środa, 18 marca 2015

Czarne okulary - John Dickson Carr

- A co pan zrobił po dokonaniu zbrodni?
- Jak to! Poszedłem spać, oczywiście.

ARTUR WARREN WAITE
New York 1915


"Zaczęło się to, jak zapamiętał pewien człowiek, w jednym z domów w Pompei. Nie zapomniał nigdy tego upalnego, cichego popołudnia; milczenia Ulicy Grobów zakłóconego głosami Anglików, czerwonych oleandrów w zniszczonym ogrodzie i tej dziewczyny w bieli, otoczonej grupką ludzi skrytych za  słonecznymi okularami. jak gdyby byli w maskach..."  Tak zaczyna się kryminał, który jest uważany za klasykę gatunku, wydane w 1939 roku "Czarne okulary. Morderstwo dla psychologów" Johna Dicksona Carra. Autor miał 33 lata i zyskiwał sobie sławę pisarza, który wyjaśnia niemożliwe. "Czarne okulary" zaskakują matematyczną precyzją, a proces przeprowadzenia dowodu na winę sprawcy jest jasny, zwięzły i logiczny. Oraz fascynujący.  W czasie śledztwa pada zasadnicze tak z punktu widzenia prowadzącego śledztwo jak i świadków zdarzenia  pytanie:
Czy wiemy co widzimy?
Dowiadujemy się jak zwodnicze może okazać się przekonanie o własnej nieomylności.
W 'Czarnych okularach" nie ma przemocy  czy tak popularnej teraz brutalności - jest zbrodnia. W Bellegarde, posiadłości należącej do Marcusa Chesney'a jest spokojnie, za spokojnie, czujemy rosnące napięcie, przeczucie nadchodzących zdarzeń.
"Czarne okulary" to starcie intelektualne dwóch nietuzinkowych osobowości, mordercy i ofiary, osobowości nad którymi zapanuje osobowość trzecia - legendarny doktor Gideon Feel, który doprowadzi czytelników do celu i odkryje przed nami kto zamordował, dlaczego zamordował i najważniejsze: - w jaki sposób zrealizował zamysł zbrodni.
Pamiętajmy, że jest to morderstwo dla psychologów. Morderstwo wyrafinowane, ukartowane i z pełną premedytacją zrealizowane.
Cofnijmy się w czasie:
..."Powinien pan wiedzieć co zdarzyło się w Sodbury Cross siedemnastego czerwca tego roku. Pewna kobieta o nazwisku Terry prowadzi sklep z tytoniem i słodyczami na Głównej ulicy. Dzieci zostały otrute dawką strychniny umieszczoną w nadziewanych czekoladkach sprzedawanych przez panią Terry. Sprzedawanie zatrutych czekoladek nie jest dla niej ( jak pan się domyśla) rzeczą powszednią. Policja podejrzewała, że zastąpiono nieszkodliwe słodycze zatrutymi."
Podejrzenie pada na osobę należącą do rodziny Chesney'ów, rodziny znanej i szanowanej acz niezbyt w mieście lubianej. By odpocząć od plotek i podejrzeń Chesney'owie wyjeżdżają na wakacje do Włoch, jednym z miejsc, które zwiedzą są Pompeje.

Przyznam, że Pompeje zostały opisane w sposób tak sugestywny, a zwłaszcza okolice domu Aulusa Lepidusa - truciciela, osobnika, który przy pomocy sosu z zatrutych grzybów pozbył się pięciu członków swojej rodziny, że zwiedzając je wiele lat temu nie myślałam o niczym innym jak o znalezieniu domu truciciela.Nie znalazłam, być może był wtedy remontowany.




Przyjemność zwiedzania zakłócały mi hordy
Japończyków   fotografujących każdy zachowany jeszcze kamień. O ile mniej zamieszania robili nobliwi Anglicy osiemdziesiąt lat temu.

Tak jak napisałam wcześnie, "Czarne okulary" - morderstwo dla psychologów-  to klasyka gatunku, a ta nigdy się nie zestarzeje.
Polecam książkę tym, którzy lubią zagadki, rebusy - to ogromna przyjemność śledzić tok rozumowania mordercy w interpretacji Doktora Feela. 



John Dickson Carr "Czarne okulary - morderstwo dla psychologów"
Seria: Biblioteka Joe Alexa
Przekład  Ewa Horodyska
Wydawnictwo Litera, wydanie I rok 1990
143 strony
Zdjęcia  i widokówki z prywatnych zbiorów autorki.

piątek, 27 lutego 2015

Gradacja ważności

Zęby mnie bolą. Żeby to jeszcze tylko jeden ząb się wygłupił, ale pół szczęki?
A wszystko zaczęło się od... leczenia.
Tak, tak, bolą mnie wyleczone zęby, a ropa z werwą zabiera połacie podniebienia co oznacza, że dzisiaj spędzę dużo czasu u dentysty.
Zaczęło się w poniedziałek lekkim  bólem i była to powtórka z grudniowej rozrywki, dlatego zlekceważyłam sprawę przekonana, że tak jak wtedy, po trzech dniach ból minie.
Nie minął, a do mnie doszło, że tym razem się nie wywinę i w końcu poniosę konsekwencje leczenia kanałowego.
Coś poszło nie tak.
A dlaczego się tak wywnętrzam jak nie ja?
Dlatego, że ból zobojętnił mnie na wszystko i liczy się tylko jedno: żeby przestało boleć, a ja doszła na tyle do siebie żebym znowu zaczęła konstruktywnie myśleć i pracować.
Nie obchodzi mnie polityka, mam w nosie co kto mówi na wszelkie teraz aktualne tematy. Kłótnie, wojny podjazdowe, manipulacje są mi słodko obojętne. Brak reakcji.
To minie, niestety.
Minie po ponownym leczeniu, rwaniu czy co tam dla mnie dentysta wymyśli, ale mam wrażenie, że to teraz, jak rzadko, mam prawidłowo ustawioną gradację ważności spraw, które powinny mnie obchodzić.
Chyba czas na odrobinę zdrowego  egoizmu.
Pozdrawiam, obolała.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Caroline Graham "Bezpieczne miejsce"- Morderstwa w Midsomer

Jak czytamy na okładce powieść zainspirowała twórców kultowego serialu "Morderstwa w Midsomer". Stara Plebania jak w książkach Agathy Christie, niewielka osada i namiętności kłębiące się pod zgrzebnym angielskim kocem, czyli wszystko co najlepsze w klasycznym i jakżeby inaczej - angielskim kryminale. 

Charlie Leathers był systematycznym człowiekiem; każdego wieczoru, dokładnie o tej samej porze, niezależnie od pogody zabierał psa na spacer. Pies, a raczej suczka należała do pani Leathers, ale przywilej spacerów pozostał przy głowie domu.

Charlie nie spodziewał się, że ten jeden spacer zmieni jego życie, gdyby się tego spodziewał być może tym razem to Hetty  spacerowałaby z Candy. A tak...
Ferne Basset to miejsce, w którym każdy chciałby mieszkać. Spokój, wszędzie blisko, ptaki śpiewają, ludzie się znają i w większości są przyjaźnie nastawieni. 
Tylko dlaczego Lionel Lawrance, były pastor, zamiast nadal zajmować się swymi owieczkami sprowadza do domu ludzi z marginesu społecznego?
Naiwny czy nawiedzony?
Nie wszystkim się to podoba.
Na przykład żona, nie jest zadowolona, a to ona za wszystko płaci.
A jak czują się w tej zwartej społeczności nowi mieszkańcy? Sławny rysownik, autor książek dla dzieci i jego siostra, kobieta po przejściach. Mieszkają w  pięknym domu, ale czy nawet najpiękniejszy dom może przynieść spokój i ukoić lęki?

Klasycznie i ze smakiem nadinspektor Barnaby i sierżant Troy rozwiązują zagadkę nagłej śmierci jednego z mieszkańców wsi. Rozmawiają, nawiązują kontakty, wyczuwają nastroje tej małej społeczności. Węszą. Jak słusznie zauważyła Joyce - żona nadinspektora - gdy tylko Barnaby zwęszy ślad jest jak pies, który wgryzł się w kość i nie ustąpi dopóki nie doprowadzi sprawy do końca. A ta sprawa jest bardzo skomplikowana. 
Jakiś czas temu obejrzałam kilka odcinków "Morderstw w Midsomer" na kanale 13ulica i bardzo polubiłam spokojne podejście do pracy nadinspektora Barnaby'ego. Z równą przyjemnością czytałam książkę wczuwając się w klimat miejsca, którego nie musiałam sobie wyobrażać, znałam je z filmów.
 Polecam
Iwona Mejza

Caroline Graham "Bezpieczne miejsce" - seria Morderstwa w Midsomer
w przekładzie Małgorzaty Trzebiatowskiej i Anny Sawickiej-Chrapkiewicz
Wydawnictwo Psychologiczne Gdańsk 2005 rok
287 stron

niedziela, 15 lutego 2015

Radia czar :)

Życie jest pełne niespodzianek. Nie zawsze miłych, ale czasami zdarzają się rodzynki w zakalcu. Takim rodzynkiem było dla mnie zaproszenie do rozmowy w ramach audycji radiowej Kulturalny Oświęcim ( zmiana nazwy w toku). Mail od prowadzącego Tomasza Klimczaka, który chciał się dowiedzieć co u mnie słychać.
Pisze się coś? Nie pisze?
Szybko okazało się, że moje piszę, nie piszę :) stanowi nikłą część zaplanowanej rozmowy. Ucieszyłam się. Łatwiej mi opowiadać o innych niż o sobie.
Sukces Katarzyny Bondy.
Klub Miłośników Powieści Milicyjnej MOrd - fenomen powieści milicyjnej w Polsce i kryminały Jerzego Edigeya jako dokumentacja topograficzna i kulinarna ( bary, knajpy, dancingi)  Warszawy lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych . 
Moja rekomendacja - kryminał, który koniecznie trzeba przeczytać.
Serial kryminalny, który wzbudził moje zainteresowanie - Ukraiński "Tropiciel" (Wąchacz) - bardzo interesujący, odmienny. I ta przepaść pomiędzy luksusem życia głównego bohatera, a siermiężnością ukraińskiego więzienia. Tylko słomy w snopkach brakowało.
Rozmawialiśmy o tym i o bardzo wielu innych sprawach związanych z pisaniem, rynkiem książki i jej promocją.
Zakładałam, że rozmowa potrwa około godziny, stało się inaczej. Dwie  godziny z krótkimi przerwami na muzykę (ileż można gadać) zleciały bardzo szybko. 
Radio Oświęcim dopiero startuje. To radio internetowe. Oficjalne wejście 02.03.2015 roku, mam nadzieję, że po tym terminie uda się udostępnić zapis naszej rozmowy. Podobno nie zanudziłam.
A w ten czwartek 19.02.2015  rozmowa z Mirosławem Ganobisem, kolekcjonerem z Oświęcimia. Przyznam się, że widziałam zdjęcia, o których panowie będą rozmawiali i zapowiadają się bardzo interesujące dwie godziny. Polecam
Za jakiś czas znowu siądę przed mikrofonem i będziemy z Tomkiem Klimczakiem rozmawiali o nowościach wydawniczych i ekscytujących zagadkach kryminalnych. 
Już teraz zapraszam, a Radiu Oświęcim kibicuję, wierząc, że najdłuższa droga zaczyna się od pierwszego kroku.
A tak wygląda radio internetowe od środka. Malutki pokoik, wokół półki z książkami (jesteśmy w bibliotece), komputery, mikrofony i coś co na pierwszy rzut oka wygląda jak gęste sitko - to tutaj trafia głos prowadzącego i jego rozmówcy.
Zdjęcie ze strony  Radio Oświęcim na Facebooku.

Tutaj siedziałam :)



poniedziałek, 9 lutego 2015

Cmentarz parafialny w Oświęcimiu cdn.

Dalszy ciąg spaceru cmentarnymi ścieżkami.




Nagrobek Jana Kotlarskiego, powstańca z 1863 roku. 



Pani Spicmiler uczyła moją mamę, kiedyś nauczycielki były autorytetami dla swoich uczniów


Zawsze się wzruszam gdy czytam ten napis, mieć osiemnaście lat i zginąć w dniu wyzwolenia miasta, na progu wolności.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Qiu Xiaolong "Tancerka Mao"

Kwiat opada, woda płynie i wiosna przemija.
To odmieniony świat.

Dlaczego tak lubię czytać kryminały?
Nie, nie dlatego, że trup nieraz ściele się gęsto, a zbrodnia wyrafinowana, albo zbyt okrutna nie daje spać. Kryminały, jak żaden inny gatunek literacki, oferują swym czytelnikom ogromny zasób wiadomości i przy zachowaniu praw gatunku za każdym razem zabierają nas w inny świat. Bo zbrodnia musi być dobrze ulokowana, uzasadniona  i opisana. A przy okazji autorzy kryminałów zabierają nas w czasy, które dawno minęły, przybliżają historię malarstwa, literatury, medycyny, czy kryminalistyki jako dziedziny wiedzy. Uczestniczymy w wykopaliskach archeologicznych, poznajemy pracę antropologów, psychologów, bankowców. Długo można by wymieniać.
Poznajemy kulturę i obyczaje krajów, do których być może nigdy nie pojedziemy, a przeczytany kryminał sprawi, że nie będą już tak obce i niezrozumiałe kulturowo.
Kryminały Xiaolonga takie są, dają nam obraz Chin w czasie zmian wprowadzanych przez Deng Xiaopinga. To właśnie w tych czasach robi karierę inspektor Chen Cao, pisarz, poeta, tłumacz literatury angielskiej. Dobry, uwięziony w chińskich procedurach gliniarz. 
"Śmierć czerwonej bohaterki" zaciekawiła mnie, powoli zagłębiałam się w świat inspektora Chena, poznawałam jego sposób myślenia, tak odmienny od tego spotykanego w europejskich kryminałach. Chen ma ciężej ponieważ nie  tylko jest inspektorem prowadzącym śledztwo, ale jest także członkiem partii mającym w przyszłości szanse na bardzo wysokie stanowisko. 


Wiadomo, że wszystko płynie więc już teraz starszy inspektor Chen musi zmierzyć się z nowym śledztwem i odnaleźć zaginioną kobietę.
Kobietę, która przed laty należała do wykształconej młodzieży i w ramach programu naprawczego Mao została wysłana na zapadłą wieś by pracować przy sadzeniu ryżu i oraniu pól. Nie miała szczęścia, musiała wyjść za mąż za wyjątkowo brutalnego człowieka, który po latach znalazł się w Stanach Zjednoczonych,  jako nielegalny imigrant. 
Nie jest łatwo odnaleźć jedną chłopkę w zalanych ludnością Chinach, ale nie ma innego wyjścia, zwłaszcza, że po Wen przyjeżdża z Ameryki inspektor Catherine Rohn i koniecznie chce wziąć udział w śledztwie. Zderzenie dwóch jakże odrębnych kultur, sposobów myślenia, postrzegania świata złagodzone obyciem Chena i znajomością kultury chińskiej przez Catherine Rohn pokazuje, że zawsze można znaleźć wspólną drogę.
Latające Siekiery, Zielone pędy bambusa i poeta prowadzący śledztwo. Postać inspektora Chena kojarzy mi się z Adamem Dalglieshem  z powieści  P.D.James.        Kultura, klasa, elegancja i oczywiście zamiłowanie do poezji to cechy wspólne obu panów. 
Literacki kryminał laureata Anthony Award.
Wartościowy kryminał.
Polecam.

czwartek, 1 stycznia 2015

Książki, do których wrócę

Poprzedni rok był wyjątkowy dla czytelników. Pojawiło się mnóstwo świetnych książek tak polskich jak i zagranicznych autorów. Wśród ponad dwustu pozycji, które przeczytałam w zeszłym roku, recenzje ponad stu pojawiły się na portalu https://www.facebook.com/KsiazkaZamiastKwiatka, a na tym blogu kilkanaście razy pisałam o książkach, które zrobiły na mnie wrażenie.
Wiem, że wiele osób do raz przeczytanej książki już nie wraca. Ja należę do tych, którzy do książek i do autorów przywiązują się i wracam do książek, które kiedyś, z różnych względów wywarły na  mnie wrażenie, lub, co też częste, podarowały mi dzień pełen uśmiechu i zmieniły moje nastawienie do życia. Wracam, ponieważ za każdym razem odkrywam w tekście coś nowego, dostrzegam inne znaczenie słów, czytam ją tak jakbym jej wcześniej nie czytała.
Powieści umieszczone na liście są w większym lub mniejszym stopniu spokrewnione z powieścią kryminalną. Od czystych, klasycznych kryminałów,do książek, w których  zagadka, odrobina sensacji jest wisienką na torcie znakomitego tekstu.
Moje oczarowania 2014 roku, czyli książki, do których na pewno za jakiś czas wrócę.


1. Dominik Dan "Czerwony kapitan" - świetny. Autor, którego poznałam w 2014 roku. Czekam na film, który w kinach powinien pojawić się w tym roku. 

Najwyższy, światowy poziom i umiejętność wykorzystania przy konstrukcji fabuły wiadomości  nabytych w czasie pracy. Dominik Dan pracuje w słowackiej policji i pamięta czasy milicji i przekształceń. O tym też ta książka. Nie przeoczcie jej, zwłaszcza, że można już kupić kontynuację przygód detektywa Krantza "Noc ciemnych kłamstw". Równie interesująca.






2.Alex Grecian "Scotland Yard" - jestem oczarowana. Początki powstania Scotland Yardu, idea i trudne do wyobrażenia warunki pracy. Dzięki tej książce możemy się dowiedzieć jak bardzo zmieniły się standardy
pracy policji w ciągu stu pięćdziesięciu lat. Prawdziwa rewolucja.
Czekam na kontynuację.







3.Mariusz Czubaj "Martwe popołudnie" - klimat tej powieści, sposób narracji, obraz na okładce, nawet tytuł - to wszystko tworzy spójną, kryminalną całość. Przeczytałam wszystkie książki Mariusza Czubaja, różnie je odbierałam, czasami nieco znużona długimi opisami fascynacji muzyczno piłkarskich. "Martwe popołudnie"  należy do książek, o których się nie zapomina.









4.Marcin Pałasz "Elf i pierwsza gwiazdka" - przeczytałam "Sposób na Elfa" i przepadło, zauroczyłam się
tak jak w czasach, gdy z utęsknieniem czekałam na nową Musierowicz, albo nową Chmielewską.
To ten rodzaj odczuć, emocji, gdy bohaterowie książek oraz ich autorzy stają się wyjątkowo bliscy i budzą same ciepłe uczucia. "Elf i pierwsza gwiazdka" pojawił się w tym zestawieniu jako reprezentant całości twórczości Marcina Pałasza. Brzmi to bardzo pompatycznie ta "całość twórczości", ale równie znakomicie bawiłam się czytając "Wakacje w wielkim mieście". Mądre, pełne ciepła,  empatii i humoru, okraszone odrobiną sensacji, takie są książki Marcina Pałasza. Czekam na następne (mam nadzieję, że jeszcze w styczniu przeczytam "Zwłokopolskich") i polecam nieustająco.




5.Agnieszka Krawczyk "Noc zimowego przesilenia" - przeczytałam i oczywiście pożyczyłam dalej aby jak najwięcej osób miało szansę przeczytać ten znakomity kryminał. Kraków lat wojny, detektyw, który dostaje zadanie do wykonania - musi odnaleźć jasnowidza. Opisy Krakowa z czasu okupacji fascynujące, drobiazgowe, rzetelne. Uważam, że mieszkańcy Krakowa powinni potraktować "Noc zimowego przesilenia" jako lekturę obowiązkową. Jedna z najlepszych powieści kryminalnych tego roku, utrzymana w stylu retro. Czekam na kontynuację.







6. Jonas Jonasson "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" -  talent, wyobraźnia i wiedza - bez tego nie da się napisać takiej książki. Czytałam ja i zaraz po mnie czytała moja mama. Do tej pory przypominamy sobie sytuacje z książki, te niesamowite przygody Stulatka na tle historii, która nie jest nudna :) wręcz przeciwnie, jest fascynująca, nie dość, że odświeżyłam sobie pamięć to jeszcze dowiedziałam się o paru drobnych faktach, nie licząc faktów nigdzie nie udokumentowanych, ale w opowieści Stulatka brzmiących aż zbyt prawdziwie.
 I ten śmiech, aż do łez. Polecam na chandrę, na beznadziejny dzień.... uleczy szybciej niż specyfiki z apteki.


7. Iwona Banach "Lokator do wynajęcia" - ciąg dalszy terapii śmiechem. Nie ukrywam, że zmęczona codziennością na takie książki czekam. Wiem jak trudno napisać książkę, którą się czyta lekko, łatwo i przyjemnie. Urzekło mnie poczucie humoru i widoczna fascynacja zjawiskami z pozoru nadprzyrodzonymi, które z łatwością można wyjaśnić dysponując wiedzą, która Iwonie Banach nie jest obca. Czekam na więcej rozjaśniaczy dnia. jeżeli ktoś jeszcze nie czytał Lokatora, to namawiam. 








8. Andrea Camilleri "Sezon łowiecki" - mam słabość do książek Camilleriego. Proste w konstrukcji, nie przytłaczające ilością stron, po mistrzowsku oddają charakter i mentalność mieszkańców włoskiego południa. 
Tym razem do brzegów sycylijskiej Vigaty końca  dziewiętnastego wieku przybija statek parowy, goszczący na pokładzie kilku pasażerów. Jest między nimi młody, przystojny mężczyzna. Jego zejście na ląd zmieni losy pewnej rodziny. 
Klimatem ta książka przypomina mi "Lamparta" Giuseppe Tomasi di Lampedusy. Odejście w niepamięć wielkiego rodu, jego tragiczny zmierzch. Dla mnie to najlepsza książka Camilleriego.  Inna, ale świetna.

9. Guillaume Musso "Jutro" - pierwsze kilkadziesiąt stron czytałam z recenzenckiego obowiązku zastanawiając się dlaczego tak wiele osób zachwyca się Musso. W pewnym momencie zaakceptowałam pokrętną logikę autora i uznałam, że to jednak on wie lepiej dokąd prowadzi czytelnika. Ta książka to jedno z moich zaskoczeń tego roku. Wątek sensacyjny, którego rozwiązanie wprawiło mnie w osłupienie i zrozumiałam, że przez setki stron Musso wodził mnie za nos, by na końcu dać mi w ten nos potężnego prztyczka. Wrócę do niej, mimo, że znam zakończenie. To i tak będzie powtórna, ekscytująca przygoda.






10. Jean-Pierre Cabanes "Ciao Bella". Rzadko czytam romanse i prawdę mówiąc za tym gatunkiem nie przepadam, ale czasami zdarza się perełka. Jak to kiedyś ładnie powiedział profesor Dmuchawiec o Anieli: "brylant w kaszance".

Takim brylantem jest "Ciao Bella". Włochy pod rządami Mussoliniego, Europa powoli szykuje się do wojny. Dwójka nastolatków żyjących na małej, odizolowanej od świata wysepce poznaje pierwszy smak miłości i pożądania. Nie trwa to długo,  przychodzą zmiany, a  z nimi rozstanie. Jak dalej potoczą się losy tej pary?

Dla mnie romansem wszechczasów jest  "Przeminęło z wiatrem". Czytam płaczę, wzruszam się i złoszczę.
I właśnie w "Ciao Bella" poczułam atmosferę prawdziwego romansu rozgrywającego się na wspaniałym, historycznym tle. Styl, klasa i elegancja, czekam na następne książki Jean Pierre'a Cabanesa.






Za chwilę zacznie się następny, pełen czytelniczych wrażeń rok. Życzę wszystkim fantastycznych odkryć i książek, do których warto wracać. Moja lista jest subiektywna, jak to z listami bywa i skupia się na literaturze popularnej, co nie oznacza, że w 2014 roku czytałam tylko tego rodzaju książki. Ale to już inna sprawa.







wtorek, 23 grudnia 2014

Ostatnia wigilia dziadka Józefa

Kupiłam choinkę, mała jest i sztuczna, ale po latach pustki w choinkowym kącie znowu zabłysną światełka. Kiedyś było inaczej...
Choinka zawsze była prawdziwa, z lasu przywoził ją wujek Marian, albo dziadek kupował gdzieś po drodze na trasie Katowice-Oświęcim i wnosił do domu pachnącą żywicą i zimą. Baniek na choinkę nie mieliśmy dużo i nazywaliśmy je bombkami. Kilka sztuk malowanych ręcznie, które jako dziecko dostałam od taty, mieniące się kolorami tęczy szklane sople i owinięte w barwny, też błyszczący papier cukrowe patyczki. A oprócz tego całego dobra kraszonego włosem anielskim, a w chwili posuchy prawdziwą watą pozorującą kupki śniegu wśród gałęzi, obwieszaliśmy choinkę czekoladkami, cukierkami, batonikami i nawet wśród tych słodyczy trafiała się duża czekolada. Na okrasę małe jabłuszka i pierniczki, jeżeli zdarzył się rok, że ktoś z domowników, najczęściej babcia, miał ochotę na wycinanie pierniczków. Całość przyozdabiały światełka w kształcie świeczek na klamerki.
Kiedyś dostałam prawdziwe bombki, to znaczy reszta też była prawdziwa, szklana, nie tak jak teraz chińsko-plastikowa, ale te bombki zostało zrobione specjalnie dla mnie. Były cztery, srebrzysto się mieniły i gdy przeglądałam się w nich jak lustrze zniekształcały w zabawny sposób moje odbicie. Każda z tym bombek była inna, magiczna.  Mam je do dzisiaj.
W 1990 roku wiadomo było, że dziadek jest już bardzo chory i ani transport koniaku, ani dolarowe koperty nie pomogły w leczeniu. Trzeba było, nie żeby pogodzić się z nieuniknionym, ale przyjąć do wiadomości, że ta wigilia może być ostatnia. Rodzina uradziła, że tym razem w komplecie, i tak niepełnym, spotkamy się przy stole. Choinkę kupiłam wcześniej na targu, wybujała była, pachnąca, nieco naturalnie krzywa. Tym razem bez słodyczy obwieszających gałęzie, ale też pięknie przystrojona. Biały obrus, sianko pod nim suszone wcześniej i potrawy te co zawsze tradycyjne. Opłatek i rodzina nieco sztucznie składająca sobie życzenia. Bo jakże tu zdrowia życzyć, skoro choroba w domu. Jak się zachować by nie urazić, przykrości nie sprawić. Dziadek z ledwością siedział przy stole i zamglonymi oczami spoglądał na dzieci. Nawet nie wiem czy je wyraźnie widział, zmęczony tym zgiełkiem, bo osób może i nie dużo było, ale więcej niż zazwyczaj. Mama rozchorowała się, co było do przewidzenia, wcześniej bez hamulców rzucając się w porządki świąteczne. Babcia po raz drugi sprawiła karpia, wcześniej to było zadanie dziadka. Smażyłam te karpie połykając łzy, bo jak tu wszystko ogarnąć, gdy mąka sypie się wokół półmisków, jajka rozbełtane, w kuchni gorąco, a dzwonka karpia jak na złość nie chcą się opiec równo i apetycznie. A może powód był dużo bardziej prozaiczny, nigdy nie lubiłam karpia i ten wigilijny, tradycyjny, ledwo przechodził mi przez gardło. Od następnego roku w wigilijne menu wprowadziłyśmy, już w trójkę, filety z mintaja, urozmaicane, ale tylko w latach prosperity, sandaczem. Wystarczyło. 
A wracając... to była bardzo krótka wigilia, wszyscy, tak po latach myślę, rozeszli się do siebie z pewną ulgą i poczuciem spełnionego obowiązku.
Dzisiaj policzyłam, że dziadek drugiego marca 2015 roku miałby sto lat, jego ojciec, a mój pradziadek dożył osiemdziesięciu siedmiu, trzy dni przed śmiercią rzucając palenie, co było sygnałem, że zachodzą zmiany. Dopóki pamiętamy, nasi bliscy są wśród nas i tylko pamięć chroni ich przed zapomnieniem. Ja pamiętam.









niedziela, 7 grudnia 2014

Cmentarz parafialny w Oświęcimiu cdn.


Spaceruję pomiędzy grobami, aparat fotograficzny w pogotowiu, przystaję, czytam  o ludziach, którzy dawno temu odeszli. Ile informacji można zawrzeć na granitowej płycie. Jakie pole dla wyobraźni.










czwartek, 4 grudnia 2014

Marcin Pałasz "Elf i pierwsza gwiazdka"


Już w trakcie czytania "Sposobu na Elfa" wiedziałam, że z przyjemnością przeczytam wszystkie książki które wyjdą spod pióra czy klawiatury Marcina Pałasza. Nie dość, że zakochałam się w Elfie, który momentami przypominał mi moją Stellę, ze wszystkimi jej narowami, kaprysami i uprzedzeniami - też była dzieckiem schroniska, to jeszcze Marcin Pałasz urzekł mnie nienachalnym poczuciem humoru, lekkim poprowadzeniem fabuły i zmysłem do konstruowania niebanalnych, zapadających w pamięć postaci. Marcin Pałasz ma już swój rozpoznawalny styl, a atmosfera jego książek  ma w sobie ciepło i życzliwość dla świata, znane mi z powieści Joanny Chmielewskiej skierowanych do młodzieży. Janeczka, Pawełek i Chaber z "Nawiedzonego domu" mają w moim przekonaniu fantastycznych następców.


Wujek Stefan skorzystał z rzuconego mimochodem zaproszenia i całkiem niespodziewanie przyjechał do Wrocławia. Na Dużego spadł obowiązek odszukania wuja w okolicach Parku Szczytnickiego i dowiezienia go wraz z osobą towarzyszącą do Biestrzykowa,  gdzie cała rodzina miała się spotkać przy wigilijnym stole. Takie były założenia.
Jeszcze zanim wyjechali Elf pokazał, że wie do czego służą drzewa, a Duży zaszył się w kuchni by pokazać, że potrafi upiec wszystko. 
I pojechali, by w spokoju i radości przeżywać święta. Ale wyszło trochę inaczej. Zabawnie, sensacyjnie i nietypowo. 
Wujek Stefan zachowujący się jak doktor Jekyll i pan Hyde w jednym kruchym ciele, przygotował pisanki i rozprawił się z gryzoniami wzbudzając uzasadniony niepokój wśród bliskich.
Elf zachował daleko idącą ostrożność w kontaktach z Tarją, a babcia Halinka zaskoczyła wszystkich.
Nie wiedziałam, że te śledzie aż tak śmierdzą, ale teraz wiem, że lepiej ich nie kupować, nawet pod pretekstem próbowania egzotycznych potraw i zdobywania nowych doświadczeń (moja kulinarna korzyść :)
I chociaż te święta zaczęły się nietypowo, a każda godzina przynosiła zmiany w planach to na pewno były to piękne, niepowtarzalne święta dla Elfa, Erki, Bletki, Majki, Maliny,  Zuzi, kotów i całej wypatrującej pierwszej gwiazdki rodziny.
Namawiam wszystkich do zaprzyjaźnienia się z Elfem i jego rodziną. Na pewno będzie to przyjaźń trwała, ale też pełna niespodzianek i zaskoczeń. Liczę, że  spotkamy się jeszcze nie raz w różnych, trudnych teraz do przewidzenia okolicznościach. 
I oczywiście polecam serdecznie :)

Marcin Pałasz "Elf i pierwsza gwiazdka"
204 strony, 2014 rok
Wydawnictwo Skrzat






czwartek, 13 listopada 2014

Sandały dziadka Józefa

Styczeń 1945 roku w wyzwolonym mieście, mój Oświęcim sprzed lat. Ta wystawa zdarzyła się  jakiś czas temu, ale w sposób nierozerwalny łączy się ze wspomnieniem o moim dziadku.
Niewielka sala, kameralnie, nie przeładowana eksponatami. Zdjęcia budzące wspomnienia, bardziej z opowieści dziadków niż z własnych wrażeń. Przemieszczamy się od gabloty do gabloty z koleżanką i z jej mężem próbując odtworzyć gdzie stały budynki z fotografii, bo kto jeszcze pamięta o starej drukarni w narożnej kamienicy czy sklepie żelaznym. Trochę wspomnień, jakieś stare rachunki. Swoją drogą jak to jest, że rachunek ze sklepu po roku nie nadaje się do odczytania, druk wyblakły jakby go nie było, a rachunek sprzed siedemdziesięciu lat nadal czytelny.
Wzruszył mnie widok ebonitowego telefonu z tarczą, też mam taki, pamiątkę po dziadku, pracowniku telekomunikacji, dla którego to był telefon służbowy zamontowany w 1946 roku. 
Oglądając, czytając i wspominając doszliśmy do gabloty z odznaczeniami i różnymi pamiątkowymi drobiazgami. Stała wśród nich raportówka wojskowa, skórzana, w dobrym stanie. Brązowa skóra, wyglansowana w niczym nie przypominała tych skór, z których teraz robione są torby, buty, etc. Była porządna. Teraz rzeczy ze skóry pękają na załomkach, wycierają się i szybko wyglądają brzydko i staro. Rzeczy sprzed lat nadal trzymają fason. Tak oglądając  element wyposażenia wojskowego przypomniałam sobie o sandałach mojego dziadka.

Dziadek Józef lubił porządne rzeczy, z dobrych materiałów, dobrze uszyte. Nie taki płaszczyk, na sezon, dwa, czy na dzisiaj modne ubranko. Jak już się coś kupiło, wyłożyło całkiem spore pieniądze, to potem się nosiło, nosiło... czasami aż do znudzenia. 
Pamiętam, jak dziadek po przejściu na emeryturę kupił sobie brązowe skórzane sandały, eksportowy Chełmek. Porządna skóra, porządna podeszwa. 
Służyły Mu długo nie defasonując się i nie przybierając innych niż brązowa barw.
Gdy w kwietniu 1991 roku dziadek zmarł, było jasne, że w ostatnią drogę pójdzie ubrany w brązowe sandały, szary garnitur i niebieską koszulę - ulubiony letni zestaw, tak żeby czuł się dobrze i swobodnie.
Lata płynęły.
Trzeba było wyremontować grobowiec. Kto miał grób z lastriko to wie co oznacza szorowanie przedświąteczne. Faza wstępna szpachelka i usuwanie narosłego mchu, zawsze żal mi było bo to bardzo ładnie wygląda, taki spatynowany mchem grobowiec, ale cóż było robić, potem nawadnianie, szorowanie i wcieranie różnych past. Dzień z głowy. Postanowiliśmy zrobić remont, ubrać grób w granit i zaoszczędzić ręce. 
Przebudowę grobowca nadzorowałam osobiście przychodząc dzień w dzień na cmentarz. Jak już została ściągnięta góra z grobowca panowie mnie zawołali, bo jak ma ta piwnica wyglądać i co dalej. Oczywiście pierwsze co zrobiłam to zajrzałam do wnętrza grobu. Na betonowej posadzce leżała trumna z wklęsłym i trochę nadgryzionym przez czas i wilgoć wiekiem. W środku leżały doczesne szczątki mojego dziadka. Przy trumnie zobaczyłam brązowe sandały, trochę podniszczone, ale w całości.
A więcej o sandałach mojego dziadka w "Wyszedł z domu i nie wrócił". 

poniedziałek, 10 listopada 2014

Babcia Tekla i ja

Dzisiaj dzień na wspominki.

W 1990 roku dziadek Józef był już ciężko chory i wymagał stałej opieki. W domu z dziadkiem i całą masą obowiązków zostawała babcia. Przygotowywała dziadkowi śniadanie, pomagała wstać, podawała laskę, którą się podpierał. Karmiła psa, kury i króliki, które jeszcze w tamtym czasie hodowała. Gotowała dla wszystkich obiad. Obie z mamą pracowałyśmy i ponad dziewięć godzin nie było nas w domu. Po przyjściu z pracy pomagałyśmy, bo jeszcze w ogrodzie trzeba było posadzić, opielić, skosić, w domu posprzątać, a potem wieczorne dyżury przy dziadku, bo z tygodnia na tydzień było coraz gorzej i laska służyła dziadkowi do uderzania w ścianę żeby nas przywołać, gdy nie było którejś w pobliżu. To był bardzo ciężki, wyczerpujący czas.
Wtedy też udało mi się zmienić pracę i zostałam akwizytorem, na dzisiejsze czasy trochę dziwnym, ale tak wtedy było. Pracowałam w Spółdzielni i dla tejże Spółdzielni zbierałam zamówienia na tak zwaną "chemię". Kolędowałam od sklepu do sklepu i spisywałam listę pobożnych, sklepowych życzeń. Na przykład sklep chciał sto butelek szamponu brzozowego  i dwa kartony mydła bobas, nie wspominając o brzozówce do picia, spirytusie salicylowym, czy denaturacie - to niebieskie to przez watkę, babciu :)
Wszystko spisywałam po czym sklep i tak dostawał towar z rozdzielnika. Bez sensu. Do miejscowości docelowych docierałam autobusami i pociągami. Od dobrej organizacji i rozkładu jazdy zależało ile czasu poświęcę na pracę. W jednym dniu byłam w Andrychowie i Wadowicach, w innym w Cieszynie i Skoczowie, zawadzając o Ustroń, a i jeszcze Żywiec. Rozkłady jazdy miałam w małym palcu, a i autobusy wtedy częściej kursowały. Ale nie w tym rzecz co robiłam, tylko w tym, że czas pracy miałam zmienny i wracałam do domu o różnych porach. Często przyjeżdżałam, a w kuchni nie było śladu obiadu. a babcia cały czas zajmowała się dziadkiem. Rozumiałam to i dzięki tym sytuacjom nauczyłam się gotować szybkie obiady.
Któregoś dnia wróciłam dużo wcześniej. Wchodzę do kuchni, a tu moja babcia siedzi przy stole, przygarbiona lekko i nieobecna - czyta. Nawet nie zauważyła kiedy weszłam. Dopiero gdy podeszłam bliżej podniosła na mnie roześmiane oczy. Była w całkiem innym świecie. Popatrzyłam na tytuł, był to "Sposób na Alcybiadesa" Edmunda Niziurskiego.
Przysiadłam na krześle i trochę zdziwiona zapytałam:
- Dlaczego akurat Alcybiades? Przecież to młodzieżówka!
Babcia odpowiedziała, że Alcybiades przypomina jej ukochanego nauczyciela z lat szkolnych, łacinnika z gimnazjum w Słonimie i czytając po prostu wraca do szkoły, siedzi w klasie i słucha, jego ciepłego głosu przypominającego uczniom, że "si tu vales, bene est ego valeo". Zmartwienia znikają...
Cieszę się, że wtedy wcześniej wróciłam.
Babcia Tekla całe życie uwielbiała  czytać. Nie tylko książki, ale także prasę. Wiedziała co się dzieje w świecie, który minister jeszcze urzęduje, który odszedł do przeszłości, albo na inny odcinek, a ja tego nie zauważyłam. Pasjonowała się Kosmosem i marzyła o prawdziwej lunecie, by móc spoglądać w gwiazdy. Mam nadzieję, że jej niebo ma regały zastawione dobrą literaturą i święty Piotr odnawia prenumeratę "Polityki" i "Gazety Krakowskiej".
Babcia Tekla wierzyła w niebo więc i ja nie wątpię, że po bardzo ciężkim życiu trafiła tam gdzie warto zostać.