Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 stycznia 2022

Z rodzinnego albumu

       

Jeszcze dwa lata temu byłam pewna, że potrafię zapamiętać wszystkie historie rodzinne. I te ze strony rodziny mojej mamy i te ze strony rodziny taty. A jak przyjdzie odpowiedni moment to siądę i je spiszę.
Może nawet jakaś wielotomowa saga z tych opowieści wyjdzie?
Bo przecież jak mogłabym zapomnieć nazwisko rodowe praprababki Karoliny? Albo imię drugiej żony prapradziadka Wincentego?
Nie zapomniałabym na pewno o wielbicielu cioci Władzi, która w czasie wojny pracowała w obozowej kuchni i przemycała listy pisane przez więźniów do rodzin. Tamten chłopak piękne wiersze pisał i nie dożył końca wojny. Został zastrzelony. A ja teraz zastanawiam się, w którym miejscu położyłam notatki z rozmów z ciocią, bo nie pamiętam jego imienia i nazwiska.
Notatki, zapiski z rozmów telefonicznych, wspomnienia zapisywane na kopertach, gdy nie miałam niczego innego pod ręką. Świadectwa szkolne, poświadczenia obywatelstwa, odpisy z akt.
Pożółkłe ze starości świadectwa przemijania.
Dzisiaj odnalazłam zapomniane zdjęcie praprababki Karoliny z Masłowskich Gabrysiowej z mężem, czyli moim prapradziadkiem - o imieniu nieznanym, córką Marianną i drugą córką, której imienia też nie znam. Ale może poznam, poszukam.
Praprababka Karolina... nie chciałabym wejść jej w drogę. Nigdy zapewne bym się o niej nie dowiedziała gdyby nie pewien list. A ja listów nie wyrzucam.
Dlaczego o tym piszę? Bo często rozmawiam z różnym osobami, pytam o bliskich, o nazwiska panieńskie matek, babć. Kim były, z jakiej rodziny pochodziły? I często, zbyt często zdarza się, że wnuczka nie ma pojęcia o nazwisku panieńskim babci. Bo jest tyle ważniejszych spraw. Ale minie trochę czasu i okaże się, że ktoś w rodzinie będzie chciał wiedzieć, zacznie szukać korzeni. Dlatego zapisujcie wspomnienia, daty i zdarzenia z życia rodziny. Nigdy nie wiadomo czy się jakiejś dociekliwej wnuczce nie przydadzą.
Na przykład do napisania bestsellerowej sagi ;)
A, i przy zdjęciach róbcie notatki, nawet zwięzłe, ale żeby po latach nie pomylić wujków. Dziadek Józef zapisywał skrupulatnie kto i gdzie, dzięki temu i ja mam pojęcie kogo widzę na zdjęciach.
To taka moja propozycja na 2022 rok, słuchajcie z uwagą, zapisujcie i zajrzyjcie do starych albumów. Wieczór spędzony na wspomnieniach, na długo pozostanie w pamięci.



poniedziałek, 22 stycznia 2018

Dzień Dziadka czyli dawno temu...

Dziadka Józefa nie ma już z nami 27 lat. To szmat czasu, ponad połowa mojego życia. Nieraz jestem zła na siebie, że kiedyś gdy mogłam, gdy dziadek żył, nie zadawałam pytań.
Pradziadek Jan Matyja zdjęcie z 1914 roku
 Miałam swoje sprawy i nie byłam zbyt dociekliwa, a dziadek Józef nie należał do wylewnych. Małomówny, powściągliwy, nie dzielił się z nami wspomnieniami. Oczywiście nie zawsze tak było, pamiętam spotkania rodzinne i dziadka opowiadającego ze swadą, wspominającego dawne czasy. Ale i tak zazwyczaj zanim dziadek podzielił się z nami dostateczną ilością szczegółów, do gry wchodził pradziadek Jan  zwany w rodzinie Dziadkiem Obiadkiem - dlatego, że codziennie, punktualnie w południe przychodził ze swojego domu do stojącego w sąsiedztwie domu syna i odbierał od synowej a mojej babci, garnuszki z obiadem. Był punktualny jak szwajcarski zegarek. I właśnie Dziadek Obiadek zawsze miał najwięcej do opowiedzenia przy stole, aż po chwili, ktoś z dorosłych się reflektował i zwracał uwagę: tata da spokój, przecież dzieci słuchają! 
Pradziadek miał co wspominać, przeżył obie wojny, w pierwszej światowej brał udział, druga srodze go doświadczyła, a mnie podsłuchującej wtedy gorliwie, po latach kojarzył się z bohaterami "CK Dezerterów". Trzeba przyznać, że umiał snuć barwne, a nawet nieco pikantne opowieści.

Wracając do dziadka Józefa. 
Dziadek Józef Matyja przy pracy w ogrodzie 1985
To właśnie z dziadkiem szłam do ogrodu żeby pielić, przekopywać i siać. Miałam miniaturową łopatę, mini grabki i wiaderko, oraz mnóstwo zapału. Jako pięciolatka dzielnie towarzyszyłam dziadkowi, a to przytrzymując coś, a to podając. Nauczyłam się też wbijać gwoździe w deski, tak żeby palce pozostały nienaruszone. Jako kilkunastolatka większość czasu spędzałam na czytaniu, a dziadek co jakiś czas tracił cierpliwość i poganiał żebym szła i coś w ogrodzie pomogła, bo inaczej garba dostanę i wzrok stracę. Szłam, ale z pewną pretensją, bo przecież czytam! Ale to dzięki tamtym latom lubię pracę w ogrodzie i nie tylko w ogrodzie. 

Dziadek piekł najlepsze ciasta świata. 
Wcześniej w domu piekła babcia, ale babcia stosowała przepisy tradycyjne i ograniczała się do drożdżowego. 
A dziadek... 
Podobno któraś z pracownic dziadka skarżyła się, że jej keks nie wyszedł. A w zasadzie zakalec jej wyszedł, a bakalie były wtedy na wagę złota. Dziadek zainteresował się problemem, poprosił o przepis. W niedzielę upiekł. Keks wyszedł doskonały, a dziadka zachęciło to do wypróbowania swoich sił. Beneficjentami dziadkowego talentu byliśmy my, domownicy. Doskonałe torty, keksy, babki, serniki, kremówki z budyniem, ciasta ucierane. Te masy, te zapachy wydobywające się z prodiża! Kto teraz używa prodiża?  
Miałam swój mały udział w tworzeniu tych pyszności ponieważ znakomicie ubijałam pianę, bez żadnych dodatków, na sztywno. Tak że mogłam odwrócić miskę i piana się nie wylała, nie wypadła. Ubijałam trzepaczką, żadnych maszyn.
Gdy skończyłam osiemnaście lat czasami siadywaliśmy z dziadkiem przy kieliszeczku wina dla zdrowotności, albo nalewki przez dziadka przygotowanej. 
Zdarzało się, że dziadek wyjmował z barku coś specjalnego, na przykład prezent od kolegi z Francji pastis czyli likier anyżowy. Nadal mój ulubiony.  
Dzisiaj myśląc o moich dziadkach wypiję kieliszek pastis żeby uczcić ich pamięć. Zostawili mi po sobie dobre, pełne ciepła wspomnienia.


Jan i Wiktoria oraz Józef Matyjowie przed domem przy ulicy Chrzanowskiej 1954 rok 


niedziela, 21 stycznia 2018

Babcia Tekla czyli uroki dzieciństwa :)


Dzień Babci, ważne święto, ale tak naprawdę nie ma dnia żebym nie myślała o babci Tekli. Wspólne czytanie, nauka pisania, droga do przedszkola i ten moment gdy na zakręcie wypadłam z sanek, a babcia śpiesząca się do pracy, dopiero po jakimś czasie zorientowała się, że zgubiła wnuczkę. Szkoła i pierwsze relacje babci: jak w szkole, czego się nauczyłam. Wspólne powtarzanie wierszyków. W liceum lekcje łaciny z babcią.
Babcia Tekla 1938 rok
 Wtedy dowiedziałam się, że w czasie nauki w gimnazjum babcia dawała korepetycje z łaciny i w ten sposób zarabiała jakieś grosze. Po kilkudziesięciu latach nadal znajdowała przyjemność we wspólnym tłumaczeniu tekstów.
 Babcia Tekla, gdy dorosłam i zaczęły się pierwsze randki, czasami bywała bardzo wymagająca. "Przyzwoita panna wraca do domu przed dwudziestą drugą, a nie po północy! "Prawiła mi kazania. Wtedy do akcji wkraczał zazwyczaj milczący dziadek Józef i gasił emocje: " daj jej spokój, młoda jest, wróciła, wiesz gdzie była i z kim."
I nasze życie toczyło się dalej.
Z rozmysłem wybrałam zdjęcie, które przedstawia nie tylko babcię Teklę, ale jest na nim także prababcia Wiktoria - mama dziadka Józefa. Dobry człowiek, wyjątkowo wyrozumiała i znająca życie kobieta. Prababcia Wiktoria zmarła na miesiąc przed moim urodzeniem, ale już chora powtarzała mojej mamie: "Ty się niczym dziecko nie przejmuj, ja ci zawsze pomogę". Bo takie właśnie są babcie. 
A najmłodsi to Krysia, Marian i Wiesiu. Jak babcia sobie z nimi dawała radę to nie mam pojęcia, ale pomysły ta trójka miewała szalone.






piątek, 19 stycznia 2018

Wspomnienie o dziadku Józefie

Lubicie oglądać zdjęcia w rodzinnych albumach?
 Ja uwielbiam! Mogłabym godzinami przekładać te niepozorne ślady przeszłości, często już zniszczone, pogięte, upstrzone plamami.
 Dom pradziadków - zdjęcie rodzinne, ciotki, wujkowie, ich dzieci. Czarno białe fotografie, czasem w sepii. Trochę krajobrazów. Pradziadek Jan lubił fotografować, potem pałeczkę przejął jego syn, a mój dziadek utrwalając najważniejsze chwile z życia rodziny. Gdy dziadek Józef wyruszał w podróż, zawsze znalazł się ktoś uprzejmy, kto zrobił zdjęcie na pamiątkę. A czasami nawet kilkanaście klatek zużył uwieczniając dziadka w czasie wspinaczki na Śnieżkę, w Łańcucie,  albo tak jak na zdjęciu poniżej  w pobliżu krzyża na Giewoncie.
 Dopiero przeglądając zdjęcia pomyślałam, że poznawanie nowych miejsc było pasją dziadka Józefa.  Gdyby dziadek żył współcześnie, gdy możemy wyjechać w prawie każde miejsce na ziemi, na pewno korzystałby z możliwości.  Tego jestem pewna. 
Z dzieciństwa pamiętałam Jego wyjazdy na wycieczki bo zawsze myślał o wszystkich i na powrót dziadka czekaliśmy z niecierpliwością. Z Czechosłowacji dziadek przywoził w dużych torbach z szarego papieru  orzeszki ziemne do łuskania. Pamiętam trzask pękającej łupiny i ich mdły smak.
 Z Budapesztu dziadek  przywiózł dla mnie czekoladowe pomadki wypełnione różową masą, przepyszne. To dzięki dziadkowi po raz pierwszy spróbowałam jak smakuje marcepan, i nadal od czasu do czasu pozwalam sobie na marcepanowe szaleństwo bo lubię ten smak z dzieciństwa. 
Wśród tych wszystkich zdjęć jedno jest absolutnie wyjątkowe, ojciec z synem na wspólnej wycieczce. Dziadek tak jak większość wycieczkowiczów w garniturze - tak, tak, panowie z teczkami w rękach, w garniturach, panie w spódnicach, kapelusikach albo chusteczkach  na głowie. Wycieczka z pracy. Mnóstwo takich zdjęć. 
To był na pewno piękny, słoneczny dzień. Dobry dzień dla wspólnego zdjęcia w wyjątkowym miejscu. Nie ma już dziadka Józefa, nie ma wujka Wieśka, ale w mojej wyobraźni nadal obaj  wspinają się górskim szlakiem  by dotrzeć na szczyt. 
A zdjęcie ma tyle lat co ja.
 

niedziela, 14 maja 2017

Taki piękny maj - komunie

Obudziłam się, ciepłe promienie słońca kładły się na białych ścianach powodując u mnie podszytą popłochem dezorientację. Czyżbym znalazła się po drugiej stronie?
Otworzyłam szerzej oczy, dokonałam wysiłku i usiadłam na łóżku. Czułam się przez chwilę tak jakbym znalazła się w alternatywnej rzeczywistości. Słońce, jasno, pogodnie! Optymistycznie i wiosennie. Ludzie, mamy prawdziwy maj! 
Teraz psy szczekają, niektórzy już wyruszyli na spacery - mieszkam przy drodze prowadzącej nad rzekę. To będzie piękny, prawdziwie wiosenny dzień :)
A skoro tak, to czas na wspomnienia, które nieodłącznie kojarzą się z majem.
Niedawno Alicja przysłała mi link do artykułu o pierwszych komuniach. Link macie tutaj:  https://www.szczesliva.pl/ile-na-komunie-swieta/ . Czytałam i zastanawiałam się o czym ja to czytam, o ważnej dla dziecka i rodziców uroczystości, czy o spędzie rodzinnym zwołanym w celu zasilenie budżetu? Bo poziom skomercjalizowania całej imprezy przeraża. Zacząwszy od zbiórek dla katechetów, księży prowadzących, poprzez ciuchy za ciężki pieniądz, dodatki, specjalne sesje, restauracje, postaw się i zastaw się. A skończywszy na listach prezentów i datkach pieniężnych liczonych nie tylko w setkach złotych, ale też w tysiącach jeżeli ktoś miał pecha i kiedyś został chrzestnym. Szczęście, że część społeczeństwa nadal zachowuje zdrowy dystans i nie daje się zwariować, ale działania rodziców często odbijają się na postawach dzieci, które nie chcą być gorsze od rówieśników i też chcą dostać laptop z jabłkiem.
 Jakie to szczęście, że nie mam takich problemów, pomyślałam, wspominając własną komunię i przypominając sobie opowieści mojej mamy i babci. 
I żeby nie było, za moich komunijnych czasów też dostawaliśmy prezenty, skromne, ale jednak, tylko ja nadal pamiętam, że to nie prezent był najważniejszy. Ciekawe jak wspominać będą swoją komunię dzieci Anno Domini 2017?
A poniżej trzy pokolenia, 90 lat.




Babcia Tekla, na zdjęciu drobna, nieco zbuntowana dziewczynka. Biała sukienka za kolana, skórzane buty do kostek, sznurowane, porządne. W ręku bukiet z kwiatów ogrodowych. może to konwalie? Babcia o swojej komunii dużo nie opowiadała, był 1927 rok, jej mama nie żyła już od pięciu lat. To był dla małej Tekli smutny czas. O przyjęciach, prezentach, nie było mowy.



Za czasów córki Tekli, czyli mojej mamy Krystyny było już nieco inaczej. Mama wspomina, że po uroczystości wszystkie dzieci zaproszono do Salezjan i tam, w tchnących chłodem i dostojeństwem murach, poczęstowano ich śniadaniem. Długie stoły, gromada onieśmielonych dzieciaków, które czuły respekt wobec starszych  i śniadanie, które zostało w pamięci. Każdy dostał wielką bułkę z masłem i żółtym serem oraz kubek prawdziwego kakao. Po wspólnym śniadaniu wrócili do swoich domów, a że była piękna pogoda, to przebrali się w codzienne ubrania i pobiegli bawić się na wałach nad Sołą. Beztroska i urok dzieciństwa. Był 1952 rok.




A na końcu ja, najmłodsze pokolenie, ale jak to piszę, to czuję się jak zgrzybiała staruszka ;)
Do komunii przygotowywała nas nasza katechetka, bardzo szanowana Antonina Małysiak. Wybitna osobowość, ja do dzisiaj pamiętam jak wyprostowana, zawsze elegancka opowiadała nam nie tylko o religii, ale także o świecie. Opowiadała o Jerozolimie i o podróży do Rzymu. W tamtych czasach to było coś wyjątkowego, opowieść o spotkaniu z papieżem Pawłem VI. Nasza katechetka była siostrą biskupa Albina Małysiaka, o czym czasem wspominała,  i wprawdzie zawsze potrafiła utrzymać dyscyplinę i rygor, ale także potrafiła przykuć naszą uwagę. 
Pamiętam jak męczyłam się spisując grzechy do spowiedzi i wprawiając moją mamę w zakłopotanie, bo jakie grzechy może mieć takie małe dziecko. Zazdrościłam koleżance, bo miała komplet pisaków, bodaj 36 kolorów, kupiony w komisie... czy to grzech? Nie to normalne. Była trema i ulga, że już po całej ceremonii i trudno mi powiedzieć czy przywiązywaliśmy do niej odpowiednią wagę. Prezentem był prawdziwy zegarek, album na zdjęcia w skórzanej oprawie od jednego wujka i trzysta złotych od drugiego. Zegarek i album nadal mam. Skromna uroczystość w domu dla kilku najbliższych osób. Mój chrzestny nie mógł przyjechać, ale przysłał paczkę ze słodyczami i kuponem krempliny koloru koralowego. Przecudnej, mama uszyła mi z niej sukienkę. 
I tyle. 
Wiadomo, nie było wtedy laptopów, palmtopów, tabletów, i innych elektronicznych gadżetów, nie mieliśmy nigdy rodzinnego parcia na zastaw się a postaw się, było zwyczajnie.
I to się nie wróci, czasy mamy inne.



niedziela, 1 maja 2016

Taki piękny maj

Dzisiaj pierwszy dzień maja, Międzynarodowy Dzień Solidarności Ludzi Pracy i święto Józefa Robotnika. Dzisiaj także przypada rocznica wstąpienia Polski do Unii Europejskiej.
Ponieważ mam tyle lat ile mam, więc też pamiętam pochody pierwszomajowe. W dwuszeregu zbiórka, flagi w dłoń i wymaszerować. Pamiętam śnieg na pierwszego maja i wdzierające się w oczy letnie słońce. 
Pamiętam jak kiedyś uciekłyśmy z pochodu z przyjaciółką, padał ciepły, wiosenny deszcz, a my postanowiłyśmy zwiedzić cmentarz żydowski. Można było wejść na cmentarny teren przez kruszący się mur. Trawa, chwasty, skrzypiące przy podmuchach wiatru stare drzewa i zarastające mchem macewy, smutek opuszczonego miejsca. Jakiś czas później uporządkowano teren, postawiono solidny mur. Teraz to zadbane miejsce pamięci o tych, którzy odeszli, a byli częścią, życiem naszego miasta i pracowali na jego dorobek i pamięć. To był naprawdę piękny maj.
Żałuję, że nie mam zdjęć z tamtego okresu, w odróżnieniu od wielu osób nie staram się zapomnieć tego co było, nie staram się tego odrzucić i uznać za niebyłe. To były lata mojego dzieciństwa, dorastania i nauki. Nie było pięknie, nie było różowo, chyba że kwitły różaneczniki. Na tamte czasy było po prostu  normalnie. 
Zawsze pierwszego maja myłam okna, taka to u mnie świecka tradycja. W tym roku muszę poczekać do jutra, odpuszczę mycie okien w niedzielę, mogę tym razem odpocząć. 
A może to dlatego, że ogólnie zmęczona jestem i gdyby mi się tak chciało jak mi się nie chce... 
Chyba dopadło mnie przesilenie wiosenne.
Miłego świętowania.  
A maj to także bzy, poniżej zdjęcia z zeszłego roku. Niedługo znowu nam zakwitną i będzie piękny maj, jak zawsze.




sobota, 12 grudnia 2015

Babcia Tekla i ja. Taka data

Pamiętam jak dziś dzień ostatni Babci Tekli. 
13 Grudnia 2007 roku. Od wielu miesięcy wiedziałyśmy, że któregoś dnia nastąpi ostatnie pożegnanie. Babcia odchodziła powoli, zahartowane serce nadal przetaczało litry krwi, ale oczy błądziły po naszych twarzach nieprzytomnie. 
Nigdy już nie dowiem się czy w ostatnich miesiącach życia Babcia nas widziała, czy tylko wydawało mi się, że widzę błysk poznania w Jej oczach. 
Tego dnia płatki śniegu przyklejały się do gałęzi drzew, a ulice i chodniki pokrywały się cienkim, białym kocykiem. Było pięknie. Blade promienie słońca pokazały się koło południa i jeszcze bardziej pojaśniało wokół. Powietrze było czyste, na nosie roztopił mi się niesforny śnieżny płatek. 
Mama została w domu, ja musiałam jechać do pracy, chociaż wiedziałam, że powinnam zostać w domu, ale obowiązki... trudno.
Nie zdążyłam dojść do celu, gdy zadzwonił telefon, Babcia Tekla odeszła pół godziny przed południem. Przez wiele miesięcy przygotowywałyśmy się na ten dzień, a jednak przeżyłyśmy szok, bo dopóki życie trwa jest jakaś nikła nadzieja. 
Babcia miała dziewięćdziesiąt lat i ciekawe życie za sobą.
Coraz częściej myślę o Niej nie jako o mojej Babci, ale jako o młodej dziewczynie, którą chyba przez całe życie w sercu pozostała. 

Zdjęcie Tekli Wasiukiewiczówny na świadectwie maturalnym




Tekla z Wasiukiewiczów Matyjowa 1948 rok 



Zdjęcie z końca lat pięćdziesiątych  przed wynajętym mieszkaniem na Solnej.


wtorek, 21 lipca 2015

Wpis wakacyjny - Barcelona

Lato w pełni, upał, duchota, a jak deszcz to od razu burza, trąba powietrzna i budzące grozę zniszczenia. Tak to bywa, i jak zapewniają naukowcy, tak już zostanie. Fronty się ścierają, każdy walczy o swoje, jak w życiu tak i w przyrodzie. 

Dzisiaj wpis typowo wakacyjny, mało słów, dużo zdjęć :)

Niedawno wspominałam ostatnie wakacje w Hiszpanii i jak to humanista licząc na palcach wyliczyłam, że minęło od nich całe osiem lat. Jakoś tak szybko minęło.
Byłam w Hiszpanii kilka razy i każdy wyjazd wspominam z sentymentem. W Barcelonie też zdarzyło mi się być więcej niż raz, chociaż chciałabym jeszcze pojechać tam na kilka dni jak nie tygodni  i po prostu pobyć w mieście, które bardzo lubię. Może kiedyś.

Z hotelu miałyśmy blisko na plażę i blisko było także do kolejki podmiejskiej kursującej regularnie do Barcelony. Oznaczało to, że możemy wyjechać na cały dzień zwiedzać stolicę Katalonii na własną rękę. Oprócz nas w hotelu były tylko dwie rodziny z Polski, które przyleciały samolotem. Tak się złożyło, że w tym samym dniu my wybyłyśmy by zobaczyć miejsca, które nam umknęła za poprzednich pobytów, a oni wyjechali autokarem do Barcelony na wycieczkę objazdową.
Rozmowa po powrocie dała nam do myślenia.
Rzeczywiście remont :)
Ogrody Gaudiego, piękne, całe piętnaście minut na zwiedzanie, stadion, rzeczywiście robi wrażenie, architektura domów Gaudiego powala, nie wiedzieli, że można wejść  do środka, nawiasem mówiąc, my też nie zdążyłyśmy.  Fontanny pięknie tańczą w rytm muzyki, Sagrada Familia bardzo im się podobała, objechali dokoła, tłum ludzi, ale przewodnik mówił, że jest cały czas w remoncie. 
Weszli? No jak? Przecież remont :)

Zdjęcia poniżej zostały zrobione w tym samym dniu. By z wieży tej niepowtarzalnej secesyjnej świątyni  spojrzeć  na Barcelonę musiałyśmy czekać w kolejce ponad godzinę, tak dużo było chętnych.
Widok z góry na Barcelonę.


Figura Jezusa na jednej z wież

Dowód, że byłam, zdjęcie robione z wewnątrz, więc nieco ciemne, ale rusztowania za plecami  stanowią dowód nie do podważenia :)

Wjeżdżamy windą, schodzimy tymi krętymi schodkami. To moje ulubione zdjęcie z Sagrady.

Może się zakręcić w głowie




Teraz zapewne okolice Katedry wyglądają troszeczkę inaczej, ale remont  nadal trwa :) Prace mają zostać ukończone  w setną rocznicę śmierci słynnego architekta Antonio Gaudiego, czyli w 2026 roku.
Warto ją poznać, zobaczyć pracownię, z boku przy wejściu, wyjechać windą na szczyt i popatrzeć na Barcelonę z góry. Wrażenie nie do opisania.
Zwiedzałam Sagradę po raz trzeci, ale pierwszy raz wjechałam windą na górę. Trochę czasu i pieniędzy trzeba na zwiedzanie przeznaczyć, ale zawsze warto.
Zdjęcia pochodzą z mojej prywatnej kolekcji.

piątek, 27 marca 2015

Śniadanie kontynentalne :)

Przeglądam notatki sprzed lat, szperam wśród stert papierów w nadziei, ze znajdę jedną małą karteczkę, na której lata temu napisałam ważne wtedy dla mnie zdanie. Karteczka jak to u mnie wsiąkła i na pewno trochę potrwa zanim ją odnajdę, ale w ramach rekompensaty znalazłam mój notatnik z 1990 roku i jest ciekawie, chociaż czasy, które będę wspominać nie zapisały się zbyt dobrze w mojej pamięci. Byłam bez pracy, zwolniona w ramach tak zwanej restrukturyzacji  etatów nie miałam pojęcia co dalej. Zwłaszcza, że zakład pracy w ramach tejże restrukturyzacji pożegnał się także z moją mamą. Dwie osoby bez pracy w jednym domu to jak dwa grzyby w barszczu, zawsze o jeden za dużo. 
A ponieważ  należałam do osób przedsiębiorczych po wstępnych próbach znalezienia pracy postanowiłam się trochę dokształcić. Byłam młoda i jak teraz na to patrzę z perspektywy czasu bardzo naiwna, ale nie ma tego złego... o przygotowaniu do zawodu sekretarki w 1990 roku napiszę osobno.
W zakres zajęć na takim kursie wchodziła nie tylko nauka organizacji pracy biura szefa, tak, tak, całe dwadzieścia pięć godzin temu poświęcono, ale także organizacja przyjęć, pięć godzin.
Podaję jak to leci w moich notatkach:

Organizacja przyjęć okolicznościowych:

1. Data przyjęcia - godzina rozpoczęcia i zakończenia.
2. Liczba uczestników.
3. Rodzaj bankietu ( przyjęcia)
- lunch - obiad
- uroczysta kolacja
- bufet angielski
4. Charakterystyka gości.
- dla kogo przyjęcie, przewaga mężczyzn, kobiet, same kobiety, sami mężczyźni 
5. Przewidywany koszt przyjęcia.
6. Karta menu.

Organizacja przyjęcia:

1. Śniadanie w biurze
- śniadanie proste - continental (herbata, pieczywo mieszane, masło, dżem, ser, miód, konfitury.
2. Śniadanie wiedeńskie
- kawa z mlekiem,  jajka po wiedeńsku ( gotować trzy minuty, nożem przekroić na połowę, wybrać ze skorupki, włożyć do szklanki, posypać pietruszką, położyć odrobinę masła, poza tym pieczywo, masło dżem, wędliny, ser.
Nie sprecyzowano jaki ser :) natomiast co do jajka nie sprawdzałam na ile wiedza szkolącej nas kobiety jest zgodna z książką kucharską, od lat gotuję jajko trzy i pół minuty i wychodzi mi na miękko, tak jak lubię.
Ale do rzeczy, czyli do notatek:
3. Śniadanie angielskie - jajka sadzone na szynce lub bekonie, na jedną porcję dwa jajka, napój pomarańczowy lub czarna porzeczka, woda mineralna niegazowana (Francja, Hiszpania), herbata po angielsku ( mleko, śmietanka, osobno dzbanek herbaty, osobno śmietanka), tosty, dżem, miód.
Nakrycie do śniadania - obrus biały lub jednokolorowy, flakonik z kwiatami niski, mały, serwetki przy nakryciu lub serwetnik papierowy. Nie daje się popielniczek na stół, postawić gdzieś z boku.
Podchodźcie z prawej strony, cokolwiek podajemy to na tacce z serwetką.
Sprzątanie - zbierać talerze ale nie zostawiać stołu pustego.
Zwłaszcza ten pusty stół jest wzruszający.
Jeżeli coś się wyleje, kłaść serwetkę, w czasie przerwy w posiłkach wymienić ubrudzony obrus. Pamiętać żeby zamówić przynajmniej jedną porcję więcej.
I to jest ludzkie podejście do sprawy, pamiętać, że jak już wszyscy goście pójdą, to między stukaniem w maszynę, puszczaniem teleksów (faksy wtedy wchodziły dopiero), organizacją pracy szefa, a tapirowaniem włosów ze wzrokiem wbitym w atlas geograficzny... uff, poczułam się zmęczona, że jak już wszystko ogarniemy, to też możemy zjeść śniadanie.
Może nie angielskie, ale na pewno kontynentalne:)
Ciąg dalszy wspomnień z kursu nastąpi.