czwartek, 24 marca 2016

Życzenia świąteczne

Życzę wszystkim Świąt pogodnych, spokojnych i pełnych życzliwości dla drugiego człowieka. I oczywiście  tradycyjnie mokrego śmigusa-dyngusa.
Wypoczywajcie, cieszcie się obecnością  najbliższych osób pamiętając, że miłość, zdrowie i rodzina dają nam siłę by przetrwać nawet najcięższe chwile.
Wesołych Świąt, kochani. 





sobota, 12 marca 2016

Ogarnianie rzeczywistości

Przerwę w pisaniu bloga miałam długą, ale czasem tak się w życiu zdarza, że zadania się piętrzą, wszystko jest na już i energii zaczyna brakować. Wtedy rezygnujemy z tego, z czego bezpiecznie możemy zrezygnować. Nie rzucamy pracy, nie przestajemy wykonywać codziennych, rutynowych czynności. Staramy się odgrzebać z zaległości i wrócić na właściwe tory. Wszystko ogarnąć, a przynajmniej spróbować. 
Brzmi znajomo? 
Zapewne każdy z nas ma takie chwile, miesiące, a nawet lata. A potem jakoś wszystko się układa.
 Szczerze mówiąc nie mam pojęcia czy zdobędę się na jakąś systematyczność, ale poczekamy, zobaczymy.... 
Myślę, że ten rok będzie bardzo ciekawy tak dla mnie jak i dla moich czytelników, tych, którzy wytrwale czekają na nowe książki i tych, których będę miała okazję poznać. 
Nadal nie ma tygodnia żeby ktoś nie pytał kiedy nowa książka, kiedy jakieś spotkanie...
Wszystko będzie, o terminach w swoim czasie.
Ciepło pozdrawiam wszystkich, którzy czytają moje wpisy. Dziękuję, że codziennie mnie odwiedzacie niemałą gromadą i to pomimo braku nowych wiadomości. 


A powyżej stół po prababci założony papierami, książkami i wszystkim co przy pisaniu jest mi potrzebne. Piszę i to mnie najbardziej cieszy.
 A reszta?
 Reszta się ułoży :)

sobota, 23 stycznia 2016

Zimowo, wspomnieniowo

Śnieg, przyjaciel zimowych zabaw. 
Toczenie kuli, mozolne,  jedna po drugiej, trzy, coraz mniejsze. Obowiązkowa marchewka jako nos i oczy z węgielków. Palcem w rękawiczce wyrysowany szeroki uśmiech i z tego co pod ręką guziki na torsie. Miotła podkradziona babci, bo  bałwan miotłę musiał mieć. 
Kanonada ze śnieżek, bitwa na drużyny i zaczepka od chłopaka, który chciał zwrócić na siebie uwagę. To w czasach szkolnych, tak charakterystyczne jak ciągnięcie za warkocz.
Sanki, prawdziwe, drewniane na metalowych płozach.
Sanki z dzieciństwa z oparciem pomalowane na brązowo.
Miałam cztery lata, była zima, śnieżna mroźna, babcia śpieszyła się do pracy, ale najpierw musiała dostarczyć dziecko, czyli mnie do opiekunki, cioci Marysi. 
Okutana w koc w czerwono-czarną kratę, usadowiona w sankach jak pakunek, nagle przy zakręcie poczułam jak spadam i zapadam się w zaspę na poboczu drogi. Widzę oddalające się plecy babci, która z tego pośpiechu nie poczuła, że sanki pozbawione ciężaru wnuczki jadą dużo lżej. 
Dobrze, że po mnie wróciła.
A potem, gdy już byłam starsza, sanki bez oparcia, duże, porządne, zjeżdżaliśmy z górki na pazurki,  zboczem doliny we dwie z koleżanką. I bach,znowu zaspa.
Dzisiaj przyszła do nas prawdziwa zima, piękna, mroźna, słoneczna. Śniegu jeszcze zbyt mało żeby ulepić prawdziwego bałwana, ale oddycha się inaczej, płuca wypełnia mroźne powietrze.
U nas ferie, dzieciaki szaleją i taka powinna być zima.











niedziela, 10 stycznia 2016

"Wszystko co najważniejsze..." Ola Watowa

Powoli dnia przybywa. Powietrze ciężkie, matowe, tkane dymem z kominów. Siedzę przed komputerem i staram się myśleć, ale myślenie wychodzi mi średnio. Najchętniej opatuliłabym się kocem i przeczekała zimny czas. Czekolada w kubku, wiśnie w likierze w zasięgu ręki i książka, niekoniecznie łatwa i przyjemna.
Czytam teraz "Wszystko co najważniejsze..." Oli Watowej. Czytam powoli, ze ściśniętym gardłem, łzami w oczach. Nie powinnam tak się wzruszać, ale nic na to nie poradzę. Słowa sprzed lat zostają ze mną, pewnie na długo i te wszystkie chwile, momenty nieuwagi, niedocenienia istoty zdarzeń wracają jak wyrzut sumienia. Wszystko to co mogłam, a czego nie zrobiłam wobec osób najbliższych. Podniesiony głos, milczenie. 
A wszystko za sprawą tego fragmentu opisującego przyjęcie weselne Oli i Aleksandra Watów.

"Wieczorem odbyła się prawdziwa uczta. Zaproszeni byli przyjaciele Aleksandra. Broniewski, Sternowie, Pronaszkowie, Syrkusowie, Czyżewski i wielu, wielu  innych. Niestety, nie pamiętam wszystkich. Stół ustawiony był w podkowę, był kucharz i kelnerzy, którzy podawali do stołu.  Z tego weseliska został mi w pamięci Tytus Czyżewski, którego z przypadku posadzono pod kaflowym, gorącym piecem. Tytus biedował i to była dla niego wielka okazja, żeby podjeść sobie do syta i dobrze. A tymczasem ten rozpalony piec, przy jego ułomności - był przecież garbaty - straszliwie mu dokuczał, i ciągle skarżył się, że przy tym piecu siedzi. Ileż to lat minęło od tej chwili - pięćdziesiąt sześć - a ja ciągle żałuję, że nie zajęłam się nim i że go nie posadziłam na lepszym dla niego miejscu.. Ale byłam młoda i "płocha" i o tym nie myślałam, a już zupełnie nie myślałam, że teraz, po pięćdziesięciu sześciu latach będzie mi to dokuczało."





środa, 6 stycznia 2016

Miejsce, które do mnie przyszło



To jest taka dziwna historia o miejscu, które, tak mi się wydawało, dobrze znałam. 
Przyjeżdżałam tam od lat, tętniło życiem, znajomy kot podchodził żeby się ze mną przywitać. Wiewiórki, ukryte wśród gałęzi drzew zajmowały się swoimi sprawami. W domu mieszkali ludzie, zawsze ktoś stał przy wejściu i palił papierosa, poświęcając tej czynności całą swoją uwagę.
Przyszedł moment, że dom opustoszał, mam nadzieję, że za jakiś czas znowu będzie tętnił życiem.
Niedawno byłam tam i pierwszy raz miałam okazję spojrzeć na ten dom, a właściwe pałacyk okiem architekta, który ma wizję. Jednocześnie spotkałam ludzi zauroczonych historią pałacyku, umiejących o niej opowiadać.
Zobaczyłam te przedwojenne przyjęcia i ogród w angielskim stylu, bluszcz oplatający ściany pałacyku i salę zabiegową w wieżyczce. Sala zabiegowa już po wojnie.
I już wiedziałam, że pałac w Rajsku, niegdyś własność rodziny Zwillingów znajdzie swoje miejsce w jednej z moich książek. 
W taki właśnie sposób do autora przychodzi Temat i już nie odpuszcza. 
Historia rodziny przeciekawa, a miejsce pełne dawnej magii.

wtorek, 5 stycznia 2016

Słowa rzadko używane - dyplomacja

I tak oto postanowiłam przypomnieć znaczenie niektórych słów. Bez porządku alfabetycznego, ot, co życie, internet i telewizja przyniosą.
Jednym z takich słów jest dyplomacja, słowo, które nie wyszło z użycia, ale wczoraj odniosłam wrażenie, że jego znaczenie uległo pewnemu zniekształceniu.
W moim odczuciu warto być dyplomatą w wielu kwestiach, nie zawsze należy wykładać kawę na ławę. 
A co mówią o dyplomacji i dyplomatach słowniki?
Zajrzałam do Wikipedii, hasło Niccolo Machiavelli (1469-1527)
 jego nazwisko kojarzy się ze sztuką dyplomacji. Pisarz, prawnik, dyplomata florencki, twórca traktatu "Książę" (1513) pisze:
"Najważniejszą podstawą wszystkich państw (o silnych fundamentach) tak nowych jak i starych są dobre prawa i dobre wojsko".
Przejrzyste, czytelne prawo jest podstawą prawidłowego funkcjonowania każdego państwa, tak by jego interpretacja nie stanowiła podstawy do nadinterpretacji, swobodnej interpretacji i dezinformacji, pozwolę sobie dodać. 


Dyplomacja to: negocjowanie umów między państwami, a także rozwiązywanie w pokojowy sposób problemów między nimi.

"Dyplomacja to połączenie zdrowego rozsądku i uprzejmości" (Slobodan Snajder).



Według "Praktycznego słownika wyrazów bliskoznacznych" Witolda Cienkowskiego, którym posługuję się na co dzień:
Dyplomacja to: zręczność,  przebiegłość, obrotność, spryt, układność.
Dyplomata: 1. mąż stanu, 2. gracz 3.polityk
Dyplomatyczny: przebiegły, zręczny, sprytny, wymijający; 2. taktowny, układny; 3.(choroba) udany, rzekomy.

czwartek, 31 grudnia 2015

Szczęśliwego Nowego Roku :)

Wszystkim czytelnikom bloga życzę wspaniałej sylwestrowej zabawy i samych szczęśliwych dni w nadchodzącym  roku.


czwartek, 24 grudnia 2015

Trochę spokoju na święta :)

Wigilia i Święta Bożego Narodzenia to czas wyciszenia i oddalenia się od codziennych spraw. To także czas refleksji, wspominamy dobre i mniej dobre chwile odchodzącego roku, wspominamy też naszych bliskich, którzy już odeszli. Staramy się by niczego nikomu nie brakowało, zapracowani do ostatniej chwili i często niepotrzebnie zmęczeni zbyt dużą ilością zadań. Bo musi być barszczyk i sto pięćdziesiąt pierogów, makowiec, sernik i piernik, i na pewno nikt tak nie piecze jak pani domu, blada ze zmęczenia. 
Święta to przede wszystkim czas dla nas i dla naszych rodzin, czas spokoju, miłości i pięknej pełnej magii wspólnoty, którą odczuwamy dzieląc się opłatkiem z rodziną i przyjaciółmi. 
Wyłączmy telewizor, poczytajmy książki, idźmy na spacer, porozmawiajmy z dziećmi nie tylko o tym co tam w szkole. Nie rozmawiajmy o polityce, ona i tak nas dogoni. Odpocznijmy, każdy na swój sposób, zróbmy to o czym marzyliśmy od dawna. 
Tego Wam wszystkim i także sobie życzę.



wtorek, 22 grudnia 2015

Anna Sakowicz "Szepty dzieciństwa"

Baśka przyszła do mnie w sobotę. Akurat wracałam z targu mamrocząc pod nosem i starając się ustalić kolejność prac porządkowych. W końcu stanęło na myciu okien. 
Pogoda była ładna, blade słońce wyzierało zza chmur i nagle pomyślałam o Basi, postaci powołanej do literackiego życia przez Annę Sakowicz. 
"Szepty dzieciństwa" czytałam kilka tygodni temu, powoli, z zastanowieniem. Jak ja się na tę Baśkę denerwowałam, jak ona mnie momentami irytowała! Miałam ochotę nią potrząsnąć i powiedzieć żeby w końcu przejrzała na oczy, a ona nic, tylko tak szła, jakby ją instynkt samozachowawczy opuścił. 
Chciała dobrze i jak każdy z nas chciała coś zmienić w swoim życiu, dla dzieci, żeby miały tak jak inne dzieciaki komórkę i tort na urodziny. 
Baśka nie pozostawia nas obojętnymi, angażuje i każe postawić niełatwe pytania. Pytania, które od lat czają się zepchnięte gdzieś na szary koniec naszej podświadomości, ale momentami nie dające zasnąć.
 Każdy z nas ma inne zmory, które przychodzą nad ranem i rozszarpują stare rany.
Pytania bez odpowiedzi, ludzie bez twarzy, drogi bez końca, a czasami bez początku. Skomplikowane układy rodzinne.
I może rzeczywiście potrzebny jest stanowczy ruch, który zburzy budowaną od dawna piramidę składającą się w jakiejś części z fałszywych kart.
Co nas nie zabije, to nas wzmocni?
Być może.
Baśce i jej rodzinie życzę wielu dobrych, pełnych spokoju lat. Należą się im tak jak i nam wszystkim.

"Szepty dzieciństwa" zostaną ze mną na długo.

sobota, 12 grudnia 2015

Babcia Tekla i ja. Taka data

Pamiętam jak dziś dzień ostatni Babci Tekli. 
13 Grudnia 2007 roku. Od wielu miesięcy wiedziałyśmy, że któregoś dnia nastąpi ostatnie pożegnanie. Babcia odchodziła powoli, zahartowane serce nadal przetaczało litry krwi, ale oczy błądziły po naszych twarzach nieprzytomnie. 
Nigdy już nie dowiem się czy w ostatnich miesiącach życia Babcia nas widziała, czy tylko wydawało mi się, że widzę błysk poznania w Jej oczach. 
Tego dnia płatki śniegu przyklejały się do gałęzi drzew, a ulice i chodniki pokrywały się cienkim, białym kocykiem. Było pięknie. Blade promienie słońca pokazały się koło południa i jeszcze bardziej pojaśniało wokół. Powietrze było czyste, na nosie roztopił mi się niesforny śnieżny płatek. 
Mama została w domu, ja musiałam jechać do pracy, chociaż wiedziałam, że powinnam zostać w domu, ale obowiązki... trudno.
Nie zdążyłam dojść do celu, gdy zadzwonił telefon, Babcia Tekla odeszła pół godziny przed południem. Przez wiele miesięcy przygotowywałyśmy się na ten dzień, a jednak przeżyłyśmy szok, bo dopóki życie trwa jest jakaś nikła nadzieja. 
Babcia miała dziewięćdziesiąt lat i ciekawe życie za sobą.
Coraz częściej myślę o Niej nie jako o mojej Babci, ale jako o młodej dziewczynie, którą chyba przez całe życie w sercu pozostała. 

Zdjęcie Tekli Wasiukiewiczówny na świadectwie maturalnym




Tekla z Wasiukiewiczów Matyjowa 1948 rok 



Zdjęcie z końca lat pięćdziesiątych  przed wynajętym mieszkaniem na Solnej.


wtorek, 1 grudnia 2015

Oświęcim w sepii - zdjęcia

Robię porządki w komputerze i natrafiłam na plik ze zdjęciami z zeszłego roku. Oświęcim historia i współczesność.








sobota, 24 października 2015

Anita Głowińska "Kicia Kocia mówi: "dzień dobry" "Kicia Kocia w Afryce"


Tym razem Kicia Kocia spędza dzień z Patkiem. Oni nigdy się nie nudzą. Potrafią się wspólnie bawić i uczyć nowych rzeczy. Dzisiaj postanowili, że wszystkich będą witali magicznymi słowami "dzień dobry". Strażaka Jacka i panią sprzedawczynię w sklepie, i sąsiadkę. Każdemu sprawili przyjemność, a największą radość sprawili rodzicom, którzy byli bardzo dumni z Kici Koci i Patka. 

Jak mówi mama Patka, ludzie mają dobry humor od dobrych słów. 
I o tym pamiętajmy  pozdrawiając wszystkich uśmiechniętym "dzień dobry" i uczmy tego miłego nawyku razem z Kicią Kocią. 



A gdy już dzieci nauczą się ładnie mówić "dzień dobry" to mogą zająć się kolorowanką z serii o Kici Koci i poznać zwierzęta Afryki pięknie przez Anitę Głowińską przedstawione. 

Kicia Kocia w podróż do Afryki wybrała się czerwonym samochodem. Najpierw ruszyła na łąki sawanny, tam spotkała geparda. Potem zobaczyła z daleka stado żyraf i słonia, i całe mnóstwo innych zwierząt. Poznała nawet sekretarza :)
 Pomysłowa kolorowanka połączona z ciekawym, przystosowanym dla dzieci (2-6 lat) tekstem. 
Oczywiście polecam :)

Książeczki otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina.






sobota, 17 października 2015

"Morderstwo na Korfu" Alek Rogoziński

Szłam  szybko, nawet nie spoglądając w mijane witryny, byłam już spóźniona na umówione spotkanie, gdy nagle, w okolicy księgarni oczywiście, znajoma okładka przyciągnęła mój wzrok. A jeszcze dwa dni temu jej nie było! Przyhamowałam na obcasach z wahaniem, tu czas pędzi, a mnie się zamarzyło "Morderstwo na Korfu" na własność i na już. 
Weszłam, kupiłam, oczywiście egzemplarz z wystawy. 
Po dwóch godzinach mogłoby go już nie być, a ja musiałabym czekać. Nie lubię czekać. 
Przyniosłam książkę do domu, szybko odpracowałam co musiałam, przygotowałam kawę, rozpakowałam ogromną bezę z kremem kawowym. Wiem, nie powinnam, ale była pyszna. 
I przepadłam dla świata zewnętrznego.
Książki Alka Rogozińskiego powinno się przepisywać zamiast antydepresantów. Jak stwierdziła moja mama taki antydepresant to numer na raz, człowiek połknie tabletkę i żyje złudzeniem, że mu pomoże, a książka jest, można do niej wrócić, można ją pożyczać zaufanym osobom, dzielić się radością czytania. Zaznaczam, że żadnych środków antydepresyjnych nie przyjmujemy, stosujemy książki. Od zawsze. Pomaga. 
W pierwszej części serii "Ukochany z piekła rodem"  Joanna i Betty  musiały zmierzyć się z morderstwem pewnego młodego mężczyzny.
Wiadomo, że po takich przygodach trzeba odpocząć, a jak odpoczywać to na Korfu. Betty oddycha z ulgą i zostaje w Polsce, a Joanna odlatuje na piękną wyspę przyrzekając, że oczywiście będzie pisać. Terminy, terminy.
Nie od rzeczy będzie dodać, że Joanna Szmidt jest pisarką, autorką bestsellerowych romansów, kobietą bez zmartwień ekonomicznych, obracającą się w celebryckich kręgach, podążającą za modą. Atrakcyjną i przykuwającą uwagę. Zwłaszcza mężczyzn, chociaż kobiety też ją rozpoznają. Zwłaszcza jedna, niejaki Madziorek. Madziorek paskudnie kojarzył mi się z Białą Glistą i zastanawiałam się czy charakter tej kobiety stanowi odbicie charakteru jednej osoby czy jest mieszanką złożoną ze znajomych Alka. Ale na to pytanie tylko Autor odpowie.

Villa Zeus na Korfu należy do Stefanosa, a goście tego turnusu nie są przypadkowi. Gdy ginie ten kto miał zginąć Joanna  rozpoczyna osobiste śledztwo. Uczestniczą w nim Betty i Krzysztof Darski jej ukochany, przy okazji pracownik odpowiednich służb. 
Sytuacja jest patowa, nikt z zewnątrz nie mógł dokonać morderstwa, a potencjalni podejrzani dają sobie wzajemnie alibi. 
A jednak ktoś nie żyje.
Miałam osobistą satysfakcję z prawidłowego wytypowania mordercy co w niczym nie umniejszyło mojej przyjemności czytania. Wręcz przeciwnie, byłam ciekawa jak Alek wybrnie z sytuacji. Zrobił to z klasą odwołując się do klasyki kryminału.
Tyle na temat fabuły. jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej to sami przeczytajcie, na pewno nie będziecie żałowali.
Co do Zosi Gałczyńskiej - projektantki, nigdy mi do głowy nie przyszło liczenie modelek przed pokazem i po pokazie, coś jest na rzeczy. 
A do Montserrat wiózł nas chyba ten sam kierowca :)
Reasumując polecam Wam kapitalny kryminał z humorem, takim jak lubię, nienachalnym, bazującym na półtonach. 
Uśmiech jest tak samo potrzebny jak słońce.
Zdjęcia kurortu Dassia na Korfu pochodzą ze strony: www.corfu.hermes.com i są niezwykle nastrojowe. 

piątek, 16 października 2015

"Kicia Kocia w przedszkolu" - Anita Głowińska


Dzieci kochają Kicię Kocię. Jest coś bardzo optymistycznego i ciepłego w sposobie w jaki mała Kicia Kocia pomaga poznawać świat czytającym o jej przygodach dzieciom. Mała Zosia, do której powędrowały poprzednie książeczki od razu pokochała Kicię Kocię,  a czerwony traktor na długi czas stał się jej ulubionym środkiem lokomocji. 
Dzisiaj razem z Kicią Kocią spędzimy dzień w przedszkolu. Zosia także idzie do przedszkola, więc będzie się uczyła razem z Kicią Kocią, nieodłącznym Patkiem, Juliankiem i Adelką. Bo w przedszkolu wszystko toczy się swoim rytmem. 
Ale najpierw trzeba w domu umyć zęby, ubrać się i zjeść śniadanie. Zaraz po tym można zaczynać dzień.
A w przedszkolu zabawa i nauka. Dzieci śpiewają, bawią się na placu zabaw i wspólnie rysują pociąg. 
Ileż z tym uciechy!
Czas tak szybko biegnie, że już pora na obiad i powrót do domu.
Z Kicią Kocią już tak jest, mnóstwo zabawy, śmiechu i nauki. Proste zdania, łatwe do zapamiętania wyrazy, które dziecko z czasem może samo przeczytać i charakterystyczne ilustracje autorstwa Anity Głowińskiej. To wszystko sprawia, że dzieci i rodzice wracają do książeczek i cieszą się na wieść o nowych tomikach :)
A jutro z Kicią Kocią pojedziemy do Afryki pamiętając by po drodze każdemu powiedzieć "dzień dobry".

Z przyjemnością polecam.

Książeczkę "Kicia Kocia w przedszkolu" Anity Głowińskiej otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina


środa, 14 października 2015

"Wszystkie grzechy nieboszczyka"

A to jeden z sukcesów :)  "Wszystkie grzechy nieboszczyka wśród najchętniej wypożyczanych książek w 2014 roku. Galeria książki w Oświęcimiu.




"Nie ma takiego miasta" Tomasz Konatkowski

Po "Przystanku śmierć" i "Wilczej wyspie" przyszedł czas na "Nie ma takiego miasta" . 
Tytuł to fragment kultowej kwestii z "Misia" Stanisława Barei.
Co jakiś czas sięgam po kolejną książkę z cyklu z komisarzem Adamem Nowakiem, którego po prostu polubiłam. 
Tak jak polubiłam nie-teścia pana Żurka, ojca Kasi z jego miłością do Warszawy.
 Tym razem komisarz Nowak wyjeżdża do Londynu na szkolenie. Zwiedza miasto i uczestniczy w rozwikłaniu dwóch  morderstw: Dawida Kalinowskiego i jego siostry.
Gdy kończy się miesiąc pobytu komisarz wraca do Warszawy, a londyńska sprawa powraca.
To nie jest kryminał do szybkiego czytania, ba! momentami czułam się przygnębiona i nieco przytłoczona opisami piłkarskich i muzycznych fascynacji komisarza. Ale przecież i za to go lubię. 
Z wielu zdań przytoczę jedno, ale moim zdaniem ważne, może nie tyle dla fabuły co dla mnie jako czytelnika:
"Zabierz ze sobą tylko wspomnienia, pozostaw tylko ślady stóp, zabijaj tylko czas".( str.94)
A dla mnie czas teraz na "Bazyliszka"

wtorek, 13 października 2015

Słońce Kartaginy

Gdy byłam nastoletnią panienką fascynowałam się historią ze szczególnym wskazaniem na historię starożytną. Było to dość pożyteczne hobby przynoszące mi piątki z przedmiotów humanistycznych. Niestety Pitagorasa uwzględniałam tylko historycznie lekceważąc  jego  osiągnięcia zawodowe co mściło się dużo gorszymi ocenami z matematyki. Było minęło. 
W tamtych czasach pod wpływem osiągnięć profesora Michałowskiego i jego ekipy chciałam koniecznie zostać archeologiem i jeździć na wykopki. Archeologiczne, oczywiście. Najlepiej do Egiptu, albo do Grecji, I koniecznie zobaczyć Kartaginę.
Profesor Piotrowski, który nauczał historii w moim liceum potrafił bardzo obrazowo opowiadać o najazdach, walkach, wyprawie na słoniach i oczywiście Wandalach, którzy zapisali swą niechlubną kartę w dziejach. 
Dlatego gdy tylko nadarzyła się okazja w postaci wycieczki pojechałam zobaczyć Tunis i oczywiście Kartaginę. Żar lał się z nieba gdy wchodziliśmy na teren Nowego Miasta.




















A tak dla przypomnienia, z Kartaginą kojarzy się nam Hannibal - czasy szkolne :) Ten wybitny polityk wrócił do polityki w 196 roku p.n.e  i objął urząd sufeta. Wprowadził reformę finansów, forsował samowystarczalność gospodarczą Kartaginy. Niestety próba wyegzekwowania zobowiązań finansowych od plutokracji kartagińskiej skończyła się dla niego fatalnie. Oskarżony o knowania przeciwko Rzymowi musiał uciekać z Kartaginy w 195 roku p.n.e
Oj chyba wrócę do podręczników historii :)
Pozostałości Kartaginy oglądałam parę lat temu, nie wiem jak wyglądają teraz. Oby przetrwały.

niedziela, 11 października 2015

Sidi Bou Said - kolory spokoju

Dzisiaj wieje, w górach ma spaść śnieg, nic tylko przygotować koc i kubek gorącej czekolady, albo na chwilę zmienić aurę. 
Postawiłam na to drugie, otworzyłam plik ze zdjęciami z Tunezji i postanowiłam się podzielić pięknem Sidi Bou Said.
To tunezyjskie miasteczko powstałe w XV wieku za panowania Maurów jest również nazywane niebieskim miastem. Podobno mieszkańcy mają nakaz malowania domów na biało i na niebiesko, tak by nie zakłócić harmonii barw i wartości marketingowej miejsca, które przez wiele lat przyciągało artystów z całego świata. Tłumy turystów kłębią się na ulicach, każdy chce zrobić jak najwięcej zdjęć. Trudno mówić o spokoju :) A jednak z przyjemnością odwiedziłabym je ponownie, białe domy, niebieskość otoczenia, zieleń roślin - przebywanie w takim otoczeniu sprawia przyjemność. 

Bank także na niebiesko.

Wzgórze agaw
                                                         

Ruch i gwar na ulicy, przy której usytuowano sklepiki z drobiazgami dla turystów. 
Także tymi made in China ;)

Niebieskie drzwi zapraszają




Widok na góry Atlas












Wejście do lodziarni :)


Klasyka w Sidi Bou Said - niebieskie drzwi i okna, biel budynku i wykończenie z kamienia.