia. 

A przecież nie zawsze tak było. Karolina i jej najbliżsi mają za sobą trudne chwile, związane z narodzinami Gabrysi. Autorka sięga do własnych doświadczeń i wspomnienia jakie nawiedzają Karolinę są boleśnie autentyczne. 
Radość i żywiołowość Gabrysi wprowadza dużo dobrej energii do fabuły, nawet wtedy gdy przeplata się z tęsknotą za ukochanym dziadkiem. 
Gabrysia pozostanie ze mną na długo.

W Brzozówce mieszka też Hania przyjaciółka Karoliny, prowadząca wraz z mężem duże gospodarstwo. Mama Tomka i Dominiki, synowa swojej teściowej Weroniki. Kobieta wielkiej cierpliwości!
Poznajemy nieco apodyktyczną sołtyskę i księdza Karola, kapłana z powołania, który potrafi rozmawiać z ludźmi.
Bo w tej opowieści ludzie ze sobą rozmawiają, a nie tylko mówią żeby cokolwiek powiedzieć. Żyją w niewielkiej społeczności i wiedzą, że lepiej ze sobą współpracować z chęci, a nie z musu. A jeżeli dochodzi do konfliktu, to zamiast go podsycać trzeba szukać dobrych dla wszystkich stron sporu rozwiązań.
 Dążyć do zgody. 
Zapraszać do swojego kręgu a nie wykluczać z niego.
Myślę tu o doktorze Macieju, który zapewne w kolejnych częściach serii będzie miał swoją rolę do odegrania, ale też o małym Kubie, któremu od razu kibicowałam i chciałam powiedzieć: dasz radę dzieciaku!

Sylwia Kubik we współczesną opowieść, bardzo aktualną w swojej wymowie, wplotła też wątek wojenny. Tajemnicę Brzozówki poznajemy powoli dzięki pani Helenie, do tej pory trzymającej się na uboczu, a dzięki Gabrysi i Karolinie częściej wychodzącej do ludzi.
 I czekającej na Józka...
Też chciałabym wiedzieć czy zdąży.

Autorka w bardzo dojrzały sposób pisze o relacjach międzyludzkich, przypomina jak bardzo ważny jest wzajemny szacunek, empatia, tolerancja i poczucie humoru.
W Brzozówce toczy się zwyczajne  życie ze wszystkimi jego troskami, cieniami i radościami. W kuchni pachnie ziołami i smakołykami, wiatr kołysze gałęziami, w sadach obrodziło  i Hanka przygotowuje dżem z miętą.
Brzmi swojsko, prawda?
Klimat tej powieści sprawia, że obcując z bohaterami zaczynamy ich traktować jak bliskich nam ludzi, przejmujemy się ich problemami i kibicujemy im. A  synowe podobnych do Weroniki teściowych mogą się zainspirować sprytnym rozwiązaniem problemu, który tylko dzięki cierpliwości Hanki nie przerodził się w wojnę.

Wydawnictwo eSPe zadbało o staranne wydanie książki, na okładce wita nas Karolina z Gabrysią, obie radosne, emanujące dobrą energią. 
 Zieleń nadziei wycisza i wprawia w dobry nastrój, nawet wtedy gdy słuchamy burczenia Stefana. Bo także on kryje swoją tajemnicę.
Kiedyś ją poznamy.


Polecam serdecznie Waszej uwadze tę pełną ciepła i życiowej mądrości książkę. Zatrzymajcie się na chwilę i wdychając aromat ziołowej herbatki zajrzyjcie do Brzozówki. 
Zapewniam, że warto.

Sylwia Kubik "Pod naszym niebem" Każdy ma swoje miejsce na ziemi
seria: Opowieści z Wiary
Wydawnictwo eSPe
Stron 380
Rok wydania 2019



czwartek, 13 czerwca 2019

"Dzień Matki" Nele Neuhaus

Złudne poczucie przyzwoitości.

To smutne gdy umiera ktoś tak samotny, że przez czternaście dni nikt nie interesuje się brakiem jego obecności. Bo co innego można pomyśleć? Że Theodor Reifenrath nie miał nikogo bliskiego, a sąsiedzi za nim nie przepadali.

 A jednak było inaczej.


Theodor i jego żona Rita lata temu stanowili rodzinę zastępczą dla wielu dzieci, a sami cieszyli się szacunkiem społeczeństwa. Kolejne roczniki dzieci kończyły szkoły, usamodzielniały się, a pracownicy socjalni zacierali ręce uważając, że to także dzięki ich zaangażowaniu porzucone przez rodziców dzieci mogły wychowywać się w tak wspaniałej rodzinie i kształcić się, kończyć studia, a na końcu zostać poważanymi członkami społeczności lokalnych. 

Taki, nieco lukrowany obraz zewnętrzny nie miał nic wspólnego z tym co działo się wewnątrz tej rodziny zastępczej. Zimny wychów jest najłagodniejszym określeniem jakie w tej chwili przychodzi mi na myśl. Mniej łagodne to: maltretowanie psychiczne, przemoc fizyczna, piekło na ziemi... 

Nie wszystkim udało się przeżyć. 

Śmierć Theodora jest końcem i początkiem. 


W pierwszej fazie oględzin nie wiadomo z całą pewnością czy mężczyzna padł ofiarą przestępstwa, czy przydarzył mu się wypadek. Zastanawia odizolowanie psa, który miał ogromne szczęście, że przeżył. 
To jego znalezisko naprowadziło na trop zamierzchłych zbrodni.

Pia Sander i Oliver von Bodenstein mają wiele zagadek do rozwiązania, a czasu coraz mniej. Tropy się krzyżują, a ryzyko kolejnego morderstwa rośnie. Czas się kurczy, tytułowy Dzień Matki blisko. 

W pewnej miejscowości umiera kobieta. Zostawia dorosłą już córkę. I żadnej rodziny oprócz ojca. Ten trop, jakże w pewnym momencie bliski prowadzącym śledztwo, jest także analizą pewnego rodzaju postępowania, zawłaszczania dzieci. A gdy nadejdzie kres całe dotychczasowe życie sypie się i wszystko, ale to dokładnie wszystko trzeba zaczynać od nowa. 
Nie każdy jest w stanie sprostać takiemu wyzwaniu.

Patrząc na rodziny z zewnątrz oceniamy tylko to co obserwowani chcą pokazać, zazwyczaj zazdroszcząc harmonii, miłości, oddania. Nawet jeżeli słyszymy kłótnie, widzimy podbite oczy a w nich błysk strachu, to trzeba czasu i szczególnych okoliczności, często osobistego zaangażowania, by obraz rodzinnej idylli rozsypał się jak  przysłowiowy domek z kart. 
Czy po katastrofie będzie co zbierać?

Dlaczego tak ważny dla śledztwa jest Dzień Matki? - w Niemczech obchodzony w drugą niedzielę maja. 

To święto, jego wymowa dla zaginionej przed laty Rity, żony Theodora, dla odwiedzających ją co roku wychowanków i dla kobiet związanych mniej lub bardziej ściśle z rodziną Reifenrathów jest bardzo traumatycznym przeżyciem.

Nele Neuhaus nie pisze kryminałów tylko po to żeby uraczyć czytelnika krwawymi morderstwami, błyskotliwym przebiegiem śledztwa i ekscytującym finałem. Chociaż akurat w "Dniu Matki" finał ścina krew w żyłach. Nele Nuhaus każdy tom z serii, w której pierwsze skrzypce grają Pia Sander(wcześniej Pia Kirchhoff) i Oliver von Bodenstein poświęca innemu ważnemu społecznie problemowi. 
Naświetla sprawy, o których rzadko mówi się pełnym głosem, częściej szeptem.
Zawsze rzetelnie, odpowiedzialnie. 
"Dzień Matki" pod tym względem nie różni się od równie wstrząsających "Żywych i umarłych" czy "Złego wilka".
Pobudza do myślenia i zadania sobie pytania jak ja postąpiłabym w bardzo konkretnej sytuacji? Czyje dobro ma większe znaczenie i czy tak naprawdę na etapie początkowym jesteśmy w stanie ocenić konsekwencje podjętych wiele lat wcześniej decyzji?
Czy możemy jeszcze cokolwiek zmienić?
Odpowiedzi (tej wynikającej z fabuły)szukajcie w książce.

"Dzień Matki" Nele Neuhaus (dziewiąta część cyklu)
Tłumaczyli Anna i Miłosz Urbanowie
Wydawnictwo Media Rodzina
Seria Gorzka Czekolada
Rok wydania 2019
Stron 724





czwartek, 6 czerwca 2019

Alicja Minicka "Bestia" czyli zwodniczy urok sielskiej wsi


Kilka lat temu przeczytałam "Morderstwo w Miłowie" Alicji Minickiej i nie ukrywam, że długo pamiętałam ten  klimatyczny kryminał retro. Ostatnia scena, otwarte zakończenie, przykuwająca uwagę para bohaterów. Na kontynuację, mam nadzieję serii, czekałam z niecierpliwością. Byłam ciekawa jak ułożą się losy komisarza Łukasza Darskiego i pięknej malarki Samanty.
Czy się zejdą, czy się rozejdą? 
Czy są sobie przeznaczeni? 

"Bestia" to nie romans, to wywołujący w czytelniku rosnące uczucie niepokoju kryminał, rozgrywający się w realiach trzydziestolecia międzywojennego, ale relacja jaka zawiązała się między Łukaszem a Samantą ma podstawowe znaczenie dla fabuły. 
Mroźna zima, długi spacer i w efekcie Samanta zapada na zapalenie płuc. Wielkich szans na przeżycie nie ma, nie wspominając o wyzdrowieniu. Z pomocą śpieszy obok doktora Wareckiego znany podróżnik, przyjaciel Łukasza Darskiego Rafał Gajda.
Zdrowiejąca Samanta już nie będzie chciała czekać, planować i męczyć się niepotrzebnie. 
Do dworu Adama Grabowskiego w Białogrądach pojedzie już jako pani Darska. W towarzystwie Rafała Gajdy. 
Męża tradycyjnie zatrzymają służbowe zbrodnie. 

A na miejscu atmosfera prawie sielska. 
Niedawno wybudowany dworek, majestatyczny, budzący respekt właściciel dóbr Adam Grabowski, pełniąca funkcję pani domu siostra Grabowskiego Jadwiga. Syn zarządzający cegielnią, bo z wypalania cegły żyją Grabowscy i pół okolicy. 
Oraz historia o grasującej w pobliskich lasach bestii. 
Czy bestia istnieje naprawdę? Kto nią jest? 
A może to tylko plotki? 
Czy to wina bestii, że ostatnio w Białogrądach zagościła śmierć? 

Atmosfera zagęszcza się. 
Samanta nadal czeka na przyjazd męża. Czas spędza na malowaniu portretów, spaceruje po lesie i zaprzyjaźnia się z panią Liwczycową mieszkającą po sąsiedzku. 
Cieszy się każdym dniem korzystając z gościnności Grabowskich. 
Ale tak w życiu jak i w powieści nic nie może wiecznie trwać...
Alicja Minicka nie tworzy barokowych zdań, nie opisuje każdego detalu, nie wprowadza zbyt wielu postaci, raczej używa bardzo oszczędnych środków by pobudzić serce czytelnika do szybszego bicia.
Moje momentami biło bardzo szybko. 
Mam nadzieję, że Alicja Minicka nie poprzestanie na "Morderstwie w Miłowie" i "Bestii" i za jakiś czas będę mogła sięgnąć po kolejną część przygód komisarza Darskiego, który w sumie w "Bestii" nieco ustępuje miejsca swojemu przyjacielowi Gajdzie. Cóż komisarz i podróżnik mają zwielokrotnione szanse na prowadzenie fascynujących spraw. 


Alicja Minicka "Bestia"
Wydawnictwo Oficynka
rok wydania 2018
stron 255

piątek, 31 maja 2019

"Akcja mleczna" seria Ewa wzywa 07 ... Wojciech Wiktorowski

Opis depresji nękającej kapitana Andrzeja Zawadzkiego  z Biura Kryminalnego KGMO  został tak wiernie oddany,  że wręcz namacalnie czujemy jak bardzo się męczy i przeżywa niepowodzenie najlepszy  i jeszcze młody  milicjant z KGMO.
Deszcz sukcesów, zazdrość kolegów, gratulacje przełożonych i jedna sprawa, która  czyni to wszystko nieważnym. Depresja pogłębia  się, kapitan  jest przerażony. Zachowując zewnętrzne oznaki  równowagi to jest: ogolony, umyty, opalony, czysto ubrany, nadal po wypiciu  trzech kaw i dwóch kieliszków koniaku  rozpada się w środku.
 Co doprowadziło zdolnego, inteligentnego człowieka do takiego stanu?
 Ano oczekiwanie na nową sprawę, lęk czy podoła, lęk co tym razem morderca wymyśli!  
I jest!  Po dwóch tygodniach oczekiwania na nową sprawę zbrodnia hurtowa. Na osiedlu Gocław zostało zamordowanych pięćdziesiąt sześć osób plus mleczarz. Pięćdziesiąt sześć osób zostało otrutych  trucizną o ładnie brzmiącej nazwie  Amanityna,  inaczej Amanitatoksyna . Jest to substancja trująca, którą w 60% zawiera muchomor sromotnikowy, czyli dla kogoś kto potrafi tę substancję wyodrębnić trucizna dostępna  i łatwa w użyciu. 
Zbrodniarz nie pomyślał o zorganizowaniu wycieczki na grzyby, tylko załatwił pół bloku hurtem. Amanityna została wstrzyknięta do butelek z mlekiem  strzykawką, dlatego mleczarz/ roznosiciel mleka/ musiał  zginąć. Śledztwo się ciągnie, kolejne ofiary  umierają, kapitan z pełnym poświęceniem prowadzi śledztwo/ rezygnacji oczywiście nikt nie przyjął/ .
Największym problemem jest znalezienie motywu  zbrodni i wizyty tak zwanych czynników. Ilu zamordowanych tyle może być motywów. Czynniki się niecierpliwią, opinia publiczna naciska. Współczujemy.
 Przez konkurentów kapitana Zawadzkiego jest lansowana wersja o działaniach zorganizowanej grupy dywersyjno-terrorystycznej. 
Nikt  oprócz kapitana nie pyta: po co?  Dlaczego? Jaki był cel?
 Też nie wyobrażam sobie, żeby można było bezcelowo wytruć tyle osób, jakiś powód zawsze musi być. I kapitan Zawadzki po miesiącach zastoju znajduje ten powód i już wie co chciał osiągnąć morderca. Oczywiście w międzyczasie tak zwane czynniki podpowiadają mu uprzejmie domniemanego sprawcę, informują o donosach, każą zamknąć kogokolwiek.
Cytuję czynniki: 
„Chodzi nam tylko o to,  aby w gazetach mogła  pojawić się krótka wzmianka: w sprawie takiej  to a takiej  zatrzymano grupę podejrzanych  albo jeszcze lepiej podejrzanego. Jest nim dajmy na to Jan K. długoletni pacjent  szpitali psychiatrycznych.  Zatrzymany został przekazany do dyspozycji prokuratora. Śledztwo trwa… albo  coś w tym rodzaju. Oczywiście - mówił dalej – śledztwo wykaże niewinność podejrzanego. Wtedy przeprosi się go i wypuści. Ale my, panowie - zaakcentował – my zyskamy kilka tygodni  czy kilka miesięcy czasu. Czasu, który jest dla nas bezcenny. Czy panowie mnie zrozumieli?” 
Panowie zrozumieli i to dobrze i nie ulegli manipulacji co bardzo dobrze świadczy o kapitanie Andrzeju Zawadzkim, który był porządnym milicjantem i chciał zamknąć prawdziwego mordercę a nie jakiegoś nieszczęśnika, który miał pecha i podpadł organom. Kapitan Zawadzki  po miesiącach bezskutecznego, dołującego  śledztwa natrafia w końcu na ślad podejrzanego  i z pomocą  nieocenionego sierżanta Kamińskiego  zastawia pułapkę. Morderca zostaje złapany,  ukarany, oddychamy z ulgą, kapitan wychodzi z depresji.  Do następnej sprawy.
Mnie się podobało, akcja wciąga, postać kapitana Zawadzkiego wiarygodna  i tak właśnie przy nim
pomyślałam , że nieważne jaka nazwa milicjant czy policjant, ważne by w tym właśnie zawodzie solidnie wykonywać swoją pracę i być odpornym na naciski decydentów spragnionych natychmiastowych efektów. 
Polecam bo to mimo pewnego nieprawdopodobieństwa  bardzo ciekawa i wciągająca lektura.

Recenzja po raz pierwszy ukazała się na stronie Klubu MOrd w 2011 roku.

Seria Ewa wzywa 07... była wydawana przez Wydawnictwo Iskry.
Wojciech Wiktorowski był także autorem "Na skraju niżu" z 1985 roku zeszyt 130 z serii "Ewa wzywa 07..." i "Upiorów Czernobyla" wydanych w 2014 roku przez Wydawnictwo Marginesy. 

środa, 29 maja 2019

"Uśmiech fortuny" Krystyn Ziemski

W jaki sposób może się  zakończyć romantyczna wycieczka?
 Czasami znalezieniem  prawie  świeżego wisielca, tak jak w "Uśmiechu Fortuny" Krystyna Ziemskiego inaczej Baxtona Allena, a tak naprawdę Wiesława Godziemskiego tu z Krystyną Świątecką w duecie, bardzo płodnego pisarza kryminałów milicyjnych.

Opowiadanie  zaczyna się od miłego akcentu, powiedziałabym nawet  jak typowa powieść młodzieżowa. Ona i on, niedzielny wypad do Kampinosu. Dziewczyna ma nadzieję na opalanie i miłe nic nierobienie przez cały dzień. Chłopak odwrotnie, chce jej pokazać swoje ukochane miejsca, a to oznacza  wędrówkę po dość rozległym obszarze. Ona, bo jej  zależy na nim, mimo poobcieranych stóp, (niewygodne obuwie), stara się nadążyć za nim i nie narzekać. 

W końcu  czas na odpoczynek, śniadanie na polance i rozpalenie małego, dobrze zabezpieczonego ogniska. Dziewczyna szuka drewna, krzyczy, wybiega... w tym momencie  kończymy z młodzieżówką i zaczynamy kryminał. Młodzi ludzie zawiadamiają posterunek w Kampinosie. Komendant tego posterunku, sierżant Konopka osobiście sprawdza informacje. Potwierdza, zawiadamia Komendę Stołeczną. Z ramienia Komendy Stołecznej śledztwem zajmuje się kapitan Andrzej Korcz. Sympatyczny, bada dokładnie wszystkie ślady, coś mu nie pasuje i słusznie. Wisielec, lat ponad trzydzieści, ubrany elegancko, zaopatrzony w złoty zegarek i rulon pieniędzy ale bez dokumentów. Po prostu NN.
Po sekcji okazuje się, że to jednak  nie samobójca tylko ofiara zbrodni.
Jedynym śladem jest list  znaleziony w dość nietypowej skrytce. 
 Nikt nie zgłosił zaginięcia, nikt go nie szuka, czas leci.

 Zaczyna się jak zawsze żmudna praca organów ścigania, kapitan Korcz trzyma rękę na pulsie. 

 Wiadomo że w  pobliżu miejsca powieszenia zwłok wykryto ślady opon z dużego fiata i drobinki materiałów, oraz nietypowe odciski  butów. Tak jakby ktoś kogoś niósł, przystawał i opierał ciężar o podłoże.  I nagle cud. Zgłasza się osoba,  która identyfikuje  nieboszczyka. Nie wystawia mu laurki,  przeciwnie, chociaż pozornie to był przyzwoity człowiek. 
Teraz po nitce do kłębka kapitan Korcz prowadzi swoje śledztwo, znajduje motyw oraz podejrzanego.
Okazuje się, że tak morderca jak i zamordowany bardzo, aż za bardzo lubili  pieniądze. Lubiła je także pewna piękna kobieta i to  kobieta właśnie jest kluczem do poznania prawdy  w tej opowieści.
Oczywiście nie napiszę  kto zamordował, ani co oprócz pieniędzy było motywem zbrodni. Fani serii "Ewa wzywa 07" na pewno wiedzą, a jeżeli ktoś będzie chciał to przeczyta i wyciągnie własne wnioski. Opieranie rozwiązania zagadki na zbiegu okoliczności jest zabiegiem wielce ryzykownym i nieco podważającym zaufanie do autora. Ale z drugiej strony w prawdziwym życiu zdarza się, że przypadek odgrywa jeżeli nie kluczową to na pewno ważną rolę. 
A podsumowując:


Jest taka życiowa prawda, o której się często zapomina, że chytry dwa razy traci, a czasami tym co się traci jest wartość najcenniejsza czyli życie.


sobota, 11 maja 2019

"Morderca na plebanii czyli klasyczna powieść kryminalna o wdowie, zakonnicy i psie (z kulinarnym podtekstem) Karolina Morawiecka

Siłą kryminałów przyciągających uwagę czytelników są ich główni bohaterowie (protagoniści). Można ich nie lubić, mogą nas irytować, wprawiać w zakłopotanie lub dla odmiany zachwycać błyskotliwością umysłu i pracą szarych komórek. Są różni, ale zawsze niebanalni, intrygujący i odróżniający się od reszty. 

Taka też jest Karolina Morawiecka wdowa po aptekarzu Stanisławie, niech mu ziemia lekką będzie, bo życie przy boku małżonki miał nielekkie. Wdowa należy do tych irytujących kobiet (chciałoby się napisać: bab), które wszystko wiedzą, zawsze lepiej, a jak nie wiedzą, to się nie przyznają, albo się dowiedzą. Wścibska, ciekawska, dociekliwa.

Utalentowana kulinarnie.
 W czasie czytania znowu przytyłam, podjadając a to ciasteczka krakowskie orzechowe i te z kokosem, a to czekoladę z orzechami - dwie tabliczki, a to jabłecznik od Ptysia (genialne ciasto woniejące pomarańczami). Dwa dni czytałam, bo niestety kiedyś muszę pracować, to się tych słodyczy uzbierało. Trochę na przekór wdowie po aptekarzu, która niestety piec nie potrafi, ale to ściśle tajne łamane na poufne. Za to gotuje przewybornie. Ja może nie gotuję tak jak ona, ale talent do pieczenia ciast też mam taki sobie. 
Z dwóch wydanych tomów już nazbierałaby się całkiem ciekawa książka kulinarna - o "Śledztwie od kuchni" pisałam TUTAJ ale to zapewne pieśń przyszłości.

Teraz przejdę do fabuły.

A było tak:
Karolina Morawiecka wdowa po aptekarzu, ledwie skończyła przyjmować gratulacje za rozwiązanie zagadki morderstwa młodej kobiety, ledwie ochłonęła, a już okazało się, że życie, a w zasadzie śmierć szykuje dla niej kolejne śledztwo. Otóż, przyjaciółka gospodyni proboszcza pani Małgorzaty, zachorowała. Z pomocą chorej starszej kobiecie przyszła pani Karolina. Wezwała lekarza, ustaliła kto się zaopiekuje chorą i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku wsiadła w białe tico i wróciła do Wielmoży. Na następny dzień okazało się, że Marta Dobrowolska  nie żyje.

Nie byłoby w tym nic niezwykłego, zawsze może przyjść kryzys, gdyby nie rozmowa z proboszczem i niedokończony list.
 Ktoś miał interes żeby pozbyć się starszej pani. 

Tyle wystarczyło aby do akcji wkroczyły: Karolina Morawiecka z nieodłączną siostrą Tomaszą. A z czasem do śledztwa przyłączyły się siły policyjne łase na przysmaki pani Karoliny. 
Cztery sprawy sprzed lat, jeden morderca i wścibiająca wszędzie swój nos pani Karolina z nieodstępującą ją siostrą zakonną. 
Morderstwo w małym miasteczku, gdzie wszyscy się znają.  Miasteczko, okoliczne wsie i przysiółki to teren śledztwa, który ma swoją specyfikę i pewna powtarzalność rozmów i działań może spowalniać akcję, ale trzeba pamiętać, że to my z racji funkcji czytelnika i obserwatora wiemy co się dzieje, osoby odwiedzane, a raczej nawiedzane przez wdowę po aptekarzu są poddawane torturom pełnych plotek przesłuchań pojedynczo. 
Karolina Morawiecka wdowa po aptekarzu prowadzi swoje śledztwo według najlepszych przepisów pochodzących z klasycznych angielskich kryminałów, jednocześnie podnosząc własne kwalifikacje i hurtem uzupełniając wiedzę na temat nie tylko nowości w dziale kryminały. Pomaga jej w tym sąsiad, pan Jacek z zawodu antykwariusz (postać budząca dużo sympatii) ale także jego żona, ta druga Karolina, traktowana przez  tę pierwszą Karolinę jak konkurentka. W sumie nie dziwi, druga Karolina potrafi piec smakowite ciasta. 
Trufla lubi jeść.
Tyle o fabule.
Postać Karoliny Morawieckiej wdowy po aptekarzu jest nieco przerysowana, bardzo charakterystyczna i nie do podrobienia. To kobieta zasadnicza, mająca ogromne poczucie własnej wartości (niekoniecznie mające pokrycie w rzeczywistości), obdarzona irytującą manierą używania zdrobnień. Przyznam się, że nigdy w życiu nie spotkałam osoby używającej tylu zdrobnień i może to być dla czytelnika momentami uciążliwe.
Rozumiem jednak i akceptuję taką kreację bohaterki uznając, że autor ma prawo do własnej wizji postaci, a czytelnik wybór. Ja na pewno będę czekała z niecierpliwością na kolejne tomy przygód Karoliny Morawieckiej wdowy po aptekarzu, z przyjemnością obserwując jej proces przeistaczania się nie tylko w roli samozwańczej detektyw, oczywiście z siostrą Tomaszą jako Watsonem przy boku, ale także jako coraz bardziej świadomej czytelniczki powieści kryminalnych zarywającej kolejne noce przy kryminałach Borisa Akunina, Agathy Christie czy Catherine Aird.
 Długa droga przed nią, ale za to jakże ciekawa.
polecam serdecznie.
Autorką rewelacyjnych, zwracających uwagę okładek jest Magdalena Wójcik.

Egzemplarz do recenzji otrzymałam od Wydawnictwa Lira


"Morderca na plebanii czyli klasyczna powieść kryminalna o wdowie, zakonnicy i psie (z kulinarnym podtekstem)
Autor: Karolina Morawiecka
Redakcja Ewa Popielarz
Stron 313
Rok wydania 2019
Wydawnictwo Lira Publishing Sp. z o.o.

wtorek, 30 kwietnia 2019

"Pewnej zimy nad morzem" Iwona Banach

Pewnej zimy nad morzem wszystko zdarzyć się może. Taka oto rymowanka kołatała mi się w głowie przez ostatnie dni po przeczytaniu najnowszej książki Iwony Banach. 

Bo i rzeczywiście, fabuła pełna jest dziwnych, a nawet niewiarygodnych zdarzeń, które, jak to u Iwony Banach, mają swoje źródła nie tyle w siłach nadprzyrodzonych, ale w umiejętności korzystania ze zdobyczy nauki.
Bo przecież zazwyczaj nasz strach, zdumienie, niepewność, budzą zjawiska, których nie potrafimy sobie wytłumaczyć. Zyskują one miano nadprzyrodzonych, chociaż wcale takimi nie są. 
Wiedza, wiedza to podstawa.

Niestety,  Dziubowej nie przetłumaczy! Ona z tych co wolą wierzyć obcym, najlepiej z innej cywilizacji, albo umiejącym robić wodę z mózgu sprzedawcom wszystkiego niepotrzebnego. 

Ale do rzeczy.

Miasteczko nad morzem, naszym swojskim Bałtykiem. W sezonie zapchane do granic możliwości przez spragnionych morskich wrażeń turystów. Pustoszejące po sezonie. Kiedyś zamieszkane przez samych swoich, z czasem przyjmujące napływowych, zachwyconych urokliwym  spokojem i jajami od wolnobiegających kur. Trudno żyć razem, ale jakoś trzeba. 
Urazy, uprzedzenia, narosłe animozje.
 Nie ma łatwo

Grudzień, świąteczną atmosferę zakłóca przyjazd do pensjonatu "Magiczna Latarnia"grupy kobiet interesujących się okultyzmem. Jedna z nich właśnie wydała książkę o fascynującym tytule "Demoniczny kochanek" i zamierza ją z przytupem promować. Ma jej w tym pomóc grono znajomych z grupy na Facebooku. Znajomych, które znają się w wirtualnej rzeczywistości, a w życiu to już niekoniecznie. 
W takich okolicznościach  bez nieboszczyka, a może nieboszczki się nie obejdzie. 

A jak jest trup to i jest śledztwo, nie ma zmiłuj.

No i jeszcze umarnik w kamienicy u Genowefy Dziubowej. 

Bo wszystko zaczęło się od legendy o umarniku. 

A potem sprawy nabrały rozpędu i niektórzy tak się zaangażowali, że zaczęli świeczki palić na schodach u Dziubowej. Czerwone świeczki w towarzystwie wędzonej szynki i dwóch brytfanek pasztetu...

Majka z Markiem mają się ku sobie, ale co na to mama Majki.

Koty podbijają serca, jak to koty, a lokatorki od Dziubowej robią eksperymenty z trunkami wyskokowymi. 
Tyle o fabule, świat się kręci, jedni żyją, inni trochę mniej i nie ma sekundy na nudę.

Zwłaszcza, że autorka  kreśląc bardzo wyraziste postaci, nawet nieco przerysowane, nie oszczędza nikogo. I jak już się uśmiejemy do łez, to przyjdzie czas na refleksję. Niekoniecznie wesołą. 

Iwona Banach ma talent do  tworzenia charakterystycznych, bardzo wyrazistych, zapadających w pamięć  postaci. Humor sytuacyjny i humor słowny(zwariowane dialogi) to jej znak firmowy i gwarantuję, że czytelnicy sięgający po "Pewnej zimy nad morzem" nie będą mogli oderwać się od pełnej zwrotów akcji, a chusteczki higieniczne - koniecznie pod ręką, będą mokre od śmiechowych łez. 
A i jeszcze, ciutkę żałuję, że tytuł roboczy "Umarnik" został zastąpiony przez "Pewnej zimy nad morzem", ale z kolei "Umarnik" nie współgrałby z okładką zaprojektowaną przez Piotra Skrzypczaka. A okładka wpada w oko. 
Tak to jest, że nie da się mieć w życiu wszystkiego, zwłaszcza, że umarnik to...

Oczywiście nie zdradzę. 

Iwona Banach "Pewnej zimy nad morzem"
stron 320
Wydawnictwo Lucky



poniedziałek, 22 kwietnia 2019

"Cynamon, chłopaki i ja - podwójne życie Victorii King " Dagmar Bach

Bardzo przyjemnie mi się tę książkę czytało. Od dawna nie jestem młodzieżą, ale coś  tam z okresu dorastania i dojrzewania pamiętam, więc momentami czułam się tak jakbym na chwilę wróciła do przeszłości. Bo w sumie Dagmar Bach pisze o sprawach uniwersalnych i znanych każdemu człowiekowi: szkole, dorastaniu, pierwszej miłości, kłopotach z nawiązaniem przyjaznych kontaktów z rówieśnikami i nie mniej istotnych kłopotach rodzinnych. 

Dlatego zaczniemy od rodziny Victorii King, w swoim zwyczajnym życiu zwanej Vicky. Rodzice Vicky rozstali się dawno temu, a powód rozstania pozostaje tajemnicą, mama dziewczyny prowadzi przytulny pensjonat urządzony w angielskim stylu, a dziadkowie cieszący się urokami życia na emeryturze są nieprzewidywalni. Tak samo jak ciocia, prowadząca sklepik z różnościami i zajmująca się wynalazkami. Ale w sumie całkiem sympatyczna z nich rodzina. Co nie znaczy, że nudna. 

Victoria uczy się w Gimnazjum św. Anny, szkole prywatnej, i radzi sobie nieźle. Podkochuje się w chłopaku, uzdolnionym informatyku, ale oprócz niego ma w swoim zasięgu całkiem miłe towarzystwo. 

Do tej pory wszystko normalnie, prawda?

Zapomniałam wspomnieć, że Victoria od czasu do czasu znika. Hasłem do zniknięcia jest pojawienie się woni cynamonu. Vicky przemieszcza się nawet nie w czasie, bardziej w przestrzeni równoległej i wskakuje na miejsce Tori - pewnej złośliwej zołzy, która sporo namiesza w życiu Vicky.
Ale są takie sytuacje, że jednak Vicky wolałaby być na swoim miejscu.
Tori również.
Dwie dziewczyny, dwa podobne kręgi towarzyskie, ale inne w nich układy i niebanalna możliwość przyjrzenia się sobie z zewnątrz, zrozumienia zachowań niezrozumiałych, akceptacja pewnej inności. I oczywiście masa zabawnych sytuacji.
 "Cynamon, chłopaki i ja" to pierwsza część serii i naprawdę jestem bardzo ciekawa jak rozwinie się fabuła i co wyniknie z przenikania się owianych cynamonowym aromatem światów. 


Książka jak zawsze w Wydawnictwie Media Rodzina wydana niezwykle starannie, z dbałością o szczegóły.

"Cynamon, chłopaki i ja - podwójne życie Victorii King" Dagmar Bach
Tłumaczyła Anna Urban
Wydawnictwo Media Rodzina
Stron 318

czwartek, 11 kwietnia 2019

"Wielki Szu" Jan Purzycki

Dyskretny urok półświatka

Film był kapitalny, oglądałam z zapartym tchem i do tej pory pamiętam wrażenie jakie wywarł na mnie Jan Nowicki, tak wiarygodnie grający wypalonego, starającego się wejść na drogę cnoty szulera, zwanego Wielkim Szu. Także w tym filmie, mignęła, jakże efektownie, za zasłoną przejrzystą, naga Grażyna Szapołowska.

Po latach trafiłam na książkę "Wielki Szu" napisaną, tak jak i scenariusz, przez Jana Purzyckiego. Książkę wciągającą od pierwszego zdania i trzymającą w napięciu aż do samego końca, co wcale nie jest łatwe, ponieważ doskonale pamiętam jak się próba życia zgodnego z normami etycznymi skończyła.

Ale od początku.

 Piotr Grynicz - Wielki Szu, bywalec luksusowych hoteli, człowiek zamożny i światowy, miał pecha, trafił do więzienia. Nie wiadomo za co, wiadomo, że na długie tysiąc osiemset dwadzieścia dni. Nawrócony na życie bez kart, bez szulerki, uczciwe, pociągiem jechał do dawno nie widzianej żony, kobiety pięknej i zaradnej. Niestety, życie płata smutne niespodzianki, żona, uczciwie, podzieliła majątek na pół, ale nie chciała już wspólnego życia. I tak zaczęła się równia pochyła, bo nic nie szło już teraz zgodnie z jego oczekiwaniami. Wziął pieniądze, chciał kupić dom, trafił do małej miejscowości  Lutyń. Na drodze do szczęścia i zakupu domu, jakże szkaradnego w opisie, stanął mu  małomiasteczkowy bogacz, człowiek trzęsący miasteczkiem, niejaki Mikun. 

Czytając, myślałam, że nieważne czy duże, czy małe, każde miasto i miasteczko miało i ma szytego na swoją miarę Mikuna, człowieka, który może wszystko, a może mu się tylko tak wydaje. Grynicz nie kupił domu ale wygrał,pieniądze, bo zagrał, właśnie z Mikunem i niejako bezwiednie zaczął kształcić następcę, młodego wilczka, taksówkarza mieszkającego w Lutyniu, Jurka Gamblerskiego.
I to był początek końca Wielkiego Szu.


Polska  Wielkiego Szu, końcówka lat siedemdziesiątych, luksusowe hotele, luksusowe życie hotelowe, bez zmartwień, leniwe, gra o wielkie stawki, piękne kobiety, które uwielbiają luksus, luksusowe prostytutki takie jak Jolka,dziwka luksusowa, która od pewnego czasu, staczając się w dół, żyła tylko zemstą. Spotkanie z Szu było dla niej jak zrządzenie losu, dar, którego żal by było nie wziąć. Wzięła i nie pożałowała bo zemsta smakuje najbardziej gdy się nieco odleży.


"Wielki Szu" oprócz interesującej akcji, walorów poznawczych dla karcianych laików, dokładne tłumaczenie co to kobyłka a co marycha, ma jeszcze jedną zaletę, błyskotliwe dialogi. 

Że zacytuję jeden z nich:
"- Słuchaj, dlaczego ty w właściwie, będąc taką inteligentną dziewczyną, zostałaś... - zawiesił głos szukając odpowiedniego słowa.
- Kurwą, chciałeś powiedzieć - dopowiedziała bez zażenowania. Potem uśmiechnęła się swobodnie. - Daj spokój wujaszku. Mogłabym równie dobrze ciebie zapytać, dlaczego będąc takim inteligentnym mężczyzną zostałeś... - również zawiesiła głos naśladując go.
- Oszustem! - wykrzyknął z zadowoleniem.
- Masz rację. Głupie pytanie. "Niech się nazywają złodziejami, byle tylko nie kradli" - wstał i ruszył w stronę samochodu. To zdanie przypadło jej do gustu. Uśmiechając się do swoich myśli zapytała :  

- Zaraz. Jak to powiedziałeś ?
-To nie ja, to Dostojewski."


Takie to są dialogi, przyjemne do czytania. Gdzie Szu, a gdzie Dostojewski, ale wszystko to jest życie barwne, życie skończone, życie tragiczne.


Czas Wielkiego Szu się skończył, teraz można co najwyżej pograć na targu w trzy karty - wersja dla naiwnych lub iść legalnie do kasyna i tam  też chętnych na wygraną ogolą do skóry z pieniędzy.



 Ileż więcej uroku w przegranej z prawdziwym, zawodowym, prawie jak z amerykańskich westernów, szulerem. Bo szuler to nie tylko ktoś kto wygrywa w karty i zna na to sposoby i triki, szulerka to także sposób na życie zgodne z własnymi, szulerskimi zasadami gry.

N zdjęciu okładka wydania z 2012 roku w Videografie, ze strony Taniej Książki. Mój egzemplarz pierwszego wydania zapadł się pod ziemię. Mam nadzieję, że znajdę. 
Tekst ukazał się w 2010 roku na nieistniejącej już stronie Klubu MOrd. 

niedziela, 7 kwietnia 2019

"Mia i biały lew - nierozłączni przyjaciele" czyli bardzo wzruszająca opowieść

Na podstawie filmu Gilles'a de Maistre
Tekst Prune de Maistre

Wzruszyłam się, bo trudno się nie wzruszyć czytając historię przyjaźni małej dziewczynki i białego lwa. Mia i Charlie, Charlie i Mia - nierozłączni. Niestety do czasu gdy brutalna rzeczywistość w sposób nieubłagany wkroczy w ich unormowane życie. 

Ale zacznijmy od początku.

Dziesięcioletnia Mia mieszka z rodzicami i bratem w Londynie. Chodzi do szkoły, na mecze, ma przyjaciół. Wszystko zmienia się wraz ze śmiercią dziadka dziewczynki. Rodzice decydują się na przeprowadzkę do Republiki Południowej Afryki, aby zająć się prowadzeniem odziedziczonej po dziadku dziewczynki farmy. Farmy, na której hoduje się lwy.

Turyści przyjeżdżają na farmę, zwiedzają, obserwują zachowania lwów, robią zdjęcia. Prawdziwa idylla. 
Tylko niestety idylla nie przynosi pieniędzy i ojciec Mii i Micka zaczyna rozważać powrót do procederu, którym zajmował się jego ojciec i który nadal uważany jest w RPA za dobry biznes. 

Mia powoli przyzwyczaja się do życia na farmie, zwłaszcza, że  zyskuje niezwykłego przyjaciela - to Charlie, białe lwiątko. To właśnie dziewczynka poświęca Charliemu najwięcej czasu, troszczy się o niego, obdarza wielkim przywiązaniem i miłością. Małe lwiątko, z czasem coraz większe i budzące lęk otoczenia odpłaca swojej małej przyjaciółce takimi samymi uczuciami. 

Czy to może się udać?

Czy Mia i Charlie pokonają zło i dotrą tam gdzie powinien zamieszkać biały lew?




Piękna opowieść o przyjaźni i miłości  pozbawionej egoizmu, bo tylko tak kochając, Mia zdecyduje się na długą podróż z Charliem do miejsca, gdzie już zawsze będzie bezpieczny. 

Oglądając film, czytając te piękne i mądre w swoim przekazie książki pamiętajmy, że to iż Mia miała tak wspaniały kontakt z Charliem jest wynikiem nie tylko uczuć, ale także wielkiej, intuicyjnej  pracy. Reagowania na zachowanie małego, ale rosnącego jak na drożdżach lwiątka, braku agresji słownej i agresji w zachowaniu - zwierzęta nie lubią podniesionego głosu, nagłych ruchów, zmian nastrojów. Nie mogą czuć się zdezorientowane zachowaniem najbliższej osoby, ale także innych osób z otoczenia. 


Małe lwiątko to nie zabawka, dorosły lew stanowi realne zagrożenie dla beztrosko podchodzącego jak najbliżej do ogrodzenia w zoo człowieka.

Powyższa uwaga tak na wszelki wypadek, żeby widz rozczulony piękną przyjaźnią małej dziewczynki i lwiątka nie próbował przekroczyć ogrodzeń stawianych w ogrodach zoologicznych dla bezpieczeństwa zwierząt i zwiedzających. 

Relacje ze zwierzętami buduje się latami. Pamiętajmy o tym przygarniając ze schroniska psa czy kota i dajmy im to co mamy najcenniejsze: miłość i zrozumienie. Oprócz pożywienia, dachu nad głową i długich spacerów. 

Książki rzecz jasna polecam. Obie są ciekawe, każda inaczej napisana. "Mia i biały lew - nierozłączni przyjaciele" to raczej relacja z  przebiegu zdarzeń, natomiast "Mia i biały lew - historia niezwykłej przyjaźni" to książka pokazująca szerszy kontekst wydarzeń. Obie ilustrowane zdjęciami pokazującymi piękno Republiki Południowej Afryki, świat dzikich zwierząt i wyjątkową przyrodę. 
Obejrzyjcie, przeczytajcie. Koniecznie. 

"Mia i biały lew - nierozłączni przyjaciele" w tłumaczeniu Barbary Kowalewskiej otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina. Książka przeznaczona jest dla dzieci od 8 lat, ale myślę, że i dla młodszych jej lektura będzie piękną przygodą. 
"Mia i biały lew - historia niezwykłej przyjaźni" mogłam przeczytać dzięki uprzejmości tłumaczki książki Iwony Banach. Naprawdę warto wybrać się w podróż po dzikich ścieżkach Afryki. Książka przeznaczona jest dla dzieci od 10 lat, ale nie oznacza to, że nie mogą sięgnąć po nią dzieci młodsze i oczywiście wszyscy mający ochotę wejść w klimat niezwykłej przygody. 


środa, 27 marca 2019

"Trzynasty występek" opowiadanie "Szkielet" Edmund Niziurski

Dlaczego właśnie Niziurski?


Gdy w maju 1978 roku otrzymałam nagrodę za zajęcie pierwszego miejsca w konkursie pięknego czytania, nie przypuszczałam, że kiedyś przyjdzie mi pisać o twórczości mistrza Niziurskiego. 
Przed konkursem poproszono mnie o przygotowanie fragmentu  do przeczytania (nikt nie narzucał tekstu, można było samemu decydować) nie miałam wątpliwości ani czyj będzie to tekst, ani z jakiej książki będzie pochodził. Był to oczywiście "Sposób na Alcybiadesa". Miałam wtedy trzynaście lat i zaczytywałam się w książkach Niziurskiego, które były i nadal są mi szczególnie bliskie. Właśnie postaci, które pojawiły się w "Sposobie na Alcybiadesa", nauczyciele, uczniowie oraz Więckowska i woźny Grzegorzewski pojawiają się najpierw w opowiadaniu "Szkielet" napisanym w 1955 roku. 

Edmund Niziurski to mistrz opowiadań. Krótkie, zwięzłe, bogate w treści, przykuwające uwagę. Nigdy nudne, często o zabarwieniu sensacyjnym, jak to o którym chcę napisać, z zawsze aktualnym przesłaniem. 

Autor w słowie wstępnym napisał tak:

"Oddając do rąk Czytelnika nowe wydanie moich opowiadań, muszę przyznać ze skruchą, że ich geneza jest przeraźliwie przyziemna. W odróżnieniu od powieści, które pisałem z potrzeby wewnętrznej i za sprawą czystego natchnienia, opowiadania te rodziły się z kuszenia przez redaktorów, raczej jako owoc mojej słabości niż mocy. To przez nich odkładałem moje benedyktyńskie prace nad powieścią i zasiadałem do pisania opowiadań, zawsze z nieczystym sumieniem, że kradnę czas przeznaczony na właściwą twórczość. Dlatego opowiadania te pisałem śpiesznie(co nie znaczy, że łatwo, przeciwnie - zwykle męczyłem się nad nimi bardziej niż nad powieścią.)".

Opowiadania powstawały pomiędzy 1953 a 1963 rokiem i były czytane i przez pokolenie do którego były adresowane, i przez następne, które, tak jak moje, nie dziwiło się wielu sprawom, które teraz są dla młodzieży niezrozumiałe. 
Rygor szkolny, często wspominana jedenastoletnia ogólnokształcąca szkoła męska imienia Lindego, pewien brak zamożności bohaterów opowiadań i książek, a nawet często wyzierająca z każdego kąta bieda, tak jak w opowiadaniu "Szkielet".
Oczywiście o rozpasaniu technologicznym właściwym dla naszych czasów nie było mowy. Telefon stacjonarny, wtedy z czarnego ebonitu, był rzadkością. 

Wróćmy do opowiadania.
Zaczęło się normalnie, służbista, porucznik MO Praksa, miał wątpliwości.
 Od trzech dni na pijaków uczęszczających do baru "Pod Gołąbkiem" padł dziwny obłęd, a nikt jeszcze nie słyszał o pigułkach gwałtu i LSD. Panowie w stanie wskazującym na mocne spożycie wychodzili z baru, dochodzili do skweru Worcella i ulegali niespotykanym, zbiorowym omamom. Żeby tylko oni!
Taki sam obłęd dotknął także całkiem poważnych obywateli, panów: Feliksa Sztywnego - funkcjonariusza Miejskiego zakładu Pogrzebowego oraz pana Alfonsa Rapidusa, starszego pompowego z Zakładu Oczyszczania Miasta. Szli sobie spokojnie śpiewając "siwy włos"i "brzydulę", a tu nagle... 
"Zobaczyliśmy coś białego w krzakach, więc ja mówię do Felusia: - widzisz, kobieta w welonie. A Feluś: - nie, to trup w bieliźnie! To ja: Co ty pleciesz, trup na stojąco? A Feluś na to, że on fachowiec i ma praktykę. To jest trup. Podchodzim pomału i nagle...
Porucznik Praksa nie wytrzymał, zerwał się zza biurka, zawołał milicjanta Trzynogę i tyle ich widzieli. Sprawcy zdarzenia zdążyli uciec, a milicjantom na pociechę został dowód rzeczowy, czyli szczotka na kiju i kościotrup z przymocowaną butelką. 
Ktoś po prostu straszył przechodniów. 
Ślady doprowadziły milicjantów do liceum męskiego imienia Lindego, gdzie rozpoczęli regularne śledztwo. 
Profesor Misiak "Alcybiades" przygnieciony przez tłuszczę męską, woźny Grzegorzewski nie dziwi się niczemu, a profesor Żwaczek ma problem. Już myślał, że pozbędzie się takich dwóch i czekał tylko na okazję. Okazja jest i jest problem. Wszystko zależy od intencji, a te były jak najlepsze. 
W opowiadaniu wcale nie wesołym pomimo zabawnych fragmentów główne przesłanie pozostanie jeszcze długo aktualne, a brzmi ono tak: każdy sposób jest dobry (oczywiście w granicach prawa) żeby oduczyć alkoholika nałogowego picia, nawet kostucha pojawiająca się na skwerze Worcella. Jeżeli tylko pomoże?
Edmund Niziurski "Szkielet"
Zbiór opowiadań "Trzynasty występek"
Wydawnictwo Harcerskie "Horyzonty" Warszawa
Wydanie II 1976 rok

Ten nieco wspomnieniowy tekst napisałam w 2010 roku i wtedy też został on opublikowany w dziale recenzje na stronie Klubu Miłośników Powieści Milicyjnej MOrd. Strona nie istnieje, recenzje przepadły. Niedawno przeglądając pliki na starym komputerze znalazłam swoje dawne teksty i postanowiłam je przypomnieć. Z sentymentu dla czasu, w którym powstawały i powieści nieco już zapomnianych. 

wtorek, 26 marca 2019

Wieńczysław Nieszczególny jako swojski James Bond

W czasie opisu przygotowań do akcji specjalnej szykowanej przez Wieńczysława Nieszczególnego natrafiłam na dającą do myślenia charakterystykę stroju przestępcy. Cytuję: "...jest to specjalna koszulka gangsterska, niezwykle wytrzymała, odporna na rozdarcie, oraz śliska (...) ponadto posiada specjalne kieszenie napełniające się automatycznie gazem, przy zanurzeniu w wodę. Dzięki tym kieszeniom Nieszczególny nie może w ogóle utonąć. Poza tym przy naciśnięciu któregokolwiek guzika przy koszulce, otwierają się zawory w kieszeniach i wydobywa się z nich gwałtowny strumień gazu, zdolny obezwładnić każdego przeciwnika". 

Tak prezentuje się  podstawowe wyposażenie przestępcy z wyższych sfer!

 Przygotowany do zadań specjalnych Wieńczysław Nieszczególny, oczywiście napojony walerianą, w towarzystwie nieodłącznego doktora Bogumiła Kadrylla, fana jaśminu, pojawił się także na kartach "Klubu włóczykijów, czyli trzynastu przygód stryja Dionizego i jego ekipy". Także, ponieważ wcześniej mieliśmy przyjemność poznać obu panów przy okazji "Niewiarygodnych przygód Marka Piegusa".

Książka z tak oryginalnym tytułem i sporą zawartością wiedzy z dziedziny geografii wciągnęła mnie bez reszty i potwierdziła, że poczucie humoru, sprawnie poprowadzona intryga, wszak człowiek chce się w końcu dowiedzieć co Hieronim ukrył przed wzrokiem niepowołanym, duża dawka wiedzy podanej lekko i bez zadęcia oraz charakterystyczne, nietuzinkowe postaci, to znakomity przepis na książkę, która mimo upływu lat nie zestarzała się. 

Może właśnie w tym tkwi przyczyna większej rozpoznawalności Edmunda Niziurskiego niż na przykład Aleksandra Minkowskiego. Chociaż czytałam wszystkie książki Aleksandra Minkowskiego (oczywiście przed laty) i były to książki dobrze napisane, wciągające i pouczające to jednak niewiele z nich pamiętam. Może "Nasturcja i lew" i chyba najbardziej "Ząb Napoleona". Nie pamiętam imion bohaterów, fragmentów tekstu, a z Niziurskiego co smaczniejsze fragmenty nadal tkwią mi w pamięci i są to kwestie niezatapialne: "słońce zachodzi nad wędzarnią krwawo, słychać krzyk drobiu Więckowskiej nieświeży... (Sposób na Alcybiadesa") cytuje z pamięci. 

Oczywiście w książkach Niziurskiego mamy podstawy każdej literatury młodzieżowej: szkoła, klasa, pierwsze zauroczenia, a nawet ślepa miłość "Adelo zrozum mnie!, ale jednak przeważa w nich wątek sensacyjny. A zagadki jak wiadomo przyciągają uwagę i każą czytelnikowi śledzić akcję do ostatniej strony.
Wracając do "Klubu włóczykijów", jest gorące lato, w kranach zaczyna brakować wody, Wisła wysycha, a Kornel pilnie wkuwa nadzorowany przez Zieloną Niedojrzałą, bo niestety musi zdać poprawkę. Wkuwa geografię i ma serdecznie dość. 
 Gdy odbiera telefon i potem udaje się na spotkanie ze stryjem Dionizym, nie przypuszcza, że pędzi na spotkanie przygody i lekcji geografii w terenie, co każdemu polecam. 
Tak przy okazji.
Nie ma to jak zobaczyć na własne oczy.

 Po licznych perturbacjach i pokonaniu uprzedzeń ciotki Pelagii, archiwariusz Dionizy Kiwajłło, Kornel, Pirydion (ten z drużyny Teodora), Pirydiopolit oraz Zielona Niedojrzała - Joanna, ruszają na spotkanie przygody. Najpierw do Pułtuska, potem na Mazury i w końcu na dłużej tam gdzie rozegra się finał przygody, czyli w Góry Świętokrzyskie, na gołoborza. Z nimi, przed nimi i za nimi podążają dwie grupy chętnych do zbadania dna kufra, a potem dna czegoś całkiem innego.

Także w dzisiejszych czasach warto sięgnąć po "Klub włóczykijów", nie tylko ze względu na nadal atrakcyjną zagadkę z historycznymi konotacjami, niepowtarzalny humor sytuacyjny i słowny, ale także ze względu na opisywane miejsca. Przede wszystkim Góry Świętokrzyskie, szczególnie Niziurskiemu bliskie, urodził się i mieszkał w Kielcach, uczył się w gimnazjum imienia Jędrzeja Śniadeckiego, potem mieszkał w Ostrowcu Świętokrzyskim. Właśnie w "Klubie włóczykijów" widać jaką miłością darzył kraj swego dzieciństwa, jaki ma sentyment do tamtych stron i wiedzę na ich temat. Wiedzę, którą przyswoiłam nie wiedząc kiedy, tak jak Kornel uczący się w trasie pod okiem Zielonej Niedojrzałej.
Czytając z sentymentem wspominałam pobyt w Szklanej Hucie, lata temu 1982 rok i czas Mundialu. Aż się łezka w oku kręci. Ale do dzisiaj pamiętam szum lasów jodłowych, dalekie wycieczki i bezchmurne niebo.
A o Edmundzie Niziurskim pisałam także TUTAJ



środa, 13 marca 2019

Anna Klejzerowicz "Ogród świateł"

"Ogród świateł" przeczytałam w zeszłym roku przygotowując się do rozmowy z Anną Klejzerowicz w ramach audycji Radiobook, którą miałam przyjemność prowadzić z Olą Mosler. Rozmowę można odsłuchać na stronie Radia Oświęcim: Radiobook z Anną Klejzerowicz

"Ogród świateł" to druga część kryminalnego cyklu z Felicją Stefańską, rzeczniczką prasową gminy Kryszewo i już jestem ciekawa jakie problemy autorka poruszy w kolejnej części. 
Bo książki Anny Klejzerowicz zawsze są o czymś co nas dotyka, boli, uwiera w środku i nie daje o sobie zapomnieć. Tak jak niewyjaśnione sprawy kryminalne sprzed lat w "Ogrodzie świateł.

Zaczyna się od eksplozji w Kryszewie na początku czerwca 1990 roku. Potężny huk i łuna światła. Poczucie zagrożenia i część tajemnicy. 

Życie w pozornym spokoju, ogród świateł dający złudne poczucie bezpieczeństwa. Biznesmen, jego żona i czworo dzieci. Wszyscy nie żyją. Czyżby padli ofiarą rozszerzonego samobójstwa? a raczej zabójstwa zakończonego samobójstwem sprawcy. 
A może sprawca przyszedł z zewnątrz?
 Mafijne porachunki?

Małżeństwo nie było zakorzenione w lokalnej społeczności, mieszkali w Mniszkowie dopiero od roku.

 Kto odniósł korzyść?

 A może trzeba zadać całkiem inne pytanie?

Śledztwo prowadzi starszy aspirant Ryba, prywatnie związany uczuciowo z Felicją. Ich relacje stanowią osobny wątek i muszę przyznać, że rozwijają się w mało standardowy sposób. 
Badanie przeszłości ofiary doprowadzi w końcu do wykrycia mordercy.
Felicja i prowadzący śledztwo wrócą do zdarzeń, które lata temu dotknęły gminę.

W toku lektury okaże się, że wszyscy mają tajemnice. Czasem niewielkie, czasem na miarę rozwiązania sprawy.

 W "Ogrodzie świateł" nie znajdziemy przelewania z pustego w próżne i dialogów, z których raz po raz dowiadujemy się tego o czym już wiemy. Wystarczy 265 stron, by wprowadzić czytelnika w sprawę, nakreślić tło, dobrze zarysować postaci - tak aby odbiorca nie miał kłopotu z ich identyfikacją. Zmylić tropy. Wyjaśnić motywy tej wyjątkowo krwawej zbrodni. Nie zmęczyć. Sprowokować do zadania sobie paru pytań. 
Zostawić ślad. 
Z przekonaniem polecam.

"Ogród świateł" Anna Klejzerowicz
Wydawnictwo Edipresse Książki



wtorek, 12 marca 2019

"I ty możesz zmienić świat, 42 inspirujące historie o niezwykłych dzieciach" Karolina Grabarczyk i Nika Jaworowska-Duchlińska


"Nie trzeba być bohaterem, żeby zmienić świat. Wystarczy pomóc człowiekowi obok." Michał , 13 lat (na okładce)
Panuje przekonanie, że można zmieniać świat robiąc rzeczy wielkie. A przecież wszystko zaczyna się od marzeń i metodą małych kroków można osiągnąć dużo więcej, zwłaszcza jeżeli wyznaczymy sobie jakiś cel.
Wiem, że to zdanie brzmi nieco dziwnie, bo z jednej strony marzenia, z drugiej jakieś małe kroki, ale trudno w skrócie opowiedzieć o czterdziestu dwóch dziecięcych osobowościach, o niezwykłych młodych osobach, które swoim działaniem zmieniły sposób postrzegania wielu zjawisk, miały wpływ na rozwój technologiczny społeczeństw, edukację, a nawet politykę.
Przyznam się Wam, że z czterdziestu dwóch  postaci znałam tylko dziewięć, więc i dla mnie ta książka ma wymiar edukacyjny, a dzieciom pokazuje, że nie wiek się liczy, ale empatia, chęć pomocy i umiejętność działania oraz zdolności organizacyjne. 
Chociaż to ostatnie niekoniecznie, bo dobra myśl, pomysł jak pomóc potrzebującym jest jak iskra i potrafi zapalić tłumy. Myślę, że ludzie lubią działać, lubią pomagać, tylko czasem po prostu nie wiedzą jak pomagać sensownie.

Poznajcie kilku bohaterów opowieści:

Dylan Mahalingam - urodzony w 1995 roku w USA, jego rodzice pochodzą z Indii. Dylan żyje bezpiecznie w Stanach Zjednoczonych. Ma wszystko co potrzebne jest do normalnej egzystencji dla dziecka. Gdy ma siedem lat jedzie z rodzicami do Indii i tam odkrywa bezmiar biedy. Jest wstrząśnięty. Wraca do domu dowiaduje się, że Organizacja Narodów Zjednoczonych  ogłosiła projekt Milenijne Cele Rozwoju. To osiem celów, które wiele krajów włączyło w swoje działania: dotyczą zdrowia, ochrony środowiska, dostępu do edukacji, równych praw dla kobiet i mężczyzn, współpracy pomiędzy narodami. Dylan ma dziewięć lat gdy zakłada organizację, która pozwala dzieciom i młodzieży zaangażować się w ten projekt. Zbiera pieniądze na ofiary klęsk żywiołowych, dla  chorych dzieci, na budowę szkół w Ugandzie. Działa i pomaga, a skala tej pomocy jest coraz większa.

Myślałam o nim i o wielu dzieciach o których przeczytałam, o tym  że miały bardzo wspierających ich działania rodziców, że potrafiły przezwyciężyć trudności. Bo przecież wszystko jest trudne i nieznane zanim stanie się proste. 
Najtrudniej zacząć.

Chester Greenwood urodził się w Ameryce i żył w latach 1858 - 1937 
Chester lubił jazdę na lodzie, ale nie przepadał za wełnianymi czapkami, dlatego pewnego dnia wymyślił nauszniki. Z drutu przygotował pętlę przypominającą uszy, a babcię poprosił, by uszyła do nich wypełnienie z futra bobra. Oczywiście jak zazwyczaj najpierw koledzy się z niego śmiali, a potem każdy chciał mieć takie cieplutkie nauszniki. Chester Greenwood jako dorosły człowiek opatentował swój pomysł i w rodzinnym mieście założył fabrykę nauszników. To on także wynalazł składane łóżko i grabie ze stalowymi zębami oraz wiele innych przedmiotów ułatwiających życie. 

Francia Simon urodziła się w 1994 roku w Republice Dominikany. Ale Francia nie ma aktu urodzenia. Jej rodzice nie mieli, to i urodzin córki nie zgłosili do urzędu. Wiele osób w Dominikanie nie ma aktu urodzenia, a jego brak stanowi przeszkodę z w normalnej egzystencji ponieważ według prawa tych ludzi nie ma. Nie zostali zarejestrowani jako obywatele swojego kraju. Francia przezwycięża trudności, udaje się jej zarejestrować i otrzymuje akt urodzenia, może iść do szkoły. Dziewczynka pomaga innym w załatwianiu aktów urodzenia i uświadamia ich jakie prawa obywatelskie im przysługują. Działa. Zmienia mentalność ludzi. 

Trzy różne historie, zostało jeszcze trzydzieści dziewięć opowieści i zaręczam, że warto je poznać. To są rzeczywiście bardzo inspirujące historie. 

Każda z nich została napisana w sposób przystępny, ukazujący warunki w jakich tworzyła się mniejsza i większa inicjatywa. Skłaniają do zastanowienia się nad tym co my dajemy społeczeństwu, jaki jest nasz wkład w poprawianie kondycji świata.

Możemy wiele,  na już wystarczy, że zaczniemy dzień z uśmiechem, powiemy dzień dobry, pomożemy starszej sąsiadce. Poświęcimy kilka godzin na czytanie dzieciom w szpitalu, albo zrobimy coś całkiem innego, ale z myślą o nas jako społeczeństwie,        nie tylko o sobie. 

Naprawdę świetna, pięknie ilustrowana, skłaniająca do przemyśleń i postanowień książka.

Jak podaje wydawnictwo książka przeznaczona jest dla dzieci powyżej 10 lat, ale myślę, że i młodsze pociechy mogą się zainspirować.


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina
"I ty możesz zmienić świat"
Tekst Karolina Grabarczyk
Ilustracje Nika Jaworowska-Duchlińska
Wydawnictwo Media Rodzina
Stron 95
Rok wydania 2019