Przez kilka lat fotografowałam pomniki i szczególnie ciekawe epitafia. Robiłam to dla siebie, żeby nie zaginęło. Tak szybko wszystko się zmienia, w jakiejś chwili może się okazać, że grobu już nie ma, wyremontowany, napis zniknął.
sobota, 1 listopada 2014
Cmentarz parafialny w Oświęcimiu
Przez kilka lat fotografowałam pomniki i szczególnie ciekawe epitafia. Robiłam to dla siebie, żeby nie zaginęło. Tak szybko wszystko się zmienia, w jakiejś chwili może się okazać, że grobu już nie ma, wyremontowany, napis zniknął.
środa, 29 października 2014
Uroki jesieni
Tradycyjnie jak co roku w październiku dopadło mnie przeziębienie i zamiast grzecznie wymeldować się z mojego organizmu po przepisowych siedmiu dniach, siedzi dalej. Wyliczyłam, że w piątek dobijemy do dwóch tygodni wspólnej egzystencji. Nie powiem żebym się przyzwyczaiła, ale nawet przeziębienie ma swoje zalety. Przez kilka dni nie mogłam mówić, struny głosowe odmawiały posłuszeństwa, co za tym idzie nie mogłam także pracować. Należę do desperatów, którzy pracują w każdych okolicznościach, a tu nagle szlaban :)
Telefony - nie jestem miłośniczką rozmów telefonicznych, ale jak dzwoni to odbieram, tym razem odpuściłam.
Od kilku dni mówię, ale z chrypą - miałabym szanse w chórze gospel, chrypa znakomicie odstrasza wszelkie infocentra - myślą, że rozmawiają z babcią staruszką i wyłączają się po pierwszych moich słowach.
Po licznych porażkach lekowych, nic nie działało sięgnęłam po theraflu, pierwszy raz, za namową pani z apteki. Działa, ale w trochę dziwny sposób, po wypiciu szklanki kwaśnego paskudztwa do godziny staję się dziwnie pobudzona, nagle mam ochotę zrobić wszystko co się da, pranie, prasowanie, mycie okien, palenie w piecu, mycie podłogi - niepotrzebne skreślić. Plany mam wielkie i nic, ani nikt mi nie stanie na drodze. Działa do dwóch godzin, potem kapcanieję i marzę żeby się położyć i usnąć. W przyszłości na czarną godzinę będę trzymała saszetkę w apteczce.
Jesienne dni, całe szczęście, że jeszcze słoneczne skłaniają do lenistwa i korzystania z koca, gorącej czekolady i książki - nawet jeżeli nie koegzystujemy z wirusem :)A na zdjęciu grzyby spod brzózki, rosną sobie pięknie ciesząc oczy - jeden z uroków jesieni.
Zdrowia wszystkim życzę.
piątek, 17 października 2014
Polityką się nie zajmuję...
ponieważ tak czynne jak i bierne zajmowanie się polityką znacznie odbija się na moim samopoczuciu. Niestety czasem muszę. Nadchodzi czas wyborów no i pięknie. Płoty obwieszone, siatki uginają się pod wizerunkami jedynie właściwych kandydatów, a do skrzynek pocztowych trafiają oferty wyborcze. Będę szczera, zazwyczaj tego typu ulotki wrzucam do koszyka żeby w przyszłości spalić i nie zawracam sobie głowy listami pobożnych życzeń. Tym razem coś mnie podkusiło i przeczytałam.
Nowy kandydat na prezydenta, nie znam tego pana, ale nie szkodzi, possał ołówek i spisał listę życzeń. Miło by było gdyby najpierw zorientował się w stanie obecnym, zrobił jakieś otwarcie, remanent miejski. Nie żebym miała jakieś specjalne wymagania, ale:
1. O budowie nowego mostu, który rzeczywiście jest potrzebny mówi się od dłuższego czasu i myślę, że ktokolwiek stanie u władzy to prędzej czy później będzie się musiał z mostem zmierzyć. Nie ucieknie. Kwestia obwodnicy, wałkowana, pożyjemy, zobaczymy. W tym nie ma nic czego by nie napisał któryś z kontrkandydatów.
2.Monitoring osiedli mieszkaniowych oraz dróg. Strefa monitoringu się poszerza, coraz więcej miejsc jest nadzorowanych, i bardzo dobrze. Chwali się kandydatowi, że pamięta.
3.Budowa hali sportowej oraz białego orlika przy hali lodowej. Przypominam, że Biały Orlik w Oświęcimiu już jest, a co do hali sportowej... to są ogromne inwestycje, na które trzeba pozyskać pieniądze nie zapominając o tym, że jest już zaklepana część funduszy na remonty istniejących obiektów.
4.A i jeszcze zamrożenie podatków osobom fizycznym i obniżenie opłat za wywóz śmieci. STOP, czegoś nie rozumiem, jakich podatków? Jeżeli od nieruchomości to z czego kasa do budżetu miasta, jeżeli ogólnie podatków, to gratuluję śmiałości i dalekosiężnych planów. Wywóz śmieci, chętnie, ale jeżeli nie wyjdzie jakoś przeżyję płacenie dziewięciu złotych od osoby na miesiąc.
5. Ściągnięcie większej liczby inwestorów, rozwój, kapitał... itd... jak najbardziej.6.Więcej przedszkoli i żłobków pod zarządem miasta.
7. Zagospodarowanie Bulwarów nad rzeką Sołą, i coś o kładce, nie bardzo rozumiem o jakie przedłużenie chodzi, ale nie mam wyobraźni przestrzennej, muszę iść z obietnicą wyborczą w ręku nad Sołę. Od kilku lat Planty pięknieją, pisałam zresztą o nich w "Wyszedł z domu i nie wrócił". Spaceruję tam, robię mnóstwo zdjęć, część czeka jeszcze na zgranie i wrzucę. Piękne klomby, alejki, ławki, przystrzyżona trawa. W projekcie na przyszłość hotel w miejscu gdzie stała kamienica Haberfeldów, pole namiotowe, plac zabaw dla dzieci, park linowy. Jestem przekonana, że za kilka lat konsekwentnie zmieni się ten kawałek Oświęcimia. Kto będzie firmował te zmiany, zobaczymy.
8.Remonty i odnowa chodników, oczywiście popieram tego nigdy za dużo.
9. Otwarcie terenów po budowę nowych osiedli, domków, mieszkań socjalnych, etc. O tym można długo, papier wszystko przyjmie. Na Stawach buduje się sporo, w innych miejscach też. Jest nawet taki blok, dobra lokalizacja, w którym nadal jest sporo mieszkań do kupienia. Na wszystko są potrzebne pieniądze, ale jak ktoś chce to niech buduje.
10. I ostatni punkt programu, punkt bez którego nawet bym jednego zdania tego tekstu nie napisała. Brzmi on następująco:
Poszukiwanie inwestorów do budowy hospicjum i parkingów wielopoziomowych (pozyskanie na ten cel dofinansowania z UE).
Nie dość, że zestawienie w jednym zdaniu hospicjum i parkingów zgrzyta to jeszcze chciałabym nieśmiało przypomnieć, że w Oświęcimiu od kilku lat funkcjonuje hospicjum.
Lata temu byłam wiceprezesem Towarzystwa Miłośników Ziemi Oświęcimskiej. W czasie któregoś z zebrań były prezydent Oświęcimia Andrzej Telka opowiedział nam o marzeniu Augusta Kowalczyka, by w Oświęcimiu powstał pomnik. Ale nie taki pomnik, na który ludzie będą tylko patrzeć i grymasić, że mógłby być piękniejszy, Augustowi Kowalczykowi chodziło o postawienie pomnika, który służyłby ludziom. I tak Towarzystwo Miłośników Ziemi Oświęcimskiej i Towarzystwo Opieki Nad Oświęcimiem powołało Fundację Pomnik-Hospicjum Miastu Oświęcim. Wmurowanie kamienia węgielnego nastąpiło 27 stycznia 2000 roku. Mam zdjęcia z tamtego momentu. Po wielu latach ciężkiej pracy Pomnik-Hospicjum Miastu Oświęcim powstał. Oczywiście, że pieniądze są cały czas potrzebne, to nowoczesna placówka, której utrzymanie na pewno kosztuje sporo. Do jej powstania dołożyły się fundacje i osoby prywatne z wielu państw. I byłabym zobowiązana, gdyby osoba startująca w wyborach na urząd prezydenta miasta Oświęcimia miała o tym pojęcie. Chyba że zamierza budować coś nowego...
sobota, 11 października 2014
Cmentarz parafialny w Oświęcimiu
Imiona zakonne sióstr zawsze wprawiają mnie w zachwyt. Są pełne tajemniczości i romantyzmu.
Na cmentarzu parafialnym w Oświęcimiu mają swoje groby siostry serafitki. Poniżej kilka zdjęć.
Na cmentarzu parafialnym w Oświęcimiu mają swoje groby siostry serafitki. Poniżej kilka zdjęć.
środa, 8 października 2014
Katarzyna Zyskowska-Ignaciak "Wieczna wiosna"
Mijają dni, miesiące, lata, mija życie.
Łucja dawno temu zrezygnowała z artystycznych ambicji na rzecz zaspokajania potrzeb męża. Urodziła dwoje dzieci, prowadziła dom, od czasu do czasu udzielała się towarzysko. Wszyscy i wszystko było ważne, tylko nie ona. Aż nadszedł ten dzień, w którym znany jej świat stanął w miejscu, a ona oszołomiona musiała przyjąć do wiadomości, że ma raka. Czytając, wczuwając się w sytuację Łucji, pomyślałam, że każdemu w takiej chwili życzyłabym takiego lekarza jakim jest Leon. Empatycznego, życzliwego, pomocnego. Oswajającego chorobę i uświadamiającego pacjentowi, że przyszedł czas na zmiany. Cokolwiek by się później nie działo świadomość, że nie jest się osamotnionym w chorobie, która już z racji nazwy napawa lękiem to dużo, bardzo dużo. Zwłaszcza w sytuacji gdy mąż, lekarz, znany specjalista zachowuje się tak jakby choroba żony go nie dotyczyła. Zimny egoista nakierowany na własne przyjemności. Mąż, którego Łucja powinna była dawno temu zostawić, ale przecież dzieci...
A dzieci wspaniałe! Syn wprawdzie daleko, studiuje, ale córka blisko. Taka córka to podpora w każdej, nawet najbardziej dramatycznej sytuacji. Córka warta swej matki.
Łucja przechodzi przez pełne cierpienia etapy leczenia i jedyne czego pragnie to wolność i powrót w ukochane góry. Wyjeżdża do chaty w Murzasichlu, byłam i wiem jak tam pięknie, jak inaczej się oddycha wśród zieloności łąk, i w tej chacie zamieszkuje. W momencie gdy wydaje się jej, że już wszystko ma za sobą okazuje się, że jednak nie, coś, ktoś na nią czeka.
"W życiu piękne są tylko chwile", śpiewał Ryszard Riedel. Tak, ważne tylko byśmy tych naszych chwil nie przeoczyli czekając na coś ważniejszego, wydumanego, a często niewartego złamanego grosza.
Zapach powietrza po burzy, śpiew ptaków o poranku, tęcza między szczytami, rosa na trawie wiosną i pajęczyna utkana jesienią, ukradkowe spojrzenie kogoś kto patrzy tak jak nikt nigdy na nas nie spoglądał...
Przeczytajcie, to jedna z tych historii, które na bardzo długo pozostają w pamięci.
środa, 1 października 2014
Ałbena Grabowska "Stulecie Winnych, ci którzy przeżyli"
Dzisiaj skończyłam czytać Stulecie Winnych" i muszę przyznać, że przy ostatnich stronach miałam wilgotne oczy. Wzruszyłam się i to bardzo, może dlatego, że sposób narracji autorki przypomina mi opowieści snute przez moją Babcię i ciocię Zosię. Mnóstwo szczegółów, które nie nużą, a sprawiają, że opowieść nabiera głębi i wiarygodności.
Bez epatowania czułostkowością, Ałbena Grabowska wprowadza nas w świat rodziny Winnych mieszkających w Brwinowie pod Warszawą.
Rodzina to spora i zżyta ze sobą. Babcia Bronia, kobieta o złotym sercu spaja tę familię i dogląda, a gdy potrzeba to i synów skarci. Taka babcia to prawdziwy skarb.
Ale od początku.
W czerwcu 1914 roku rodzą się bliźniaczki Mania i Ania. W czasie porodu umiera ich mama Kasia, żona Stanisława. To zdarzenie zmienia tryb życia rodziny Winnych. Do syna wprowadzają się rodzice Bronisława i Antoni, są bardzo potrzebni, zwłaszcza, że Stanisław zachowuje się tak jakby nie do końca docierała do niego powaga sytuacji. Ania jest dużo słabsza od Mani, powoli bierze się do życia. Mamka Hela jest niezbędna, ale mocno uciążliwa dla domowników, zwłaszcza dla Andzi, dalekiej krewnej dziewczynek, która zajmuje się domem i gospodarstwem.
Wybucha pierwsza wojna światowa i swym zasięgiem poraża mieszkańców Brwinowa, wielu z nich nie przeżyje, a z tymi którzy powrócą wojna pozostanie na zawsze.
Dziewczynki będą powoli dorastały, rozmiłowane przez babcię Bronię w czytaniu i nauce. Zwłaszcza zdolniejsza Ania z czasem trafi pod skrzydła Stanisława Lilpopa, w późniejszym czasie teścia Jarosława Iwaszkiewicza. I życie będzie się toczyć, aż do ostatniej strony powieści zatrzymując się na wybuchu drugiej wojny światowej.
Myślę, że w przybliżeniu sylwetek znanych, związanych z Brwinowem i Podkową Leśną osób tkwi dodatkowy urok książki.
Stanisław Lilpop oglądający z małą Anią albumy pełne zdjęć zrobionych na Czarnym Lądzie, dom Iwaszkiewiczów w Stawisku, Tadeusz Wierusz-Kowalski - dyplomata z zapałem meblujący nowy dom i wielu, wielu innych, znanych i mniej znanych.To oni sprawiają, że historia rodziny Winnych umiejscowiona w czasie i przestrzeni toczy się swoim trybem i w żadnym fragmencie nie razi sztucznością, czy przerysowaniem postaci.
Książka, którą trzeba przeczytać, a przy okazji czytania warto pomyśleć także o swoich najbliższych i przy najbliższej okazji porozmawiać o tym co było i już nie wróci, a stanowi o przetrwaniu rodziny. To przeszłość i pamięć o tych którzy odeszli, dla tych którzy przeżyli.
środa, 24 września 2014
Antoni
Cały dzień ciężko pracowali. Hanna cieszyła się na ten remont, od tak dawna odkładała pieniądze na farby, na nową podłogę do kuchni, już dość miała poprzecieranego na trasie jej codziennej wędrówki linoleum.Kto to teraz w kuchni kładzie linoleum? Nie to co kiedyś, cieszyli się, przymierzali, gości zaprosili. Kiedy to było? Lata temu, jeszcze stary żył.
A nie żyje już od ponad dwudziestu lat.
Ona też niemłoda, osiemdziesiątka na karku, ale dzisiaj czuła się wyjątkowo radosna i potrzebna. Jej chłopcy od tygodnia malowali pokój za pokojem, potem przyszedł czas na łazienkę, kuchnię i przedpokój. Z jaką przyjemnością patrzyła na pracę synów, Jacek i Piotrek szybko zabrali się do roboty, po południu prosto z pracy przyjeżdżał najstarszy wnuk Marek. Robota aż mu się w rękach paliła. A ona jak jaka królowa siedziała w najmniejszym pokoiku, już wymalowanym, robiła chłopcom kawę i kanapki podśpiewując pod nosem:
Święty Antoni, Święty Antoni,Serce zgubiłam pod miedzą,
Ach co to będzie Święty Antoni,
Jak się sąsiedzi dowiedzą...
Taką jej to śpiewanie przyjemność sprawiało, że zaczęła z lekka zaciągać, tak jak Antoni, gdy mu się młodość i dom rodzinny przypominały.Jakże on lubił tę Ordonkę! Aż zazdrość ją brała!
W odświętne niedziele otwierał gramofon, sadowił się w fotelu i z przymkniętymi oczami słuchał głosu sprzed lat:Noce takie są upalne,
Że słowiki spać nie dają
A przez okno do mej izby jakieś strachy zaglądają...
Hanna potrząsnęła głową budząc się z zamyślenia. Nic jej teraz po wspomnieniach, lepiej oczy nacieszyć śnieżną białością ścian. Uprane firany pachniały solą i wiatrem, lniane zasłony sztywno pilnowały okien. Hanna wykąpała się, włosy umyła, zakręciła na wałki, dalej używała ciężkich metalowych, nie umiała przestawić się na te nowomodne plastikowe, albo te zakrętasy z gąbki. Wnuczka ją namawiała, ale w kwestii zakręcania włosów na wałkach Hanna była stanowcza.
Z przyjemnością wsunęła się do świeżej pościeli, sięgnęła po leżące na nakastliku okulary i książeczkę do modlenia.Z dala doszedł do niej przyciszony dźwięk, to jej Antoni śpiewał ulubione zwrotki:
Przecież to nie moja wina,
Tak mi serce kołatało,
Tą ciemnością przestraszone,
Jakby z piersi uciec chciało.
No i jakże się tu dziwić,
Że zbłądziłam, ach zbłądziłam,
I pod miedzą Michałową,
Biedne serce, że zgubiłam.
Zgubiliśmy je oboje,
Wśród rumianków i wśród mięty,
Lecz ty tego nie zrozumiesz,
B to sprawy nie dla świętych...
Noce takie są upalne...
Antoni?
sobota, 20 września 2014
Lektura na niedzielę
Ach te niegdysiejsze czasy! Kupując dzisiaj Zwierciadło przypomniałam sobie dawne lata, gdy systematycznie kupowaliśmy do domu gazetę codzienną, Przyjaciółkę, Kobietę i życie, Przekrój, Mówią Wieki i właśnie Zwierciadło. I jeszcze miesięczniki poświęcone podróżom, tytuły uleciały z pamięci. A i Politykę obowiązkowo...
I mnóstwo innych gazet i mnóstwo książek...
A dzisiaj dużo skromniej, ale do Zwierciadła wrócę z przyjemnością. Felieton Anny Janko, wywiad z Krzysztofem Vargą, dużo, bardzo dużo kultury i przyjemnego czytania.
A tak przy okazji :) Zaczęłam czytać "Stulecie winnych ci, którzy przeżyli".
Niedługo o nim napiszę.
I mnóstwo innych gazet i mnóstwo książek...
A dzisiaj dużo skromniej, ale do Zwierciadła wrócę z przyjemnością. Felieton Anny Janko, wywiad z Krzysztofem Vargą, dużo, bardzo dużo kultury i przyjemnego czytania.
A tak przy okazji :) Zaczęłam czytać "Stulecie winnych ci, którzy przeżyli".
Niedługo o nim napiszę.
środa, 17 września 2014
Nie lubię kotów - Katarzyna Zyskowska - Ignaciak
Nie lubię kotów... hmm, ja lubię koty, dlatego zaintrygowana tytułem sięgnęłam po książkę i w ciągu paru godzin przeczytałam. Ciężko mi się ją czytało, ale jednocześnie nie mogłam się od niej oderwać hipnotyzowana przez depresyjnych bohaterów, dla których najważniejsze są: sex, dragi, alkohol i iluzoryczne wspomnienia. I zadawałam sobie pytanie czy właśnie takie jest pokolenie trzydzieści plus? Całe, bez wyjątku? Jeżeli tak, to serdecznie współczuję.
Spotkanie autorskie, całe w "ą"i "ę", elita, socjeta, ci wszyscy, którzy chcą się za darmo napić i coś przekąsić. Wśród tego anonimowego tłumu sześć osób, które z różnych przyczyn spotkały się w tym miejscu. Podobno są przyjaciółmi.
Dagmara przyjść musiała - jest autorką zachwalanej powieści.Była pracownicą agencji reklamowej, która przejechała się na własnej szczerości. Pracuje w call center i usiłując zapomnieć pamięta coraz intensywniej. Pracuje żeby kupić prezenty dziecku, myśląc, że prezenty zastąpią brak czasu i chęci na obcowanie z kimś kto tak bardzo przypomina tamtego. Teraz Dagmara jest Dagmą i koniecznie chce wejść do tego towarzystwa, które jej tak imponuje.
Malina - przyszła, bo tak wypada. Siedzi w domu całymi dniami kompletnie pogubiona, a jedyne na co nie narzeka to brak pieniędzy. Istota ulepiona z pozorów. Czy powtórzy drogę własnej matki?
Konrad - on się stara. Życie na pokaz, zdominowane wspomnieniem i w jakimś stopniu samoudręczeniem.
Daniel - jak wielu przed nim i jak wielu po nim, robi karierę. Zalicza panienki, szpanuje, imponuje i marnuje życie z nonszalancją godną lepszej sprawy. Brat Karoliny.
Karolina - ma mniej pieniędzy niż reszta, i jest to czasem problem. Jej ojciec umiera na raka, a Karolina umiera razem z nim. Boi się życia i konsekwencji, czasami nieprzewidzianych, które by zmieniły tę w sumie nudną egzystencję.
Wojtek - mąż Maliny. Nie miał lekko, bo z niebogatej rodziny był. A zawsze chciał więcej i więcej. To i dostał. Pracuje w Hamburgu na dom, drogie ciuchy, drogą szkołę dla syna (biedne dziecko swoją drogą). I stara się wykroić jakiś kawałek tortu dla siebie. Kawałek tortu pachnie piżmem i nie ma obiekcji.
I cóż, takie jest życie.
Nie wrócę już do tej książki, chociaż warto było ją przeczytać. Ale gdy już przebrnęłam przez ten bezmiar cynizmu, snobizmu i zadufania w sobie poczułam, że mam dość. Niech się te niby elity kotłowacą we własnym światku, przekonane o swojej wyższości. Jakoś nie zazdroszczę.
A książkę polecam, naprawdę warto czasem wejść dobrowolnie pod zimny prysznic.
poniedziałek, 8 września 2014
Dziesięć książek, które...
Na Facebooku trwa nowa zabawa, wskaż dziesięć najważniejszych dla siebie książek. Tylko dziesięć? - protestuję. To tak mało, ale z drugiej strony liczba to rozpasana, bo już kiedyś musiałam wybierać tylko trzy. To był dopiero kłopot.
Czytam od tylu lat, zaczęłam jak miałam pięć, jakoś tak samo poszło i nigdy nie spisywałam przeczytanych książek uważając, że zapamiętam. Nie przewidziałam, że przyjdzie czas na koleżankę sklerozę i niniejszym oświadczam, że przeczytane książki spisywać będę. Na dowód, że cokolwiek w życiu przeczytałam. A czytam dużo, a nawet bardzo dużo. Staram się nie czytać na siłę - zauważam, że teraz taka dziwna moda panuje wśród czytających, niektórzy uważają, że muszą się poświęcić i przeczytać ich zdaniem kiepską książkę by o jej kiepskości poinformować grono mniej lub bardziej zainteresowane. Nie szkoda oczu i tego czasu co ucieka, zwłaszcza, że nie każda książka dla każdego. Czasami czytelnik musi się z książką spotkać w tym jednym miejscu i o jednej porze - wtedy zaiskrzy. Ale miało być o tych najważniejszych i jedynych, dzisiaj, teraz. Za jakiś czas ten ranking zapewne ulegnie zmianie.
A dzisiaj postanowiłam opowiedzieć o książkach, które z różnych względów uważam za ważne.
1. Joachim Lis detektyw dyplomowany - Ingemar Fjell. Przeczytałam go jako dziecko i od czasu do czasu do niego wracam traktując Joachima jak najbliższego przyjaciela i zazdroszcząc Fjellowi stworzenia postaci,
która moim zdaniem się nie starzeje. Joachim Lis to przedstawiciel szwedzkiej literatury dziecięcej, znakomitej, niosącej treści edukacyjne wśród śmiechu i zabawy.
2. Pan Samochodzik, zaczynając od Wyspy Złoczyńców" -
to nie była bajeczka dla grzecznych dzieci, kończąc na Tajemnicy tajemnic. To właśnie od "Pan Samochodzik i tajemnica tajemnic" zaczęła się moja fascynacja naukami tajemnymi, które przecież mieszczą w sobie swojską chemię i fizykę, z których to przedmiotów obrywałam regularnie pały, a trójka była osiągnięciem na miarę Nobla. Nie zapomnę stwierdzenia mojego profesora fizyki, super sympatycznego pana: "A ty Mejzówna mogłaś mieć u mnie cztery". Ja? Myślę, że jednak wątpię, ale fascynacja pozostała.
3."Klub włóczykijów czyli trzynaście przygód stryja Dionizego" Edmund Niziurski.
Klub włóczykijów jest reprezentantem całej twórczości Niziurskiego. Ja Go uwielbiam i uważam, że właśnie Jego książki sprawiły, że nadal jestem ciekawa co się w życiu wydarzy. Jest takie opowiadanie "Szkielet" zawarte w tomie "Trzynasty występek", tam władza i ta milicyjna, to kapral Trzynoga i szkolna - matematyk Dziadzia wykazują ludzkie uczucia. Szkielet jest dla mnie ważny.
4."Lesio", nadal i niezmiennie od lat.
Potrzeba śmiechu jest w człowieku ogromna, śmiechu pełnego życzliwości. I oczywiście bo nie może być inaczej "Zwyczajne życie" i "Większy kawałek świata", "Wszystko czerwone" i "Dzikie białko". Prawdę mówiąc nigdy nie przekonałam się do książek pani Joanny związanych z wyścigami, to dla mnie obcy świat i obca pasja.
5."Stulecie chirurgów" Jurgen Thorwald. Tak samo jak "Triumf Chirurgów" i "Stulecie detektywów" ta książka zdecydowała o moim zainteresowaniu historią medycyny
. Z wypiekami na twarzy czytam biografie ludzi, którzy dzięki swemu poświęceniu i uporowi zmienili świat. Dzięki nim jesteśmy bezpieczniejsi, a jednocześnie bardziej wymagający. I zastanawiam się co powiedziałby Koch pochylony nad próbkami laboratoryjnymi, głodny, zziębnięty, skupiony na jednym, co powiedziałby na temat dominacji koncernów medycznych i drenowania kieszeni pacjentów, którzy wierzą, że nowy lek masowo reklamowany w telewizji pomoże na wszystkie schorzenia.
6."Emancypantki" Bolesław Prus -
czytam zawsze gdy jestem bardzo chora, leżę w łóżku i potrzebna mi jest proza Prusa. Czytam naprzemiennie z "Lalką" - nie akceptują dalszych ciągów dopisywanych żeby wyjasnić to i owo. Dla mnie Norski na zawsze pozostanie hultajem.
7."Trzej muszkieterowie" Aleksander Dumas - zawsze miałam słabość do mrocznego Atosa.
Fascynacja prozą panów Dumas nadal trwa i przeszła w fascynację powieściami Perez-Reverta - uwielbiam "Klub Dumas" - tę pełną pułapek szaradę.
8. "Antykwariusz" Aleksander Buszkow - początek trylogii doskonały sam w sobie.
Dostałam w nim wszystko to co cenię. Inteligencję fabuły, wielowymiarowość postaci, które tylko pozornie są takie proste do zdefiniowania, zabawę słowem, oraz grę z czytelnikiem, z największą przyjemnością szukałam odwołań i skojarzeń z dziełami literackimi, które już kiedyś czytałam.
9."Gottland" Mariusz Szczygieł - doskonałość krótkich form i umiejętność przekazania informacji i emocji.
Konsekwencją fascynacji Gottlandem jest moje odczytanie "Czerwonego kapitana" Dominika Dana. Ta książka znajdzie się na pewno w pierwszej piątce kryminałów przeczytanych w tym roku.
10."Zbrodniarz, który ukradł zbrodnię" Krzysztof Kąkolewski.
Kryminał milicyjny, moja pasja, dziedzina, w której czuję się dobrze i na miejscu. Ta książka to klasyka, a mnie nieodmiennie wzrusza los Księżniczki.
Dziesięć książek, mało, bardzo mało, natrętnie dobijają się następne tytuły.
Myślę, że ciąg dalszy nastąpi.
sobota, 6 września 2014
Iwona Banach - Lokator do wynajęcia
Ludzie imają się różnych profesji by przeżyć. Z lokatorem do wynajęcia spotkałam się pierwszy raz i uważam, że pomysł jest świetny. Tak samo jak pewien właściciel domu w Zakopanem wolałabym profesjonalnego lokatora niż zobowiązanie długoterminowe polegające na wynajęciu domu.
Zwłaszcza jeżeli w tym domu straszy i to na potęgę. Straszenie nasila się w czasie burzy i wtedy najlepiej usunąć się poza zasięg tasaków, maszynek do mięsa, noży i szerokiego wachlarza innych narzędzi kuchennie użytecznych. Latają bez opamiętania. Mało kto pamięta kiedy to się zaczęło, ale wystarczyło by dom zyskał złą sławę.
W tym właśnie domu mają przez jakiś czas mieszkać Miśka i Noldi - sympatyczni, młodzi ludzie nie związani uczuciowo.
Nie upłynie dużo czasu, gdy zaczną pytać na co im to było.
Misiek z Krupówek w stanie wskazującym na spożycie plątający się tam i ówdzie, denat niezidentyfikowany i taka jedna, której wszyscy mieli dość i na pewno ktoś miał wobec niej daleko idące plany.
A i zapomniałabym o dwóch siostrach Belli i Ninie jak z powieści braci Grimm trochę strasznych i mających własne tajemnice, oraz kuzynkę Maryśkę, matkę miejscowego policjanta. Do tego półgłówek z Krakowa pełniący rolę detektywa, żal mi było nieszczęśnika, bo wiedziałam, że wmieszał się w niezłą kabałę.
Co z tego wyniknie? I kim jest stolarz pojawiający się bladym świtem w strasznym domu? Przeczytajcie, to znajdziecie odpowiedź.
Humor sytuacyjny powiązany z humorem słownym sprawia, że książkę czyta się ze łzami w oczach. Łzami ze śmiechu oczywiście :)Polecam zamiast antydepresantów :)
wtorek, 26 sierpnia 2014
Jesień życia
Bardzo lubię komisarza Kazimierza Jodłę z "Wszystkich grzechów nieboszczyka".
Był szczupły, ale na wikcie Bożenki zaokrąglił się, był nieco nieśmiały, ale po wszystkich perypetiach i jakim takim ułożeniu sobie życia poczuł wiatr w żaglach. Pracuje nadal w tym samym komisariacie, współpracownicy ci sami, Bożenka zmienia pracę.
Komisarz Jodła wróci w opowiadaniach "Komisarz Jodła na tropie"Dzisiaj fragment jednego z nich.
"Komisarz Jodła od rana miotał się miedzy dyżurką, a pokojem komendanta, emanując po drodze niecodzienną wściekłością. Wszyscy schodzili mu z drogi, niepewni czy nagłe i niespodziewane pogorszenie humoru wynika z przyczyn zewnętrznych, czy - co było także możliwe - wewnętrznych. Po godzinie miotanie komisarza odrobinę sklęsło i można było przystąpić do wykonywania rutynowych czynności służbowych.
A mieli co robić! Nie wnikając już w przyczyny porannych zawirowań aspirant Kulik podsunął szefowi listę najważniejszych spraw czekających na wyjaśnienie.
Napad na starszego pana przy bankomacie, sprawa mało skomplikowana. Emeryt Zdzisław Pietruszka wypłacał pieniądze z bankomatu przy banku.W prawej ręce trzymał kartę z nieodłącznym numerem PIN, w lewej reklamówkę z chlebem, ćwiartką i kiełbasą w folii, zakupione w pobliskim nocnym. Wokół ani żywej duszy, któż to idzie po pieniądze po dwudziestej pierwszej. Wprawdzie emeryt się tłumaczył, że zapomniał, potrzebował na rano, bał się, że nie zdąży i tym podobne wymówki, ale jednak mógł pomyśleć co robi. Nie pomyślał, w związku z tym podszedł do niego taki jeden, niski, chudy, odziany w kominiarkę z rajstop czarnych 40 den i wyskrzeczał nieudolnie: - ręce do góry!, tak jak to widział na filmach, po czym kazał ręce opuścić. Nie mógł dosięgnąć do karty i numeru PIN. W ręku sprawca trzymał nóż kuchenny, z tych kolorowych co sprzedają na bazarze, aspirant zastanawiał się czy czasem nie tępy, wtedy nie byłoby zagrożenia. Ale reasumując: sprawca wypłacił sobie z konta emeryta tysiąc złotych. Dobrze, że tylko tyle, więcej bankomat nie puścił. Aspirant uzyskał z banku zdjęcia przedstawiające sprawcę, monitoring działał, a emeryt nie kłamał. Więcej, z klawiatury udało się wyodrębnić na stosownych klawiszach z liczb PIN znajome linie papilarne. Należały do Marii K. notowanej za wielokrotne używanie przemocy, także wobec własnego męża.
Aspirant oparł się o biurko komisarza i nie odrywając oczu od notatek dokończył: - wysłałem chłopaków na przeszukanie i niech zlokalizują kobietę. Może jeszcze coś z tej kasy zostało.
- Wierzysz w to? Przecież ona już na pewno wszystko przepuściła, łatwo przyszło, łatwo poszło - podsumował Jodła i wstał zza biurka, miał ochotę na kawę jak siekiera.
- Żeby to już Marzenka wróciła, co to za robota bez niej - westchnął od serca i prztyknął czajnik.
- Co prawda, to prawda, ale ma dziewczyna ambicje, podkształcą ją w tym Szczytnie, wytrenują. A potem wróci.
- Oby Tomek, oby. Co my tam jeszcze mamy? Coś grubszego czy same michałki?
- Michałki mogą poczekać, nic ważnego, ale jest taka sprawa... - aspirant łypnął na Jodłę, który rozpogodzony zalewał właśnie kawę.
- Też chcesz?
- Zrób.
Jodła sięgnął po granatowy kubek i hojną ręką wsypał dwie łyżeczki zmielonej kawy, prztyknął czajnik ponownie, żeby woda zawrzała, zalał i podał podwładnemu, który w stanie lekkiego osłupienia przyglądał się poczynaniom szefa tak zawsze nieskorego do tego rodzaju czynności."
środa, 23 lipca 2014
Bo mój dziad w Monte Carlo...
"W Lesiu działał straceńczy duch, ale także kolejka wypitych w barze rybnym klinów. Panująca wokół atmosfera nasunęła mu na myśl różne skojarzenia. Oczyma duszy ujrzał salony gry, stosy banknotów na stołach, rozpalone twarze, usłyszał brzęk złota, okrzyki krupierów... Monte Carlo!...
- Mój dziad fortunę w Monte Carlo...! - pomyślał dumnie.
Myśl jednak urwała się nagle, w żaden sposób nie umiał się zdecydować na jakiś czasownik. Co też ów dziad z fortuną w Monte Carlo zrobił?... Stracił?... Przepuścił? Roztrwonił?... Równie dobrze mógł zyskać. Trochę niemiłe było także to, że w ogóle nie mógł sobie przypomnieć żadnej fortuny w rodzinie, nawet sięgając pamięcią do pradziada."
![]() |
| Budynek Casino Monte Carlo - zdjęcie Wikipedia |
Kiedyś przyznałam się, że "Lesiu" jest tą książką, do której wracam często i z upodobaniem. Na smutki, na dołek, na załamanie pogody i złośliwość ludzką czytanie "Lesia" działa na mnie jak najlepszy antydepresant.
W latach, gdy po raz pierwszy ukazała się książka, rozważania Lesia Kubajka związane z pozyskaniem bądź utratą fortuny w Casino Monte Carlo musiały brzmieć nieco egzotycznie, acz na pewno kusząco. Dlatego zawsze chciałam zobaczyć Monte Carlo i chociaż raz usłyszeć rien ne va plus!
I skorzystałam z pierwszej nadarzającej się okazji. A potem planując wyjazdy do Hiszpanii ( nie byłam taka hej do przodu, by podróżować z samochodem lub z plecaczkiem i gdzie oczy poniosą) zawsze sprawdzałam, w którym kraju przypada czas dłuższego, trwającego sześć godzin postoju. Wybierałam, co oczywista Monaco. Dzięki takiej taktyce udało mi się zwiedzić naprawdę wiele miejsc, a nie tylko popatrzeć na nie z daleka. Z tych wymarzonych czeka jeszcze Muzeum Napoleona ulokowane w budynku pałacu - boczne wejście, ale od frontu i z daleka widoczne.
Ale wracając do sprawy, czyli do hazardu.![]() |
| Zmiana warty przed pałacem książęcym. Zdjęcie zbiory własne |
Wracałyśmy z koleżankami z Hiszpanii zmęczone podróżą i wszechobecnym upałem, a mijając Niceę marzyłyśmy o kawie w Monte Carlo i wypoczynku w parku. Gdy przyjechaliśmy, kierowca zatrzymując się byśmy tylko wysiedli, odjechał na z góry upatrzone pozycje (opłaty za parking bardzo wysokie, bardziej opłaciło mu się zawrócić i zrobić sobie przerwę na terytorium Francji), a my spacerowym krokiem podążyłyśmy w kierunku nadbrzeża portowego. Kawiarenki zaczynały przyjmować pierwszych gości, kelnerzy krzątali się zapraszająco wokół rattanowych stolików i foteli, więc wybrałyśmy miejsce z widokiem na piękny jak z filmu o Bondzie jacht (biała skóra, mahoń, złote wykończenia odbijające promienie słońca) i zamówiłyśmy kawę. Chwilo trwaj...
Ciszę przerwała Stasia.
![]() |
| Widok na port. Zdjęcie zbiory własne. |
Ciszę przerwała Stasia.
- Nigdy w życiu bym nie przypuszczała, że będę piła kawę w Monte Carlo! Nigdy, a już na pewno nie wtedy, gdy przywoziłam ciuchy z Turcji i ten dywan złożony na cztery, bo ze zrolowanym nie wsiadłabym do autobusu. A potem pociąg... Kilka dni jazdy, trzeba było sobie radzić, a tu bach, widok jak z filmu, samochody jak z filmu, palmy i kasyno!
Na słowo kasyno ożywiłyśmy się wszystkie i postanowiłyśmy sprawdzić czy dopisze nam szczęście w grze. Pogmerałyśmy w portmonetkach i zrobiłyśmy zrzutkę przeznaczając na zdrożne uciechy całe trzydzieści franków. Rzecz działa się w czasach, gdy jeszcze obowiązywały franki. Powoli dopiłyśmy kawę, uroczy kelner zrobił nam pamiątkowe zdjęcie i poszłyśmy w kierunku majestatycznego Casino Monte Carlo.
Było jeszcze zamknięte, a druga kawa bezpośrednio po pierwszej wydawała się nam przesadą dlatego postanowiłyśmy zaczekać w pobliskim parku.
![]() |
| Ławeczka przy bocznym wejściu do kasyna. Zdjęcie zbiory własne. |
Wokół kłębił się tłum, wycieczki z Japonii - żółte parasolki, niemieccy turyści, nowobogaccy Rosjanie okupujący stoliki w Cafe de Paris. Ulicą przejeżdżały samochody marzeń - Ferrari, Porsche, odkryte dachy, błysk czerwieni, wszystko działo się tak szybko, że trudno było zrobić zdjęcie i nie wpaść pod któryś z nich.
Wreszcie portier otworzył drzwi, a my weszłyśmy do jaskini hazardu. Niestety zamiast krupiera we fraku i stołów do ruletki czekały na nas stanowiska do gry na jednorękich bandytach :) Wprawdzie w historycznym otoczeniu - egzotyczne drewna, kryształowe żyrandole i bordowy plusz, ale to już nie było to. Niemniej miałyśmy do stracenia trzydzieści franków i straciłyśmy je co do centyma, słysząc za plecami brzęk wsypujących się do kubełka monet. Ktoś wygrał
![]() |
| Zdjęcie pochodzi ze strony Johnny Jet.com. W czasach gdy byłam w kasynie trzeba było przy wejściu oddać aparaty fotograficzne. CDN... |
sobota, 12 lipca 2014
Najprostsze jest najlepsze
Gdybym kiedyś musiała udać się na bezludną wyspę, miałabym dylemat. Bo wiadomo, jak bezludna wyspa to jedna książka, a nie pięć, dziesięć, pięćset i w górę. Rozwiązaniem byłby czytnik, ale czytnik to nie książka, to sprzęt służący do określonego celu - czytania.
Prowadzę takie nieco abstrakcyjne rozważania ponieważ, gdy już przewertuję w pamięci mnóstwo tytułów, patrzę na książki, które leżą na ławie. Zawsze są ze mną, od lat. Jedna to "Jak przestać się martwić i zacząć żyć" Dale'a Carnegi jedyny poradnik jaki czytam, z roku na rok utwierdzając się w przekonaniu, że dobrze wybrałam, a druga książka, a tak naprawdę książeczka mała, różowa to "Prawa Murphy'ego" Artura Blocha. Tak więc nie zabiorę Biblii, ani "Mistrza i Małgorzaty", czy "Przeminęło z wiatrem", ani żadnej innej literatury powszechnie uważanej za ponadczasową, tylko takie niepozorne co nieco z życia, które sprawia, że nadal się uśmiecham i mam dystans do wielu spraw.
Prawa Murphy'ego pojadą ze mną dokądkolwiek na gapę.
I tak przy okazji:
Mało znane siódme prawo Newtona:
Bezpieczniej jest mieć ptaka w ręku niż nad głową.
Prawo Kerr-Martna
1. Zajmując się swoimi własnymi problemami, ludzie są ekstremalnymi konserwatystami.
2. Zajmując się problemami innych ludzi, są ekstremalnymi liberałami.
I na koniec komentarz Churchilla o człowieku:
Człowiek czasami potyka się o prawdę, ale w większości przypadków podnosi się i idzie dalej.
Trudno się nie zgodzić.
sobota, 28 czerwca 2014
Oświęcim - zdjęcia
Oświęcim to wyjątkowo zielone i ukwiecone miasto. Jeszcze przede mną mnóstwo zdjęć, zwłaszcza, że rabaty w wielu miejscach pokryły się fioletem i pachną oszałamiająco - mamy może nie pola, ale poletka lawendy w mieście. Wyjątkowo urokliwe.
Poniżej kilka ostatnich zdjęć:
Poniżej kilka ostatnich zdjęć:
| Ulica Górnickiego i widok na tak zwaną "górkę" |
| Początek ulicy Krasickiego dawniej Chrzanowska. |
| Aleja prowadząca na cmentarz parafialny, po prawej stronie ogrodzenie zabudowań klasztornych sióstr Serafitek. |
piątek, 27 czerwca 2014
Prawa Murphy'ego - Trzecie Prawo Chisholma
Dzisiaj wyjątkowo pasujące do wielu sytuacji trzecie prawo Chisholma"
Wnioski:
A na dokładkę wyjątkowo trafne Prawo Scotta:
Wszystko co idzie źle, sprawia wrażenie, że idzie dobrze.
I wiodące prawo Murphy'ego
Jeżeli COŚ może się nie udać, to się nie uda!
I tym optymistycznym akcentem kończę tydzień. Jutro sobota, od poniedziałku, a może od niedzieli :) nowy tydzień, zakładam, że będzie dobry i tego założenia będę się trzymała.
Wszystko co powiesz, zostanie przez innych ocenione zupełnie sprzecznie z twoimi intencjami.
1. Jeśli wyjaśnisz sprawę tak jasno, że wykluczysz jakąkolwiek możliwość jej niezrozumienia, na pewno znajdzie się ktoś, kto i tak zrozumie cię opacznie.
2. Jeśli zrobisz coś, o czym jesteś przekonany, że spotka się z ogólną aprobatą, zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie myślał inaczej.
3. Wszelkie wysiłki podjęte w celu wprowadzenia tego zamiaru w życie i tak spełzną na niczym.A na dokładkę wyjątkowo trafne Prawo Scotta:
Wszystko co idzie źle, sprawia wrażenie, że idzie dobrze.
I wiodące prawo Murphy'ego
Jeżeli COŚ może się nie udać, to się nie uda!
I tym optymistycznym akcentem kończę tydzień. Jutro sobota, od poniedziałku, a może od niedzieli :) nowy tydzień, zakładam, że będzie dobry i tego założenia będę się trzymała.
wtorek, 10 czerwca 2014
Mariusz Szczygieł "Gottland"
Po długiej przerwie znowu sięgnęłam po "Gottland" i mimo, że gdzieś w zaułkach pamięci przechowywałam opisane historie to i tak, czytając je czułam się jakbym odkrywała nieznany mi świat.
Gdy mówimy czy piszemy o historii krajów, jest to zazwyczaj historia pisana z wielkiej litery, w skali makro, a jednostka jest tylko mikrym trybikiem potężnej maszyny. Inaczej rzecz cała wygląda, gdy spojrzymy od strony jednostki i pochylimy się nad światem mikro. Czy się to komuś podoba czy nie, te światy są nierozerwalnie połączone i wpływają na siebie.
Bierność, podporządkowanie, obawa, że nawet najbliższym nie można ufać. Narastające stany lękowe i niechęć do zmierzenia się z prawdą. Sytuacje z pogranicza groteski, a jednak do bólu prawdziwe. Mnie zszokowało, że ludzie nadal nie chcieli opowiadać o wydarzeniach, które miały miejsce kilkadziesiąt lat temu. Nadal nie chcieli być łączeni z niewygodnymi tematami.
Woleli milczeć.To książka ( zbiór reportaży właściwie) którą warto przeczytać.
Mnie najbliższa jest historia rodziny i Zakładów Baty.
Główna fabryka Baty mieściła się w Zlinie, ale Bata posiadał także zakłady w terenie. Jeden z nich Polska Spółka Obuwia Bata SA został wybudowany w Chełmku w 1932 roku - to blisko Oświęcimia. W Oświęcimiu wiele lat prosperowała Garbarnia związana z Zakładami Skórzanymi "Chełmek".
Bata stawiał na taśmową produkcję obuwia, tak by z taśmy schodziła jak największa ilość butów.Po wojnie zakłady zostały znacjonalizowane - 1947 rok i nadal prosperowały i produkowały obuwie dobrej jakości.
Mój dziadek miał ulubioną parę chełmkowskich sandałów, o ile dobrze pamiętam parę podwójną, były bardzo wygodne.
Kilka osób z mojej rodziny w Chełmku przepracowało wiele lat.
A w 2012 roku w ramach Nocy Muzeów można było zwiedzić dawne hale produkcyjne.
Buty już nie schodzą z taśmy, zakład w upadłości. Żal.
środa, 4 czerwca 2014
Taki sobie ślimak :)
Ślimak, ślimak, pokaż rogi, dam ci sera na pierogi.
Gdy byłam małym dzieckiem moja babcia tym powiedzonkiem potrafiła sprawić, że jadłam bez marudzenia.
Przypomniało mi się ono przy okazji fotografowania ślimaka.
Siedział sobie w trawie, cały zadowolony, to go utrwaliłam.
A na końcu ślimak schował się w domku :)
Gdy byłam małym dzieckiem moja babcia tym powiedzonkiem potrafiła sprawić, że jadłam bez marudzenia.
Przypomniało mi się ono przy okazji fotografowania ślimaka.
Siedział sobie w trawie, cały zadowolony, to go utrwaliłam.
środa, 28 maja 2014
Książki sprzed lat
Ledwie wczoraj pisałam dla portalu Książka Zamiast Kwiatka krótkie wspomnienie o książkach z dzieciństwa. I jak to w takich przypadkach bywa ruszyła lawina wspomnień. Dzisiaj nie wytrzymałam i zaczęłam robić książkowy remanent, całe szczęście, że po ostatnich porządkach bajki i młodzieżówki stoją w osobnej szafce.
Efekt, komoda założona książkami sprzed lat.
Czeka "Ania z Zielonego wzgórza" i "Ania z Avonlea" stare wydanie w płóciennej oprawie z pięknymi ilustracjami Bogdana Zieleńca. Już się cieszę na wspomnienie ploteczek w towarzystwie pani Małgorzaty Linde. I wiem, że znowu mocno przeżyję scenę śmierci Mateusza, nic na to nie poradzę. Potem, jak znam siebie, będę czytać wszystkie części po kolei, a przy "Rilli ze Złotego Brzegu", znowu będę płakać. Wróci wojna i Kobziarz.
W międzyczasie sięgnę do przygód Pana Samochodzika. Uwielbiam go i prawdę mówiąc nic mnie nie obchodzi, co mówią czy piszą o Autorze. Nigdy nie oceniam książek poprzez postaci ich twórców. Wyciągnęłam na los szczęścia "Pan Samochodzik i zagadki Fromborka" - Waldemar Batura znowu w akcji. Nie ominę Fantomasa, ciotka, wielbicielka Alpine Renault nadal siedzi w mojej głowie.
Wzięłam też "Pocztę Doktora Dolittle", mam wszystkie części przygód Doktora i przyznam, często o nim myślałam czytając o przygodach prosiaczka Fryderyka. To samo ciepło i empatia bez zbędnej czułostkowości.
A "Awanturę z wujkami" Barbary Eysmont przeczytałam od razu.Zapomniałam, że mam :)
I jeszcze "Dlaczego pies goni zająca - gadka ludowa" Ewy Szelburg-Zarembiny z rewelacyjnymi ilustracjami Maryny Wiśniewskiej.
"Szósta klepka" też czeka na przeczytanie, a co sobie będę żałować, i "Fotoplastykon", i "Banda Rudego".
A to tylko nikły procent książek mojego dzieciństwa, dorastania i młodości. Budzą wspomnienia i sprawiają, że się uśmiecham.
niedziela, 25 maja 2014
Taki sobie zając.
Moja Babcia zawsze mówiła:" na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą", albo: "nieszczęścia chodzą parami". Z typową dla siebie delikatnością nie dodawała, że tych par może być więcej niż jedna.
Żyjemy w takich czasach, że często zanim zdążymy pomyśleć to już coś się dzieje, z każdej strony atakuje nas nadmiar bodźców. Z ekranów telewizorów wylewają się potoki informacji, im gorszych, tym lepiej. Ludzie podobno lubią być straszeni. Ja nie bardzo.Stres niesie agresję i zabija poczucie bezpieczeństwa.
Muszę zastąpiło chcę.
Stres osłabia organizm.
Osłabiony organizm łatwiej łapie chorobę.
Będąc zestresowanym trudniej walczyć o wyzdrowienie, choćby miała to być angina czy coś równie banalnego.
To był wyjątkowo ciężki dzień.
Upał dawał się we znaki chociaż zbliżał się wieczór. Miałam mnóstwo kilometrów w nogach i marzyłam żeby usiąść. Szłam chodnikiem przy bardzo ruchliwej ulicy.
Nagle z zamyślenia wyrwał mnie głos małego chłopca.
-Psze pani, pani patrzy, królik.
Popatrzyłam, rzeczywiście, staliśmy na chodniku, a jak okiem sięgnął przed nami rozpościerały się szczere pola. Zbocze biegnące bokiem chodnika miało może trzy metry w dół. Wśród wydeptanej trawy zobaczyłam zająca robiącego słupka. Piękny, bury, wypielęgnowany. Zając jak malowany. Wrośliśmy z chłopczykiem w trotuar, bałam się nawet ruszyć żeby nie spłoszyć zwierzątka.
Nagle zając doszedł do wniosku, że dość już żeśmy się napatrzyli i myknął w wysokie trawy, a chłopczyk zanim zdążyłam zareagować zbiegł po zboczu. Zając zorientował się, że widownia blisko, skiknął z trzy razy i znalazł się na chodniku. Wyhamował w ostatniej chwili, nawrócił na piętach i znowu zniknął wśród traw. Odetchnęłam z ulgą, mało brakowało, a byłoby po zajączku.
Co dziwne, nie czułam się już aż tak zmęczona jak jeszcze piętnaście minut temu.
Nie każdy może spotkać na swej drodze zająca, ale czasem wystarczy obserwować ptaki, wróble kąpiące się w ziemi, albo sroki panoszące się tak jakby cały świat do nich należał.
Kontakt z naturą nie do przecenienia.Nawet mi do głowy nie przyszło by płoszyć zająca robieniem mu zdjęcia, ten pochodzi ze strony Wikipedii.
środa, 14 maja 2014
Ogród na zielono
Kropiło, siąpiło, potem rozpadało się na dobre. Ulewa złapała mnie w środku miasta. Dobiegłam do placu targowego, schroniłam się pod nowym dachem, chyba z pleksi i poczułam się jakbym stała pod wodospadem. Ogłuszający huk.
Trawa w ogrodzie rośnie w zastraszającym tempie.
Znowu trzeba kosić
.
Trawa w ogrodzie rośnie w zastraszającym tempie.
Znowu trzeba kosić
.
poniedziałek, 12 maja 2014
Azalie :)
Różaneczniki, azalie i rododendrony to krzewy o pięknych kwiatach, niestety kwitną bardzo krótko. I tak czekam do następnego roku na tę feerię barw :)
To rodzaj roślin z rodziny wrzosowatych, należy do niego ponoć około tysiąca gatunków.
To rodzaj roślin z rodziny wrzosowatych, należy do niego ponoć około tysiąca gatunków.
niedziela, 11 maja 2014
"Prosiaczek Fryderyk - Wielka wojna o imbryk"
"Kot Jinx siedział na brzegu strumyka, który przepływał przez farmę pana Beana. Właśnie zjadł kolację i czekał na prosiaczka Fryderyka. A Fryderyk się spóźniał. Jinx siedział więc i poruszał tylko z wolna ogonem. Potem zaś poruszył nim szybciej. Przyszło mu bowiem na myśl, że jeżeli ogon będzie poruszać się szybciej, czas zacznie płynąć szybciej. Próbował tak i tak, kilka razy, ale nie zdołał stwierdzić na pewno, jak to jest z tym upływem czasu, podwinął więc w końcu ogon pod siebie i zaczął myć pyszczek. Umył pyszczek, łapki i brzuszek, a potem próbował umyć grzbiet między łopatkami. Starał się sięgnąć tam na różne sposoby. Owszem, był w stanie wykręcić łepek do tyłu w sam raz, żeby zobaczyć zakurzone futerko, ale nie zdołał dosięgnąć go języczkiem. Skręcał się i skręcał, aż w końcu się przewrócił."
Choćbym nie wiem jak pięknie pisała o tej książce to i tak nie jestem w stanie oddać jej uroku, dlatego zdecydowałam się na zacytowanie początku.
Kot Jinx - niezły urwis.
Kogut Karol - cały piękny i obowiązkowy, ale pantoflarz.
Prosiaczek Fryderyk - piękno i potęga umysłu, poza tym poeta.
Mały Walter - to czego nauczył się prosiaczek, przyda się także małym dzieciom, a i dorosłym nie zawadzi.
Pani i pan Web - jakże oni potrafią pleść pajęczą nić.
Hasło szeryfa: "Wszędzie dobrze, ale w więzieniu najlepiej".
Ciotka Effie - nie spodziewałam się, że tak polubię miłośniczkę proszonych herbatek :)
I oczywiście wielu, wielu innych. Każdy podbił moje serce i utwierdził w przekonaniu, że dobrze napisana literatura dla dzieci niekoniecznie nadaje się tylko dla dzieci. Wzruszałam się, śmiałam, denerwowałam losami imbryka :) I podziwiałam kunszt pisarski Waltera R. Brooksa. Jak wiele można przekazać nie używając taniej dydaktyki. Inteligentnie i z humorem.
Autorem serii o prosiaczku Fryderyku jest Walter R.Brooks, świetny pisarz amerykański, twórca między innymi scenariusza do filmu "Mister Ed", znanego u nas pod tytułem "Koń, który mówi". Pamiętacie?
Niewątpliwą zaletą polskiego wydania jest pozostawienie ilustracji, które pojawiły się w oryginale książki. Ich twórcą jest Kurt Wiese, który trzykrotnie otrzymał nagrodę imienia Lewisa Carolla.
Dodam, że książka "Prosiaczek Fryderyk - Wielka wojna o imbryk" została po raz pierwszy wydana w 1940 roku.
Czytanie takiej książki, zwłaszcza małym dzieciom to świetna zabawa dla całej rodziny, chrumkanie, chrząkanie, pianie, miauczenie, rżenie, gdakanie ... wyobrażam to sobie :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























