sobota, 24 października 2015

Anita Głowińska "Kicia Kocia mówi: "dzień dobry" "Kicia Kocia w Afryce"


Tym razem Kicia Kocia spędza dzień z Patkiem. Oni nigdy się nie nudzą. Potrafią się wspólnie bawić i uczyć nowych rzeczy. Dzisiaj postanowili, że wszystkich będą witali magicznymi słowami "dzień dobry". Strażaka Jacka i panią sprzedawczynię w sklepie, i sąsiadkę. Każdemu sprawili przyjemność, a największą radość sprawili rodzicom, którzy byli bardzo dumni z Kici Koci i Patka. 

Jak mówi mama Patka, ludzie mają dobry humor od dobrych słów. 
I o tym pamiętajmy  pozdrawiając wszystkich uśmiechniętym "dzień dobry" i uczmy tego miłego nawyku razem z Kicią Kocią. 


A gdy już dzieci nauczą się ładnie mówić "dzień dobry" to mogą zająć się kolorowanką z serii o Kici Koci i poznać zwierzęta Afryki pięknie przez Anitę Głowińską przedstawione. 

Kicia Kocia w podróż do Afryki wybrała się czerwonym samochodem. Najpierw ruszyła na łąki sawanny, tam spotkała geparda. Potem zobaczyła z daleka stado żyraf i słonia, i całe mnóstwo innych zwierząt. Poznała nawet sekretarza :)
 Pomysłowa kolorowanka połączona z ciekawym, przystosowanym dla dzieci (2-6 lat) tekstem. 
Oczywiście polecam :)

Książeczki otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina.






sobota, 17 października 2015

"Morderstwo na Korfu" Alek Rogoziński

Szłam  szybko, nawet nie spoglądając w mijane witryny, byłam już spóźniona na umówione spotkanie, gdy nagle, w okolicy księgarni oczywiście, znajoma okładka przyciągnęła mój wzrok. A jeszcze dwa dni temu jej nie było! Przyhamowałam na obcasach z wahaniem, tu czas pędzi, a mnie się zamarzyło "Morderstwo na Korfu" na własność i na już. 
Weszłam, kupiłam, oczywiście egzemplarz z wystawy. 
Po dwóch godzinach mogłoby go już nie być, a ja musiałabym czekać. Nie lubię czekać. 
Przyniosłam książkę do domu, szybko odpracowałam co musiałam, przygotowałam kawę, rozpakowałam ogromną bezę z kremem kawowym. Wiem, nie powinnam, ale była pyszna. 
I przepadłam dla świata zewnętrznego.
Książki Alka Rogozińskiego powinno się przepisywać zamiast antydepresantów. Jak stwierdziła moja mama taki antydepresant to numer na raz, człowiek połknie tabletkę i żyje złudzeniem, że mu pomoże, a książka jest, można do niej wrócić, można ją pożyczać zaufanym osobom, dzielić się radością czytania. Zaznaczam, że żadnych środków antydepresyjnych nie przyjmujemy, stosujemy książki. Od zawsze. Pomaga. 
W pierwszej części serii "Ukochany z piekła rodem"  Joanna i Betty  musiały zmierzyć się z morderstwem pewnego młodego mężczyzny.
Wiadomo, że po takich przygodach trzeba odpocząć, a jak odpoczywać to na Korfu. Betty oddycha z ulgą i zostaje w Polsce, a Joanna odlatuje na piękną wyspę przyrzekając, że oczywiście będzie pisać. Terminy, terminy.
Nie od rzeczy będzie dodać, że Joanna Szmidt jest pisarką, autorką bestsellerowych romansów, kobietą bez zmartwień ekonomicznych, obracającą się w celebryckich kręgach, podążającą za modą. Atrakcyjną i przykuwającą uwagę. Zwłaszcza mężczyzn, chociaż kobiety też ją rozpoznają. Zwłaszcza jedna, niejaki Madziorek. Madziorek paskudnie kojarzył mi się z Białą Glistą i zastanawiałam się czy charakter tej kobiety stanowi odbicie charakteru jednej osoby czy jest mieszanką złożoną ze znajomych Alka. Ale na to pytanie tylko Autor odpowie.

Villa Zeus na Korfu należy do Stefanosa, a goście tego turnusu nie są przypadkowi. Gdy ginie ten kto miał zginąć Joanna  rozpoczyna osobiste śledztwo. Uczestniczą w nim Betty i Krzysztof Darski jej ukochany, przy okazji pracownik odpowiednich służb. 
Sytuacja jest patowa, nikt z zewnątrz nie mógł dokonać morderstwa, a potencjalni podejrzani dają sobie wzajemnie alibi. 
A jednak ktoś nie żyje.
Miałam osobistą satysfakcję z prawidłowego wytypowania mordercy co w niczym nie umniejszyło mojej przyjemności czytania. Wręcz przeciwnie, byłam ciekawa jak Alek wybrnie z sytuacji. Zrobił to z klasą odwołując się do klasyki kryminału.
Tyle na temat fabuły. jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej to sami przeczytajcie, na pewno nie będziecie żałowali.
Co do Zosi Gałczyńskiej - projektantki, nigdy mi do głowy nie przyszło liczenie modelek przed pokazem i po pokazie, coś jest na rzeczy. 
A do Montserrat wiózł nas chyba ten sam kierowca :)
Reasumując polecam Wam kapitalny kryminał z humorem, takim jak lubię, nienachalnym, bazującym na półtonach. 
Uśmiech jest tak samo potrzebny jak słońce.
Zdjęcia kurortu Dassia na Korfu pochodzą ze strony: www.corfu.hermes.com i są niezwykle nastrojowe. 

piątek, 16 października 2015

"Kicia Kocia w przedszkolu" - Anita Głowińska


Dzieci kochają Kicię Kocię. Jest coś bardzo optymistycznego i ciepłego w sposobie w jaki mała Kicia Kocia pomaga poznawać świat czytającym o jej przygodach dzieciom. Mała Zosia, do której powędrowały poprzednie książeczki od razu pokochała Kicię Kocię,  a czerwony traktor na długi czas stał się jej ulubionym środkiem lokomocji. 
Dzisiaj razem z Kicią Kocią spędzimy dzień w przedszkolu. Zosia także idzie do przedszkola, więc będzie się uczyła razem z Kicią Kocią, nieodłącznym Patkiem, Juliankiem i Adelką. Bo w przedszkolu wszystko toczy się swoim rytmem. 
Ale najpierw trzeba w domu umyć zęby, ubrać się i zjeść śniadanie. Zaraz po tym można zaczynać dzień.
A w przedszkolu zabawa i nauka. Dzieci śpiewają, bawią się na placu zabaw i wspólnie rysują pociąg. 
Ileż z tym uciechy!
Czas tak szybko biegnie, że już pora na obiad i powrót do domu.
Z Kicią Kocią już tak jest, mnóstwo zabawy, śmiechu i nauki. Proste zdania, łatwe do zapamiętania wyrazy, które dziecko z czasem może samo przeczytać i charakterystyczne ilustracje autorstwa Anity Głowińskiej. To wszystko sprawia, że dzieci i rodzice wracają do książeczek i cieszą się na wieść o nowych tomikach :)
A jutro z Kicią Kocią pojedziemy do Afryki pamiętając by po drodze każdemu powiedzieć "dzień dobry".

Z przyjemnością polecam.

Książeczkę "Kicia Kocia w przedszkolu" Anity Głowińskiej otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina


środa, 14 października 2015

"Wszystkie grzechy nieboszczyka"

A to jeden z sukcesów :)  "Wszystkie grzechy nieboszczyka wśród najchętniej wypożyczanych książek w 2014 roku. Galeria książki w Oświęcimiu.




"Nie ma takiego miasta" Tomasz Konatkowski

Po "Przystanku śmierć" i "Wilczej wyspie" przyszedł czas na "Nie ma takiego miasta" . 
Tytuł to fragment kultowej kwestii z "Misia" Stanisława Barei.
Co jakiś czas sięgam po kolejną książkę z cyklu z komisarzem Adamem Nowakiem, którego po prostu polubiłam. 
Tak jak polubiłam nie-teścia pana Żurka, ojca Kasi z jego miłością do Warszawy.
 Tym razem komisarz Nowak wyjeżdża do Londynu na szkolenie. Zwiedza miasto i uczestniczy w rozwikłaniu dwóch  morderstw: Dawida Kalinowskiego i jego siostry.
Gdy kończy się miesiąc pobytu komisarz wraca do Warszawy, a londyńska sprawa powraca.
To nie jest kryminał do szybkiego czytania, ba! momentami czułam się przygnębiona i nieco przytłoczona opisami piłkarskich i muzycznych fascynacji komisarza. Ale przecież i za to go lubię. 
Z wielu zdań przytoczę jedno, ale moim zdaniem ważne, może nie tyle dla fabuły co dla mnie jako czytelnika:
"Zabierz ze sobą tylko wspomnienia, pozostaw tylko ślady stóp, zabijaj tylko czas".( str.94)
A dla mnie czas teraz na "Bazyliszka"

wtorek, 13 października 2015

Słońce Kartaginy

Gdy byłam nastoletnią panienką fascynowałam się historią ze szczególnym wskazaniem na historię starożytną. Było to dość pożyteczne hobby przynoszące mi piątki z przedmiotów humanistycznych. Niestety Pitagorasa uwzględniałam tylko historycznie lekceważąc  jego  osiągnięcia zawodowe co mściło się dużo gorszymi ocenami z matematyki. Było minęło. 
W tamtych czasach pod wpływem osiągnięć profesora Michałowskiego i jego ekipy chciałam koniecznie zostać archeologiem i jeździć na wykopki. Archeologiczne, oczywiście. Najlepiej do Egiptu, albo do Grecji, I koniecznie zobaczyć Kartaginę.
Profesor Piotrowski, który nauczał historii w moim liceum potrafił bardzo obrazowo opowiadać o najazdach, walkach, wyprawie na słoniach i oczywiście Wandalach, którzy zapisali swą niechlubną kartę w dziejach. 
Dlatego gdy tylko nadarzyła się okazja w postaci wycieczki pojechałam zobaczyć Tunis i oczywiście Kartaginę. Żar lał się z nieba gdy wchodziliśmy na teren Nowego Miasta.




















A tak dla przypomnienia, z Kartaginą kojarzy się nam Hannibal - czasy szkolne :) Ten wybitny polityk wrócił do polityki w 196 roku p.n.e  i objął urząd sufeta. Wprowadził reformę finansów, forsował samowystarczalność gospodarczą Kartaginy. Niestety próba wyegzekwowania zobowiązań finansowych od plutokracji kartagińskiej skończyła się dla niego fatalnie. Oskarżony o knowania przeciwko Rzymowi musiał uciekać z Kartaginy w 195 roku p.n.e
Oj chyba wrócę do podręczników historii :)
Pozostałości Kartaginy oglądałam parę lat temu, nie wiem jak wyglądają teraz. Oby przetrwały.

niedziela, 11 października 2015

Sidi Bou Said - kolory spokoju

Dzisiaj wieje, w górach ma spaść śnieg, nic tylko przygotować koc i kubek gorącej czekolady, albo na chwilę zmienić aurę. 
Postawiłam na to drugie, otworzyłam plik ze zdjęciami z Tunezji i postanowiłam się podzielić pięknem Sidi Bou Said.
To tunezyjskie miasteczko powstałe w XV wieku za panowania Maurów jest również nazywane niebieskim miastem. Podobno mieszkańcy mają nakaz malowania domów na biało i na niebiesko, tak by nie zakłócić harmonii barw i wartości marketingowej miejsca, które przez wiele lat przyciągało artystów z całego świata. Tłumy turystów kłębią się na ulicach, każdy chce zrobić jak najwięcej zdjęć. Trudno mówić o spokoju :) A jednak z przyjemnością odwiedziłabym je ponownie, białe domy, niebieskość otoczenia, zieleń roślin - przebywanie w takim otoczeniu sprawia przyjemność. 

Bank także na niebiesko.

Wzgórze agaw
                                                         

Ruch i gwar na ulicy, przy której usytuowano sklepiki z drobiazgami dla turystów. 
Także tymi made in China ;)

Niebieskie drzwi zapraszają




Widok na góry Atlas












Wejście do lodziarni :)


Klasyka w Sidi Bou Said - niebieskie drzwi i okna, biel budynku i wykończenie z kamienia. 

piątek, 9 października 2015

"Tajemnica Domu Helclów" Maryla Szymiczkowa

Gdy pierwszy raz usłyszałam o autorce od razu pomyślałam, że nadarza się sposobność poznania nowej pisarki ze świata czeskiej literatury, mało znanej, a znakomitej.  Myliłam się, Maryla Szymiczkowa, wdowa po prenumeratorze "Przekroju", wierna bywalczyni kawiarni Noworola i mszy w Kościele Mariackim jest wytworem wyobraźni dwóch panów: Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego.
Informacja ta widnieje na okładce i jest przyczyną mojego jedynego rozczarowania związanego z tą książką; wolałabym nie wiedzieć tak wprost kim jest autorka, mieć trochę czasu na domysły, dowiadywać się że jednak to kto inny... 
Myślę, że odrobina tajemniczości przydałaby smaku tej i tak znakomitej książce, a postać Maryli Szymiczkowej mogłaby wrosnąć w literacki krajobraz. 
Stało się. 
Nie umniejsza to w niczym tak wartości literackiej tekstu, piękny, plastyczny język przenoszący czytelnika do dziewiętnastowiecznego Krakowa z jego zhierarchizowaną  społecznością, w której pokonanie małego szczebelka dzielącego poszczególne kręgi towarzyskie jest często wysiłkiem długoletnim i nie zawsze skazanym na powodzenie.  
Profesorowa Szczupaczyńska, przysłowiowa szyja stojąca za powolną karierą męża zrobi wiele, by poznać osoby decydujące i rozdzielające towarzyskie przywileje. 
Dlaczego to robi? 
Cóż... dlatego, że jest kobietą ambitną, przybyłą z prowincji do Krakowa, żoną przy mężu, bezdzietną. Jedną z dróg prowadzących do kariery towarzyskiej jest dobroczynność, ale jak powiada profesorowa wszystkie zarządy kół i zgromadzeń dobroczynnych zostały już obsadzone przez księżne, baronowe i żony notabli. Profesorowej nie pozostało nic innego jak zorganizować własną akcję dobroczynną, pozyskać do niej odpowiednio wpływowe damy i czekać na upragnioną wzmiankę o wydarzeniu w "Czasie". Na pewno umocniłoby to  pozycję profesorostwa.
Dlatego razem ze swoją służąca podąża do Domu Helclów by nawiązać odpowiednie stosunki. Trafia na moment paniki związanej z zaginięciem jednej z pensjonariuszek. 
I tak się rozwija powoli i smakowicie historia nie krwawa,  wymagająca pewnego wysiłku intelektualnego i poczucia humoru. Tak, tak, pewien dystans, przymrużenie oka przy czytaniu są niezbędne by wczuć się w atmosferę dziewiętnastowiecznej Galicji i pełnego wielkopańskich zapędów Krakowa. Fantastyczny opis pogrzebu Mistrza Matejki, perturbacje  Sienkiewicza i samotny powrót z podróży poślubnej, budowa teatru zamiast wodociągów  i atmosfera sobotnich zakupów budują atmosferę książki, która łączy w sobie doskonałość klasyki kryminału ( ukłon w stronę Agathy Christie) z bogactwem detali powieści obyczajowych. 
Zanurzyłam się w atmosferze dziewiętnastowiecznego Krakowa z przyjemnością uczestnicząc w intrydze motanej przez profesorową i gubiąc się w podejrzeniach. Wiedziałam, że coś jest na rzeczy w związku z pewnym listem, mamy do czynienia z wytrawnymi znawcami klasyki kryminału, ale muszę przyznać, że finał mnie zaskoczył. 
Nie pozostaje mi nic innego jak czekać na następną powieść autorstwa znakomitej trójki: Szymiczkowa, Dehnel, Tarczyński. Mam nadzieję, że profesorowa wróci. Takie kobiety jak ona nigdy zbyt długo nie napawają się triumfem raczej czerpiąc przyjemność z pokonywania nowych wyzwań.
Książka dla wielbicieli Galicji, Krakowa, Historii, dygresji i dykteryjek oraz talentu Autorów.
Oczywiście polecam.
Dom im. Anny i Ludwika Helclów został oddany do użytku w 1890 roku, więc w 1893 roku, czas akcji powieści pachniał jeszcze świeżością.

Dom Helclów współcześnie, zdjęcie z internetu.



sobota, 3 października 2015

Lars Klinting "Kastor piecze"

Bardzo lubię pomysłowe książeczki Larsa Klintinga. Sympatyczny bóbr Kastor pokazuje dzieciom jak uprawiać ogródek, czy zrobić z pomocą rodziców podręczną skrzynkę na narzędzia. Proste zadanie, rozrysowana instrukcja i do dzieła.
Tym razem Kastor ma urodziny.
 Wszystkiego najlepszego Kastorze.
A jak są urodziny, to  pojawiają się goście, Kastora odwiedza Maciuś, który zawsze jest głodny. Gościnny Kastor postanawia upiec babkę.
Kuchnia jest, foremki obecne, składniki do upieczenia babki także, więc do dzieła!
Czuję jak pięknie pachnie babka, na którą mój dziadek mówił: piaskowa. 
Pełna uroku, ilustrowana rozpiska jak zrobić pierwszy krok i zachęcić dziecko do poznania nowej dziedziny życia. Być może dzięki tej książeczce za wiele lat poznamy nowego mistrza cukiernictwa. Wiadomo, że czym skorupka za młodu nasiąknie....
A ja powiem Wam w tajemnicy, że  zamierzam w niedzielę upiec babkę z przepisu Kastora. Wygląda smakowicie.
Książeczkę oczywiście polecam. 
Dla dzieci i ich rodziców. Wszyscy lubimy zapach wanilii :)

Książeczka "Kastor piecze" Larsa Klintinga w tłumaczeniu Magdaleny Landowskiej  przywędrowała do mnie dzięki uprzejmości Wydawnictwa Media Rodzina.
 Dziękuję.