Od czerwcowej premiery „Morderczej diety cud" już trochę czasu minęło i cieszy mnie, że książka trafia do czytelników, że poprawia humor i relaksuje
Poniżej, taki trochę dłuższy fragment, bawcie się dobrze 
Udanego dnia 
„W pensjonatowej kuchni panował zaduch.
Katarzyna nigdy nie była zwolenniczką nadmiernego wietrzenia, a dzisiaj na dodatek od rana trzęsły nią dreszcze i bała się nawet wyjść za próg pomieszczenia.
Naburmuszony Dominik kursował pomiędzy piwnicą a spiżarnią, donosząc potrzebne produkty. W kucharce wzbierała złość spotęgowana kiepskim samopoczuciem. Najchętniej położyłaby się do łóżka nafaszerowana herbatą z lipy z dodatkiem miodu i swojską polopiryną S. Na razie podkręciła płomień pod garnkiem z gotującymi się burakami. Na obiad zaplanowała barszcz z tarkowanymi warzywami i leczo warzywne. Leczo powoli dochodziło, ale buraczki nadal były twarde – skaranie boskie, nigdy nie wiadomo, na jakie się trafi!
Katarzyna spojrzała na zegar zawieszony nad drzwiami – dochodziła pierwsza. Za godzinę te głodomory usiądą do stołu i całkiem słusznie będą żądać obiadu. Ach, gdyby tylko mogła normalnie gotować! Przyrządziłaby placki ziemniaczane albo pierogi z kaszą gryczaną, soczewicą, grzybami… Niedawno usiłowała przekonać Sławkowskiego do bardziej urozmaiconej diety, ale ten uparł się jak osioł, że tylko warzywa. Tak jakby ziemniaki nie były warzywem. Jeżeli sam nie lubi, to niech nie je, ale innym nie żałuje. Nie rozumiała tego oporu przed ziemniakiem, jej kuchnia mogłaby tylko zyskać.
No nic, kobieta przysiadła na chwilę przy kuchennym stole. Dzisiaj sobie jakoś poradzi z obiadem, ale o kolację niech się sami zatroszczą. W tej chwili marzyła tylko o łóżku. Szczęście, że w domu czekał na nią mąż, i była pewna, że może liczyć na podanie przysłowiowej szklanki z jakimkolwiek płynem do łóżka.
– Dominik, przyjdź tu! Potrzebny jesteś!
Kucharka wychyliła głowę poza kuchenne drzwi i czekała na odpowiedź, ale w korytarzu panowała głucha cisza.
– No gdzież to polazł, jak potrzebny? – Zirytowana pokręciła głową, czując w uszach niemiłe trzaski. – Dominik! Dominik… – zawołała donośniej, czując, że zdziera sobie gardło. Jutro pewnie na dodatek zaniemówi.
W korytarzu skrzypnęły drzwi prowadzące do piwnicy, a chwilę potem coś stuknęło. Zniecierpliwiona ponownie wyjrzała za drzwi. Korytarz był pusty. Huncwot znowu gdzieś się zapodział.
Otrzepało ją zimno, więc domknęła dokładnie drzwi i chwiejnym krokiem podeszła do kuchenki. Buraczki bulgotały równomiernie, a leczo pyrkało, roznosząc aromatyczne wonie. Katarzyna skrzywiła się i wyłączyła ogień pod garnkiem z buraczkami. Spojrzała w kierunku zlewu, czy jest pusty, i sięgnęła po kuchenne rękawice. Nałożyła je na dłonie, schwyciła gar za uszy i szybko przeniosła nad zlew. Uchyliła pokrywkę i nachyliła garnek nad odpływem, powoli ulewając zabarwioną na buraczkowo wodę. Odcedziła buraczki i wyrzuciła je do zlewu, żeby odparowały. Do gara nalała wody i ponownie postawiła na gazie. Sięgnęła do szafki z przyprawami i wysupłała schowane na czarną godzinę kostki rosołowe. Mamrocząc niepochlebnie na temat pomocnika, obrała buraki ze skórki i starła je na grubo. Całą misę utartych buraków wrzuciła do gara, dodała przyprawy, marchewkę i pietruszkę. W zasadzie tyle mogła. W sumie fasolka również nie zawadzi, też warzywo. Miała jeszcze kilka słoiczków zadekowanych w spiżarni.
W dworku panowała przyjemna cisza, ale wiedziała, że za chwilę wróci Matylda z wczasowiczami i zapanuje gwar. Rafael Sławkowski pojechał na zakupy, też już powinien wrócić. Dominik się stracił, co za utrapienie, taki pomocnik! Alusia dawno wysprzątała, też niewiele lepsza, byle jak, po łebkach. Katarzyna poczuła się nieswojo. Ta fasolka… W sumie nic im się nie stanie, jak zjedzą taką gołą zupę – pomyślała smętnie. Byle już mogła się położyć, bo zaraz padnie, jak stoi.
Kucharka oderwała półprzytomny wzrok od garnków, których dziwnym trafem przybywało jej przed oczami, i przeniosła go na drzwi. W sumie chętnie zjadłaby tej fasolki. Sama zaprawiała żółtą, młodą – żółta lepsza, miększa niż zielona. Zanim pójdzie, zrobi sobie na masełku. A resztę da do zupy. Zdecydowała się. Widać pomocnik miał inne sprawy do załatwienia, bo jakby był w pensjonacie, to by zajrzał w okolice kuchni. Głodomór był z niego, a dzisiaj obył się bez drugiego śniadania. Jak rzadko.
Kobieta otworzyła drzwi i wyszła na korytarz. Na wieszaku obok drzwi do kuchni wisiała jej kurtka, czapka i szalik. Niezdarnie nasadziła sobie czapkę na głowę, otuliła się kurtką i powlokła w kierunku spiżarni, klnąc pod nosem architekta, który nie pomyślał, że spiżarnia powinna znajdować się obok kuchni, a nie dziesięć metrów od niej. W głowie jej szumiało, miała wrażenie, że dochodzą do niej głosy z zaświatów. Jak nic, trzydzieści dziewięć stopni, na pewno nie mniej…
Przystanęła przy drzwiach do spiżarni i przycisnęła włącznik znajdujący się przy drzwiach, po czym nacisnęła klamkę. W środku było ciemno. Ki czort? Przecież świeciła! Znów jej w głowie zajęczało, aż się wystraszyła, oparła lewą rękę o bok drzwi, a prawą wsparła o ścianę, ponownie naciskając włącznik. Pomieszczenie zajaśniało. Nie zastanawiając się, weszła do środka. Pamiętała, że słoiki z fasolką umieściła na półkach po prawej stronie od drzwi. Żeby już mieć to za sobą, ruszyła w ich kierunku, mijając regały wypełnione artykułami spożywczymi. Były! Sięgnęła po jeden słoik i nie rozglądając się, zawróciła. Znowu usłyszała głosy.
Czuła się fatalnie. Powinna jeszcze wziąć miód, gdzieś tu miała dwa litrowe słoiki lipowego, prezent od znajomego pszczelarza. Katarzyna postawiła słoik z fasolką na najbliższą wolną półkę i skierowała się w lewo. Miody tam gdzie wina i nalewki. Stały jak byk na najwyższej półce. Powinna dosięgnąć, nigdy nie była ułomkiem. Katarzyna wspięła się na palcach i namacała słoik, przygarnęła go do siebie i uchwyciła zreumatyzowanymi palcami. Przed oczami zafalowała jej miodowa słodycz, w głowie się zakręciło i niewiele brakowało, a upadłaby na podłogę. Regały niebezpiecznie się zachwiały, a zza nich wypełzła jakaś przypominająca człowieka postać.
Kucharka chwyciła się za głowę, jednocześnie wypuszczając słoik z rąk. Rozległ się trzask pękającego szkła, a człowiek z jękiem oderwał twarz od podłogi. Kobieta wrzasnęła przeciągle, chwytając się za serce. Mężczyzna miał twarz zalaną krwią i ledwo chwytał oddech.
– Ratunku… – wyjęczał chrapliwie i głowa z powrotem opadła mu na podłog

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz