wtorek, 26 września 2017

"Przypadkowy detektyw" Maciej Ślużyński

Recenzja przedpremierowa


To miał być tylko krótki wypad z deską w góry. Czas dany sobie do namysłu przed podjęciem ważnej, mającej wpływ na resztę życia decyzji. 
Maciej Ślużyński, właściciel wydawnictwa, miłośnik białego szaleństwa na jednej desce, przyjechał z żoną do osady Glinka przez Milówkę, Rajczę i Ujsoły. Zamierzał zjechać kilka razy na desce, odetchnąć ostrym, górskim powietrzem i wieczorem wrócić z żoną do domu. Zamierzał. Żona pojechała załatwiać swoje sprawy, a on wyruszył na szczyt Rycerzowej Wielkiej.
Lawina, która nagle zeszła za jego plecami dosłownie zniosła go w okolice stanicy nomen omen "Pod Lawiną". A tam Maciej Ślużyński, ogrzany i prawie zaprzyjaźniony z sympatycznymi właścicielami stanicy przeobraził się w detektywa. Przypadkowego.
 Bo po zakrapianej imprezie,  jeden z dotychczasowych gości przeniósł się gwałtownie do lepszego świata. 
I tyle, nie napiszę ani słowa więcej na temat intrygi kryminalnej, ale sami możecie sobie wyobrazić miejsce akcji. Luty, mróz nie pozwala spokojnie wypalić papierosa, budynek odcięty od świata, wszędzie leży śnieg, tak biało, że aż razi w oczy. W środku ciepło i przytulnie, swojsko, trunkowo. Przyjemnie, a jednak ze strony na stronę rośnie napięcie, czytam kryminał i wiem, że za chwilę autor kogoś uśmierci, taki wymóg gatunku, a ja już niektórych polubiłam bardziej, niektórych mniej, ale wobec nikogo nie pozostałam obojętna. 
Jednym z atutów "Przypadkowego detektywa" jest ulokowanie akcji w okolicy znanej miłośnikom górskich wędrówek, narciarzom i niedzielnym turystom. Piękno gór, ja wiem, że to oklepany zwrot, ale Maciej Ślużyński, jako narrator powieści potrafi oddać ich urodę i respekt jaki budzą. Potrafi pobudzić tęsknotę za górami i wywołać lawinę wspomnień. Od razu przypomniałam sobie, że moja pierwsza Stella, owczarek podhalański, pochodziła z Milówki.
 Kolejnym atutem jest sposób narracji, szybko identyfikujemy się z Przypadkowym detektywem, wchodzimy w jego tok myślenia.
 Przypadło mi też do gustu nienachalne  poczucie humoru z jakim autor kreśli sytuacje. Te nieco kąśliwe  uwagi, zwłaszcza związane ze środowiskiem w jakim obraca się jako wydawca. Dają do myślenia. 

Plik z tekstem powieści dostałam w sobotę wieczorem, zamierzałam przeczytać ją w tym tygodniu, ale z ciekawości zajrzałam żeby przeczytać kilka pierwszych stron. Przeczytałam o wiele więcej, a dokończyłam w niedzielę. Otwarte zakończenie jest sygnałem, że autor myśli o kontynuacji i być może Maciej Ślużyński zawita jeszcze do stanicy Biegałów. 
Z przyjemnością polecam.
Iwona Mejza

"Przypadkowy detektyw" 
Maciej Ślużyński
Wydawnictwo Sumptibus 
Rok wydania 2017






piątek, 22 września 2017

Europejski Dzień bez Samochodu

Na ten rok mam  tradycyjny kalendarz ze zrywanymi kartkami. Lubię go.
Codziennie inny cytat, zazwyczaj motywujący, imieniny dla przypomnienia wypisane porządnie, dużą czcionką, porady babuni i oczywiście święta.
 Dzisiaj obchodzimy Europejski Dzień bez Samochodu, obchodzimy w kalendarzu, bo tłok na drogach świadczy o czymś całkiem przeciwnym. Aut u nas dostatek i mało kto rezygnuje z jazdy mimo coraz większych, bardzo uciążliwych korków. 
Ja z natury jestem chodziarzem, od lat bez samochodu, chociaż przyznaję, lubiłam prowadzić i nie zarzekam się, że nigdy więcej. Może jeszcze kiedyś siądę za kierownicą i pojadę w siną dal. 
Rano szukałam odpowiedniego obrazka do ilustracji Dnia bez Samochodu i natrafiłam na zdjęcie, które przypomniało mi o moim drugim rowerze. Bo pierwszy, to był tradycyjny dla małolatów. Drugi, o ile dobrze pamiętam, Wigry 2 z pomarańczową ramą. Gdzieś przepadł, ale kiedyś zjeździłam na nim Oświęcim i okolice. 
I tak się zastanawiam... może czas na nowy rower?A może jednak nie...
Już sobie wyobrażam, rower, ja, wiatr we włosach i biedne siodełko uginające pod ciężarem nadwyżkowych kilogramów. 
 Na razie pozostanę przy pieszych wycieczkach.


Zdjęcie Pixabay

poniedziałek, 4 września 2017

Tapeta w różyczki - czyli moje zmagania remontowe

Ani się obejrzałam, a już sierpień się skończył i weszliśmy w początek września. Mało to odkrywcze stwierdzenie, ale byłam tak zajęta, że sama nie wiem kiedy ten czas przeleciał.
Na początku sierpnia, dość impulsywnie, postanowiłam, że zrobię mały remont. Taki na miarę własnych możliwości, bez zatrudniania brygady fachowców, wstawania o piątej i gotowania posiłków. Taki remont mam już za sobą i nigdy więcej!
Postanowiłam wytapetować ganek, już się prosił, łazienkę i toaletę.
Po pierwsze należało kupić tapety.
Do ganku znalazłam tapetę winylową, kremową, łatwą do ułożenia. Zależało mi żeby pomieszczenie wyglądało na większe i było w nim jasno.
I jest, położenie tej tapety to była bajka, wszystko na styk, nie do wzoru, ganek prezentuje się zupełnie inaczej niż dotychczas.







W zeszłym tygodniu wzięłam się za łazienkę. Ale najpierw pojechałam do Dobromira kupić tapetę. Gdy zobaczyłam tapetę w różyczki przypomniała mi się pierwsza łazienkowa tapeta - bukieciki różowych róż na białym tle. Miałam osiemnaście lat i to była pierwsza tapeta z jaką miałam do czynienia. Najzwyklejsza w świecie, papierowa, pełna uroku. A ja nawet nie miałam pojęcia, że należy ją kłaść do wzoru. Ale przytargałam do domu dwie rolki zakupione w prywatnym sklepiku z farbami, czyli "U Bartosiewicza", klej do niej był zapakowany w woreczek z grubej folii, maziasty, z instrukcją drobnym drukiem na małej kartce. Wydałam na nią dużą część jednej z pierwszych wypłat. Rodziny nie poinformowałam o zmianie wystroju, po prostu zamknęłam się w łazience i jak umiałam  tak tapetowałam. 
Wyszło... w sumie ładnie, prosto, bez wybuleń i zagnieceń, tylko ten wzór, ale do białych płytek pasowało jak ulał. O takim drobiazgu jak malowanie sufitu nie pomyślałam. 
I jak tylko zobaczyłam te różyczki, od razu wiedziałam, że biorę. Ostatnia rolka, trzeba było dobrać drugą. Ślepym trafem, w resztkach była druga, piękna, miętowa, gładka. Niebieską krateczkę kupiłam wcześniej i to jest plan na ten tydzień. Już się cieszę.
Tapety mają podkład flizelinowy, a to oznacza, że mamy połowę roboty mniej. Smarujemy klejem ścianę i przyklejamy suchą tapetę. A przy ściąganiu - poprzednia tapeta też była na flizelinie, po prostu ściągamy ją w całości i zwijamy. Jeżeli zachowała się bez zadrapań, uszkodzeń, to możemy położyć ją w innym miejscu. 
Cała szczęśliwa przytargałam tapetę do domu, przy okazji zaopatrzyłam się w farbę Altax Viva Garden. Jest rewelacyjna do malowania tak drewna jak i metalu, z kamieniem jeszcze nie próbowałam, ale wszystko przede mną. 
Poniżej zdjęcie latarenek, które kupiłam na wyprzedaży za 20 złotych za obie. Niebieska pomalowana farbą Viva Garden, zielona jeszcze czeka na swój dzień. Stolik z wikliny też odświeżyłam, prezentuje się jak nowy :)



I to tyle na dzisiaj, ja zabieram się do pracy, jeszcze dużo rzeczy zdążę pomalować zanim zawita u nas zima :)

wtorek, 15 sierpnia 2017

"Życie na podglądzie" Len Vlahos"



"Jared Stone lubił swój mózg. Bardzo lubił. (...). Można powiedzieć, że mózg Jareda był jego najlepszym przyjacielem. I właśnie z tego powodu trudno mu było przyjąć do wiadomości, że jego mózg zaatakował glejak wielopostaciowy IV stopnia - a właściwie byłoby mu trudno, gdyby wiedział, czym jest glejak wielopostaciowy IV stopnia." (strona 10) 

Jak żyć po takiej informacji? Jak poradzić sobie z codziennością, która zamienia się w katastrofę?
Jared Stone do momentu diagnozy poważany członek społeczności Portland, pracownik legislatury w stanie Oregon, dobry mąż, wspaniały, dbający o swoje córki ojciec, grafik komputerowy, pasjonat golfa... długo można jeszcze wymieniać. 
Po diagnozie Jared Stone, mąż i ojciec chcący zapewnić swoim najbliższym bezpieczeństwo finansowe. Człowiek pozbawiony złudzeń co do swojego stanu zdrowia,  świadomy, że zostało mu bardzo mało  czasu.
 Jared postanawia wystawić na aukcji to co się już kończy, czyli swoje życie. Tym samym uruchamia lawinę zdarzeń, a jego glejak wielopostaciowy nabiera rozgłosu.
Do domu Jareda wchodzi telewizja.
Jego najstarsza córka piętnastoletnia Jackie i o dwa lata młodsza Megan muszą zmierzyć się z zewnętrzną presją i traumą związaną z sukcesywną śmiercią taty. Żona Jareda Deidre z czasem będzie musiała podjąć najcięższą decyzję swojego życia. 
Gdy program telewizyjny, w którym zgodzili się wziąć udział zamienia ich w więźniów we własnym domu Jackie postanawia działać. I w tych działaniach nie jest osamotniona.

Guz mózgu, to postać raka, która może zaatakować każdego z nas. Glejak wielopostaciowy IV stopnia, obserwujemy jak się sadowi w mózgu Jareda, pożerając po kolei wszystkie wspomnienia swego żywiciela. 
Pokazanie glejaka "od środka" jego zachowań neurologicznych, powiązań wewnętrznych, oddanie mu głosu, ma niebagatelny wymiar edukacyjny. Obcy glejak wielopostaciowy IV stopnia powoli staje się glejem, głosem w głowie Jareda, pasożytem do śmierci związanym ze swoim żywicielem. 

"Glejak wielopostaciowy IV stopnia lubił mózg Jareda Stone'a. Bardzo go lubił. Prawdę mówiąc, wręcz za nim przepadał. 
Tak jak większość organizmów, guz nie miał pojęcia skąd się wziął. Podobnie jak noworodek, który opuszcza łożysko i od razu przysysa się do piersi matki, pewnego dnia glejak zbudził się, posmakował szarych komórek płatu czołowego Jareda i odkrył, że ta sytuacja mu odpowiada." (strona 12).

"Życie na podglądzie" to jedna z tych wyjątkowych powieści, które zmieniają nasze spojrzenie na sprawy pozornie nam odległe. 

Manipulacja kontra przyjaźń, wierność sobie i danemu słowu, gdy choroba zabrała już prawie wszystko. 
Książka, którą warto przeczytać. 
Polecam.

Len Vlahos "Życie na podglądzie"
tłumaczenie Maciej Potulny
Wydawnictwo Media Rodzina 
Rok wydania 2017 
Stron 342

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina

sobota, 12 sierpnia 2017

Kizia-Mizia walc - czyli koty muzycznie - nie mylić z kocią muzyką ;)




Szperanie w archiwach cyfrowych to kapitalna przygoda i możliwość poszerzenia wiedzy w różnych dziedzinach, kompletnie odległych od zamierzonego celu.
I tak kompletując materiały z interesującej mnie dziedziny, natrafiłam na koci wątek :)
A tam koty na pocztówkach, koty kabaretowe, koty w literaturze. No kot kotem pogania, a dla mnie prawie raj. 
Trwając w zachwycie, od kota do kota,  najchętniej przeczytałabym wszystko od razu, oczywiście z przerwą, bo przy okazji przerzuciłam się do innej kategorii, i już, już zaczynałam podczytywać kryminał autorstwa Urke Nachalnika...
Trochę oprzytomniałam, gdy spojrzałam na zegar, dochodziła północ i czas było się zbierać z tego cyfrowego raju. 
Dla żądnych intelektualnych przygód, wpadajcie na stronę serwisu Polona, i nie tylko tam, oczywiście. 
 A powyżej  strona tytułowa Kizia-Mizia walc: pour piano
Autor: Adam Karasiński
Rok 1910

Zachwyciłam się stroną tytułową, rysunek czarujący, nut nie pamiętam, słoń mi na ucho nadepnął w zamierzchłej przeszłości, ale dla bardziej uzdolnionych muzycznie załączam nuty - może ktoś znowu zagra koci walc?





Poniżej informacja o autorze:

Adam Józef Karasiński (ur. 1868 w Warszawie, zmarł 20 września 1920 w Warszawie) – polski kompozytor, skrzypek i pianista
 Nazywany był polskim królem walca. Do 1915 roku prowadził własną orkiestrę rozrywkową, z którą koncertował w Paryżu, Moskwie, Wiedniu i Budapeszcie.
W 1905 roku  Napisał Walc Francois.  Walc François powstał na przyjęciu towarzyskim muzyka Franciszka Brzezińskiego w 1905 roku jako utwór dedykowany gospodarzowi. Był pierwszym utworem w historii polskiej muzyki  rozrywkowej, który zdobył międzynarodową popularność.  Po śmierci kompozytora utwór został na nowo opracowany przez jego syna, Zygmunta Karasińskiego Słowa piosenki napisał Andrzej Włast, który zadedykował je Toli Mankiewiczównie. 
Napisał jedno z pierwszych polskich tang - Tango Messal dedykowane Lucynie Messal. Przypuszczalnie tango zostało wydane koło 1914 roku. Na okładce nut Tanga Messal jest zdjęcie Lucyny Messal z Józefem Redo w pozie "corte".28 października 1913 Lucyna Messal i Józef Redo w Teatrze Nowości tańczyli jako jedni z pierwszych w Polsce tango w operetce Targ na dziewczęta.
Został pochowany na Powązkach.
Źródło informacji o kompozytorze -  Wikipedia

niedziela, 23 lipca 2017

Nele Neuhaus "W lesie"



To już po raz ósmy zaglądam w okolice gór Taunus, podążając tropem bohaterów powieści Nele Neuhaus. Bohaterów z krwi i kości, z ich marzeniami, ambicjami i skrywanymi skrupulatnie tajemnicami. Tajemnicami, które mogłyby zniszczyć reputację ludziom, dla których czyjeś zdanie i publiczny wizerunek są dużo ważniejsze od prawdy i czystego sumienia. 
Zdarzeniami, które gdyby wyszły na jaw, zburzyłyby budowaną przez wiele lat pozycję. Dlatego powoli dochodzi do wyparcia ich z pamięci, tak by nawet wspomnienie nie zachwiało z trudem uzyskanej równowagi. 
Ale, jak wiemy, stare grzechy rzucają długi cień i przychodzi dzień, w którym budzą się upiory. Może to być słoneczny poranek, albo rozświetlona łuną pożaru noc.
To właśnie o drugiej nad ranem doszło do pożaru na leśnym kempingu.
 W zgliszczach policja znalazła zwęglone zwłoki, a ślady wskazują na umyślne podpalenie. Zanim wydział K11 zdąży podjąć czynności śledcze, w Ruppertshain dochodzi do następnego morderstwa. Dla Olivera von Bodensteina i Pii Sander ( wcześniej Kirchhoff) zaczyna się wyścig z czasem. Morderca uderza ponownie, a tropy prowadzą w przeszłość. 
Dla Olivera von Bodensteina to wyjątkowo osobiste śledztwo. Szef wydziału K11 przed przejściem w stan spoczynku musi zmierzyć się z traumą z dzieciństwa, sięgnąć do wyjątkowo bolesnych wspomnień i przypomnieć mieszkańcom niewielkiego miasteczka położonego wśród gór Taunus o sprawie, o której woleliby nie pamiętać.
 Jednak wiele przesłanek wskazuje na to, że współczesne morderstwa mają związek ze zniknięciem małego chłopca. Chłopca, który był przyjacielem Olivera.
 Artur i jego rodzina pojawili się w miasteczku na początku lat siedemdziesiątych i byli obcy. Trudno sobie wyobrazić jak się czuli. Niemcy z pochodzenia przez wiele lat mieszkali w Związku Radzieckim i byli tam obcy. Gdy udało im się wrócić do rodzinnego kraju i tam byli traktowani jako obcy. Ludzie z zewnątrz. Tacy, dla których nie warto tracić czasu i uwagi. 
Artur miał najgorzej, prześladowany przez nowych kolegów, upokarzany znalazł w końcu przyjaciela w Oliverze, a życzliwość u jego rodziny. Towarzyszył im czasem Wieland Kapteina, teraz leśnik, wtedy przyjaciel Olivera, oraz uratowany przez Olivera lisek Maxi. Lisek, który zniknął tego samego dnia co Artur. 
Konfrontacja z przeszłością będzie bolesna.

Najnowsza powieść "W lesie" tak jak i każdy z kryminałów napisanych przez Nele Neuhaus stanowi zamkniętą opowieść, w której powikłana przeszłość determinuje losy bohaterów.  Perfekcyjnie nakreślone tło obyczajowe, splątane tropy i cień podejrzeń padający na kolejnych mieszkańców pozornie idyllicznej miejscowości zwodzą czytelnika, sprawiając, że do ostatniej chwili nie jesteśmy pewni kto tak naprawdę jest sprawcą zbrodni.
 I czy mamy do czynienia tylko z jednym mordercą? 
O tym przekonajcie się sami.
Polecam.

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina

Nele Neuhaus "W lesie"
Znakomite tłumaczenie: Anna i Miłosz Urbanowie
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania 2017
Ilość stron:709

środa, 5 lipca 2017

"Między niebem a Lou" Lorraine Fouchet

Wczoraj skończyłam czytać "Między niebem a Lou".
 Książka do tego stopnia przykuła moją uwagę, że odłożyłam inne obowiązki i przeniosłam się na wyspę Groix. Byłam u siebie, a jednocześnie uczestniczyłam w uroczystościach żałobnych poświęconych Lou, przyglądałam się mężczyźnie tańczącemu z wtuloną w jego ramiona córką. Wyglądali jak rozbitkowie na środku oceanu.
 Ile trzeba mieć w sobie siły, żeby przeżyć śmierć ukochanej osoby i zachować miłość bez goryczy. Ile siły trzeba w sobie znaleźć żeby wykonać ostatnie zadanie wyznaczone przez ukochaną kobietę. 
Lou umarła, ale Lou żyje, jest obecna w każdej myśli, wspomnieniu, sprzętach i miejscach, które wspólnie odwiedzali. To Lou przez ponad trzydzieści lat była dobrym duchem rodziny, ale nawet ona nie miała wpływu na wybory, które ukształtowały losy poszczególnych jej członków. 
Joseph, zwany Jo, mąż Lou  świetny lekarz kardiolog, dopiero dwa lata temu zdecydował się przejść na emeryturę. To była dobra decyzja, a jeszcze lepszą było zamieszkanie z powrotem na wyspie Groix, na której urodził się jako syn rybaka, wyspiarz z krwi i kości. 
Na tej wyspie umarła Lou, a jej syn Cyrian poprzysiągł, że po uroczystościach pogrzebowych już nigdy na wyspę nie przyjedzie. Trzeba będzie czasu i odpowiednich okoliczności żeby zmienił zdanie.
Sarah - córka Lou i Jo też nie ma lekkiego życia. Rana sprzed lat nadal się nie zagoiła. 
Ukochane wnuczki, siostry przyrodnie,  Pomme i Charlotte mają własne zadanie do wykonania. 
Czy wszystko ułoży się tak by członkowie rodziny Lou i Jo poczuli się na własnym miejscu? Czy melodie miłości zabrzmią czystą nutą? 
Czy nie jest za późno na   zmiany?

To jedna z najlepszych książek obyczajowych jakie miałam okazję przeczytać w tym roku. Bardzo emocjonalna, wzruszająca i przepełniona ciepłem surowej bretońskiej wyspy. Mogłoby się wydawać, że powieść pokazująca różne odcienie miłości, od miłości małżonków nadal sobą zafascynowanych, poprzez miłość pogrążoną w letargu, miłość  zdradzoną, miłość rodziców do dzieci i dzieci do rodziców... można długo wymieniać, będzie lepka od słodyczy. 
Nie w tym przypadku. Autorka każdemu z bohaterów dała możliwość wypowiedzi. To oni  często z humorem okraszonym nutą ironii lub zjadliwym sarkazmem, opowiadają  o sobie, swoich relacjach z pozostałymi członkami rodziny. Swoje trzy grosze wtrącają też przyjaciele Lou i Jo oraz mieszkańcy wyspy tworzący bardzo zwartą wspólnotę. Otwarci, ale wymagający. Nie zadowalający się namiastkami. Surowi i odpowiedzialni. Godni zaufania. 
Klimat książki tworzą wspomnienia mieszkańców wyspy Groix, opisy obyczajów, specjalne powiedzonka, woń przygotowywanych potraw oraz wino i szampan lejące się strumieniami. 
Surowe życie ludzi morza wymaga odpowiedzialności ale nie pozbawia przyjemności, z których mogą czerpać pełną garścią.
"Między niebem a Lou" to książka pełna magii dobrych zdarzeń, wzajemnego wybaczenia i jasnego spojrzenia w przyszłość. 
Tłumaczka książki,  Iwona Banach, dokonała nie tylko przekładu tekstu, ale także oddała urok i magnetyzm opowieści, w której tle pobrzmiewa muzyka. 
To jedna z tych książek, które pozostają z nami na długo, skłaniając do własnych analiz i pewnych życiowych przewartościowań. 
Polecam, czytajcie, bo warto. 

Poniżej fragment tekstu: 
"Twój żakiet wisi na wieszaku, botki o psychodelicznym wzorze stoją  przy wejściu razem z naszymi. Zakupy robiłaś u handlowców sprawiedliwie, żeby nikt nie był zazdrosny. Chleb kupowałaś u obu piekarzy, książki we wszystkich trzech księgarniach, a resztę w trzech supermarketach. Odeszłaś pod koniec października, zapłacisz podatki za dziesięć miesięcy.
Wysłałem do Ubezpieczenia Społecznego kartę informacyjną od lekarza, który stwierdził twój zgon. Otrzymałaś na twoje własne nazwisko zawiadomienie, że twoje ubezpieczenie nie pokryje kosztów tej wizyty, gdyż umarłaś." ( Strona 89)


"Między niebem a Lou" Lorraine Fouchet
Przekład Iwona Banach
Wydawnictwo Media Rodzina 
Seria Gorzka Czekolada
Rok wydania 2017
Stron 350

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina








sobota, 17 czerwca 2017

"Zwłoki powinny być martwe" Agnieszka Pruska

Agnieszka Pruska do tej pory wydała trzy powieści kryminalne z komisarzem Barnabą Uszkierem w roli głównej, natomiast najnowsza, "Zwłoki powinny być martwe" to  kryminał z humorem, w którym fabuła skupia się raczej na nieformalnym śledztwie prowadzonym przez dwie odreagowujące sezon szkolny nauczycielki, a nie na zagadnieniach proceduralnych i pracy policjantów. Chociaż jeden z nich niespodziewanie zacieśnia więzy, które raczej nie powinny łączyć organów ścigania ze świadkiem. Nawet jeżeli ten świadek jest ładną, wysportowaną, inteligentną blondynką. Ale kryminał humorystyczny sam się prosi o wątek romansowy. 
Ale od początku.
Julka i Alka zmęczone zmaganiami z młodzieżą szkolną pakują manatki i wyruszają do leśniczówki zlokalizowanej w pobliżu Olsztynka. Na czas wakacji zamieszkają razem z rodziną Alki - leśniczy Marcin i jego żona Grażyna wynajmują pokoje letnikom, oprócz dachu nad głową zapewniając także wyżywienie. Jakby tego było mało las wokół leśniczówki jest pełen malin, jagód, grzybów, i innych składników leśnych ostępów. Do innych składników możemy zaliczyć zwłoki, na które natykają się przyjaciółki już następnego dnia. Zwłoki, które według wszelkich zasad powinny być martwe. 

"Większa część faceta była mi niedostępna, prawie cały ukryty był pod malinami. Nieco wystawała tylko głowa, barki i lewa ręka zgięta w łokciu. Ręka powinna wystarczyć do sprawdzenia pulsu, pomyślałam i natychmiast wcieliłam myśl w życie. Mimo intensywnego macania po nadgarstku, tętna znaleźć mi się nie udało. Niewiele myśląc, wyciągnęłam z kieszeni scyzoryk, otworzyłam go i przytknęłam do ust domniemanego trupa. Julka wrzasnęła tak, jakby myślała, że facet jeszcze żyje, a ja chcę go dobić.
- Nie drzyj się, sprawdzam, czy oddycha.
- NOŻEM?!
- A masz lusterko?
- Zdurniałaś? W lesie?
- No to co się głupio pytasz, na nożu też się para osadza.
- No? Żyje?
- Nie." (strona 24)

Spotkanie ze zwłokami, które oczywiście powinny być martwe, zorganizowało dziewczynom całe wakacje. Penetracja lasu w poszukiwaniu tychże zwłok, wyprawy do Olsztynka, wypytywanie personelu w hotelach i restauracjach, rozmowy ze starszymi i chętnymi do podzielenia się  wspomnieniami mieszkańcami Olsztynka oraz okolic, stanowią sedno książki. Plastycznie nakreślone  leśne ostępy, umiejętne podzielenie się z czytelnikami znajomością topografii opisywanych okolic i kuszące  obrazy rosnących zapasów ( grzyby suszone oraz w zalewie, maliny w trzech postaciach, konfitury, nalewka oraz sok) są doskonałą przynętą i pokusą, by porzucić marzenia o wakacjach wśród pół lawendy w Prowansji na rzecz swojskiego lasu i jego uroków. Bo nigdy nie wiadomo czy wśród kwiatów paproci nie czeka na nas denat, który oczywiście powinien być martwy. Do czasu. 
Książka w sam raz na rozpoczynający się sezon wakacyjny. Przy szukaniu grzybów zalecam czujność. Bo sami wiecie...

czwartek, 15 czerwca 2017

"Konstelacja zbrodni" Krzysztof Beśka

"Konstelacja zbrodni" to już trzecia część cyklu kryminalnego po "Ornacie z krwi" oraz "Krypcie Hindenburga" z Tomaszem Hornem w roli dziennikarza prowadzącego śledztwo.
 Tym razem Tomasz Horn ma za zadanie przygotowanie relacji dla gazety  z ponownego pochówku odnalezionych szczątków wybitnego astronoma. 
Miejscem pożegnania Mikołaja Kopernika jest Olsztyn, a w ostatniej drodze mają mu towarzyszyć oficjele, duchowni, telewizja, oraz członkowie ekipy archeologicznej, która dokonała odkrycia. Ale nie wszystko idzie jak po maśle i Tomasz Horn wplątuje się, albo ściślej rzecz ujmując, zostaje wplątany w bieg nieprzewidywalnych zdarzeń i sensacyjnych przygód, a my mamy okazję przyjrzeć się meandrom losu wybitnego astronoma, który był nie tylko astronomem, jak utrwaliło się w naszym przekonaniu, ale także medykiem, matematykiem,  strategiem, człowiekiem wielkiej wiedzy, dociekliwym, otwartym i tolerancyjnym. 
Był też mężczyzną pozostającym pod trwałym urokiem pewnej kobiety. Wzruszająca historia ich wzajemnego uczucia ociepla i przybliża wizerunek Kopernika. 
To atut książki, dzieje Mikołaja Kopernika, wielowymiarowość postaci kanonika fromborskiego. Jego odbrązowienie. Nauka i życie, życie i nauka.
Powyżej rekonstrukcja wyglądu Mikołaja Kopernika na podstawie odkrytej w 2005 roku czaszki. Na TEJ  stronie możecie także przeczytać o medycznej pasji Mikołaja Kopernika i jego wyjątkowej bibliotece.

A w czasach współczesnych trwa wyścig, Tomasz Horn i współpracująca z nim paleoantropolog Monika Lauder prowadzą własne śledztwo, a jednocześnie są ścigani. Rozpoczyna się gra o władzę, gra o odwrócenie losów Europy po drugiej wojnie światowej. Wiodącą rolę w tym wyścigu odgrywa pewien kamień... 
Zaskakujące zwroty akcji, sensacyjna intryga, wielowątkowość fabuły, rozpiętość w czasie  i umiejętność przekazania przez autora wiedzy historycznej, to atuty serii o Tomaszu Hornie. 
I o ile Tomasz Horn nie zapadł mi  w pamięć tak jak jego imiennik Pan Tomasz zwany Panem Samochodzikiem, to historia którą przywołuje wzbudziła moje autentyczne zainteresowanie i wiem, że z przyjemnością i zaciekawieniem sięgnę po kolejne tomy przygód niepokornego dziennikarza.
 Z przekonaniem polecam miłośnikom kryminału, sensacji i historii.
Warto przeczytać. 

niedziela, 11 czerwca 2017

Marta Obuch "Łopatą do serca"

Mówi się, że do serca mężczyzny najszybciej można  trafić przez żołądek, ale w wyjątkowych okolicznościach wystarczy łopata. Solidne narzędzie ogrodnicze, świeżo zakupione w Castoramie jest jak znalazł, zwłaszcza, jeżeli trzeba bronić się przed porwaniem. A Misia musiała:
 "Naprawdę Misia nie podejrzewała, że potrafi zdzielić łopatą ogrodniczą człowieka, i to przy świadkach. Ale to nie był człowiek. To była nędzna pijawka, która nie szanowała kobiecej własności. Na swoje usprawiedliwienie mogła jednak podać, że ostatnią myślą, jaka zaświtała jej w głowie, była ta, żeby jednak nie uszkodzić draniowi płata czołowego. Łopata zaświszczała w powietrzu w zgrabnym zamachu i..." (strona 17)
I taką inaugurację swojej działalności miała łopata zakupiona w prezencie dla Zuzy - przyjaciółki Misi. A obolały Igła, prawa ręka Hardego, oddelegowany do pilnowania małżonki, i nie tylko małżonki szefa, miał sporo do przepracowania żeby zasłużyć na coś w rodzaju współpracy z energiczną Misią. 
Wyśmienity humor sytuacyjny i słowny, niewymuszone, ale pełne polotu dialogi. Barwne postaci, przykuwające uwagę i nie dające o sobie zapomnieć w pięć minut po przeczytaniu ostatniej kartki. Jedyna i niepowtarzalna Ryszarda Kociołek, miły i budzący ciepłe uczucia Marchewka, przystojny i tajemniczy Igła, papużki-nierozłączki Misia i Zuza. Szalony pościg z puszką białej farby za BMW-u i kradzież diamentów. Namieszane a jednak spójne i logiczne. 
Bardzo mi przypadła do gustu ta książka reklamowana jako: połączenie kryminału, romansu i komedii. Wszystko się zgadza. Powieść polecam osobom dysponującym poczuciem humoru i zdrowym dystansem do niekiedy uciążliwej rzeczywistości. 

A ja muszę się przyznać, że kilka lat temu sięgnęłam po książkę Marty Obuch, przeczytałam kilkanaście stron i stwierdziłam, że mi nie pasuje, nie podobała mi się, nie przyciągnęła. Odłożyłam i zapomniałam. 
Dopiero lektura "Łopatą do serca" przypomniała mi o tamtym pierwszym, nieudanym kontakcie. I teraz myślę, że może miałam zły dzień, albo akurat poczucie humoru mi siadło.
 Często się zdarza, że czytelnicy, blogerzy pastwią się nad jakąś książką lub jej autorką/autorem uznając, że skoro w tym momencie książka nie przypadła im do gustu to znaczy, że jest zła ( o tym w innym wpisie, bo zła, to pojęcie obszerne i względne). A może lepiej odłożyć lekturę na lepszy moment, nie męczyć się niepotrzebnie. Jest tyle innych książek, życia nie starczy, żeby choć mikrą cześć z nich przeczytać. 
Czasami, tak jak w moim przypadku, może czytelnika zaskoczyć miła niespodzianka. Na pewno sięgnę po inne książki Marty Obuch i mam nadzieję, że z kreowanymi przez nią bohaterami spędzę miłe chwile.
Zdjęcie pochodzi ze strony Obi

sobota, 10 czerwca 2017

Kocie miejscówki :)

Dzisiaj był czas na porządki, segregowałam dokumenty, wyrzucałam zbędne papiery, coś tam przeczytałam. Pod wieczór uruchomiłam pierwszego laptopa. Służył mi wiele lat, nadal zdarza mi się z niego korzystać. Po wielkiej awarii musiałam kupić nowy, a mój ulubiony ratownik komputerowy zrobił co mógł żebym nie straciła wszystkich plików. I teraz jest tak, że szukając jakiegoś konkretnego pliku odnajduję całkiem inny, o którym zdążyłam zapomnieć. Albo odgrzebuję folder ze zdjęciami. Tak jak dzisiaj. I oto kocie zdjęcia, ulubione miejsca moich kotów.
 Miki jak zawsze na telewizorze, potrafiła przez cały film siedzieć i majtać ogonem rozpraszając naszą uwagę. 










Natomiast Bartek okupował deskę do prasowania.
 To był wielki specjalista od wskakiwania na deskę w czasie prasowania, zawijania się w kłębiące się pod deską zwoje firan. Zawsze chętny na głaskanie, czasem łypał kątem oka na ekran telewizora. Telewizora, który teraz, w porównaniu ze współczesnym modelem wydaje się taki mały. 

Mimi uwielbiała się wylegiwać na kanapie, była pieszczochem i spała ze mną w łóżku. Tylko ona, wtulała się w mój bok i mruczała, mruczała...
Myślałam, że wszystkie jej zdjęcia przepadły, dlatego cieszę się, że chociaż jedno będzie przypominać mi tę wyjątkową kocicę. 






Jest i Kubusia. 


Zamotana w turkusową wełnę, uwielbiająca zabawy z kłębkiem, motanie, szarpanie, tropienie korków i piłeczek  za kanapą. Niezmordowana imprezowiczka. 
Wszyscy już dawno za Tęczowym Mostem, ale nadal żyją we wspomnieniach i rodzinnych anegdotach. 
Dopiero wczoraj wspominałam celebrowanie przez Bartka smażenia kalafiora. Bartuś uwielbiał smażone kalafiory i bezbłędnie wyczuwał moment przygotowań do smażenia. Wskakiwał na parapet i grzecznie przyglądał się jak mama obtacza cząstki kalafiora w bułce tartej i kładzie na roztopione masło. Gdy kalafior był już gotowy, mama odkładała dla niego sporą porcję, dusiła widelcem i przestudzony stawiała przed węszącym kociskiem. Bartuś pochłaniał swoją porcję, czasami życzył sobie dokładki. A najedzony mył się, wyraźnie ukontentowany.


środa, 31 maja 2017

Ogrodowe zdjęcia :)

Ogród wzywa, więc rzadziej zaglądam na bloga. To się zmieni, a na razie zdjęcia z mojego ogrodu :)










I ulubione kosaćce :





czwartek, 18 maja 2017

Zielony Oświęcim

Wczoraj zafundowałam sobie krótki spacer i przy okazji zrobiłam kilka zdjęć. Moje miasto na zielono i w kwiatach :)
Wczoraj była letnia pogoda, cudnie, ciepło, przyjemnie.

Na zdjęciach Plac Kościuszki, ulica Solskiego i skrawek ulicy Dąbrowskiego.