wtorek, 5 lipca 2016

Oświęcimska legenda XXI wieku. Szycie na miarę :)

Dzisiaj wpis poświęcony projektowi, któremu poświęciłam sporo czasu i uwagi.
 A zaczęło się od telefonu pani Barbary Dejko prowadzącej Grupę Nieformalną Rozmowy o Filmie. Okazało się, że młodzi ludzie zjednoczeni wspólną pasją zamierzają wzorem Legend Allegro nakręcić film. Ale żeby powstał film, a w zasadzie filmik, potrzebne było opowiadanie, nowa legenda oświęcimska na miarę XXI wieku. Legenda współczesna, pokazująca nasze miasto w szerszym kontekście, zachęcająca do poznania jego arcyciekawej historii. Oczywiście zgodziłam się, chociaż projekt był nie lada wyzwaniem. Ale wiadomo, że kto nie ryzykuje... Zaczęłam myśleć. 
Młodzież też myślała, zastanawiając się, którą z oświęcimskich legend wybrać, by stanowiła bazę, podstawę, do tworzenia współczesnej wersji. Młodzi ludzie wybrali "Przekleństwo cyganki". 
Napisałam współczesną wersję legendy,mieliśmy już materiał do dyskusji. 
Żeby zrealizować tak duży i wymagający udziału bardzo wielu osób i instytucji projekt trzeba mieć cierpliwość, wiedzę i chęci. Oraz oczywiście pieniądze. Sztuka filmowa trochę kosztuje. Ale od czego są granty? To właśnie pieniądze z grantów pozwalają rozwijać różne cenne inicjatywy i dają możliwość realizacji nawet nieco szalonych marzeń. Ludzie pozbawieni wyobraźni zawsze mówią, że się nie uda...
A jednak powstał projekt...
W ramach projektu na  konkurs grantowy z  FIO Małopolska Lokalnie oraz operatora: Stowarzyszenie Forum Oświatowe Klucze, http://www.forumoswiatowe.com.pl projekt "Legenda szyta na miarę. Oświęcimska legenda XXI wieku" otrzymał grant na realizację przedsięwzięcia. 
W ramach przedsięwzięcia, szesnastu uczniów gimnazjów i szkół ponadgimnazjalnych bierze udział w projekcie podzielonym na kilka etapów. 
1. Moja ojczyzna, moje miasto, moje ulice, czyli spacer z historią" poprowadziła specjalistka od meandrów historii miasta, znawczyni nie tylko współczesnych dróg, ale także średniowiecznych traktów, pani Maria Nitka. 
2. "Legendarna ścieżka" - to było arcyciekawe spotkanie z Tomaszem Klimczakiem, dziennikarzem, człowiekiem wielu talentów, który w czasie "burzy mózgów" wyzwolił wyobraźnię młodzieży biorącej udział w warsztatach. Efekty tego wyzwolenia :) odczułam w czasie prowadzenia trzeciej części spotkań, czyli:
3. Warsztaty kreatywnego pisania" 
Współczesna legenda prawie gotowa czekała na poprawki, to był projekt dla młodzieży z RoF i to oni mieli ostatnie słowo. Na warsztaty przygotowałam i wydrukowałam materiały pomocnicze, może kiedyś ktoś z grupy zacznie pisać swoją książkę. Bardzo wierzę w ich możliwości. 
Ponieważ mieliśmy tylko trzy godziny na rozmowę o legendzie i ukształtowanie jej na nowo, porzuciliśmy teorię i przeszliśmy do praktyki. 
Wizja legendy przedstawiona przez uczestników spotkania różniła się diametralnie od legendy, którą napisałam. 
Po półtorej godziny rozmowy, mówili wszyscy, każdy miał swój pomysł, wizję, oczekiwania wobec tekstu, który stanie się podstawą scenariusza i w dalszej fazie filmu. Miało się dziać i to dużo. I niestandardowo, Miały być efekty specjalne, a główna bohaterka naszej rozmowy... o tym sza :)
Było świetnie, kreatywność młodzieży, ich zaangażowanie,  przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania i potwierdziło, że mamy fantastyczną, otwartą na współpracę młodzież, i to w wieku gimnazjalnym, młodzież, która nie boi się wyzwań i pracy. Młodzież chłonną i ciekawą historii naszego miasta. To młodzi ludzie, którzy już mają wytyczone cele i nie siedzą z założonymi rękami czekając, że ktoś je za nich zrealizuje. Jest tylko jedno ale... trzeba im poświęcić czas, współpracować i rozmawiać. Nie wszędzie i nie każdemu się chce. Ale to taki mój wtręt w związku z dyskusją, że podstawówki będą lepsze od gimnazjów. 
Napisałam drugą wersję oświęcimskiej legendy na miarę XXI wieku i to ona będzie podstawą, odniesieniem do scenariusza, który młodzi ludzie tworzą pod okiem Fundacji Nowych Ujęć z Krakowa. A legendę za jakiś czas będzie można przeczytać, o czym niezwłocznie poinformuję. Teraz czekam na efekt końcowy, krótki film pokazujący możliwości tak sztuki filmowej, Fundacji Nowych Ujęć, jak i szesnastoosobowej grupy zapaleńców. 
Wszystko można jeżeli tylko się chce. 
I taki drobiazg, jeżeli potrafi się korzystać z możliwości tworzonych przez FIO Małopolska Lokalnie. I nie tylko Małopolska.
 A poniżej nasza grupa w czasie pracy nad współczesną wersją oświęcimskiej legendy. 


Naprawdę, jestem bardzo ciekawa czy się spodoba i przemówi do wyobraźni.

piątek, 1 lipca 2016

"Przepis na zbrodnię" - powitanie egzemplarzy autorskich :)

Najtrudniej pisać o emocjach, a nie ukrywam, że ogromne emocje towarzyszyły mi przy rozpakowywaniu przesyłki z moją trzecią książką. 
Miałam tremę, nogi mi się uginały i zasychało w gardle. Ale wypiłam parę łyków wody, rozchyliłam szary papier otulający egzemplarze autorskie i uroniłam łezkę tuląc do chudej piersi wizerunek Pana Kota na okładce. 
A potem oczywiście zrobiłam sesję zdjęciową, żeby upamiętnić ten szczególnie dla mnie ważny dzień :) 








środa, 15 czerwca 2016

Maki, wały i ścieżka rowerowa nad Sołą

Od czasu do czasu a już na pewno w niedzielę, warto wybrać się na spacer. Oderwać oczy od komputera, włożyć wygodne buty i ruszyć przed siebie.
Niebo błękitne nad nami, kumkanie żab niesie się po okolicy, ścieżki rowerowe przygotowane, maki w łanach zbóż czarują czerwienią. 
Romantycznie, powietrze pachnie schnąca po koszeniu trawą, a ja po raz któryś z kolei cieszę się, że mieszkam w bardzo fajnym miejscu i mieście. 
Poniżej zdjęcia ze spaceru :)










Budynek dawnej szlifierni kryształów



poniedziałek, 13 czerwca 2016

Termin ważności

Dość często bywam w banku gdzie załatwiam różne sprawy. Zazwyczaj od razu podaję dowód osobisty, pani za ladą kładzie go obok papierów i robi swoje. Zna mnie na pamięć, więc żaden dowód nie jest jej do szczęścia potrzebny. Do znudzenia w  kółko tak samo od lat. 
Jakież było moje zdziwienie gdy dwa tygodnie temu usłyszałam: 
- dowód się pani kończy!
Kasjerka nawet nie łypła w kierunku mojego dokumentu, ciekawe skąd  wiedziała. 
Potwierdziłam, że wiem, czasu dość, zdążę. 
I na tym się skończyło. Uznałam, że jest czas i zajęłam się ważniejszymi sprawami. Po tygodniu cała operacja powtórzyła się, a mnie oświeciło, że rzeczywiście muszę się sprężać. Przy okazji wyjaśniła się tajemnica wszechwiedzy miłej pani, system jej podpowiadał koniec ważności dokumentu. 
Tak zmotywowana przez tydzień wybierałam się do fotografa nosząc ze sobą wypełnione podanie, aż wreszcie dzierżąc zdjęcie w garści dzisiaj załatwiłam sprawę. 
Schody do urzędu okupowali panowie w strojach roboczych równo pokryci kurzem. Posilali się omawiając przy okazji kwestie sportowe. Weszłam w tumany prochu, paprochów i co tam jeszcze może się kryć pod liczącą dziesiątki lat, jeżeli nie setkę,  podłogą i przedarłam się w stronę osłoniętych czarną folią drzwi. Trafiłam!
Spotkałam przemiłe urzędniczki, wprawdzie pokryte kurzem, ale bardzo sympatyczne i nastawione na pomoc klientowi. 
Jak już wychodziłam po budowlanej pogawędce usłyszałam: 
- termin ma pani za miesiąc, ale proszę zaglądać na stronę, do dwóch tygodni powinien być nowy dowód. 
Powinnam mieć spokój na kolejne dziesięć lat. 
Jak znam życie - przeleci ;)

niedziela, 12 czerwca 2016

Blogowe zmagania

Wczorajszy wieczór przeznaczyłam na pracę nad blogiem. Chciałam zmian, może nie rewolucji, ale jednak byłam znużona otoczką w kolorze wrzosu i czułam, że to dobry czas na nowy wizerunek.
 Łatwiej powiedzieć niż wykonać. Jak ktoś, tak jak ja, jest łomagą komputerową, to wiadomo, że własnoręcznie i dobrowolnie szykuje sobie drogę przez mękę. A miało być tak pięknie, szybko, łatwo i przyjemnie. 
Po pierwsze wybór szablonu. Pomyślałam, że czas by pożegnać się z szablonem o wdzięcznej nazwie "rewelacja". Wybiorę inny, może prosty, a może dynamiczny, a może... 
Zostawiłam "rewelację", w sumie przyzwyczaiłam się do układu, jest w miarę przestronny. Postanowiłam, że tym razem dam tło.
Przy trzydziestym przypasowaniu ciągle byłam na nie, przypomniałam sobie, że kiedyś zrobiłam zdjęcie. Poszukałam, było. Problem w tym, że zdjęcia w starym laptopie, bloga modyfikowałam w nowym, szybciej działa. Pomyślałam, przerzuciłam przez pocztę. Wgrałam, udało się. 
Ucieszyłam się, że nie jest jeszcze ze mną tak źle, coś tam kumam. 
Postanowiłam usunąć jedne gadżety i dodać inne gadżety. Dlaczego nie? 
Moja trzecia książka, okładka na samą górę, czekam na premierę mam tremę. Reklama dźwignią handlu. 

Układ na blogu chyba słyszał moje myśli, bo tak się przejął, że powielił okładkę, na szczęście na dole strony. Co wchodzę w "układ" żeby usunąć gadżet to zamiast usuń wyzwala się podświadoma opcja dodaj. W związku z czym okładka - przyznacie, że rewelacyjna - zdobi dużą część paska bocznego. Zostawiłam, niech zdobi, muszę opanować usuwanie, ale to nie dzisiaj. 
Dzisiaj pisanie i spacer na Kruki, ale o tym w następnym wpisie.

Miłego, pełnego pozytywnych doznań dnia :)

sobota, 11 czerwca 2016

"Przepis na zbrodnię" - 5 lipca 2016 premiera :)

Bardzo się cieszę, że mogę się z Wami podzielić bardzo dobrą wiadomością. Nakładem Wydawnictwa Szara Godzina ukaże się moja nowa, trzecia już książka "Przepis na zbrodnię". Już sam tytuł sugeruje, że nie wszyscy pozostaną żywi do końca powieści, jakby nie było kryminalnej.
Dzisiaj prezentacja okładki. 
Ciąg dalszy nastąpi :)


niedziela, 29 maja 2016

Katarzyna Slany "Groza w literaturze dziecięcej Od Grimmów do Gaimana"

Od lat czytam książki adresowane do o wiele ode mnie młodszych czytelników. Wracam do baśni, klechd, podań i legend znanych z dzieciństwa, ale także odkrywam nowe światy literatury skierowanej do młodego czytelnika. Kierunek to nieco umowny ponieważ jak w swej pracy naukowej pisze doktor Katarzyna Slany "Pierwszymi odbiorcami baśni magicznych byli więc zgodnie z ustaleniami badaczy, dorośli reprezentanci ludu, nastawieni na emocje intensywne, wstrząsające, nacechowane ludycznie i karnawałowo. Jednak w baśniowym rekwizytorium obrazów infantylnych i destrukcyjnych widzieć można również zbiór imaginacji typowo dziecięcych". str.48 
Oraz:
"Mimo iż pierwotnie nie dla dzieci, baśnie magiczne są pierwszymi utworami z kręgu literatury czwartej, w których pojawia się kategoria grozy, makabry i okrucieństwa. Tatar twierdzi, że tragiczne i straszne zdarzenia są podstawowym źródłem przyjemności, jaką daje lektura baśni, niezależnie od tego czy finał opowieści jest drastyczny czy komiczny. I nie tylko dzieci zachwycają się mrocznymi wątkami. Również dorośli odnajdują przyjemność w baśniowym horrorze i okrucieństwie." str.49 
Groza fascynuje, przyciąga i trudno by praca naukowa poświęcona tej jakże interesującej dziedzinie pozostawiła czytelnika obojętnym. 
Wiedza, rzetelność, różnorodność przytaczanych źródeł to tylko niektóre atuty "Grozy w literaturze dziecięcej". Autorka zręcznie panuje nad uwagą czytelnika podsuwając mu co smaczniejsze fragmenty omawianych utworów. Dzięki takiemu zabiegowi czytelnik, który nie jest naukowcem, tak jak ja, a jedynie amatorem, który chciałby wiedzieć i rozumieć więcej niż to co mu instynkt podpowiada, nie męczy się i nie nuży. Przyznam się, że korzystając z okazji zrobiłam sobie listę utworów do przeczytania i autorów, których twórczość chciałabym bliżej poznać. 
Autorem szczególnie mi bliskim pozostaje od lat Hans Christian Andersen. Lektura jego "Dzienników 1825-1875" wydanych przez Media Rodzina w wyborze, przekładzie i opracowaniu Bogusławy Sochańskiej była dla mnie wstrząsającym przeżyciem, tak jak i uświadomienie sobie, że Andersen i jego Baśnie stanowią spójną całość.
 W rozdziale poświęconym twórczości Andersena tak pisze Katarzyna Slany:  "Literackie baśnie grozy" Andersena stanowią autentyczne, traumatyzujące i niezapomniane przeżycie Niesamowitego w jego dwóch najbardziej skrajnych postaciach. Tym samym baśnie te uwalniają najskrytsze obawy ludzkie, lecz w finale nie wyzwalają od nich odbiorcy. Uświadamiają mu natomiast jego tragiczną kondycję egzystencjalną - bycie istotą ogarniętą nieustannym lękiem. Dzięki temu zabiegowi Andersen pozbawia czytelnika możliwości przeżywania grozy, cierpienia, zła na wygodny dystans"str.139. 
Przytaczam fragmenty książki, wnioski płynące z licznych omówień ponieważ to właśnie one pokazują wielowymiarowość tej pracy, jej wkład poznawczy w szeroko pojęty temat grozy w literaturze dziecięcej. Dla mnie prywatnie, jako osoby piszącej, poruszającej się w świecie zbrodni, wprawdzie wymyślonej, ale noszącej wszelkie cechy realizmu, praca naukowa doktor Slany jest cennym źródłem wiedzy i inspiracji i jako taką polecam ją osobom zainteresowanym nie tylko szeroko pojętym światem grozy, ale także szukającym dodatkowej wiedzy. Ponieważ trudno przytoczyć wszystkie fragmenty, którymi chciałabym się podzielić z jak myślę potencjalnymi czytelnikami tej jedynej w swoim rodzaju książki, na koniec historyjka z życia wzięta. Oczywiście związana z polecaną przeze mnie książką:
Ucieszyłam się bardzo gdy dowiedziałam się, że Katarzyna Slany zamierza przelać na papier swoje doświadczenie badacza literatury dziecięcej. Z przyjemnością od czasu do czasu podczytywałam co smaczniejsze wierszyki pełne grozy, którymi dzieliła się ze swoimi czytelnikami. Często były to angielskie makabreski, budzące autentyczną grozę (zgrozę też). Pamiętacie wierszyk o myszkach, którym gospodyni odcięła ogonki? Jest on bazą fabuły "Pułapki na myszy" Agathy Christie. Ale nie tylko angielskie wierszyki potrafią sprawić, że zjeży nam się ostatni włos. Nasze w niczym im nie ustępują,przyciągając nas dużą dozą czarnego humoru. 
Gdy okazało się, że książka już jest w sprzedaży, oczywiście zamówiłam i czekałam cierpliwie. Przyszła, ciężka, solidnie zapakowana. Poganiana przez zaciekawioną mamę rzuciłam się do otwierania. Nożyczki, papier, ciekawe co w środku. Otworzyłam na chybił-trafił, na 188 stronie. A tam: 
"Czy kotlecik to mielony,
Czy pomidor czerwony?
Nie, to tatko nasz kochany
przez tramwaik przejechany.
Raz, dwa, trzy
Wychodzisz ty.
(Katowice 1974) 

Pamiętam tę wyliczankę z mojego dzieciństwa.

Innych wyliczanek nie przytoczę, są naprawdę smaczne :)
Czytając je popłakałyśmy się z mamą ze śmiechu.


Reasumując, "Groza w literaturze dziecięcej  Od Grimmów do Gaimana" to pozycja, którą warto mieć w swojej bibliotece. Mój egzemplarz roi się od żółtych karteczek i podkreśleń ołówkiem.
 I wiem, że jeszcze nieraz do niego sięgnę.
Dla bibliotek pozycja obowiązkowa.
Miłej lektury.

Poniżej spis zagadnień, którymi zajmuje się Autorka.

1. GROZA W BAŚNIACH MAGICZNYCH
2. LITERACKA BAŚŃ GROZY HANSA CHRISTIANA ANDERSENA
3. DZIWNOŚĆ I GROZA W POWIEŚCIACH ONIRYCZNYCH I FANTAZMATYCZNYCH
4. DZIECIĘCE POWIEŚCI GROZY
Oczywiście to tylko tytuły rozdziałów, każdy podzielony jest na podrozdziały.
Polecam :)
Ponieważ jest to książka naukowa to niestety jej dostępność jest ograniczona i w dużych sieciach księgarskich jej nie ma.
Ale Tutaj możecie ją nabyć.

czwartek, 19 maja 2016

Z grzywką czy bez?

Z grzywką czy bez grzywki?, taki oto dylemat dopadł mnie wczoraj i męczy. Od kilku tygodni wybieram się żeby zrobić porządek z włosami, a kiedy w końcu usiądę na fotelu u fryzjerki Irenki, sama nie wiem. Miałam tylko podciąć włosy, szybko rosną, stają się ciężkie, trudno je upiąć. Wysuwają się spod zapinki, tworząc na głowie mało artystyczny nieład. Do wczoraj wiedziałam, że mam podciąć, ale wczoraj pomyślałam, że powrót do grzywki byłby wskazany. Przeszukałam zdjęcia, było nieźle. Wprawdzie ostatnio moja fryzjerka stwierdziła, że grzywki mi nie zrobi, bo i tak będę odgarniać włosy żeby mi nie spadały na czoło przy pisaniu, a ja się z nią zgodziłam, ale z drugiej strony... 
I tak się męczę.
Zapytałam mamę, siła doradcza, obiektywna. Usłyszałam:
- Grzywka? Zapomnij, skraca twarz, masz okulary, nie będzie cię widać. 
- Ale dlaczego? Przecież na zdjęciach wyglądam dobrze - jęknęłam z zawodem. Oczekiwałam innej rady. 
Mama popatrzyła na mnie i z rozbrajającą szczerością oznajmiła: 
- Bo ja nie lubię grzywek. Dlatego!
-Przyniosę zdjęcia, sama zobacz - oświadczyłam i powlokłam się na piętro w poszukiwaniu albumów. Wyłuskałam kilka zdjęć i cała zadowolona położyłam je na stole. 
Mama spojrzała życzliwiej, nawet pochwaliła - o tutaj całkiem fajnie wyglądasz. Spróbuj. Zresztą to twoje włosy, nie moje, rób co chcesz. 
Uwolniła się od odpowiedzialności. 
Patrzę, myślę, zdjęcie sprzed ośmiu lat, włosy mają to do siebie, że odrastają. Może zaryzykuję zmianę?
Chociaż tak naprawdę to żadna zmiana. Zmiana byłaby wtedy gdybym ścięła moje długie loki i zamieniła je na krótką fryzurkę.
Może kiedyś zafunduję sobie rewolucję na głowie. 
Ale jeszcze nie teraz. 

poniedziałek, 16 maja 2016

Przesilenie wiosenne?

Gdyby mi się tak chciało, jak mi się nie chce, to byłabym tytanem pracy. Tak sobie dzisiaj samokrytycznie pomyślałam. Zmęczenie i zniechęcenie jakieś mnie dopadło i jak znam życie oraz siebie potrwa od trzech dni do tygodnia. 
I chociaż jest to irytujące, ja zaraz zaczynam się zastanawiać co jest ze mną nie tak, że nie nadążam, nie daję rady i ogólnie dlaczego wszystko wychodzi inaczej, wolniej i na opak, to jednak chwila odpoczynku, reset organizmu potrafią sprawić, że znowu zaczynam być aktywna. 
Może to dlatego, że lista zadań do zrealizowania długa, może zbyt długa?
Może ją skrócić, popatrzeć realnie, odpuścić?
Taki czas, muszę się zastanowić. 
Dzisiaj pochmurno, pogoda nie sprzyja optymizmowi, więc mam alibi na znużenie.
A jutro?
Jutro wszystko może się zmienić :)
I z tym optymistycznym, mimo wszystko, wnioskiem zostawiam Was do jutra. Albo na dłużej. Zobaczymy.

piątek, 6 maja 2016

Wojciech Widłak "Pan Kuleczka i marzenia".

To już siódma książeczka z serii poświęconej przygodom Pana Kuleczki, psa Pypcia,  kaczki Katastrofy i muchy Bzy-Bzyk. 
Sympatyczna czwórka bawi się, odpoczywa, pracuje, i zadaje pytania. I przyznam szczerze, że są to pytania, na które także ludzie całkiem dorośli poszukują odpowiedzi. 
" - Jak to jest - zastanawiał się pies Pypeć - że zawsze jest dziś?". 
Kaczka Katastrofa nie miała  zapędów filozoficznych i tak skomentowała rozważania Pypcia: "Wczoraj było wczoraj, jutro będzie jutro, a dziś jest dziś. I tyle." Prosto, zwięźle i na temat. A jednak Pypeć nadal miał wątpliwości... 
Ale posługując się logiką w jasny sposób potrafił  kaczce Katastrofie i dzieciom wytłumaczyć dlaczego dzisiaj jest dzisiaj... 
Pan Kuleczka jak dobry wujek, życzliwy opiekun, pilnuje by każda zabawa miała sens, a dzieci bawiące się razem z psem Pypciem, kaczką Katastrofą i muchą Bzyk-Bzyk poznawały świat wokół nas i nie bały się go. Wyjaśnia, uspokaja, pokazuje. W jaki sposób upływa czas, dlaczego od czasu do czasu bierzemy się za porządki i dlaczego spadające piórko  tak długo spada... 
"Pan Kuleczka i marzenia" bawi i uczy w najlepszy możliwy sposób, poprzez pokazanie zjawisk występujących wokół nas. Zadaje pytania i wskazuje jak szukać odpowiedzi. A co najważniejsze, książeczka może być inspiracją do zabaw z dziećmi. Przecież zawsze możemy wyjść  na dwór, do parku i sprawdzić dlaczego piórko nie opada od razu tylko niesione z wiatrem droczy się z nami. I zawsze możemy iść na spacer w deszczu ciesząc się z pięknego dnia. 
Wartościowy tekst i piękne, inspirujące ilustracje. 
Dzień spędzony z Panem Kuleczką, psem Pypciem, kaczką Katastrofą, muchą Bzyk-Bzyk i myszą Wiszą, która boi się porządków, na pewno przyniesie rodzicom i ich pociechom mnóstwo emocji. 
Polecam i życzę wyśmienitej zabawy :)


Wojciech Widłak "Pan Kuleczka i marzenia"

Ilustracje Elżbieta Wasiuczyńska
Wydawnictwo Media Rodzina


Książeczkę otrzymała od Wydawnictwa Media Rodzina 


niedziela, 1 maja 2016

Taki piękny maj

Dzisiaj pierwszy dzień maja, Międzynarodowy Dzień Solidarności Ludzi Pracy i święto Józefa Robotnika. Dzisiaj także przypada rocznica wstąpienia Polski do Unii Europejskiej.
Ponieważ mam tyle lat ile mam, więc też pamiętam pochody pierwszomajowe. W dwuszeregu zbiórka, flagi w dłoń i wymaszerować. Pamiętam śnieg na pierwszego maja i wdzierające się w oczy letnie słońce. 
Pamiętam jak kiedyś uciekłyśmy z pochodu z przyjaciółką, padał ciepły, wiosenny deszcz, a my postanowiłyśmy zwiedzić cmentarz żydowski. Można było wejść na cmentarny teren przez kruszący się mur. Trawa, chwasty, skrzypiące przy podmuchach wiatru stare drzewa i zarastające mchem macewy, smutek opuszczonego miejsca. Jakiś czas później uporządkowano teren, postawiono solidny mur. Teraz to zadbane miejsce pamięci o tych, którzy odeszli, a byli częścią, życiem naszego miasta i pracowali na jego dorobek i pamięć. To był naprawdę piękny maj.
Żałuję, że nie mam zdjęć z tamtego okresu, w odróżnieniu od wielu osób nie staram się zapomnieć tego co było, nie staram się tego odrzucić i uznać za niebyłe. To były lata mojego dzieciństwa, dorastania i nauki. Nie było pięknie, nie było różowo, chyba że kwitły różaneczniki. Na tamte czasy było po prostu  normalnie. 
Zawsze pierwszego maja myłam okna, taka to u mnie świecka tradycja. W tym roku muszę poczekać do jutra, odpuszczę mycie okien w niedzielę, mogę tym razem odpocząć. 
A może to dlatego, że ogólnie zmęczona jestem i gdyby mi się tak chciało jak mi się nie chce... 
Chyba dopadło mnie przesilenie wiosenne.
Miłego świętowania.  
A maj to także bzy, poniżej zdjęcia z zeszłego roku. Niedługo znowu nam zakwitną i będzie piękny maj, jak zawsze.




sobota, 16 kwietnia 2016

Grządki i pierwsza burza

Tak, tak, kwiecień to czas siania i sadzenia. Ponad tydzień temu skopałam ziemię, wyczyściłam żeby przygotować pod grządki. 
I dzisiaj dokończyłam ten pierwszy etap pracy. Cztery grządki gotowe. Na groszek pachnący, dla ozdoby, na cebulę i groszek Cud Kalwedonu - piękna nazwa swoją drogą. Poza tym marchewka, pietruszka, koper, sałata i co pod rękę podejdzie. Oczywiście grządek przybędzie, odpowiednie miejsce w ogrodzie czeka na zagospodarowanie. 
A dla przyjemności  moje ulubione miejsce w ogrodzie, magnolia i ekiant, czas kwitnienia. 




A i czas burz, dzisiaj zawitała do nas pierwsza wiosenna burza. Lekki deszczyk skropił jeszcze  nawilgłą po przedwczorajszej ulewie ziemię, zagrzmiało porządnie, piorun uderzył blisko, spłoszone ptaki poderwały się do panicznej ucieczki, zawirowały przed oknem. 
Jak szybko burza przyszła, choć czuć było w dusznym powietrzu, że coś się kroi, tak szybko poszła oznajmić swoje nadejście w dalszym rejonie Małopolski. 
A ja tak nie lubię burz...

wtorek, 12 kwietnia 2016

Wspomnienie o dziadku Józefie

Każdy z nas ma swoje ważne daty. Urodziny bliskich, imieniny, dzień w którym On poznał Ją, albo te najtrudniejsze do oswojenia, daty, gdy coś się skończyło. 
Daty rozstań, daty śmierci, często nazywanej dość oględnie "odejściem". 
Z czasem zaczynamy zapominać, istota, ważność dat zaciera się, wspomnienia stają się mniej wyraźne. Wiemy, że wtedy, tamtego dnia, w marcu, wrześniu czy grudniu wydarzyło się coś ważnego. Co to było? Niech pomyślę.... 
I mnie przydarzyło się takie zatarcie daty ważnej, jednej z tych, o których się pamięta. A jednak. 
Pasmo nocnych dyżurów wycieńczało, oczy same się zamykały, a czekanie na nieuniknione powodowało ogromny stres, ten skurcz czekania, który kosztuje nas o wiele więcej niż sam fakt. 
Siedziałam przy łóżku dziadka Józefa i widziałam jak powoli odchodzi. To było moje pierwsze doświadczenie, pierwsze pożegnanie. Potem było ich tak wiele, ale tamto długo było moją traumą. 
O 4:30 nad ranem dziadek westchnął po raz ostatni i umarł. Jedenastego kwietnia, dokładnie ćwierć wieku temu. A ja pamiętam tamten dzień, jakby to było niedawno, może rok, dwa. 
Trzymałam dziadka za rękę, jeszcze ciepłą i nie wiedziałam co się robi w takich sytuacjach. 
Potem wstałam, mama z babcią zostały przy dziadku, i poszłam do kuchni zrobić herbatę. Uznałam, że herbata, dobra, mocna, jest nam teraz najbardziej potrzebna. 
Przyjechał lekarz z pogotowia, ten sam, który zawsze przyjeżdżał, pożegnał się ze swoim pacjentem, pomodlił. A potem....
Potem pamiętam pogrzeb i tłum ludzi i mojego wujka, który ścisnął mnie za ramię i powiedział:
- Nie płacz, ludzie na nas patrzą!
To była cenna nauka. 
Nieraz w momentach gdy wali się mój świat przypominam sobie wujkowe "Nie płacz, ludzie na nas patrzą" i powstrzymuję się z okazywaniem emocji. 
Zeszły tydzień zabiegany, ciągle coś musiałam zrobić na już. I myślałam o tym jedenastym kwietnia. Dlaczego to jest dla mnie taka ważna data, że siedzi w pamięci? Nie pamiętałam. 
W poniedziałek, wczoraj, poszłam na cmentarz. Klapki pamięci zdążyły mi się otworzyć i mogłam znowu pożegnać się z dziadkiem Józefem, powspominać. 
Na cmentarzu pustki, zimny wiatr wdzierał się między moje włosy, parę łez spadło mi na policzki i przylgnęło do zlodowaciałej skóry. 
Mogłam sobie pozwolić na moment wzruszenia.
Dziadek Józef w swoim żywiole - ogród, miejsce ukochane.

czwartek, 7 kwietnia 2016

J.Thorwald "Ginekolodzy" Wilhelm Mensinga

Mam wielki szacunek dla wkładu  Thorwalda w szerzenie wiedzy na temat osiągnięć medycyny. Tego w jaki sposób opisuje mozolne, niejednokrotnie nieudane próby zrozumienia genezy choroby, nazwania jej, zbadania wszystkich okoliczności jej powstania i szukania ratunku. Pamiętamy, że przez setki lat sekcje zwłok były zakazane, a medycy, którzy się na nie decydowali ryzykowali śmiercią. Jak więc mieli poznać co siedzi we wnętrzu człowieka. Jak zbadać niewidziane? 
Radzili sobie w różny sposób, ale o metodach napiszę przy omawianiu "Stulecia chirurgów". Dzisiaj skupimy się na "Ginekologach".
Ta książka to gorzkie, ale prawdziwe podsumowanie cierpień i bezradności kobiet skazanych na pozbawione prawdziwej wiedzy medycznej leczenie. Przez lata umierały w mękach, rodziły przez wiele dni i umierały, a jeżeli przeżyły nie były zdolne do pełnego powrotu do normalnego funkcjonowania. Co nie przeszkadzało, by zachodziły w kolejną, zagrażającą ich życiu ciążę. 
Ale jak wszędzie tak i w ginekologii pojawiały się promyki nadziei na lepsze jutro i zdarzali się lekarze, którzy nad widowiskowość swoich operacji (wyobraźcie sobie kobietę leżącą na deskach stołu, z rozciągniętymi na boki nogami przywiązanymi do nóg tego stołu, półprzytomną ze strachu i wstydu, bez znieczulenia i pochylającego się nad nią lekarza szczycącego się najlepszym wynikiem w szybkości wycinania macicy, wokół tłum obserwatorów ) przedkładali  dobro kobiety i autentycznie z pełną troską pochylali się nad jej problemami. Często punktem zapalnym była śmierć bliskiej osoby, żony, matki, kuzynki. 
"Gdy pojawiali się lekarze chcący ulżyć pacjentkom, stawali się tematem kpin, tracili prawo wykonywania zawodu, trafiali przed sąd. Innych chciano wieszać. Konserwatyści wołali, że kobieta ma rodzić w bólu. I że badanie lekarskie powinno być przyzwoite, a lekarz ma nosić specjalną opaskę na oczach."

Rozdział 12 nosi tytuł: "Antykoncepcja - dr Wilhelm Mensinga we Flensburgu".



Jednym z powodów do działania na polu antykoncepcji stało się dla niego ogłoszenie, które brzmiało tak: 
Z niezbadanej woli boskiej zmarła dziś w połogu moja droga, ukochana małżonka Theresa, w wieku zaledwie trzydziestu dwóch lat. [...] Nieutuleni w żalu, otaczamy z dziesiątką dzieci jej trumnę. N.N.Petriabauer.
Był rok 1873, w swych notatkach doktor Mensinga naukę o rozmnażaniu, która zabraniała zapobiegania ciąży  nazwał: "zalegalizowanym morderstwem na tle seksualnym."
Wilhelm Mensinga miał trzydzieści siedem lat, gdy wywołał trwającą do dziś wojnę o kontrolę urodzin. Doświadczony boleśnie przez życie, pierwsza, ukochana żona Eliza zmarła na gruźlicę po urodzeniu dziewczynki. Ciąża zaostrzyła przebieg choroby i medycyna nie miała dla Elizy ratunku.
Pierwsze dziecko, mały Jan pozostał bez matczynej opieki. Mensinga spełnił życzenie umierającej żony i poślubił jej siostrę Christine. 
Od 1871 roku obowiązywał paragraf 218 kodeksu karnego Rzeszy Niemieckiej, który dla każdej kobiety usuwającej ciążę przewidywał karę wiezienia lub ciężkiego więzienia. 
Dramaty kobiet rozgrywające się w czterech ścianach domów zazwyczaj kończyły się ich  śmiercią, za którą szła zmowa milczenia. Z czasem Mensinga zyskał zaufanie kobiet, a jego notatniki wypełniały się opisami samoaborcji. Kobiety będące u kresu sił usuwały ciąże jedna za drugą, wiele razy. Próbowały okładać pięściami podbrzusze albo dźgać macicę drutami do robótek ręcznych. Dokładnej liczby tych przypadków nie sposób określić ponieważ aborcja uchodziła za grzech jeszcze cięższy niż onanizm.(str.152)
"W roku 1873 Mensinga wciągnął w swoje poszukiwania (bezpiecznego środka antykoncepcyjnego) producenta instrumentów chirurgicznych z Flensburga, Friedrichsena. Wspólnie przygotowali pesarium. Pesarium było lekkim gumowym kapturkiem ze sprężynującym brzegiem. 
Z czasem okazało się, Mensinga testował użyteczność pesarium na swych pacjentkach ucząc je jego stosowania i kontrolując efekty, że potrzeba pięciu różnych rozmiarów kapturków, aby w każdym przypadku zapewnić odpowiednie zamknięcie.
W 1881 roku był pewny, że konstruując pesarium zamykające wynalazł pierwszy środek antykoncepcyjny, dlatego uznał, że najwyższy czas by tym osiągnięciem podzielić się ze światem.
Nie miał pojęcia na co się decyduje...

cdn.

wtorek, 5 kwietnia 2016

Kristina Ohlsson "Srebrny chłopiec"

Ponownie spotykamy się z dziećmi z Ahus. 
Przyszła zima, a z zimą przyszły problemy. Miasteczko nie przyciąga zbyt wielu turystów, restauracja prowadzona przez rodziców Aladdina przestaje przynosić zyski. Do portu zawija statek z uchodźcami z Syrii. Uchodźcy nie chcą zejść ze statku,  boją się, że natychmiast trafią do specjalnych ośrodków. 
Z restauracji zaczyna znikać jedzenie, a tata Aladdina coraz częściej mówi o powrocie do Turcji. Aladdin, Billy i Simona  postanawiają złapać złodzieja i przekonać tatę do pozostania w Szwecji. 
Wśród śnieżycy i narastającego zimna niełatwo prowadzi się śledztwo. Do jednej tajemnicy dołącza następna, Aladdin coraz częściej widuje nietypowo ubranego chłopca, który kręci się w okolicy wieży ciśnień. 
Czy chłopiec chce odnaleźć zaginiony skarb? Podobno dawno temu  w miejscu wieży ciśnień stał warsztat złotnika, z którego skradziono ogromne zapasy srebra.
Czy po tylu latach jest szansa na odnalezienie miejsca ukrycia skarbu?
I kim jest srebrny chłopiec?


I znowu tajemnica przeplata się z tajemnicą, a dzieci jednoczą się by pomóc Aladdinowi. 
Kwestia uchodźców niełatwa, ale wpisująca się w atmosferę. Autorka mądrze i z wyczuciem pokazuje powody opuszczenia ogarniętego przez wojnę kraju. Brak poczucia bezpieczeństwa, ogromne zagrożenie nie tylko wobec dorosłych, ale także wobec dzieci, chęć chronienia najmłodszych za wszelką cenę i wartość każdej pomocy, trudną do przeliczenia na pieniądze. 

Świetnie poprowadzona akcja, z logicznym wyjaśnieniem wszystkich zdarzeń w finale. 
Książka, którą warto przeczytać. Polecam.



Kristina Ohlsson "Srebrny chłopiec"
Tłumaczyła ze szwedzkiego Anna Topczewska 


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina 

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Kristina Ohlsson "Szklane dzieci"

Solidne, twarde okładki, piękne, dopracowane w każdym calu wydanie. 
"Szklane dzieci" to pierwsza część przygód sympatycznej Billie i jej przyjaciół. Zaznaczmy - przygód z niemałym dreszczykiem. 
Jest przygoda, jest tajemnica i to "coś" co sprawia, że z przyjemnością i niecierpliwością czekamy na następne tomy serii.
Ale zacznijmy od pierwszej części:
Billie czuła, że z domem jest coś nie w porządku, ale mamie Billie dom przypadł do gustu i zdecydowała, że w czasie wakacji przeprowadzą się do niego. 
Nadszedł czas zmian. Ojciec Billie zmarł i już nic nie było takie jak kiedyś.
Nowy dom straszył ścianami pomalowanymi niebieską farbą, która łuszczyła się i pokazywała swoją żółtą poprzedniczkę. 
Nocami coś stukało w okna, a rzeczy ustawione przez Billie zmieniały miejsce. Na dodatek lampa w salonie kołysała się bez powodu. 
Kiedyś w domu mieszkały dzieci, potem coś się wydarzyło....
Billie i jej nowy kolega Aladdin zamierzają wyjaśnić tajemnicę starego domu. Pomaga im w tym przedsięwzięciu Simona, koleżanka Billie ze szkoły. 
A z nieocenioną pomocą przychodzi dzieciom pewna starsza pani...
Strata i próba ułożenia sobie życia na nowo, w miejscu, które mama Billie pamięta z dzieciństwa. Próba wyjaśnienia czy w domu naprawdę straszy, a jeżeli  straszy, to dlaczego? 
I kim są, czy też kim były szklane dzieci?
Odpowiedź na te wszystkie pytania znajdziecie w książce. Czeka Was świetna przygoda.

Polecam :)

Kristina Ohlsson
Tłumaczyła ze szwedzkiego Anna Topczewska



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina


czwartek, 24 marca 2016

Życzenia świąteczne

Życzę wszystkim Świąt pogodnych, spokojnych i pełnych życzliwości dla drugiego człowieka. I oczywiście  tradycyjnie mokrego śmigusa-dyngusa.
Wypoczywajcie, cieszcie się obecnością  najbliższych osób pamiętając, że miłość, zdrowie i rodzina dają nam siłę by przetrwać nawet najcięższe chwile.
Wesołych Świąt, kochani. 





sobota, 12 marca 2016

Ogarnianie rzeczywistości

Przerwę w pisaniu bloga miałam długą, ale czasem tak się w życiu zdarza, że zadania się piętrzą, wszystko jest na już i energii zaczyna brakować. Wtedy rezygnujemy z tego, z czego bezpiecznie możemy zrezygnować. Nie rzucamy pracy, nie przestajemy wykonywać codziennych, rutynowych czynności. Staramy się odgrzebać z zaległości i wrócić na właściwe tory. Wszystko ogarnąć, a przynajmniej spróbować. 
Brzmi znajomo? 
Zapewne każdy z nas ma takie chwile, miesiące, a nawet lata. A potem jakoś wszystko się układa.
 Szczerze mówiąc nie mam pojęcia czy zdobędę się na jakąś systematyczność, ale poczekamy, zobaczymy.... 
Myślę, że ten rok będzie bardzo ciekawy tak dla mnie jak i dla moich czytelników, tych, którzy wytrwale czekają na nowe książki i tych, których będę miała okazję poznać. 
Nadal nie ma tygodnia żeby ktoś nie pytał kiedy nowa książka, kiedy jakieś spotkanie...
Wszystko będzie, o terminach w swoim czasie.
Ciepło pozdrawiam wszystkich, którzy czytają moje wpisy. Dziękuję, że codziennie mnie odwiedzacie niemałą gromadą i to pomimo braku nowych wiadomości. 


A powyżej stół po prababci założony papierami, książkami i wszystkim co przy pisaniu jest mi potrzebne. Piszę i to mnie najbardziej cieszy.
 A reszta?
 Reszta się ułoży :)

sobota, 23 stycznia 2016

Zimowo, wspomnieniowo

Śnieg, przyjaciel zimowych zabaw. 
Toczenie kuli, mozolne,  jedna po drugiej, trzy, coraz mniejsze. Obowiązkowa marchewka jako nos i oczy z węgielków. Palcem w rękawiczce wyrysowany szeroki uśmiech i z tego co pod ręką guziki na torsie. Miotła podkradziona babci, bo  bałwan miotłę musiał mieć. 
Kanonada ze śnieżek, bitwa na drużyny i zaczepka od chłopaka, który chciał zwrócić na siebie uwagę. To w czasach szkolnych, tak charakterystyczne jak ciągnięcie za warkocz.
Sanki, prawdziwe, drewniane na metalowych płozach.
Sanki z dzieciństwa z oparciem pomalowane na brązowo.
Miałam cztery lata, była zima, śnieżna mroźna, babcia śpieszyła się do pracy, ale najpierw musiała dostarczyć dziecko, czyli mnie do opiekunki, cioci Marysi. 
Okutana w koc w czerwono-czarną kratę, usadowiona w sankach jak pakunek, nagle przy zakręcie poczułam jak spadam i zapadam się w zaspę na poboczu drogi. Widzę oddalające się plecy babci, która z tego pośpiechu nie poczuła, że sanki pozbawione ciężaru wnuczki jadą dużo lżej. 
Dobrze, że po mnie wróciła.
A potem, gdy już byłam starsza, sanki bez oparcia, duże, porządne, zjeżdżaliśmy z górki na pazurki,  zboczem doliny we dwie z koleżanką. I bach,znowu zaspa.
Dzisiaj przyszła do nas prawdziwa zima, piękna, mroźna, słoneczna. Śniegu jeszcze zbyt mało żeby ulepić prawdziwego bałwana, ale oddycha się inaczej, płuca wypełnia mroźne powietrze.
U nas ferie, dzieciaki szaleją i taka powinna być zima.











niedziela, 10 stycznia 2016

"Wszystko co najważniejsze..." Ola Watowa

Powoli dnia przybywa. Powietrze ciężkie, matowe, tkane dymem z kominów. Siedzę przed komputerem i staram się myśleć, ale myślenie wychodzi mi średnio. Najchętniej opatuliłabym się kocem i przeczekała zimny czas. Czekolada w kubku, wiśnie w likierze w zasięgu ręki i książka, niekoniecznie łatwa i przyjemna.
Czytam teraz "Wszystko co najważniejsze..." Oli Watowej. Czytam powoli, ze ściśniętym gardłem, łzami w oczach. Nie powinnam tak się wzruszać, ale nic na to nie poradzę. Słowa sprzed lat zostają ze mną, pewnie na długo i te wszystkie chwile, momenty nieuwagi, niedocenienia istoty zdarzeń wracają jak wyrzut sumienia. Wszystko to co mogłam, a czego nie zrobiłam wobec osób najbliższych. Podniesiony głos, milczenie. 
A wszystko za sprawą tego fragmentu opisującego przyjęcie weselne Oli i Aleksandra Watów.

"Wieczorem odbyła się prawdziwa uczta. Zaproszeni byli przyjaciele Aleksandra. Broniewski, Sternowie, Pronaszkowie, Syrkusowie, Czyżewski i wielu, wielu  innych. Niestety, nie pamiętam wszystkich. Stół ustawiony był w podkowę, był kucharz i kelnerzy, którzy podawali do stołu.  Z tego weseliska został mi w pamięci Tytus Czyżewski, którego z przypadku posadzono pod kaflowym, gorącym piecem. Tytus biedował i to była dla niego wielka okazja, żeby podjeść sobie do syta i dobrze. A tymczasem ten rozpalony piec, przy jego ułomności - był przecież garbaty - straszliwie mu dokuczał, i ciągle skarżył się, że przy tym piecu siedzi. Ileż to lat minęło od tej chwili - pięćdziesiąt sześć - a ja ciągle żałuję, że nie zajęłam się nim i że go nie posadziłam na lepszym dla niego miejscu.. Ale byłam młoda i "płocha" i o tym nie myślałam, a już zupełnie nie myślałam, że teraz, po pięćdziesięciu sześciu latach będzie mi to dokuczało."





środa, 6 stycznia 2016

Miejsce, które do mnie przyszło



To jest taka dziwna historia o miejscu, które, tak mi się wydawało, dobrze znałam. 
Przyjeżdżałam tam od lat, tętniło życiem, znajomy kot podchodził żeby się ze mną przywitać. Wiewiórki, ukryte wśród gałęzi drzew zajmowały się swoimi sprawami. W domu mieszkali ludzie, zawsze ktoś stał przy wejściu i palił papierosa, poświęcając tej czynności całą swoją uwagę.
Przyszedł moment, że dom opustoszał, mam nadzieję, że za jakiś czas znowu będzie tętnił życiem.
Niedawno byłam tam i pierwszy raz miałam okazję spojrzeć na ten dom, a właściwe pałacyk okiem architekta, który ma wizję. Jednocześnie spotkałam ludzi zauroczonych historią pałacyku, umiejących o niej opowiadać.
Zobaczyłam te przedwojenne przyjęcia i ogród w angielskim stylu, bluszcz oplatający ściany pałacyku i salę zabiegową w wieżyczce. Sala zabiegowa już po wojnie.
I już wiedziałam, że pałac w Rajsku, niegdyś własność rodziny Zwillingów znajdzie swoje miejsce w jednej z moich książek. 
W taki właśnie sposób do autora przychodzi Temat i już nie odpuszcza. 
Historia rodziny przeciekawa, a miejsce pełne dawnej magii.

wtorek, 5 stycznia 2016

Słowa rzadko używane - dyplomacja

I tak oto postanowiłam przypomnieć znaczenie niektórych słów. Bez porządku alfabetycznego, ot, co życie, internet i telewizja przyniosą.
Jednym z takich słów jest dyplomacja, słowo, które nie wyszło z użycia, ale wczoraj odniosłam wrażenie, że jego znaczenie uległo pewnemu zniekształceniu.
W moim odczuciu warto być dyplomatą w wielu kwestiach, nie zawsze należy wykładać kawę na ławę. 
A co mówią o dyplomacji i dyplomatach słowniki?
Zajrzałam do Wikipedii, hasło Niccolo Machiavelli (1469-1527)
 jego nazwisko kojarzy się ze sztuką dyplomacji. Pisarz, prawnik, dyplomata florencki, twórca traktatu "Książę" (1513) pisze:
"Najważniejszą podstawą wszystkich państw (o silnych fundamentach) tak nowych jak i starych są dobre prawa i dobre wojsko".
Przejrzyste, czytelne prawo jest podstawą prawidłowego funkcjonowania każdego państwa, tak by jego interpretacja nie stanowiła podstawy do nadinterpretacji, swobodnej interpretacji i dezinformacji, pozwolę sobie dodać. 


Dyplomacja to: negocjowanie umów między państwami, a także rozwiązywanie w pokojowy sposób problemów między nimi.

"Dyplomacja to połączenie zdrowego rozsądku i uprzejmości" (Slobodan Snajder).



Według "Praktycznego słownika wyrazów bliskoznacznych" Witolda Cienkowskiego, którym posługuję się na co dzień:
Dyplomacja to: zręczność,  przebiegłość, obrotność, spryt, układność.
Dyplomata: 1. mąż stanu, 2. gracz 3.polityk
Dyplomatyczny: przebiegły, zręczny, sprytny, wymijający; 2. taktowny, układny; 3.(choroba) udany, rzekomy.

czwartek, 31 grudnia 2015

Szczęśliwego Nowego Roku :)

Wszystkim czytelnikom bloga życzę wspaniałej sylwestrowej zabawy i samych szczęśliwych dni w nadchodzącym  roku.


czwartek, 24 grudnia 2015

Trochę spokoju na święta :)

Wigilia i Święta Bożego Narodzenia to czas wyciszenia i oddalenia się od codziennych spraw. To także czas refleksji, wspominamy dobre i mniej dobre chwile odchodzącego roku, wspominamy też naszych bliskich, którzy już odeszli. Staramy się by niczego nikomu nie brakowało, zapracowani do ostatniej chwili i często niepotrzebnie zmęczeni zbyt dużą ilością zadań. Bo musi być barszczyk i sto pięćdziesiąt pierogów, makowiec, sernik i piernik, i na pewno nikt tak nie piecze jak pani domu, blada ze zmęczenia. 
Święta to przede wszystkim czas dla nas i dla naszych rodzin, czas spokoju, miłości i pięknej pełnej magii wspólnoty, którą odczuwamy dzieląc się opłatkiem z rodziną i przyjaciółmi. 
Wyłączmy telewizor, poczytajmy książki, idźmy na spacer, porozmawiajmy z dziećmi nie tylko o tym co tam w szkole. Nie rozmawiajmy o polityce, ona i tak nas dogoni. Odpocznijmy, każdy na swój sposób, zróbmy to o czym marzyliśmy od dawna. 
Tego Wam wszystkim i także sobie życzę.



wtorek, 22 grudnia 2015

Anna Sakowicz "Szepty dzieciństwa"

Baśka przyszła do mnie w sobotę. Akurat wracałam z targu mamrocząc pod nosem i starając się ustalić kolejność prac porządkowych. W końcu stanęło na myciu okien. 
Pogoda była ładna, blade słońce wyzierało zza chmur i nagle pomyślałam o Basi, postaci powołanej do literackiego życia przez Annę Sakowicz. 
"Szepty dzieciństwa" czytałam kilka tygodni temu, powoli, z zastanowieniem. Jak ja się na tę Baśkę denerwowałam, jak ona mnie momentami irytowała! Miałam ochotę nią potrząsnąć i powiedzieć żeby w końcu przejrzała na oczy, a ona nic, tylko tak szła, jakby ją instynkt samozachowawczy opuścił. 
Chciała dobrze i jak każdy z nas chciała coś zmienić w swoim życiu, dla dzieci, żeby miały tak jak inne dzieciaki komórkę i tort na urodziny. 
Baśka nie pozostawia nas obojętnymi, angażuje i każe postawić niełatwe pytania. Pytania, które od lat czają się zepchnięte gdzieś na szary koniec naszej podświadomości, ale momentami nie dające zasnąć.
 Każdy z nas ma inne zmory, które przychodzą nad ranem i rozszarpują stare rany.
Pytania bez odpowiedzi, ludzie bez twarzy, drogi bez końca, a czasami bez początku. Skomplikowane układy rodzinne.
I może rzeczywiście potrzebny jest stanowczy ruch, który zburzy budowaną od dawna piramidę składającą się w jakiejś części z fałszywych kart.
Co nas nie zabije, to nas wzmocni?
Być może.
Baśce i jej rodzinie życzę wielu dobrych, pełnych spokoju lat. Należą się im tak jak i nam wszystkim.

"Szepty dzieciństwa" zostaną ze mną na długo.