wtorek, 4 sierpnia 2026

Z pamiętnika mojej Mamy

 

Przeglądanie domowych archiwów to nieustająca przygoda. Znalazłam pamiętnik mojej Mamy z wpisami jej koleżanek i kolegów sprzed prawie 70 lat. Trochę wierszy, piękne malunki i mnóstwo wzruszeń. Taka podróż do dawno zapomnianego świata młodzieńczych marzeń ❤
I tylko żal, że mała Iwonka też chciała tak ładnie malować i upstrzyła swoimi bazgrołami niektóre obrazki, ale ten się uchował 😉

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

„Mordercza dieta cud" - fragment mojej najnowszej książki :)




Od czerwcowej premiery „Morderczej diety cud" już trochę czasu minęło i cieszy mnie, że książka trafia do czytelników, że poprawia humor i relaksuje

Poniżej, taki trochę dłuższy fragment, bawcie się dobrze 🙂
Udanego dnia 😘
„W pensjonatowej kuchni panował zaduch.
Katarzyna nigdy nie była zwolenniczką nadmiernego wietrzenia, a dzisiaj na dodatek od rana trzęsły nią dreszcze i bała się nawet wyjść za próg pomieszczenia.
Naburmuszony Dominik kursował pomiędzy piwnicą a spiżarnią, donosząc potrzebne produkty. W kucharce wzbierała złość spotęgowana kiepskim samopoczuciem. Najchętniej położyłaby się do łóżka nafaszerowana herbatą z lipy z dodatkiem miodu i swojską polopiryną S. Na razie podkręciła płomień pod garnkiem z gotującymi się burakami. Na obiad zaplanowała barszcz z tarkowanymi warzywami i leczo warzywne. Leczo powoli dochodziło, ale buraczki nadal były twarde – skaranie boskie, nigdy nie wiadomo, na jakie się trafi!
Katarzyna spojrzała na zegar zawieszony nad drzwiami – dochodziła pierwsza. Za godzinę te głodomory usiądą do stołu i całkiem słusznie będą żądać obiadu. Ach, gdyby tylko mogła normalnie gotować! Przyrządziłaby placki ziemniaczane albo pierogi z kaszą gryczaną, soczewicą, grzybami… Niedawno usiłowała przekonać Sławkowskiego do bardziej urozmaiconej diety, ale ten uparł się jak osioł, że tylko warzywa. Tak jakby ziemniaki nie były warzywem. Jeżeli sam nie lubi, to niech nie je, ale innym nie żałuje. Nie rozumiała tego oporu przed ziemniakiem, jej kuchnia mogłaby tylko zyskać.
No nic, kobieta przysiadła na chwilę przy kuchennym stole. Dzisiaj sobie jakoś poradzi z obiadem, ale o kolację niech się sami zatroszczą. W tej chwili marzyła tylko o łóżku. Szczęście, że w domu czekał na nią mąż, i była pewna, że może liczyć na podanie przysłowiowej szklanki z jakimkolwiek płynem do łóżka.
– Dominik, przyjdź tu! Potrzebny jesteś!
Kucharka wychyliła głowę poza kuchenne drzwi i czekała na odpowiedź, ale w korytarzu panowała głucha cisza.
– No gdzież to polazł, jak potrzebny? – Zirytowana pokręciła głową, czując w uszach niemiłe trzaski. – Dominik! Dominik… – zawołała donośniej, czując, że zdziera sobie gardło. Jutro pewnie na dodatek zaniemówi.
W korytarzu skrzypnęły drzwi prowadzące do piwnicy, a chwilę potem coś stuknęło. Zniecierpliwiona ponownie wyjrzała za drzwi. Korytarz był pusty. Huncwot znowu gdzieś się zapodział.
Otrzepało ją zimno, więc domknęła dokładnie drzwi i chwiejnym krokiem podeszła do kuchenki. Buraczki bulgotały równomiernie, a leczo pyrkało, roznosząc aromatyczne wonie. Katarzyna skrzywiła się i wyłączyła ogień pod garnkiem z buraczkami. Spojrzała w kierunku zlewu, czy jest pusty, i sięgnęła po kuchenne rękawice. Nałożyła je na dłonie, schwyciła gar za uszy i szybko przeniosła nad zlew. Uchyliła pokrywkę i nachyliła garnek nad odpływem, powoli ulewając zabarwioną na buraczkowo wodę. Odcedziła buraczki i wyrzuciła je do zlewu, żeby odparowały. Do gara nalała wody i ponownie postawiła na gazie. Sięgnęła do szafki z przyprawami i wysupłała schowane na czarną godzinę kostki rosołowe. Mamrocząc niepochlebnie na temat pomocnika, obrała buraki ze skórki i starła je na grubo. Całą misę utartych buraków wrzuciła do gara, dodała przyprawy, marchewkę i pietruszkę. W zasadzie tyle mogła. W sumie fasolka również nie zawadzi, też warzywo. Miała jeszcze kilka słoiczków zadekowanych w spiżarni.
W dworku panowała przyjemna cisza, ale wiedziała, że za chwilę wróci Matylda z wczasowiczami i zapanuje gwar. Rafael Sławkowski pojechał na zakupy, też już powinien wrócić. Dominik się stracił, co za utrapienie, taki pomocnik! Alusia dawno wysprzątała, też niewiele lepsza, byle jak, po łebkach. Katarzyna poczuła się nieswojo. Ta fasolka… W sumie nic im się nie stanie, jak zjedzą taką gołą zupę – pomyślała smętnie. Byle już mogła się położyć, bo zaraz padnie, jak stoi.
Kucharka oderwała półprzytomny wzrok od garnków, których dziwnym trafem przybywało jej przed oczami, i przeniosła go na drzwi. W sumie chętnie zjadłaby tej fasolki. Sama zaprawiała żółtą, młodą – żółta lepsza, miększa niż zielona. Zanim pójdzie, zrobi sobie na masełku. A resztę da do zupy. Zdecydowała się. Widać pomocnik miał inne sprawy do załatwienia, bo jakby był w pensjonacie, to by zajrzał w okolice kuchni. Głodomór był z niego, a dzisiaj obył się bez drugiego śniadania. Jak rzadko.
Kobieta otworzyła drzwi i wyszła na korytarz. Na wieszaku obok drzwi do kuchni wisiała jej kurtka, czapka i szalik. Niezdarnie nasadziła sobie czapkę na głowę, otuliła się kurtką i powlokła w kierunku spiżarni, klnąc pod nosem architekta, który nie pomyślał, że spiżarnia powinna znajdować się obok kuchni, a nie dziesięć metrów od niej. W głowie jej szumiało, miała wrażenie, że dochodzą do niej głosy z zaświatów. Jak nic, trzydzieści dziewięć stopni, na pewno nie mniej…
Przystanęła przy drzwiach do spiżarni i przycisnęła włącznik znajdujący się przy drzwiach, po czym nacisnęła klamkę. W środku było ciemno. Ki czort? Przecież świeciła! Znów jej w głowie zajęczało, aż się wystraszyła, oparła lewą rękę o bok drzwi, a prawą wsparła o ścianę, ponownie naciskając włącznik. Pomieszczenie zajaśniało. Nie zastanawiając się, weszła do środka. Pamiętała, że słoiki z fasolką umieściła na półkach po prawej stronie od drzwi. Żeby już mieć to za sobą, ruszyła w ich kierunku, mijając regały wypełnione artykułami spożywczymi. Były! Sięgnęła po jeden słoik i nie rozglądając się, zawróciła. Znowu usłyszała głosy.
Czuła się fatalnie. Powinna jeszcze wziąć miód, gdzieś tu miała dwa litrowe słoiki lipowego, prezent od znajomego pszczelarza. Katarzyna postawiła słoik z fasolką na najbliższą wolną półkę i skierowała się w lewo. Miody tam gdzie wina i nalewki. Stały jak byk na najwyższej półce. Powinna dosięgnąć, nigdy nie była ułomkiem. Katarzyna wspięła się na palcach i namacała słoik, przygarnęła go do siebie i uchwyciła zreumatyzowanymi palcami. Przed oczami zafalowała jej miodowa słodycz, w głowie się zakręciło i niewiele brakowało, a upadłaby na podłogę. Regały niebezpiecznie się zachwiały, a zza nich wypełzła jakaś przypominająca człowieka postać.
Kucharka chwyciła się za głowę, jednocześnie wypuszczając słoik z rąk. Rozległ się trzask pękającego szkła, a człowiek z jękiem oderwał twarz od podłogi. Kobieta wrzasnęła przeciągle, chwytając się za serce. Mężczyzna miał twarz zalaną krwią i ledwo chwytał oddech.
– Ratunku… – wyjęczał chrapliwie i głowa z powrotem opadła mu na podłog

niedziela, 2 sierpnia 2026

„Śmierć na osiedlu" Marcin Bartosz Łukasiewicz

 

Co słychać, tak przy niedzieli?

Remanenty robię wszelakie, także w książkach, tych przeczytanych, zaczętych i pozostawionych na potem.
Wydawało mi się, że ten rok jest dla mnie równie ubogi w lekturę jak i poprzedni (jak się człowiekowi oczy zamykają ze zmęczenia, to nie bardzo ma ochotę na czytanie), ale myliłam się.
Jest dobrze.
Nie czytam nastu książek w miesiącu, ale każdą z przeczytanych mogę śmiało polecić, wiedząc, że przeczytałam ją w całości, czytaniu towarzyszyły różne emocje i nie był to czas stracony.
Na pierwszy ogień idzie „Śmierć na osiedlu"autorstwa Marcina Bartosza Łukasiewicza.
Komedia kryminalna, czyli kryminał, w którym nie straszą porozwlekane szczątki wcześniej malowniczo rozdrobnione ( z wiernym opisem tegoż), a zaletą jest umiejętność posługiwania się przez autora humorem sytuacyjnym i słownym. Tak, żeby czytelnik nie poczuł się zniesmaczony, bo przecież zbrodnia z założenia nie jest wesołym wydarzeniem.
Chyba że dla mordercy.
Autora nie znam, książkę wybrałam metodą chybił trafił i trafiłam
Kapitalne poczucie humoru, zmysł obserwacyjny, celne komentarze dotyczące otaczającej nas rzeczywistości, która to rzeczywistość kumuluje się na tytułowym Osiedlu, gdzie przy bloku zbuntowanej wspólnoty (lokatorów, którzy oddzielili się od Spółdzielni) zostają odkryte zwłoki prezesa Spółdzielni.
Dodajmy, znienawidzonego przez większośc otoczenia. Człowieka, po którym prawie nikt nie zapłacze, oprócz żony i kochanki.
Prezesa, który najlepiej żeby zmarł smiercią naturalną, niestety obecność w organizmie trucizny wyklucza taką możliwość.
Kto zabił?
Kto miał motyw i sposobność?
A może jednak był to wypadek?
Mnóstwo tropów, niedopowiedzeń i mylnych wrażeń, a zakończenie... sami sprawdźcie kto lub co stoi za śmiercią prezesa Baranowskiego.
Prywatne śledztwo prowadzi Hania, nastolatka, która nie da sobie w kaszę dmuchać, a wspierają ją lokatorzy bloku, którzy chcą mieć święty spokój i zapomnieć o ekscesach prezesa.
Śledztwem z ramienia policji zajmują się funkcjonariusze zaprawieni w bojach i niezbyt chętni do wspólpracy z młodą dziewczyną.
Do czasu.
Jeżeli Marcin Bartosz Łukasiewicz cokolwiek jeszcze napisze, to ja to przeczytam z niekłamaną przyjemnością 🙂 nawet jeżeli będzie to poradnik jak wychować pewnego gryzonia 😉
Książkę przeczytałam w aplikacji Empik Go - jest w abonamencie
Okładkę pożyczyłam ze strony Empiku
Marcin Bartosz Łukasiewicz - autor
Piotr Sokołowski -projekt okładki i ilustracji