wtorek, 9 maja 2017

Oświęcim - krótki spacer ulicami miasta

W zeszłym tygodniu, w piątek,  była całkiem przyjemna pogoda, a ja zamiast jak zawsze prawie biec od punktu A do punktu B zafundowałam sobie  spacer. Słoneczko przygrzewało, ptaki spokojnie wydziobywały z ziemi pożywienie, drzewa leciutko szumiały wiatrem. Innymi słowy, to był piękny dzień. 
A poniżej zdjęcia. Każdy z nas od czasu do czasu powinien wrzucić na luz i rozejrzeć się wokół. Znowu zimno, ale wiosna w pełnej krasie.
Pięknego dnia :)



Ulica J.Dąbrowskiego w Oświęcimiu



poniedziałek, 8 maja 2017

"Klin" Joanna Chmielewska


Pierwsze wydanie "Klina" zostało opublikowane w 1964 roku, następne dopiero po dwudziestu pięciu latach przerwy. W ciągu tych dwudziestu pięciu lat  Joanna Chmielewska zdążyła napisać, jak policzyłam, łącznie z "Klinem" piętnaście książek. 

Moim zdaniem najlepszych.
Jeszcze po osiemdziesiątym dziewiątym roku  ukazały się takie pozycje jak"Dzikie białko" w 1992 roku,"Ślepe szczęście"  także w 1992, "Krowa niebiańska" czy "(Nie)boszczyk mąż".
Jednak to lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte obfitują w powieści kryminalne, które wrosły w naszą literaturę, postaci szalenie charakterystyczne i niepowtarzalne, nie dające o sobie zapomnieć, chociażby kultowy Lesio, demoniczny Diabeł czy piękna Barbara.
"Klin" to dopiero preludium do tych wszystkich cudownie zabawnych, a jednocześnie bardzo realnych, doskonale umiejscowionych w czasie i przestrzeni książek.

Wszystko to co zdarzyło się Joannie, bohaterce "Klina" mogłoby się zdarzyć każdej innej, nieszczęśliwie zakochanej kobiecie. Tyle tylko, że musiałaby to być kobieta obdarzona bujną wyobraźnią, temperamentem i dociekliwością godną ekipy śledczych.
Zakochane kobiety są zdolne do różnych nieobliczalnych czynów. 
Mogą wydzwaniać do pokoju 336, mogą wyobrażać sobie nie wiadomo co, mogą chcieć wszystko sprawdzić, i oczywiście na pewno nie uwierzą w to, co zazwyczaj kryje się za milczeniem ukochanego mężczyzny
Czyli nie uwierzą w istnienie innej kobiety. 
Zwłaszcza jeżeli informacja o istnieniu innej kobiety pochodzi od mężczyzny, który zamierza wystąpić w charakterze klina. Tylko czy na mężczyznę życia najlepszym klinem jest inny mężczyzna, czy może zagadka do rozwikłania, tajemnica wisząca w powietrzu i chęć dotarcia do prawdy, która determinuje wszystkie działania Joanny?
To właśnie ta zagadka i akcja Szkorbut przez dużą część książki stanowią wątek wiodący. Tajemnica akcji Szkorbut zostaje rozwiązana, a Joanna kierują swoją uwagę na Klina. 
Ciekawe na jak długo?

Niedawno znowu sięgnęłam po "Klina" i czytając porównywałam realia.
Joanna pracuje w biurze architektonicznym. Spóźnia się do pracy nałogowo, a jak już w tej pracy jest fizycznie, to duchem odpływa w inne, milsze sobie przestrzenie. Poza tym wykorzystuje telefon służbowy do załatwiania spraw prywatnych. Szuka mężczyzny z psem. I pies i mężczyzna nietuzinkowy, jednak poszukiwania idą jak po grudzie, a do telefonu siada jeden z kolegów Joanny niejaki Wiesiu. Akcja telefoniczna razy dwa, a pracownia kibicuje.
 Oprócz tego opuszczanie miejsca pracy o dowolnej porze.
To się już nie wróci..
"Klin" został sfilmowany w 1965 roku. Reżyserem był Jan Batory. W rolę Joanny wcieliła się seksowna Kalina Jędrusik, w rolę Janki nie mniej pociągająca Krystyna Sienkiewicz. Klina zagrał Andrzej Łapicki.
Scena, która przeszła do historii kinematografii i boska Kalina Jędrusik

"Lekarstwo na miłość" oglądałam kilka razy i uczucia mam  mocno mieszane. Z jednej strony naprawdę piękne gwiazdy naszego ekranu, ubrane skromnie, ale elegancko i wyglądające jak przysłowiowe paryżanki, czy też warszawianki - klasa sama w sobie. Andrzej Łapicki, który w zasadzie nic nie musi, a i tak robi wrażenie, cudowna obsada zapadająca w pamięć. 
Z drugiej strony  ja jednak  wolę tajemnicę z książki, bardziej by mi do tej obsady pasowała. Nie jest źle, tylko po prostu czuję niedosyt w treści.Niemniej jednak nadal dla mnie  Joanna ma twarz i głos  Kaliny Jędrusik. 
Magia kina.

Oczywiście Krystyna Sienkiewicz i Andrzej Łapicki w słynnej scenie telefonicznej. Najdziwniejszy krój sukienki o jakim słyszałam :)
Zdjęcia pochodzą ze strony Film Web oraz Kino Iluzjon Link

Recenzja "Klina" po raz pierwszy ukazała się na stronie Klub Mord.


niedziela, 7 maja 2017

Moje tiramisu na niedzielę

Jak wiadomo nie lubię gotować, czasami próbuję coś upiec - z różnym skutkiem. Ale lubię jeść i niestety mam słabość do słodyczy :)
Dlatego nauczyłam się przygotowywać ciasta na zimno, szybko, łatwo i przyjemnie. Udają się zawsze, smakują wyśmienicie. I co najważniejsze, nie przysparzają stresów związanych z podstawowym pytaniem nasuwającym się po włożeniu ciasta do piecyka: 
Wyrośnie czy nie wyrośnie?
Poniżej przepis na tiramisu bez jajek i bez alkoholu. Moi goście się nim zajadają, więc spokojnie polecam:

Składniki:

1 mały serek mascarpone
3 łyżki śmietany kwaśnej 18%
3 łyżeczki ( to według smaku) cukru pudru
1 paczka biszkoptów Lady fingers
Kawa z ekspresu, może być też rozpuszczalna
Gorzka czekolada

Do miski włożyć:
 Jedno małe opakowanie serka mascarpone, trzy łyżki śmietany kwaśnej 18%, trzy łyżeczki cukru pudru - wszystko wymieszać na jednolitą masę. Nie używam miksera, mieszanie łyżką nie powinno sprawić trudności. 
Biszkoptami wyłożyć dno naczynia, ja od lat używam kryształowej miski, znakomicie się sprawdza. W przestrzeń między całymi  biszkoptami pokruszyć biszkopty,  tak żeby nie widać było dna. Nasączyć biszkopty lekko kawą. Na nasączone biszkopty położyć 2/3 masy. Rozsmarować równo. Na masę położyć biszkopty, tak jak na spodzie, nasączyć, posmarować resztą masy. Wierzch posypać gorzką czekoladą. Nakryć misę talerzem i wstawić do lodówki na 2 godziny. 
A potem przygotować sobie kawę, kieliszek likieru czekoladowego i rozkoszować się smakiem.
Miłej niedzieli. 




Oczywiście można proporcje zmienić, moja misa ma przekrój 16 cm, a wysokość 8 cm. 
Jeżeli chcemy przygotować porcje to najlepiej użyć pucharków do deserów. 
Smacznego!


sobota, 6 maja 2017

"Lesio" Joanna Chmielewska

Wczoraj byłam w bibliotece i jak zawsze zajrzałam na półkę z książkami szukającymi drugiego domu. Ucieszyłam się bardzo na widok znajomej okładki z rysunkiem Tadeusza Michaluka i do kolekcji książek Joanny Chmielewskiej przybył następny egzemplarz. Brakuje mi jeszcze pierwszego wydania, ale na pewno z czasem na nie trafię. A poniżej przypominam recenzję "Lesia" jedną z wielu napisanych dla Klubu MOrd jakiś czas temu (czyli tak mniej więcej sześć lat wstecz)

 Lesio to Lesio, nie ma takiego drugiego w naszej literaturze, a i w życiu zapewne  można by ze świecą szukać i nie znaleźć, co stwierdzam ze smutkiem. Artystyczna dusza uwięziona w ciele architekta. Architekta bardzo zdolnego, momentami wręcz genialnego(kolorystyka wnętrz), jednocześnie architekta niesubordynowanego, wiecznie spóźniającego się do pracy. Architekta, który z koszmaru kierownika pracowni potrafi przeistoczyć się w spełnienie marzeń tegoż kierownika.
Artystycznym duszom tak naprawdę do szczęścia potrzeba niewiele. Odrobina wolności, niezależności, nieregulowany czas pracy, swoboda w uleganiu natchnieniom i ta świadomość, że dzisiaj nie idę do pracy, dzisiaj tworzę. 
To wszystko czego potrzebuje Lesio, artysta żyjący w świecie dominujących kobiet. Najważniejsze z nich to: Kasia, małżonka zdecydowana postawić na swoim, nawet za cenę zniszczenia wazy na zupę, Barbara, koleżanka z pracy, kobieta, która nie zwraca na Lesia uwagi, a jeżeli to w sensie negatywnym, jednocześnie zaprzyjaźniając się z jego żoną, oraz pani Matylda personalna jak z koszmarnego snu. Kobieta stanowcza i nieustępliwa, władająca wyobraźnią Lesia i książką spóźnień. Personalna, którą Lesio musi zabić.
 Niestety nie jest łatwo zabić personalną.
Lesio sięga po stare, sprawdzone metody, wszak trucizny mają na swoim koncie wiele ofiar. Lesio do trucizn zalicza także poczciwego gronkowca. Zamrożone lody rozmraża, potem zamraża, potem o nich zapomina, zostawia w biurze budząc w dotąd niezbyt przyjaznych współpracownikach ciepłe uczucia. Jest lato, wszyscy mają ochotę na prawie płynne lody. Ponieważ wszystko za co chwyta się Lesio kończy się na opak, zamiast martwej pani Matyldy mamy wdzięczną panią Matyldę - lody jej smakowały.
Lesio przerzuca mordercze zapędy z personalnej na osobnika płci męskiej obdarowywanego łaskami przez Barbarę. Osobnik uchodzi z życiem. Wszystko kończy się dobrze, a pracownia jako twór zbiorowy przystępuje do konkursu architektonicznego. Wygranie tego konkursu stanowi szczyt marzeń kierownika. Pracownicy porzucają inne intratne zlecenia i oddają się pracy przy projekcie. Jest to nieco kosztowne zajęcie, więc pogrążają się w długach. Nie widząc innego rozwiązania wypełniają kupony toto lotka i powierzają je Lesiowi. Lesio po drodze z pracy spotyka kolegę, którego opuściła narzeczona. Potem spotyka różowego słonia i życzliwego milicjanta.Czas się kurczy.
Dobrze, że nie trafili szóstki, byłby kłopot.
Szczęśliwy zbieg okoliczności sprawia iż wszystko kończy się dobrze, a nawet bardzo dobrze.
"Lesio" to moje długotrwałe zauroczenie. Nigdy nie usiłowałam  wyobrazić sobie jak wygląda, chociaż Lesio ma swój wyjątkowy pierwowzór.
Lesio to dla mnie zbiór pewnych cech charakteru, zachowań, które Go tworzą. Lesio jest dobrym duchem ciężkich dni, gdy pogoda nijaka, gdy weny brak, a każda inna książka wydaje się nudna już po dwóch stronach.
Czytając wczesne książki  Joanny Chmielewskiej usiłuję sobie wyobrazić jak wyglądałaby akcja gdyby były osadzone w dzisiejszych realiach. Jak potoczyłyby się losy bohaterów i skąd by wytrzasnęli przedwojenny astralon? Komu chciałoby się dopinać garby i robić z siebie idiotę tylko po to by uratować honor kolegów architektów? Komu chciałoby się tłuc fiacikiem po bezdrożach w poszukiwaniu niepryskanej marchewki? Zastawiać pułapki na raki. Czy w naszych rzeczkach są jeszcze raki? Podobno raki lubią czystą wodę. Może się przystosowały tak jak my wszyscy do całkiem innych czasów. Tylko czasem pamięć wraca i trochę smutno.
A lekturę "Lesia" polecam jak lek na całe zło. Zamiast antydepresantów.

piątek, 5 maja 2017

Aleja Pisarzy - wiosenny spacer

Byłam dzisiaj w bibliotece żeby oddać książki i przy okazji zrobiłam kilka zdjęć Alei Pisarzy. To jedyna taka aleja w Polsce, gdzie tabliczki z cytatami i autografami literackich znakomitości ozdabiają drogę wiodącą do biblioteki. 
Na stronie  Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Łukasza Górnickiego w Oświęcimiu Galerii Książki  czytamy o idei powstania Alei Pisarzy: 
 "Wielkość pisarza nie sprowadza się do krótkotrwałych błysków w doraźnej aktualności, jego dzieło pozostaje na długo w pamięci czytelników, społeczności, narodów, a napisane przez niego książki na wiele pokoleń, czasem stuleci, zapełniają biblioteczne półki oferując duchową strawę odbiorcom. Pisarz, jak każdy inny artysta – a może nawet bardziej – zasługuje na uwiecznienie, także w dosłownym, materialnym sensie, w postaci trwałych znaków rytych w „kamieniu”. Aleja będzie akcentować osobę pisarza, autora, a nie tylko jego dzieła. Często dzieło głębiej pozostaje w świadomości i pamięci czytelnika, a zanika, gubi się w ulotnej pamięci sam autor."

A na początku drogi cytat z Ireneusza Iredyńskiego - wprawdzie nie wyryty w metalu, ale namalowany kolorową farbą: "Mapy są nam niepotrzebne, gdy iść chcemy, jeśli chcemy dojść do celu - to dojdziemy." 


















czwartek, 4 maja 2017

"Zgniłobrody i luneta przeznaczenia" Rafał Witek

Zawsze lubiłam czytać o piratach, a jednym z moich ulubionych filmów są "Piraci z Karaibów". Myliłby się jednak ten, kto uważałby, że Zgniłobrody przypomina kapitana Sparrowa. Nie te
gabaryty. A jednak na swój sposób jest równie fascynujący. 
Cała historia rozpoczęła się w sposób całkiem zwyczajny, Gabrysia Bzik została wezwana do dyrektora na dywanik. W chwilę później na dywanik trafił kolega Gabrysi, nad wiek poważny Nilson Makówka i jak na przyszłego prawnika przystało zacytował odpowiednie paragrafy związane z prawami ucznia. 
A potem był koniec lekcji i Bzik&Makówka spotkali się pod mostem. A od mostu i rzeki prosta droga do prawdziwego bukaniera, który za pomocą lunety przeznaczenia znalazł się w innej strefie czasowej, i w kłopotach. 
Pościgi, akcje specjalne, dożywianie głodomora, solidna porcja wiedzy o bukanierach i rewelacyjne ilustracje Magdy Wosik, to wystarczyło żebym po skończeniu "Zgniłobrodego i lunety przeznaczenia" nabrała apetytu na dalsze części serii. 
Jestem bardzo ciekawa czym mnie jeszcze zaskoczy ta oryginalna para, a książkę polecam nie tylko dzieciom ale wszystkim czytelnikom doceniającym inteligentny humor i umiejętność niełopatologicznego przekazywania podstawowych wartości kształtujących postrzeganie świata i otoczenia przez młodego człowieka. Umiejętność współpracy, życzliwość, potrzeba pomocy innym, tolerancja wobec odmienności... 
I naprawdę świetna zabawa.
Zdecydowanie polecam.
Iwona Mejza

sobota, 29 kwietnia 2017

Kompot z rabarbarem i placek drożdżowy

Przeglądam dzisiaj stare zdjęcia i przypominam sobie opowieści mojej mamy o rodzinnych wyprawach nad Sołę. 
W sobotę babcia Tekla ( wtedy, rzecz oczywista, jeszcze nie babcia, a mama trójki wiecznie głodnych łobuziaków) piekła placek drożdżowy i gotowała kompot. Gdy przychodził sezon na owoce, dodawała truskawki, rabarbar, jabłka, śliwki, po kolej. Gdy nie było owoców smarowała ciasto powidłami śliwkowymi i na wierzch dawała posypkę. Pamiętam drożdżowe babci i była to najlepsza posypka jaką jadłam, ja tak nie umiem, niestety. 
W soboty wtedy się pracowało, ale krócej i dziadek przyjeżdżał z Katowic nieco wcześniej. Mieszkali wtedy na Solnej, u Pani Domżałowej, prawie nad  Sołą. 
To nad rzeką dzieci spędzały większość czasu bawiąc się z rówieśnikami w Indian, chowanego, pływając balią gdy Soła wylała i nieustannie narażając się na niebezpieczeństwa. Nikt się wtedy nadmiernie tym nie przejmował, dzieci miały sobie radzić, kromka chleba z cukrem i do zabawy. Co najwyżej się poobijały, albo obrazek święty ucierpiał gdy jeden z wujków, wtedy lat pięć, strzelał z łuku i wybił szybkę. 
A w niedzielę spacer nad Sołę łączył się z wizytą u rodziców dziadka Józefa. 
 Moi pradziadkowie też czasami uczestniczyli w rodzinnych spacerach. 
Można by powiedzieć, że cóż to za atrakcja, spacer na rzekę, blisko której się mieszka. Myślę, że największą frajdą było to, że mogli pobyć razem, nacieszyć się swoją obecnością. Dać swoją uwagę bliskim i zapewnić dzieciom poczucie bezpieczeństwa. Tyle i aż tyle. 



Autorem zdjęć jest dziadek Józef. 
A tutaj zdjęcie wąwozu aktualnie :)

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Cmentarz parafialny w Oświęcimiu, Stowarzyszenie Miłośników Zabytków i Historii Ziemi Oświęcimskiej

Mniej więcej dwa lata temu w czasie  kwesty na ratowanie zabytkowych pomników znajdujących się na cmentarzu parafialnym w Oświęcimiu nabyłam książkę poświęconą naszemu cmentarzowi. 
Tekst opracowała Maria Nitka, a autorami zamieszczonych w książce zdjęć są: A. Jasieniak,
M.Krasnodębska-Łuczak i Łukasz Szymański. 

"Wszystkie ulice we wszystkich miastach nieuchronnie prowadzą do kościoła albo na cmentarz" - tymi słowami zaczerpniętymi z twórczości Gabriela Garcii Marqueza zaczyna się opowieść o oświęcimskiej nekropolii. 
Książka została podzielona tematycznie i w poszczególnych rozdziałach została omówiona infrastruktura cmentarza, tabularyczni właściciele Oświęcimia, a wśród nich postać Kajetana z Brzezia Russockiego herbu Zadora służącego pod sztandarami Napoleona, a od 1818 roku poczmistrza drogi wiedeńskiej.  Jest rozdział poświęcony zasłużonym dla miasta obywatelom, księżom i siostrom zakonnym, w kwaterze sióstr serafitek spoczywa Leopoldyna Stawecka czyli siostra Eligia.  Omówiono groby symboliczne, groby i kwatery wojenne oraz sylwetki wybitnych sportowców, nauczycieli i artystów. Niestety nie wszystkich, wielu jeszcze czeka na notkę pamięci, ale i tak warto zapoznać się z efektem pracy pasjonatów zaangażowanych w ochronę zabytków. 


Poniżej kilka zdjęć cmentarza parafialnego mojego autorstwa.
















niedziela, 2 kwietnia 2017

"Cicha 5" jeden adres, siedem mieszkań

Nadal nadrabiam zaległości w lekturze.
 "Cicha 5" to wspólny adres dla siedmiu mieszkań i dla siedmiu zajmujących historii. Magia tego jednego wieczoru, czar wspomnień, ból tęsknoty i niezrealizowanych pragnień. Ludzie pogubieni i zdezorientowani, tęskniący za normalnością, tęskniący za rodziną. Czy w wigilijny wieczór zdarzy się cud?
I tak i nie.
Na osobisty cud trzeba sobie zapracować, a przede wszystkim  trzeba w niego uwierzyć. Wtedy istnieje szansa... nigdy pewność. 
Szczerze mówiąc nigdy nie byłam miłośniczką  opowiadań pisanych ku pokrzepieniu serc, z okazji świąt, bo miłość wszystko wybaczy i zjednoczy. Ale nie oznacza to, że od czasu do czasu, rzadko, nie sięgam po tego rodzaju powieści, a zbiór opowiadań jest wyborem dla mnie idealnym. 
Siedem autorek, siedem spojrzeń, siedem indywidualnych wyborów. 
Niektórzy bohaterowie wspólni.
Na dłużej zostanie ze mną babcia Agnieszka z opowiadania Nataszy Sochy "Niebieski język", kobieta emanująca taką energią, ciesząca się życiem o wiele bardziej  niż niektórzy ludzie w rzeczywistości.
Zabawnie, wzruszająco i świątecznie.
Czytałam z przyjemnością.