Bardzo optymistycznie.
środa, 15 sierpnia 2018
Ogród na różowo
Bardzo optymistycznie.
wtorek, 14 sierpnia 2018
Marcin Pałasz "Wakacje w wielkim mieście"
Mamy wakacje, więc pora jak najbardziej odpowiednia, aby sięgnąć po "Wakacje w wielkim mieście" i poznać przygody Bąbla i spółki.
"- Młot pneumatyczny? - wymamrotał Bąbel z lekkim osłupieniem. - Ale jak ja teraz wyjdę z domu? Przecież spóźnię się do szkoły...!
Własne słowa nieco go otrzeźwiły, uświadomił sobie bowiem, że po pierwsze, wczoraj zaczęły się wakacje i do żadnej szkoły nie musi chodzić, a po drugie, budynek ma przecież tylną bramę wychodzącą na ogródki i parę małych, starych domków, które uchowały się na tym przedmieściu".
Na osiedlu trwają roboty drogowe, kura gdacze bez ustanku, do pustego mieszkania w bloku wprowadzają się nowi sąsiedzi, Kiciak niewzruszony pożera wyżebraną kiełbasę krakowską, tata pracuje, a mama Bąbla nie wytrzymuje psychicznie naporu dźwięków i wyprowadza się do babci, do Kudowy. Co zrozumiałe, mama jest nauczycielką biologii w szkole Bąbla i ma po prostu dość hałasów.
A to oznacza, że Bąbel z tatą i Kiciakiem zostaną sami na placu boju. Może nie do końca sami, bo Bąbel już zdążył zaprzyjaźnić się z Kają i z Zuzią, a miła starsza pani też nie pozostaje obojętna na to co dzieje się u sąsiadów.
Ale rosół z kury muszą ugotować sami.
Najlepiej z TEJ kury...
Marcin Pałasz ma swój niepowtarzalny styl pisania i dar tworzenia zabawnych i mądrych opowieści. Na pewno większość czytelników tych najmłodszych i tych starszych zna go z książek o Elfie. Pisałam o nich jakiś czas temu tutaj:
https://inkella.blogspot.com/2014/12/marcin-paasz-elf-i-pierwsza-gwiazdka.html oraz https://inkella.blogspot.com/2017/03/elf-i-skarb-wuja-leona-marcin-paasz.html. Oczywiście książek o Elfie jest dużo więcej i polecam każdy z tytułów, są naprawdę kapitalne.
Natomiast w "Wakacjach w wielkim mieście" prym wiedzie Kiciak, pies rasy bernardyn, niespotykanie spokojny, nastawiony na spanie w dowolnym czasie. Hałas mu nie przeszkadza. Kura mu nie przeszkadza, szorstka przyjaźń ze świnką morską też wchodzi w grę.
Cudna książka.
Terapia śmiechem gwarantowana.poniedziałek, 13 sierpnia 2018
Pałac w Pszczynie, jarmark staroci i inne przyjemności
Z Oświęcimia do Pszczyny blisko, a skoro blisko, to warto wykrzesać odrobinę czasu i zajrzeć do tego nazywanego Perłą Górnego Śląska miasta.
Najlepiej zrobić to w drugą niedzielę miesiąca, wtedy pszczyński rynek od rana tętni życiem, a bibeloty z kolorowego szkła mienią się w słońcu, co tylko dodaje im wdzięku. W Pszczynie byłam ostatni raz wiele lat temu, ale piekarnia gdzie była tam i jest, pałac rzecz jasna jak stał tak i stoi.
Warto zajrzeć i nie tylko zwiedzić pałacowe wnętrza (byłam kiedyś i jeszcze przyjadę), ale także pałacowe stajnie gdzie uwagę przyciąga wystawa strojów i obiektów z kolekcji Muzealne Mody i Muzeum zamkowego "Dialogi w wyobraźni".
| Na zdjęciu księżna Daisy von Pless w stroju sanitariuszki |
Warto też obejrzeć wystawę Wystawa "Orzeł Czarny. Orzeł Biały. Ziemia Pszczyńska 1914-1922. W stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości", naprawdę robi wrażenie.
Przedpołudnie spędziłam na rynku, chodząc od stoiska do stoiska.
Uwielbiam kolorowe szkło, więc nie odmówiłam sobie prezentu bez okazji i moje zbiory wzbogaciły się kolejną popielniczkę. Jak na osobę niepalącą mam całkiem sporą kolekcję ;)
| Zabytkowy kościół ewangelicki |
| Dachy kamieniczek przy rynku |
| Pałacowa wieżyczka |
Oczywiście nie obeszło się bez kulinarnych przyjemności, strudel ze śliwkami był pyszny, a kawa odpowiednio mocna w restauracji Frykówka. Szybka i sympatyczna obsługa.
I oczywiście jak już przedreptałam pałacowe ścieżki i poznałam zakamarki rynku nadszedł czas na koniec przyjemności. W drodze do samochodu zajrzałam do antykwariatu...
W przyszłym miesiącu też zamierzam wybrać się do Pszczyny, więcej czasu spędzić w parku, zajrzeć do pałacu, bo stajnie już zwiedziłam.
I kupić kolejną popielniczkę do kolekcji;)środa, 1 sierpnia 2018
RadioBook - nagrania archiwalne
Lubię czytać książki, lubię o tym moim czytaniu rozmawiać, a teraz mam przyjemność rozmawiać o
książkach z Olą Mosler w audycji RadioBook.
Radio Oświęcim pozdrawia :)
Poniżej linki do już nagranych i zarchiwizowanych audycji.
Przyjemnego odbioru :)
http://archiwum.radiooswiecim.pl/audycja/kulturalna-jazda-iwona-mejza-o-niej-samej-i-o-nowej-audycji-radiobook-28-06-2018-r
http://www.radiooswiecim.pl/2018/07/27/radiobook-iwona-mejza-i-ola-mosler-zapraszaja-kobiety-z-odzysku/
http://archiwum.radiooswiecim.pl/audycja/radiobook-iwona-mejza-i-ola-mosler-zapraszaja-wolanie-kukulki
http://archiwum.radiooswiecim.pl/audycja/radiobook-iwona-mejza-i-ola-mosler-zapraszaja-na-wyspy-nieznane
http://archiwum.radiooswiecim.pl/audycja/radiobook-iwona-mejza-i-ola-mosler-zapraszaja-sniezna-gran-izabelli-fraczyk-6-07-2018-r
książkach z Olą Mosler w audycji RadioBook.
Radio Oświęcim pozdrawia :)
Poniżej linki do już nagranych i zarchiwizowanych audycji.
Przyjemnego odbioru :)
http://archiwum.radiooswiecim.pl/audycja/kulturalna-jazda-iwona-mejza-o-niej-samej-i-o-nowej-audycji-radiobook-28-06-2018-r
http://www.radiooswiecim.pl/2018/07/27/radiobook-iwona-mejza-i-ola-mosler-zapraszaja-kobiety-z-odzysku/
http://archiwum.radiooswiecim.pl/audycja/radiobook-iwona-mejza-i-ola-mosler-zapraszaja-wolanie-kukulki
http://archiwum.radiooswiecim.pl/audycja/radiobook-iwona-mejza-i-ola-mosler-zapraszaja-na-wyspy-nieznane
http://archiwum.radiooswiecim.pl/audycja/radiobook-iwona-mejza-i-ola-mosler-zapraszaja-sniezna-gran-izabelli-fraczyk-6-07-2018-r
poniedziałek, 30 lipca 2018
Nowiny z Ratusza czyli otwarcie wystawy stałej Muzeum Zamku w Oświęcimiu w budynku Ratusza
Dwudziestego lipca od godziny szesnastej miałam przyjemność uczestniczyć w wyjątkowej uroczystości - oto otwarto drzwi do wyremontowanych pomieszczeń oświęcimskiego Ratusza i można było po raz pierwszy zobaczyć ekspozycję stałą przygotowaną z pietyzmem przez pracowników Muzeum Zamku i firmę zewnętrzną.
Zachwyciłam się już przy wejściu, ściana w korytarzu na parterze została przyozdobiona wyjątkowo energetyczną grafiką autorstwa Izabeli Dudzik, eksponującą charakterystyczne oświęcimskie budowle w całkiem nowej odsłonie.
| Jako motyw przewodni także na zaproszeniu grafika Izabeli Dudzik |
800 lat historii miasta, bardzo ciekawie zaaranżowane ekspozycje, unikalne eksponaty i to coś, co nazywamy klimatem miejsca.
Myślę, że muzeum w Ratuszu będzie się cieszyło zainteresowaniem nie tylko mieszkańców miasta i powiatu, ale także, a może przede wszystkim turystów coraz częściej przyjeżdżających nie tylko do części miasta związanej z KL Auschwitz ale także do miasta, które szczyci się bogatą historią, o której nadal zbyt mało wiadomo.
Ale to się zmieni.
Na parterze muzeum znajduje się informacja dla odwiedzających Oświęcim turystów i sklepik z pamiątkami. Ja kupiłam w sklepiku notes na oświęcimskie zapiski, a wśród wielu cieszących oczy gadżetów i pamiątek mogę polecić ciasteczka ratuszowe. Piękne opakowanie, bardzo smaczne ciasteczka :)
| Mój notes do zadań specjalnych :) |
| Witryna z pamiątkami :) |
| Takie cudne zakładki |
niedziela, 29 lipca 2018
Wiedziałam, że jestem zdolna, ale żeby aż tak!
Zazwyczaj gdy dopada mnie chandra połączona z życiową niemocą, oddaję się porządkom, tak jakbym w ten sposób układała nie tylko ciuchy, doniczki, puszki po farbach i z farbami, ale przede wszystkim własne, pozostające w totalnym rozpirzu myśli. Ciężko mi się skupić, mam problem z przyjęciem gradacji ważności spraw, które jedna po drugiej ustawiają się w kolejce do realizacji.
Krzyczą jedna przez drugą.
Ok, trzeba to trzeba, nie ma to tamto.
Postanowiłam, że w niedzielę posegreguję te piętrzące się na biurku papiery, skończę autoryzację wywiadu (ogromny wyrzut sumienia bo wprawdzie nie na już, ale ile można), napiszę kolejny tekst do zbioru legend i może w końcu napiszę zaległe opinie o przeczytanych książkach. Wypadałoby bo zauważyłam, że chronicznie zapominam co przeczytałam, a tak byłoby na blogu. Wspomogłabym szwankującą mi pamięć.
Porządnie!
Ścieranie kurzy, odkurzanie parteru i piętra, ogólne ogarnianie pomieszczeń, trzy prania.
Było dobrze do momentu.... pot lał mi się z czoła, ale nie odpuszczałam. Mój nieco już zamglony wzrok padł na blat pomocnika,( to taki mebel z lat sześćdziesiątych, podobny do komody).
A właściwie na zalegające na blacie narzędzia malarskie i inne drobiazgi, które równie dobrze mogły stać gdzie indziej. Nachyliłam się, sięgnęłam po zegarek typu budzik, metalowy, trzymany wśród rupieci przez sentyment, ręka mi się omskła, zegarek się zakolebał, wpadł na butelkę ( pomalowaną dawno temu srebrną farbką na okoliczność świąt, w choinki) butelka upadła i poturlała się na skraj blatu mebla, przy okazji pociągając za sobą budzik. Zanim zdążyłam się zorientować w sytuacji oba przedmioty zakolebały się powietrzu i pokonując strome schody dzielące piętro od parteru upadły na kamienne płytki podłogi. Rozległ się dźwięk tłuczonego szkła, które w promieniach padającego z okna światła błysnęło zielenią. Następne pół godziny spędziłam na zamiataniu i szukaniu szkalnych drobinek.
Ale nie zraniłam się, tylko poszłam w straty na drobiazgach.
Myłam naczynia i automatycznie przy myciu sięgnęłam po mini literatkę z uszkiem, ostatnia się ostała, zazwyczaj trzymałam w niej kwiatki. Chciałam ją umyć, zamiast gąbki wraziłam do niej palce... po chwili krew bluzgała, ja bluzgałam, po naczyńku pozostało wspomnienie. Przecięłam środkowy palec lewej ręki, rana głęboka, długa na 1,5 centymetra. Odkaziłam porządnie wodą utlenioną i spirytusem. Jak na dzisiaj mam szlaban na wszystkie prace domowe i zakaz dotykania szklanych przedmiotów obowiązujący do odwołania. Bo przy tych moich zdolnościach nie wiadomo co jeszcze mogłabym wykombinować.
Zdjęcia krwawiącego palca nie załączam, mamy niedzielę, przed obiadem :) ale poniżej szklane resztki. Przyznacie, że ładny ten odcień zieleni.
czwartek, 12 lipca 2018
Żubr Pompik Wyprawy - Tomasz Samojlik
Polubiłam żubra Pompika i jego rodzinę. Bo jak można oprzeć się urokowi żubrzego stadka, na które składają się Porada i Pomruk - żubrzy rodzice, Polinka i jej brat Pompik. Jeżeli komuś wydawałoby się, że żubrza familia nie wychyla nosa spoza gęstwiny puszczańskich zarośli, to nic bardziej błędnego, ta rodzina ma w sobie pasję podróżowania.
Puszcza Białowieska to całoroczny dom żubrów, a pierwszym etapem żubrzych wędrówek jest Narwiański Park Narodowy.
W zakolach rzeki Narwi mają swoje gniazda różne gatunki ptaków i to im poświęcona jest pierwsza z trzech książeczek. Ślady ptaków, ich zwyczaje i sposób gniazdowania, wszystko stanowi nowość dla uroczego Pompika.
Po wrażeniach w Narwiańskim Parku Narodowym czas na kolejną porcję doznań. Tym razem udajemy się razem z żubrami do Biebrzańskiego Parku Narodowego. A tam spotkamy bagiennego
łosia obdarzonego dyskretnym poczuciem humoru, będziemy podziwiali pięknego ptaka bataliona i na chwilę wstrzymamy oddech śledząc zmagania małych żubrów z wciągającym ich bagnem. Pompikowi to się nawet podobało, ale tata Pomruk czuwał.Trzecia część czyli "Plan bobra" opowiada o wyprawie żubrzej rodziny z Puszczy Białowieskiej na teren Wigierskiego Parku Narodowego, gdzie: "droga wiodła wśród mnóstwa jezior. Niektóre z nich były malutkie, inne tak wielkie, że nie widzieli drugiego brzegu. Jedne były przejrzyste i błękitne, inne całkowicie zarośnięte roślinami wodnymi."
A tam gdzie woda, tam i bobry. Jeden z nich właśnie zamierza zbudować tamę, a Pompik i Polinka mają za zadanie ostrzeganie zwierząt przed niebezpieczeństwem, tak żeby spadające
drzewo nikomu nie zrobiło krzywdy.
Każda książeczka jest kopalnią wiadomości dla najmłodszych i ich rodziców chcących poznać specyfikę przedstawianego Parku Narodowego. Dzieci uczą się jak odróżniać tropy zwierząt, poznają nowe gatunki ptaków i ssaków, a sympatyczne wierszyki pozwalają utrwalić wiedzę. W każdej książeczce mamy wkładkę z mapką Polski i zaznaczonymi wszystkimi Parkami Narodowymi. Teksty i ilustracje autorstwa Tomasza Samojlika mają w sobie mnóstwo uroku i posiadają niezaprzeczalne walory edukacyjne oswajając najmłodszych ze światem przyrody. Nie ukrywam, że najmłodsi członkowie rodziny, znający wcześniejsze książki Tomasza Samojlika, w tym także te poświęcone żubrowi Pompikowi z entuzjazmem przywitali kolejną serię.
Serdecznie polecam, dzięki takim książeczką edukacja najmłodszych to przyjemność i możliwość pokazania, że otaczająca nas przyroda jest ogromnym, wspólnym bogactwem, o które powinniśmy dbać, tak jak o swój ekosystem dbają zwierzęta, o których z taką wiedzą i wrażliwości pisze Tomasz Samojlik, polski biolog, popularyzator przyrody, pisarz i rysownik.
Seria została wydana przez Wydawnictwo Media Rodzina
poniedziałek, 25 czerwca 2018
"Przepis na zbrodnię" - wątek hiszpański :)
Dzisiaj u mnie wątek hiszpański z "Przepisu na zbrodnię". Miłej zabawy :)
"Jerzy Rosół zamierzał załatwić sprawy po swojemu, czyli spakować manatki i dać nogę z Hiszpanii.
Tylko dokąd? Na razie nie był poszukiwany. Chyba że ktoś wiedział o zamiarach prezesa i dał znać policji, że on – Rosół – wiąże się ze śmiercią szefa Anexu. Kogo on mógł wtajemniczyć? Skoro, jak sam się przekonał, szef Anexu osobiście chciał go zabić, to ujawnianie morderczych planów nie miało sensu. Chyba że… Nie. Chyba nie.
Doña Izabella czekała na odkrycie zwłok, a denat leżał na chodniku przed jej domem. Czekał na to samo. Odrobinę się niecierpliwiła. Fiesta się przeciągała. Widać współmieszkańcy kamienicy nie mieli zamiaru wracać. Strzelbę po tatusiu zdążyła schować w tajnym schowku, do którego wejście znała tylko ona, a dłonie umyła w kilku rodzajach środków chemicznych, odkażając je nawet spirytusem. Tak na wszelki wypadek,gdyby funkcjonariuszom przyszło do głowy poddać ją próbie parafinowej. Doña Izabella była na bieżąco z nowościami kryminalnymi i stale rozwijającymi się metodami badań. Trochę martwiły ją szczątki kryształowej wazy poniewierające się na wejściu i zastanawiała się, czy zaprząc do porządków Leonię, która lada moment powinna wrócić z fiesty, czy iść w zaparte i twierdzić, że nie ma pojęcia o żadnej wazie. Albo, co może byłoby najlepszym wyjściem z sytuacji, przyznać się do zrzucenia wazy w celu przestraszenia grupy nadmiernie hałasujących nastolatków. To jest najlepsze wyjście, uznała po chwili. Obecność nastolatków mogłaby potwierdzić Patricia mieszkająca tuż obok wejścia do Zaułka Snów. Musieli tamtędy przechodzić i hałasować. Patricia wprawdzie była już stara, miała pod osiemdziesiątkę i była kompletnie niedołężna, ale równie ciekawska co arystokratyczna sąsiadka. Musiała słyszeć głosy w Zaułku. Nigdy się nie przyzna, że nie wiedziała o czymś, o czym wiedziała doña Izabella. W razie czego trzeba będzie zasugerować policjantom wizytę u niej. Doña Izabella uspokojona pomysłami wróciła do czytania ostatniej powieści Lemaitre’a. Fascynujące! Tylko dlaczego ten Verhoeven był taki niski? Zawsze lubiła postawnych mężczyzn.
Powrót Leonii zasygnalizował przeciągły krzyk. Najgłośniejszy, jaki kiedykolwiek wydała wieloletnia służąca.
Miała wątpliwą przyjemność natknąć się na nieznajome zwłoki. Po kwadransie łapania się za serce i uspokajania przez pracodawczynię Leonia dała się przekonać, że powinny wezwać policję. Nieboszczyk przy wejściu nie był najlepszą wizytówką.
Jerzy Rosół zamiast jak najszybciej wyjechać z Barcelony zrobił coś dokładnie odwrotnego. Spakował swoje
rzeczy do plecaka. Całe szczęście, że gatki i koszulki nie były nazbyt ciężkie czy objętościowe. Niepotrzebną torbę podróżną wsunął pod łóżko. Posprzątał pomieszczenie, pamiętając o wytarciu odcisków palców. Tak na wszelki wypadek. Mieszkanie miał opłacone i mógł do niego wrócić, ale zakładał, że byłoby to niebezpieczne. O swoich zamiarach nie informował właścicielki aktualnie pogrążonej w świecie wielkiej miłości. Delikatnie zatrzasnął drzwi wejściowe i dopiero wtedy zastanowił się, co ma robić dalej.
Do miejsca, w którym zostawił szefa Anexu, nie było daleko. Mężczyzna odziany na sportowo, z plecakiem
przewieszonym przez ramię, zachowujący umiar we wścibstwie nie powinien rzucać się w oczy. Postanowił, że nie będzie korzystał ze środków komunikacji, tylko niespiesznie przespaceruje się do romantycznego Zaułka i sprawdzi, czy szef Anexu nadal leży na trawniku. Gnębiła go myśl, że Przyszły Morderca padł z ręki tajemniczej osoby.
Czy był to przypadek, czy też zaplanowana akcja? Tego musiał się dowiedzieć, zanim podejmie następne kroki."
"Jerzy Rosół zamierzał załatwić sprawy po swojemu, czyli spakować manatki i dać nogę z Hiszpanii.
Tylko dokąd? Na razie nie był poszukiwany. Chyba że ktoś wiedział o zamiarach prezesa i dał znać policji, że on – Rosół – wiąże się ze śmiercią szefa Anexu. Kogo on mógł wtajemniczyć? Skoro, jak sam się przekonał, szef Anexu osobiście chciał go zabić, to ujawnianie morderczych planów nie miało sensu. Chyba że… Nie. Chyba nie.
Doña Izabella czekała na odkrycie zwłok, a denat leżał na chodniku przed jej domem. Czekał na to samo. Odrobinę się niecierpliwiła. Fiesta się przeciągała. Widać współmieszkańcy kamienicy nie mieli zamiaru wracać. Strzelbę po tatusiu zdążyła schować w tajnym schowku, do którego wejście znała tylko ona, a dłonie umyła w kilku rodzajach środków chemicznych, odkażając je nawet spirytusem. Tak na wszelki wypadek,gdyby funkcjonariuszom przyszło do głowy poddać ją próbie parafinowej. Doña Izabella była na bieżąco z nowościami kryminalnymi i stale rozwijającymi się metodami badań. Trochę martwiły ją szczątki kryształowej wazy poniewierające się na wejściu i zastanawiała się, czy zaprząc do porządków Leonię, która lada moment powinna wrócić z fiesty, czy iść w zaparte i twierdzić, że nie ma pojęcia o żadnej wazie. Albo, co może byłoby najlepszym wyjściem z sytuacji, przyznać się do zrzucenia wazy w celu przestraszenia grupy nadmiernie hałasujących nastolatków. To jest najlepsze wyjście, uznała po chwili. Obecność nastolatków mogłaby potwierdzić Patricia mieszkająca tuż obok wejścia do Zaułka Snów. Musieli tamtędy przechodzić i hałasować. Patricia wprawdzie była już stara, miała pod osiemdziesiątkę i była kompletnie niedołężna, ale równie ciekawska co arystokratyczna sąsiadka. Musiała słyszeć głosy w Zaułku. Nigdy się nie przyzna, że nie wiedziała o czymś, o czym wiedziała doña Izabella. W razie czego trzeba będzie zasugerować policjantom wizytę u niej. Doña Izabella uspokojona pomysłami wróciła do czytania ostatniej powieści Lemaitre’a. Fascynujące! Tylko dlaczego ten Verhoeven był taki niski? Zawsze lubiła postawnych mężczyzn.
Powrót Leonii zasygnalizował przeciągły krzyk. Najgłośniejszy, jaki kiedykolwiek wydała wieloletnia służąca.
Miała wątpliwą przyjemność natknąć się na nieznajome zwłoki. Po kwadransie łapania się za serce i uspokajania przez pracodawczynię Leonia dała się przekonać, że powinny wezwać policję. Nieboszczyk przy wejściu nie był najlepszą wizytówką.
Jerzy Rosół zamiast jak najszybciej wyjechać z Barcelony zrobił coś dokładnie odwrotnego. Spakował swoje
rzeczy do plecaka. Całe szczęście, że gatki i koszulki nie były nazbyt ciężkie czy objętościowe. Niepotrzebną torbę podróżną wsunął pod łóżko. Posprzątał pomieszczenie, pamiętając o wytarciu odcisków palców. Tak na wszelki wypadek. Mieszkanie miał opłacone i mógł do niego wrócić, ale zakładał, że byłoby to niebezpieczne. O swoich zamiarach nie informował właścicielki aktualnie pogrążonej w świecie wielkiej miłości. Delikatnie zatrzasnął drzwi wejściowe i dopiero wtedy zastanowił się, co ma robić dalej.
Do miejsca, w którym zostawił szefa Anexu, nie było daleko. Mężczyzna odziany na sportowo, z plecakiem
przewieszonym przez ramię, zachowujący umiar we wścibstwie nie powinien rzucać się w oczy. Postanowił, że nie będzie korzystał ze środków komunikacji, tylko niespiesznie przespaceruje się do romantycznego Zaułka i sprawdzi, czy szef Anexu nadal leży na trawniku. Gnębiła go myśl, że Przyszły Morderca padł z ręki tajemniczej osoby.
Czy był to przypadek, czy też zaplanowana akcja? Tego musiał się dowiedzieć, zanim podejmie następne kroki."
poniedziałek, 11 czerwca 2018
Spacer uliczkami Oświęcimia i przypomnienie o "Zdarzyło się dzisiaj"
W piątek, zamiast jak zazwyczaj przechodząc na drugą stronę ulicy przy sklepie papierniczym - sklep nie istnieje od lat, ale to dla określenia lokalizacji Oświęcim Dąbrowskiego 3 nie ma większego znaczenia, skręciłam zamiast w lewo, ulica Mayzla, to w prawo, w Berka Joselewicza. Akurat kamienica przy Mayzla/ Dąbrowskiego w niewielkim, ale jednak remoncie. Rynny wymieniają. To poszłam uliczką mojego wczesnego dzieciństwa. Było słonecznie, trochę duszno. Z Berka Joselewicza przeszłam w ulicę Świętego Jana Bosko i nagle przypomniałam sobie o opowiadaniu, które napisałam dwa lata temu na potrzeby projektu "Legenda szyta na miarę - oświęcimska legenda XXI wieku". Ziemia przy kościelnym murze nie nosiła już śladów badań archeologicznych, trawa, kwiaty, rosły bujnie. Zrobiłam kilka zdjęć, na pamiątkę, a dzisiaj oprócz zdjęć zamieszczam fragment opowiadania i link do całości.
Oświęcim w całkiem innych klimatach.
"Ziemia przy bocznej
ścianie kościoła pod wezwaniem Matki Bożej Wspomożenia Wiernych w Oświęcimiu
była rozgrzebana, a wokół kręcili się zaaferowani, młodzi ludzie. Wyznaczali
miejsce gdzie będą kopać, zaznaczali je palikami i sznurkiem. Mieli niewiele
czasu na przeprowadzenie dodatkowych wykopalisk, dlatego pracowali szybko
i w skupieniu, obawiając się, by z nagle
zachmurzonego nieba nie lunął na nich deszcz. Ceglane mury, których fundamenty pamiętały
czasy gdy w tym miejscu znajdował się klasztor
ojców dominikanów, nie dawały nawet
najmniejszej osłony i w razie ulewy musieliby się ewakuować, a cała praca
poszłaby na marne. Ekipa składająca się
z archeologów i antropologów wracała do miejsca,
w którym kilka lat temu udało im się dokonać spektakularnych odkryć. Bo jak
inaczej nazwać odkrycie ponad siedemdziesięciu pochówków, a oprócz nich
przykościelnego ołtarza i kaplicy grobowej. Sensacją było także odkrycie
półkolistej krypty z cegły, pochodzącej z drugiej połowy szesnastego wieku. Nie
wspominając o rapierach, nożykach i monetach pochodzących z okresu późnego
średniowiecza i wczesnego okresu nowożytnego. Największą sensacją okazało się
odnalezienie pochówku
antywampirycznego. Widok kości czaszki
umocowanych pomiędzy nogami, a ściślej piszczelami, nasuwał podejrzenia, że
pochowana osoba mogła zostać uznana za czarownika i ścięta. Zamierzali
przeczesać teren przykościelny i sprawdzić, czy nie znajdą następnego takiego
grobu. Zwłaszcza że sposób zabezpieczenia też dawał do myślenia. Na razie
na szczęście niebo się rozjaśniło, a oni
mogli rozpocząć pracę."
Dalszy ciąg opowiadania można przeczytać tutaj:
środa, 16 maja 2018
"Obrączka diabła" Vidar Sundstol
To miał być krótki pobyt w rodzinnych stronach. Max Fjellanger zamierzał oddać ostatnią posługę przyjacielowi z lat młodości, złożyć pogrążonej w żałobie rodzinie kondolencje, wsiąść do samolotu i wrócić do siebie, do Stanów.
Tak się jednak nie stało.
Ktoś musiał wyjaśnić dlaczego Knut Abrahamsen, policjant na rencie, człowiek zamknięty w sobie, wycofany, popełnił samobójstwo napychając sobie kamienie do kieszeni kurtki i skacząc do rzeki.
Okoliczności jego śmierci są co najmniej zastanawiające, zwłaszcza, że są przesłanki, by sądzić, że Knut zaczął prowadzić prywatne śledztwo, a tropy sięgają wydarzeń sprzed trzydziestu lat, w tym nigdy nie wyjaśnionego zaginięcia badacza folkloru Petera Schrama. Być może punktem zwrotnym było prawie identyczne zdarzenie; Cecilie Wiborg, badaczka folkloru zajmująca się historią kościoła słupowego w Eidsborgu przepada bez wieści w noc letniego przesilenia. Na rok przed śmiercią Abrahamsona.
Na pytanie czy i w jaki sposób obie sprawy łączą się ze śmiercią Knuta Abrahamsena musi odpowiedzieć Max Fjellanger, a pomoże mu w śledztwie energiczna bibliotekarka Tirill Vesterli. Poszczególne wątki jak nitki pajęczej sieci oplatają kościół słupowy w Eidsborgu. Obiekt zabytkowy, wybudowany w miejscu szczególnym. Aktualnie to świątynia protestancka, ale nadal przechowuje pamięć o latach, gdy kościół był świątynią katolicką.
"- Pierwotnie kościół był poświęcony świętemu Mikołajowi. Jest przecież strasznie stary, pamięta jeszcze czasy katolickie. Wizerunek świętego - drewniany posąg - nadal się tam znajduje. Jednak przed reformacją figura zwana przez chłopów Nikulsem - zresztą ludzie nadal tak ją nazywają - miała ogromne znaczenie dla lokalnej społeczności. W każdą noc świętojańską posąg noszono w procesji wychodzącej z kościoła. Wpierw trzykrotnie okrążano sam kościół, a następnie schodzono nad jeziorko, które pan tam widzi. Eisborgtjorni. Wokół niego figurę noszono w lektyce, do wtóru pieśni oraz modlitw księdza i wiernych. Na końcu zanurzano ją i obmywano." strona 33
Jeżeli chcecie zobaczyć jak wygląda kościół zajrzyjcie tutaj:http://www.krajoznawcy.info.pl/kosciol-i-skansen-nad-jeziorem-7928
Wracając do wątku kryminalnego...
Powroty zazwyczaj bywają trudne. Max prowadząc śledztwo sięga pamięcią do czasów gdy służył w policji, odświeża stare znajomości. Chce w ten sposób zamknąć pewien etap życia, zakończyć własną żałobę związaną ze śmiercią żony i poczuć znowu adrenalinę związaną z prowadzeniem sprawy, w której gra toczy się o życie.
Wyjaśnienie zagadki śmierci badaczy i idącego ich śladem Knuta Abrahamsona nie należy do zaskakujących, ale jest spójne z fabułą.
Dla mnie jako czytelnika zawsze najważniejsze jest to co pozostaje w pamięci po przeczytaniu książki. Zdarza się, że z zamknięciem ostatniej kartki postaci ulatniają się, a fabuła mętnieje. Zapominam.
A zdarza się i tak, że słowo "koniec" oznacza dla mnie początek poszukiwań. Tak było w przypadku "Obrączki diabła". Zajrzałam wirtualnie do Telemarku, swoją drogą nastrojowe opisy krajobrazu stanowią mocną stronę powieści - aż chciałoby się pojechać tam i zobaczyć na własne oczy zabytkowy kościół, doliny Telemarku i unoszącą się wokół nich mgłę.
"Obrączka diabła" Vidar Sundstol
tłumaczyła: Katarzyna Tunkiel
Wydawnictwo Media Rodzina
Seria: Gorzka Czekolada
Stron: 317
piątek, 6 kwietnia 2018
"Ordynat Zaleffski i odwołany pojedynek" Gryzelda Chocimirska
"Rok 1925 był wiecznym latem tysiąca przyjęć wolnym od pracy" Scott Fitzgerald. Ten cytat doskonale wprowadza czytelnika w atmosferę powieści. Niewymuszona elegancja, przestrzeganie zasad i lekkość bytu połączona z prowadzonym od niechcenia śledztwem, i błyskotliwym humorem narratora.
Moim zdaniem jest to wystarczająca rekomendacja, by zgłębić tajniki odwołania tytułowego pojedynku.
Bo w czym rzecz?Moim zdaniem jest to wystarczająca rekomendacja, by zgłębić tajniki odwołania tytułowego pojedynku.
Ludwik Ernest Stanisław Waldemar Zaleffski, w skrócie Lui, osiemnasty ordynat z potężnego niegdyś rodu obijboków, zgodnie z zasadą rodową wystrzegający się wszelkiej pracy, od dwóch lat żyje na koszt wuja Eustachego, który jest biznesmenem, człowiekiem interesu i uroczej cioci Jadwisi, korzystając z ich gościnności. Stare Letnisko i damy hojnie zaszczycane uwagą przez młodego ordynata już przyzwyczaiły się do jego wyskoków. Balowanie w Księżycowej w towarzystwie przyjaciela rotmistrza Muraszki, zdjęcia na pierwszej stronie kroniki towarzyskiej, beztroskie życie przerywane toastami za zdrowie pięknych pań, przerywa niemiły incydent. Ordynat zostaje wyzwany na pojedynek, a wyzywający, niejaki Meinhoff, o zgrozo! nie stawia się o wyznaczonej porze, a nawet, co naganne, znika.
Gdy okazuje się, że Meinhoff już nigdy nie wyzwie nikogo na pojedynek, a ordynat z młodego, przyjemnego w obejściu hulaki stanie się nie dość, że podejrzanym, to jeszcze jednym z dwóch narzeczonych pewnej panny, będzie musiało dojść do niespodziewanego nagięcia rodowych procedur. Ordynat Zaleffski postanowi wyjaśnić dla świętego spokoju dlaczego ktoś wyeliminował Meinhoffa. Wszak śledztwo i pisanie książek to nie praca.
Ciekawość dziennikarki prawie śledczej nie da mu spokoju, a przychylność pięknych i mniej pięknych dam pomoże w rozwiązaniu zagadki.
Cudnej urody humor sytuacyjny i słowny, ekstrawaganckie postaci - wuj Eustachy genialnie uchwycony, intryga przemyślana, wyjaśnienie zaskakujące. Jestem szczęśliwa, że udało mi się zakupić książkę, bo nadaje się ona do wielokrotnego czytania.
Zajrzyjcie również na stronę http://kapitula.weebly.com/jej klimat wprowadzi Was w atmosferę Starego Letniska.
A ja żałuję jedynie, że nie znalazłam kontynuacji przygód ordynata. Może kiedyś...
wtorek, 3 kwietnia 2018
Kawa z żołędzi i inne przyjemności :)
W sobotę wielkanocną robiłam zakupy w naszym sklepie ekologicznym. Tutaj macie link do strony sklepu, można sobie zamówić produkty przez Internet: http://sklepsmakosz.pl/
Polecana jako napój wzmacniający i energetyzujący.
I powiem Wam, że coś w tym jest, wypiłam dzisiaj i od rana zrobiłam już mnóstwo rzeczy, które odkładałam na zaś.
Tutaj nie ma mowy o biedzie, a i smak na pewno nieco inny
- kwestia dodatków.
Jeżeli tak jak i ja zastanowiliście się co to jest maltodekstryna, to tutaj dodaję link do wiedzy o niej:http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/czy-maltodekstryna-w-zywnosci-jest-szkodliwa-wlasciwosci-zastosowanie_44008.html
Kawa w moim ulubionym sandomierskim kubku, jedynej pamiątce po dwudniowym szkoleniu w Sandomierzu.
A i jeszcze jedno... to nie jest materiał sponsorowany, po prostu postanowiłam od czasu do czasu napisać o moim mieście, sklepach, kawiarniach, cukierniach i innych przyjemnych, wartych poznania miejscach.
poniedziałek, 2 kwietnia 2018
Przysłowia na kwiecień
Chyba najbardziej znanym przysłowiem na kwiecień jest:
Kwiecień wilgotny obiecuje rok stokrotny.
Kiedy w kwietniu słonko grzeje, chłopi mogą mieć nadzieję.
Jeśli w Wielkanoc deszcz pada, w całym lecie suchość włada.
Kwiecień co deszczem rosi, wiele owoców przynosi.
Ciepły kwiecień jako maj, będzie żyto jako gaj.
Jeśli w kwietniu pszczoły latają, to długie chłody zapowiadają.
Ale są i inne, wynikające z długoletnich obserwacji ludzi związanych z przyrodą, rolników, pozwalające przewidzieć pogodę na nadchodzące miesiące. Chociaż teraz, przy tych wszystkich ingerencjach z zewnątrz mogą się nie sprawdzać. Skoro meteorolodzy podkreślają, że nie są w stanie przewidzieć pogody na więcej niż dwa dni wprzód bo wszystko się zmienia, to i przysłowia mają ciężej. Niemniej warto obserwować zmiany w naturze, uczyć się i prognozować we własnym zakresie.
Pogody kwietniowe, słoty majowe.Kwiecień wilgotny obiecuje rok stokrotny.
Kiedy w kwietniu słonko grzeje, chłopi mogą mieć nadzieję.
Gdy w kwietniu ciepłe deszcze padają, pogodną jesień zapowiadają.
Kwiecień co deszczem rosi, wiele owoców przynosi.
Ciepły kwiecień jako maj, będzie żyto jako gaj.
Jeśli w kwietniu pszczoły latają, to długie chłody zapowiadają.
Obserwujmy przyrodę, starajmy się żyć z nią w zgodzie. Nie wypalajmy traw, bo wtedy tracą dom wszystkie żyjątka ukryte w ich gęstwinie, jeże, ptaki, i wszystkie zwierzęta, które akurat znalazły się w pobliżu płonących łąk. Pamiętajmy, że wypalanie traw stanowi także zagrożenie dla pobliskich domostw i ludzi. Wystarczy, że wiatr zmieni kierunek i ściana ognia będzie nie do opanowania.
Trochę rozsądku na co dzień i wyobraźni, bo konsekwencje jednej nieprzemyślanej decyzji mogą odbić się na życiu wielu osób i zwierząt. A straż pożarna nie zawsze zdąży przyjechać z ratunkiem.
Bezpiecznej wiosny wszystkim życzę :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




