poniedziałek, 3 sierpnia 2026

„Mordercza dieta cud" - fragment mojej najnowszej książki :)




Od czerwcowej premiery „Morderczej diety cud" już trochę czasu minęło i cieszy mnie, że książka trafia do czytelników, że poprawia humor i relaksuje

Poniżej, taki trochę dłuższy fragment, bawcie się dobrze 🙂
Udanego dnia 😘
„W pensjonatowej kuchni panował zaduch.
Katarzyna nigdy nie była zwolenniczką nadmiernego wietrzenia, a dzisiaj na dodatek od rana trzęsły nią dreszcze i bała się nawet wyjść za próg pomieszczenia.
Naburmuszony Dominik kursował pomiędzy piwnicą a spiżarnią, donosząc potrzebne produkty. W kucharce wzbierała złość spotęgowana kiepskim samopoczuciem. Najchętniej położyłaby się do łóżka nafaszerowana herbatą z lipy z dodatkiem miodu i swojską polopiryną S. Na razie podkręciła płomień pod garnkiem z gotującymi się burakami. Na obiad zaplanowała barszcz z tarkowanymi warzywami i leczo warzywne. Leczo powoli dochodziło, ale buraczki nadal były twarde – skaranie boskie, nigdy nie wiadomo, na jakie się trafi!
Katarzyna spojrzała na zegar zawieszony nad drzwiami – dochodziła pierwsza. Za godzinę te głodomory usiądą do stołu i całkiem słusznie będą żądać obiadu. Ach, gdyby tylko mogła normalnie gotować! Przyrządziłaby placki ziemniaczane albo pierogi z kaszą gryczaną, soczewicą, grzybami… Niedawno usiłowała przekonać Sławkowskiego do bardziej urozmaiconej diety, ale ten uparł się jak osioł, że tylko warzywa. Tak jakby ziemniaki nie były warzywem. Jeżeli sam nie lubi, to niech nie je, ale innym nie żałuje. Nie rozumiała tego oporu przed ziemniakiem, jej kuchnia mogłaby tylko zyskać.
No nic, kobieta przysiadła na chwilę przy kuchennym stole. Dzisiaj sobie jakoś poradzi z obiadem, ale o kolację niech się sami zatroszczą. W tej chwili marzyła tylko o łóżku. Szczęście, że w domu czekał na nią mąż, i była pewna, że może liczyć na podanie przysłowiowej szklanki z jakimkolwiek płynem do łóżka.
– Dominik, przyjdź tu! Potrzebny jesteś!
Kucharka wychyliła głowę poza kuchenne drzwi i czekała na odpowiedź, ale w korytarzu panowała głucha cisza.
– No gdzież to polazł, jak potrzebny? – Zirytowana pokręciła głową, czując w uszach niemiłe trzaski. – Dominik! Dominik… – zawołała donośniej, czując, że zdziera sobie gardło. Jutro pewnie na dodatek zaniemówi.
W korytarzu skrzypnęły drzwi prowadzące do piwnicy, a chwilę potem coś stuknęło. Zniecierpliwiona ponownie wyjrzała za drzwi. Korytarz był pusty. Huncwot znowu gdzieś się zapodział.
Otrzepało ją zimno, więc domknęła dokładnie drzwi i chwiejnym krokiem podeszła do kuchenki. Buraczki bulgotały równomiernie, a leczo pyrkało, roznosząc aromatyczne wonie. Katarzyna skrzywiła się i wyłączyła ogień pod garnkiem z buraczkami. Spojrzała w kierunku zlewu, czy jest pusty, i sięgnęła po kuchenne rękawice. Nałożyła je na dłonie, schwyciła gar za uszy i szybko przeniosła nad zlew. Uchyliła pokrywkę i nachyliła garnek nad odpływem, powoli ulewając zabarwioną na buraczkowo wodę. Odcedziła buraczki i wyrzuciła je do zlewu, żeby odparowały. Do gara nalała wody i ponownie postawiła na gazie. Sięgnęła do szafki z przyprawami i wysupłała schowane na czarną godzinę kostki rosołowe. Mamrocząc niepochlebnie na temat pomocnika, obrała buraki ze skórki i starła je na grubo. Całą misę utartych buraków wrzuciła do gara, dodała przyprawy, marchewkę i pietruszkę. W zasadzie tyle mogła. W sumie fasolka również nie zawadzi, też warzywo. Miała jeszcze kilka słoiczków zadekowanych w spiżarni.
W dworku panowała przyjemna cisza, ale wiedziała, że za chwilę wróci Matylda z wczasowiczami i zapanuje gwar. Rafael Sławkowski pojechał na zakupy, też już powinien wrócić. Dominik się stracił, co za utrapienie, taki pomocnik! Alusia dawno wysprzątała, też niewiele lepsza, byle jak, po łebkach. Katarzyna poczuła się nieswojo. Ta fasolka… W sumie nic im się nie stanie, jak zjedzą taką gołą zupę – pomyślała smętnie. Byle już mogła się położyć, bo zaraz padnie, jak stoi.
Kucharka oderwała półprzytomny wzrok od garnków, których dziwnym trafem przybywało jej przed oczami, i przeniosła go na drzwi. W sumie chętnie zjadłaby tej fasolki. Sama zaprawiała żółtą, młodą – żółta lepsza, miększa niż zielona. Zanim pójdzie, zrobi sobie na masełku. A resztę da do zupy. Zdecydowała się. Widać pomocnik miał inne sprawy do załatwienia, bo jakby był w pensjonacie, to by zajrzał w okolice kuchni. Głodomór był z niego, a dzisiaj obył się bez drugiego śniadania. Jak rzadko.
Kobieta otworzyła drzwi i wyszła na korytarz. Na wieszaku obok drzwi do kuchni wisiała jej kurtka, czapka i szalik. Niezdarnie nasadziła sobie czapkę na głowę, otuliła się kurtką i powlokła w kierunku spiżarni, klnąc pod nosem architekta, który nie pomyślał, że spiżarnia powinna znajdować się obok kuchni, a nie dziesięć metrów od niej. W głowie jej szumiało, miała wrażenie, że dochodzą do niej głosy z zaświatów. Jak nic, trzydzieści dziewięć stopni, na pewno nie mniej…
Przystanęła przy drzwiach do spiżarni i przycisnęła włącznik znajdujący się przy drzwiach, po czym nacisnęła klamkę. W środku było ciemno. Ki czort? Przecież świeciła! Znów jej w głowie zajęczało, aż się wystraszyła, oparła lewą rękę o bok drzwi, a prawą wsparła o ścianę, ponownie naciskając włącznik. Pomieszczenie zajaśniało. Nie zastanawiając się, weszła do środka. Pamiętała, że słoiki z fasolką umieściła na półkach po prawej stronie od drzwi. Żeby już mieć to za sobą, ruszyła w ich kierunku, mijając regały wypełnione artykułami spożywczymi. Były! Sięgnęła po jeden słoik i nie rozglądając się, zawróciła. Znowu usłyszała głosy.
Czuła się fatalnie. Powinna jeszcze wziąć miód, gdzieś tu miała dwa litrowe słoiki lipowego, prezent od znajomego pszczelarza. Katarzyna postawiła słoik z fasolką na najbliższą wolną półkę i skierowała się w lewo. Miody tam gdzie wina i nalewki. Stały jak byk na najwyższej półce. Powinna dosięgnąć, nigdy nie była ułomkiem. Katarzyna wspięła się na palcach i namacała słoik, przygarnęła go do siebie i uchwyciła zreumatyzowanymi palcami. Przed oczami zafalowała jej miodowa słodycz, w głowie się zakręciło i niewiele brakowało, a upadłaby na podłogę. Regały niebezpiecznie się zachwiały, a zza nich wypełzła jakaś przypominająca człowieka postać.
Kucharka chwyciła się za głowę, jednocześnie wypuszczając słoik z rąk. Rozległ się trzask pękającego szkła, a człowiek z jękiem oderwał twarz od podłogi. Kobieta wrzasnęła przeciągle, chwytając się za serce. Mężczyzna miał twarz zalaną krwią i ledwo chwytał oddech.
– Ratunku… – wyjęczał chrapliwie i głowa z powrotem opadła mu na podłog

niedziela, 2 sierpnia 2026

„Śmierć na osiedlu" Marcin Bartosz Łukasiewicz

 

Co słychać, tak przy niedzieli?

Remanenty robię wszelakie, także w książkach, tych przeczytanych, zaczętych i pozostawionych na potem.
Wydawało mi się, że ten rok jest dla mnie równie ubogi w lekturę jak i poprzedni (jak się człowiekowi oczy zamykają ze zmęczenia, to nie bardzo ma ochotę na czytanie), ale myliłam się.
Jest dobrze.
Nie czytam nastu książek w miesiącu, ale każdą z przeczytanych mogę śmiało polecić, wiedząc, że przeczytałam ją w całości, czytaniu towarzyszyły różne emocje i nie był to czas stracony.
Na pierwszy ogień idzie „Śmierć na osiedlu"autorstwa Marcina Bartosza Łukasiewicza.
Komedia kryminalna, czyli kryminał, w którym nie straszą porozwlekane szczątki wcześniej malowniczo rozdrobnione ( z wiernym opisem tegoż), a zaletą jest umiejętność posługiwania się przez autora humorem sytuacyjnym i słownym. Tak, żeby czytelnik nie poczuł się zniesmaczony, bo przecież zbrodnia z założenia nie jest wesołym wydarzeniem.
Chyba że dla mordercy.
Autora nie znam, książkę wybrałam metodą chybił trafił i trafiłam
Kapitalne poczucie humoru, zmysł obserwacyjny, celne komentarze dotyczące otaczającej nas rzeczywistości, która to rzeczywistość kumuluje się na tytułowym Osiedlu, gdzie przy bloku zbuntowanej wspólnoty (lokatorów, którzy oddzielili się od Spółdzielni) zostają odkryte zwłoki prezesa Spółdzielni.
Dodajmy, znienawidzonego przez większośc otoczenia. Człowieka, po którym prawie nikt nie zapłacze, oprócz żony i kochanki.
Prezesa, który najlepiej żeby zmarł smiercią naturalną, niestety obecność w organizmie trucizny wyklucza taką możliwość.
Kto zabił?
Kto miał motyw i sposobność?
A może jednak był to wypadek?
Mnóstwo tropów, niedopowiedzeń i mylnych wrażeń, a zakończenie... sami sprawdźcie kto lub co stoi za śmiercią prezesa Baranowskiego.
Prywatne śledztwo prowadzi Hania, nastolatka, która nie da sobie w kaszę dmuchać, a wspierają ją lokatorzy bloku, którzy chcą mieć święty spokój i zapomnieć o ekscesach prezesa.
Śledztwem z ramienia policji zajmują się funkcjonariusze zaprawieni w bojach i niezbyt chętni do wspólpracy z młodą dziewczyną.
Do czasu.
Jeżeli Marcin Bartosz Łukasiewicz cokolwiek jeszcze napisze, to ja to przeczytam z niekłamaną przyjemnością 🙂 nawet jeżeli będzie to poradnik jak wychować pewnego gryzonia 😉
Książkę przeczytałam w aplikacji Empik Go - jest w abonamencie
Okładkę pożyczyłam ze strony Empiku
Marcin Bartosz Łukasiewicz - autor
Piotr Sokołowski -projekt okładki i ilustracji

czwartek, 11 grudnia 2025

Wypożyczenia biblioteczne, czyli ile razy wypożyczano Mejzową :)


 Po tak długiej nieobecności na blogu nastaje czas powrotu. 

Nie wiem czy na stałe, bo na początku tego roku też miałam plany i to z rozmachem, a potem życie wszystko skorygowało. 

Zobaczę jak będzie, spróbuję, a na razie napiszę o czymś, co sprawiło, że postanowiłam zmobilizować wszystkie siły i dokończyć pozaczynane projekty. 

Wstawanie o piątej rano nie należy do moich ulubionych czynności, ale jest większa szansa, że zrobię cokolwiek niż wieczorem, gdy zmęczenie daje się we znaki. 

Wpis zatytułowałam: wypożyczenia biblioteczne, bo nadal nie mogę uwierzyć, że moje książki zostały wypożyczone w zeszłym roku aż 3725 razy!

Ja wiem, że to z jednej strony niewiele ( bo czytam o 30 000 wypożyczeniach) ale dla jest to też bardzo dużo, biorąc pod uwagę moją rozpoznawalność jako autorkę. Moje książki sprzedają się przyzwoicie, ale nie królują miesiącami na listach bestsellerów, a 12 tytułów to niewiele. 

A jednak w tych stu bibliotekach, które monitorują u siebie wypożyczenia 3725 osób uznało, że warto poświęcić swój czas na moje książki. 

To dla mnie przyjemność i jednocześnie zobowiązanie wobec czytelników, a właściwie najpewniej czytelniczek, bo na na szczycie wypożyczanych pozycji króluje seria Miasteczko Anielin. 

Dlatego spodziewajcie się kolejnych tytułów, kolejnych podróży w moje literackie światy. 

A na zakończenie trochę cyferek, bo to one są tu istotne. 

W 2022 roku moje książki wypożyczane były 273 razy w sześćdziesięciu wyznaczonych bibliotekach. 

W 2023 roku moje książki wypożyczane były 830 razy w sześćdziesięciu wyznaczonych bibliotekach.

W 2024 roku moje książki wypożyczane były 3725 razy w stu wyznaczonych bibliotekach. 

Wzrost niesamowity, a biorąc pod uwagę, że w kraju mamy ponad 7000 bibliotek, to te liczby na pewno są dużo większe. 

A już na koniec o pieniądzach, które, jak mawia moja Eliza z Miasteczka Anielin: szczęścia nie dają, ale zakupy już tak ;) w 2022 i 2023 roku za jedno wypożyczenie biblioteczne dostawałam 1,14  a w 2024 roku była to kwota dużo niższa bo 0,62 grosze od wypożyczenia. 

Ale najważniejsze, że mam dla kogo pisać, że czekacie na nowe książki, że kolejna premiera już w przyszłym roku, czyli za niedługo. 

Dziękuję :)

środa, 1 stycznia 2025

Noworocznie :)





 Dzień dobry :)

Miałam napisać coś o niedzieli 😉 ale spojrzałam w kalendarz, policzyłam i okazało się, że już mamy środę 1 stycznia 2025 😉
Jak ten czas leci!
Teraz jeszcze Trzech Króli i za chwilę Walentynki 😉 a potem to już moje urodziny, Wielkanoc i tak po kolei, zgodnie z kalendarzem.
Przeleci 🙂
Ale zanim i pomiędzy życzę nam, sobie i wam, znajomym i nieznajomym, wielu dobrych dni i takich chwil, zdarzeń, spotkań, które przyniosą dobre emocje i pozostaną w pamięci jako dobre wspomnienia. Takie, do których wracamy wtedy gdy źle, pełnych ciepła i dobrej energii.
Ja siadam do spisania tego co czeka na mnie w tym roku:)
Tak żebym nie zapomniała o podpisanych umowach na kolejne książki (a będzie co czytać)
O porządkach w ogrodzie (Pan Piotr, przemiły ogrodnik czeka na telefon)
O mini remoncie ( tu muszę sama, a został tylko niewielki kawałek do wytapetowania i coś tam do pomalowania)
O zaplanowanych badaniach (bo jednak trzeba zadbać o siebie, mammografia nie wykazała zmian, z czego się rzecz jasna, cieszę).
O całym mnóstwie mniejszych i większych spraw do załatwienia, co to z tyłu głowy kołacze, że jeszcze coś miałam, ale co, to nie pamiętam 😉
Uwielbiam skreślać to co załatwiłam, wtedy widzę efekty mojej pracy.
Tak czarno, albo częściej czerwono na czarnym, na białym 😉
Niech to będzie dobry rok!
A na zdjęciu ja w dobrym dla mnie czasie w obiektywie Ewy pajdzik-Mętel ❤

środa, 25 grudnia 2024

Święta i ciasteczka ;)

 Dobry wieczór


Czas tak szybko leci, że jutro już drugi dzień świąt, a w piątek podsumuję ten czas zgodnie z rodzinną tradycją jednym zdaniem: święta, święta i po świętach 😉
Na razie ulegam pokusie i tak próbuję po kawałeczku, a to mistrzowski piernik od pani Irenki, a to pyszności z bitą śmietaną, masą i herbatnikami z polewą czekoladowo-orzechową prezent od sąsiadów zza płota, a to ciasteczka maroni zakupione w cukierni...
Po prostu cud, miód i orzeszki 😉
Przyjemnego świętowania 😘







sobota, 22 czerwca 2024

Anna Klejzerowicz „Turnia"

 

Przed nami burzowa sobota.
Oby tylko jak najmniej zniszczeń, to ciężki tydzień niestety.
Ja zamierzam czytać, „Turnia" autorstwa Anny Klejzerowicz już u mnie.
Zdjęcie z ogrodu, oby intensywność hortensji została z nami jak najdłużej.
Zostawiam opis od wydawcy, a po lekturze podzielę się z Wami wrażeniami.
„Zakopane, lata dziewięćdziesiąte – w rejonie Czerwonych Wierchów znika bez śladu Karolina Olszańska: artystka, dziennikarka i do niedawna ratowniczka górska.
Trzydzieści lat późnej w Tatry przyjeżdża jej siostrzenica Lena – studentka dziennikarstwa – by rozwiązać tajemnicę zaginięcia krewniaczki i napisać o niej reportaż. Stara się odtworzyć ostatnie chwile Karoliny, poznać ludzi, z którymi Karo była związana, a także zrozumieć jej życiowe wybory.
Wkrótce jednak Lena dostanie się w wir dziwnych zdarzeń i sama znajdzie się w niebezpieczeństwie.
Czy uda jej się poznać sekrety przeszłości?
Czy powrót do źródeł jest jeszcze możliwy?
Okazuje się, że prawda została ukryta bardzo głęboko.
Czy to górskie turnie kryją zło, czy może jednak ludzie?

poniedziałek, 3 czerwca 2024

„Babskie lato" Katarzyna Targosz




Kusząca okładka, przyciagający uwagę opis i oczywiście nazwisko autorki, to wszystko sprawiło, że nie mogłam oprzeć się pokusie i skwapliwie omijając wzrokiem górę książek, czekających na wolną chwilę, sięgnęłam po „Babskie lato".
Było warto, ubawiłam się serdecznie, ale też wróciłam myslami do momentów, a było ich wiele, gdy byłam pewna, że beze mnie świat się zawali.
Nie zawalił się.
Dla mnie, oświęcimianki, mieszkającej wprawdzie w granicach Małopolski, ale mającej Śląsk za miedzą, dodatkowym atutem jest język, gwara śląska, obficie używana przez bardzo charakterne kobiety, Ślązaczki, które wyruszają w podróż życia.
Jeszcze nie wiedzą dokąd, ale czują, że to jest ten właściwy moment. A że podróż trochę potrwa, z przygodami oczywiście, to i znajdzie się czas na refleksje nad życiem, nad wyborami z przeszłości, które wcale nie muszą determinować teraźniejszości i przyszłości.
Pamiętam, dawno temu, pierwsze spotkanie z twórczością Kasi Targosz. „Wiosna po wiedeńsku", przezabawna opowieść, którą porównałam do powieści Joanny Chmielewskiej, pisząc recenzję. Jeżeli będziecie mieli okazję, to oczywiście polecam wszystkie powieści spod pióra/klawiatury Katarzyny Targosz 🙂
Mam nadzieję, że skusicie się na „Babskie lato", zapewniam, że warto.
Wydawnictwo Emocje
Wszystkie

czwartek, 30 maja 2024

Tajemnice Malinowego Wzgórza - fragment przedpogrzebowy.

 


Gdy po jakimś czasie wspominałam nasz wyjazd na pogrzeb, sama siebie podziwiałam za dowiezienie moich współpasażerów cało na miejsce docelowe. Tak naprawdę powinnam ich wyrzucić z auta i pojechać sama. Co to jest, żeby troje dorosłych ludzi nie potrafiło się dogadać i ustalić jednego frontu. Jechali tylko na pogrzeb, a zachowywali się tak, jakby to była wyprawa co najmniej na drugą półkulę.

Afera wybuchła dzień przed podróżą.

Wtorek poszedł w zapomnienie, a w środę ruszyły pełną parą przygotowania do wyjazdu.

– Tylko białe kalie, na liściach, spójrzcie, taka wiązanka mi się podoba! – Babcia Eleonora pchała nam przed oczy zdjęcie zamieszczone w piśmie funeralnym, które wydębiła od znajomej florystki. Rzeczywiście wiązanka była piękna.

– Jak się mamusi podoba, to jak mamusia zejdzie, to dostanie – wypaliła moja mama i przewróciła kilka stron dalej.

– Ja wolałabym róże, dla mężczyzny róże są elegantsze.

– Niedoczekanie, żebyś mi wieniec kupowała – zezłościła się babcia.

– Jak mamusia nie chce, to nie kupię, zaoszczędzę.

– Nie wiadomo, kto pierwszy! – odparowała babcia.

– Ja tam nie jestem wyrywna, ale mamusi to na pewno ciśnienie skacze. Róże zamówimy!

– Moje ciśnienie, moja sprawa. I tak wszystko przez ciebie, bo mnie denerwujesz. Kalie będą i kropka.

Słuchałam oszołomiona tej wymiany zdań, spokojnej, na zasadzie jak ty mnie, tak ja tobie. Tym razem nawet głosu nie podniosły.

– To może ja coś zamówię? – zaproponowałam. – Widziałam takie ładne wiązanki z margerytkami, byłoby w sam raz.

– Nie!

– Nie!

Podwójny okrzyk mówił sam za siebie.

Oczywiście to ja musiałam odebrać wieniec zamówiony przez mamę i wiązankę przygotowaną zgodnie z życzeniem babci, a kolejka w kwiaciarni pochłonęła zapas czasu, pozwalający na spokojną jazdę do Miasteczka. Prognozy pogody zapowiadały przyjemny, w miarę ciepły dzień, ale wiadomo, że wiosenna pogoda ma swoje kaprysy i zimny ranek może przejść w upalne popołudnie. Pogrzeb na czternastą oznaczał, że z Miasteczka wyjedziemy minimum po szesnastej, albo i później. Jeszcze to odczytanie testamentu. Wątpiłam, czy warto tłuc się taki kawał drogi, żeby usłyszeć, iż otrzymało się figę.

Ustaliliśmy, że ubierzemy się w ciemne ciuchy, jakiś granat, szary, marengo i zgodnie z ustaleniami założyłam grafitowe spodnie i o odcień jaśniejszą bluzkę z golfem. Na ramiona narzuciłam granatowy płaszczyk wiosenny, bo dzień na razie był chłodny. Włosy zebrałam w kok, co najwyżej potem rozpuszczę, ale w koku prezentowałam się elegancko.

Na widok spowitej w głębokie czernie rodziny, omal nie wjechałam w bramę bloku. W ostatniej chwili zahamowałam. Brakowało tylko mantyli narzuconych na włosy i spokojnie mama z babcią mogłyby ubiegać się o wizytę w Watykanie. Tata nie odbiegał od rodzinnej normy, a po minie widziałam, że jest nieszczęśliwy i żałobny ubiór jest wynikiem przymusu, a nie dobrej woli.

Tatuś lubił umiarkowanie i na co dzień preferował przytulne beże i brązy, szczególnie lubił ciepły camelowy, który idealnie pasował do jego osobowości. Garnitur wyglądał na tacie nieco dziwnie, jak z kogoś lepiej zbudowanego, szerszego w barach. Po szczegółowej indagacji okazało się, że pochodzi z zamierzchłych czasów, gdy tatuś awansował w pracy i objął stanowisko dyrektora szkoły zawodowej, a mamusia wymyśliła, że czerń doda mu powagi. Nie wspominając, że tatuś rzadko chadzał w garniturach, preferując sztruksowe marynarki i takież spodnie oraz wygodę związaną z ich noszeniem. Po przejściu na emeryturę tata nadal okazywał przywiązanie do sztruksowych spodni, a marynarki zmienił na swetry.

Wsiadanie obyło się bez ofiar, mama upewniła się, że babcia wyłączyła żelazko, babcia się obraziła, twierdząc, że jeszcze nie dopadła jej galopująca skleroza, tata obrócił się na pięcie i bez słowa zniknął w drzwiach do klatki, żeby zrobić wizję lokalną. Mieliśmy godzinę w plecy, a ja nie miałam zadatków na Kubicę.

Na pół godziny przed pogrzebem wjeżdżaliśmy na teren Miasteczka. Tradycyjne „Miasteczko wita gości” minęliśmy dziewięćdziesiąt na godzinę. Cieszyłam się, że po drodze nie napotkaliśmy patrolu policji, bo jak nic dostałabym mandat i punkty karne, a w obecnej sytuacji nie było mnie na to stać. Zastanawialiśmy się, czy jechać do kancelarii mecenasa Skalskiego. Ojciec twierdził, że na cmentarz trafimy sami, mama optowała za trzymaniem się zaleceń prawnika, bo nigdy nie wiadomo, czy nie będą miały wpływu na dalszy przebieg postępowania spadkowego. Babcia Eleonora chciała już wracać i w czasie jazdy robiła dziwne miny. Siedziała obok mnie i widziałam, jak się krzywi, a nawet miałam wrażenie, że ociera łzę. Jechaliśmy na pogrzeb jej brata i miała pełne prawo do płaczu, nawet jeżeli rzeczywiście nigdy się z nim nie widziała. Nadal w to wątpiłam, ale uznałam, że każdy z nas ma prawo do własnych tajemnic. Gdy wjeżdżaliśmy do Miasteczka, padał deszcz, a gdy parkowałam przy pięknie odnowionej zabytkowej kamienicy, pokazało się słońce i niebo przecięła bajkowa tęcza.

Wzięłam to za dobry znak. 

wtorek, 30 kwietnia 2024

„Tajemnice Malinowego Wzgórza" - Premiera 15.05.2024



Tylko dwa tygodnie dzielą nas od premiery „Tajemnic Malinowego Wzgórza" i mam nadzieję, że ten czas minie nam bardzo przyjemnie
To ostatni moment, gdy tylko niewielki krąg osób zna treść powieści, to czas niepewności i tremy autora, który nigdy nie wie jak zostanie przyjęte jego kolejne książkowe dziecko

W kolejnych dniach postaram się nieco przybliżyć wam bohaterki i bohaterów, których stworzyłam dla tej opowieści.
I powiem wam, że miało być całkiem inaczej, ale tak naprawdę wyrwali mi się spod pisarskiej kontroli i podążyli własnymi drogami.
To ciekawe doświadczenie dla pisarza, przyglądanie się jak emancypują się postaci literackie, z każdą stroną coraz bardziej realne i bliskie.
Zwłaszcza babcia Eleonora... do której mam słabość
i której nadałam wyjątkowo przeze mnie lubiane imię.
Dziękuję Wydawnictwu Dragon za cierpliwość w oczekiwaniu na plik z Tajemnicami Malinowego Wzgórza
Dziękuję moi drodzy za zainteresowanie premierą, za wszystkie wiadomości, komentarze i chęć poznania losów nowych dla mnie i dla was bohaterów.
Niech skusi was urok dworu na Malinowym Wzgórzu i ta ledwie uchwytna woń tajemnicy, otaczająca jego dawnych mieszkańców.



wtorek, 23 kwietnia 2024

Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich

 Dzień dobry moi drodzy :)


Dzisiaj mamy wyjątkowy dzień, chociaż nadal tak zimno jak wczoraj.
Zaraz zacznę się przyzwyczajać...

I właśnie w ten zimny, kwietniowy wtorek, świętujemy Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich
📚📖🔮
Jak wyglądałoby nasze życie bez książek, bez tych codziennych podróży w nieznane, które nigdy się nie kończą?
Byłoby zapewne uboższe i po prostu inne.
📚💜💞📚💜💞📚💜💞📚💜💞📚💜💞📚💜💞📚💜💞📚💜💞📚
„Nigdy nie poczujesz się pocieszony, zainspirowany czy rozbawiony książką, której nigdy nie przeczytałeś". (Mały poradnik życia).
Życzę Wam pięknego dnia, pełnego dobrych zdarzeń i fascynującej lektury.