poniedziałek, 12 maja 2014

Azalie :)

Różaneczniki, azalie i rododendrony  to krzewy o pięknych kwiatach, niestety kwitną bardzo krótko. I tak czekam do następnego roku na tę feerię barw :)
To rodzaj roślin z rodziny wrzosowatych, należy do niego ponoć około tysiąca gatunków.






niedziela, 11 maja 2014

"Prosiaczek Fryderyk - Wielka wojna o imbryk"



"Kot Jinx siedział na brzegu strumyka, który przepływał przez farmę pana Beana. Właśnie zjadł kolację i czekał na prosiaczka Fryderyka. A Fryderyk się spóźniał. Jinx siedział więc i poruszał tylko z wolna ogonem. Potem zaś poruszył nim szybciej. Przyszło mu bowiem na myśl, że jeżeli ogon będzie poruszać się szybciej, czas zacznie płynąć szybciej. Próbował tak i tak, kilka razy, ale nie zdołał stwierdzić na pewno, jak to jest z tym upływem czasu, podwinął więc w końcu ogon pod siebie i zaczął myć pyszczek. Umył pyszczek, łapki i brzuszek, a potem próbował umyć grzbiet między łopatkami. Starał się sięgnąć tam na różne sposoby. Owszem, był w stanie wykręcić łepek do tyłu w sam raz, żeby zobaczyć zakurzone futerko, ale nie zdołał dosięgnąć go języczkiem. Skręcał się i skręcał, aż w końcu się przewrócił."

Choćbym nie wiem jak pięknie pisała o tej książce to i tak nie jestem w stanie oddać jej uroku, dlatego zdecydowałam się na zacytowanie początku.
Kot Jinx - niezły urwis. 
Kogut Karol - cały piękny i obowiązkowy, ale pantoflarz.
Prosiaczek Fryderyk - piękno i potęga umysłu, poza tym poeta.
Mały Walter - to czego nauczył się prosiaczek, przyda się także małym dzieciom, a i dorosłym nie zawadzi.
Pani i pan Web - jakże oni potrafią pleść pajęczą nić.
Hasło szeryfa: "Wszędzie dobrze, ale w więzieniu najlepiej".
Ciotka Effie - nie spodziewałam się, że tak polubię miłośniczkę proszonych herbatek :)
I oczywiście wielu, wielu innych. Każdy podbił moje serce i utwierdził w przekonaniu, że dobrze napisana literatura dla dzieci niekoniecznie nadaje się tylko dla dzieci. Wzruszałam się, śmiałam, denerwowałam losami imbryka :) I podziwiałam kunszt pisarski Waltera R. Brooksa. Jak wiele można przekazać nie używając taniej dydaktyki. Inteligentnie i z humorem. 

Autorem serii o prosiaczku Fryderyku jest Walter R.Brooks, świetny pisarz amerykański, twórca między innymi scenariusza do filmu "Mister Ed", znanego u nas pod tytułem "Koń, który mówi". Pamiętacie?
Niewątpliwą zaletą polskiego wydania jest pozostawienie ilustracji, które pojawiły się w oryginale książki. Ich twórcą jest Kurt Wiese, który trzykrotnie otrzymał nagrodę imienia Lewisa Carolla. 
Dodam, że książka "Prosiaczek Fryderyk - Wielka wojna o imbryk"  została po raz pierwszy wydana w 1940 roku.
Czytanie takiej książki, zwłaszcza małym dzieciom to świetna zabawa dla całej rodziny, chrumkanie, chrząkanie, pianie, miauczenie, rżenie, gdakanie ... wyobrażam to sobie :)

czwartek, 8 maja 2014

Mój ogród

Nie wiem jak to jest, ale ile razy idę robić cokolwiek w ogrodzie, to tyle razy wracam pogryziona. Komarów jeszcze nie zauważyłam, ale one sprytne są i potrafią znienacka ukłuć. Zawsze się zastanawiam czy pieląc skusiłam jakiegoś owadzie potworka do wyjścia, czy zamyślona (przy pracach ogrodowych dobrze się myśli) stanowię łatwy cel.
Dzisiaj kolejna porcja zdjęć z ogrodu, w nocy padało, ale teraz jest całkiem ładnie. Jak skończę pracę wymagającą siedzenia przy komputerze pójdę dalej walczyć z chwastami :)
Moje ulubione miejsce wypoczynku w ogrodzie

Las w wersji mini :)



Kawałek łąki

To drzewko kupiłyśmy lata temu na Dniach Ogrodów w Pszczynie. Było malutkie, ledwo wystawało nad skraj doniczki. Podobno pochodzi z Japonii, nazwy nie pamiętam.



Clematisy, ulubione mojego Dziadka, mają już ponad trzydzieści lat.

środa, 7 maja 2014

Ogrodowo i wiosennie :)

Wczoraj miałam trochę czasu i udało mi się zrobić kilkadziesiąt zdjęć ogrodu. Niby co roku te same bzy i tamaryszek tylko się rozrasta, ale miło popatrzeć.
Dzisiaj pogoda nadal ładna, więc idę pielić, kosić i oddawać się tym podobnym przyjemnościom :)

Na tym zdjęciu nie chodzi o bukszpan, nie przycięty :) ale o doniczkę. Nie lubię marnotrawstwa dlatego starą, plastikową doniczkę a'la terracota pomalowałam decoralem na biało, a potem pomaziałam farbą decoral fashion włoskie impresje (frutta fresca). To dość droga farba, ja wykorzystałam przecenę kupiłam puszkę za całe 10 złotych :)











czwartek, 1 maja 2014

Bohomaz :)

Przypomniałam sobie, że mam zainstalowany program paint. Prawdę mówiąc nigdy z niego nie korzystałam, ale teraz potrzeba chwili - chciałam sama zaprojektować logo nowej strony - zmusiła mnie do szukania rozwiązań. Logo na etapie przygotowań, a ja bawię się i rysuję obrazki.



Nieco abstrakcji w domu i zagrodzie :) Obrazek nazwałam Bohomaz, a  w trakcie maziania farbami odpoczęłam jak rzadko :)

piątek, 25 kwietnia 2014

"Dziennik badante czyli Italia pod podszewką"

Bardzo lubię Włochy, czy jak mówi mój Alfredo z "Wyszedł z domu i nie wrócił" - Italię. Dobrze się tam czuję, a jednym z moich nieziszczonych marzeń jest tydzień w Rzymie. Zwiedzanie, spacery uliczkami o jednostronnym ruchu, Koloseum gdy zapada zmierzch. To tyle jeśli chodzi o marzenia. 
Dzisiaj parę zdań o książce na wskroś włoskiej, to "Dziennik badante, czyli Italia pod podszewką". Lucia też mówi Italia, bo jakże można jechać do Włoch?
"Dziennik badante" dostałam od Lucyny Kleinert jakiś czas temu. Byłam dwusetną osobą lubiącą jej stronę na facebooku. Leżał odłożony w biblioteczce aż do tych świąt. Sięgnęłam i zaraz byłam głodna. Lucia pisze tak smakowicie o jedzeniu, podaje przepisy, które brzmią tak prosto, że nawet mnie - mało kulinarną kusiło by spróbować coś upiec.
Ale w książce jest nie tylko kulinarnie, ale także bardzo ciekawie i kulturalnie. Lucia należy do osób, które lubią wiedzieć i jeżeli tylko jest taka możliwość to zobaczyć na własne oczy. I oczywiście opisać, nie tylko Ascoli Piceno, ale także okoliczne miasta i miasteczka. Ich koloryt lokalny, zabytki, ciekawostki architektoniczne i przechodzące z pokolenia na pokolenie opowieści.
A badante, czyli opiekunki osób starszych ( to była praca Lucii) znajdą dla siebie sporo cennych i prawdziwych porad. Znam jedną badante i wszystko o czym mi opowiadała pokrywa się z  tym co pisze Lucia.
Ciekawa, warta przeczytania książka.


czwartek, 17 kwietnia 2014

Wesołych Świąt



Życzę wszystkim zdrowych, spokojnych, pełnych szczęścia Świąt Wielkanocnych i mokrego Śmigusa 




piątek, 21 marca 2014

Wiosenne marzenia :)

"Twarz mu zasnuwa uśmiech radosny,
Byle do wiosny!"

Tyle mi w pamięci zostało z wiersza poświęconego hodowli drobiu prowadzonej przez woźną Więckowską,  w "Sposobie na Alcybiadesa". 
Oraz oczywiście wiośnie.
Wiersz napisał i wyrecytował były bokser, zausznik Szekspira. 
Nie, nie tego mieszkającego w Stratford-upon-Avon, Szekspira dwudziestowiecznego, szefa kółka teatralnego, mocno nawiedzonego i podstępnego. Oraz umiejętnie rozsupłującego węzły.

Czytam książkę, i nie jest to "Sposób na Alcybiadesa", który dziwnym trafem po ostatnich porządkach zapadł się pod ziemię. Książkę polskiego autora, dowcipną, z lekka ironiczną i poprzetykaną smakowitymi cytatami  jak dobry keks. 
Recenzja niedługo.
A dzisiaj samych spełnionych wiosennych marzeń :)



czwartek, 20 marca 2014

Środa z książką - Tajemnica szkoły dla panien



Najpierw urzekła mnie okładka, panienka z włosami ułożonymi w fale jest  bardzo podobna do mojej babci Tekli ze zdjęcia maturalnego. A potem przeniosłam się na kilka godzin do Mańkowic,  kilkunastotysięcznego miasteczka usytuowanego pod Poznaniem. To tam w niedzielne popołudnie, jedna z uczennic szkoły dla panien popełniła samobójstwo wieszając się na strychu. Panienka nawet w ostatniej chwili pamiętała żeby zadzierzgnąć ostateczny węzeł w ósemkę. I to właśnie nie dawało spokoju podkomisarzowi Hieronimowi Ratajczakowi, który został przydzielony do sprawy. Sprawy, którą zamknął, nie chcąc sprawiać ani sobie, ani tym bardziej innym, niepotrzebnych kłopotów. O jedną dziewczynę bez rodziny, żyjącą z łaski na pensji panny Wachowskiej mniej. Komu to przeszkadza? I sprawy toczyłyby się swoim trybem, a podkomisarz wróciłby do rozwiązywania zagadki zaginionych worków cukru - Mańkowice szczyciły się wysoce wydajną cukrownią, gdyby nie to, że Marianna Szulc była pierwszą ofiarą, ale nie ostatnią.

Akcja książki rozgrywa się pomiędzy 26 listopada 1922 roku, a 30 stycznia 1923 roku. Autorka plastycznie maluje warunki życia w niewielkim miasteczku, zależności i podległości, które nie pozwalają swobodnie prowadzić śledztwa, bo a nuż okaże się, że zawinił któryś z zacnych obywateli, członek Towarzystwa na rzecz higieny, na przykład. I cóż z tym fantem zrobić?  A tu jeszcze do głosu dochodzą komuniści i antykomuniści, oraz bardzo przedsiębiorcze kobiety. 
Przyznam, że odebrałam tę książkę bardziej jako obyczajową z nieco wątłym wątkiem kryminalnym, który jest, ale tak naprawdę znaczenie ma co innego, a morderca, cóż...
Natomiast książkę polecam,  zwłaszcza jeżeli chcecie się cofnąć w czasie o dziewięćdziesiąt lat, przeczytać jak to było, gdy Polska scalała się po uzyskaniu niepodległości, jakie panowały mity i opinie na temat życia w różnych zaborach. Po jakie książki sięgały wykształcone kobiety i w jaki sposób zarabiali mężczyźni z ambicjami.
I jak panny zaczynały nosić coraz krótsze spódnice co było powodem odwiedzin młodzieży gimnazjalnej w bibliotece.
Warto odbyć taką podróż w czasie.

sobota, 8 marca 2014

Przykazania nie tylko dla menedżera :)

Otworzyłam dzisiaj Prawa Murphy'ego na chybił-trafił.
Padło na:
Dziesięć przykazań Sparksa  dla menedżera

1.Dołóż wszelkich starań aby mieć ważną minę.

2.Staraj się, aby widywano cię z ważnymi ludźmi.

3.Mów z autorytetem, rozwódź się jednak tylko na temat faktów oczywistych i sprawdzonych.

4.Nie wdawaj się w dyskusje, lecz jeśli już zostaniesz przyciśnięty do muru, zadaj zupełnie oderwane od tematu pytanie. Kiedy twój przeciwnik będzie się starał zrozumieć co jest grane - szybko zmień temat.

5.Słuchaj uważnie, gdy inni dyskutują nad jakimś problemem. Gdy tylko usłyszysz jakiś banał, wykorzystaj to i zgnoj ich.

6.Jeśli podwładny zada ci słuszne pytanie, spójrz na niego jakby postradał zmysły. Kiedy opuści wzrok zadaj mu to samo pytanie tylko sparafrazowane.

7.Obejmij wysokie stanowisko, ale trzymaj się z dala od widoku publicznego.

8.Poza swoim biurem chodź szybkim krokiem - ograniczy to do minimum pytania od podwładnych i zwierzchników.

9.Drzwi do biura miej zawsze zamknięte. To stawia gości w defensywie i sprawia wrażenie, że zawsze masz ważną konferencję.

10. Wszystkie polecenia wydawaj ustnie. Nie zapisuj nigdy niczego, co mogłoby być dowodem twojej niekompetencji.

Polecam nie tylko dla menedżerów, zwłaszcza to drugie w naszych czasach niezwykle aktualne. Zgodnie z ogólnym przekonaniem, że część sławy  osoby znanej medialnie spływa na osobę kompletnie nieznaną, byle ulokowaną w pobliżu. Najlepiej w okolicy tak zwanej ścianki ;)

środa, 26 lutego 2014

Zasada kociej frustracji :)

Wieczorem spisuję w punktach to co mnie czeka nazajutrz. Codziennie, od wielu lat. Przypuszczam, że bez tych moich list pogubiłabym się zupełnie, zwłaszcza, że wszystkiego trzeba pilnować. Ostatnio robiłam badania i na wynik jednego z nich trzeba było poczekać. Mieli zadzwonić, ale na razie cisza, dlatego jutro planuję wizytę w punkcie pobrań. Wynik zapewne leży i kwiczy. 

A żebym całkiem nie zgorzkniała i nie zaczęła jojczeć, że coś tam nie wychodzi dzisiaj  Zasada kociej frustracji:
Jeśli kot zaśnie na twoich kolanach i sprawia wrażenie bezgranicznie zadowolonego, nagle musisz wstać i iść do łazienki.

Schody całe szczęście nie muszą wstać i iść do łazienki :)

czwartek, 20 lutego 2014

Prawa Murphy'ego

Na pewno też macie takie dni, tygodnie a nawet miesiące gdy wszystko idzie na opak, a plany zachowują się tak jakby ich nie było. Rzeczywistość skrzeczy, a człowiek po prostu ma dość ponieważ nie rozumie dlaczego tak się dzieje. Skoro zrobił wszystko co należało, stara się jak może, a tu na dodatek kromka posmarowana masłem upada ( oczywiście posmarowaną stroną) na nowy dywan albo na wymarzoną spódnicę kupioną za duże pieniądze. Warto zdać sobie sprawę, że na niektóre rzeczy nie mamy wpływu ( mimo iż wydaje się nam, że mamy) i przypomnieć sobie prawa Murphy'ego.

Pamiętajmy, że:
Jeżeli coś może się nie udać, to się nie uda.
Uzupełnienie:
1.Nic nie jest takie proste, jak się wydaje.
2.Wszystko zabiera znacznie więcej czasu, niż by się wydawało.
3.Jeżeli istnieje prawdopodobieństwo, że coś może pójść źle, to na pewno będzie to, co spowoduje największe szkody.
4.Jeśli przewidzisz cztery możliwe sytuacje, w których coś może się nie udać i zdołasz je obejść, natychmiast wyłoni się piąta.
5.Sprawy pozostawione samym sobie mają tendencję, aby zmieniać się ze złych na jeszcze gorsze.
6.Zawsze, kiedy masz właśnie coś zrobić, okazuje się, że najpierw musisz zrobić coś innego.
7. Każde rozwiązanie rodzi nowe problemy.
8.Głupcy są tak pomysłowi, że niemożliwe jest stworzenie czegoś, z czym każdy głupi by sobie nie poradził.
9. Natura jest zawsze po stronie ukrytych wad.
10. Matka Natura jest suką.


Prawa pochodzą z tej książeczki. Od czasu do czasu otwieram ją, czytam i wiem, że zgodnie z drugim prawem Chisholma:
1.Jeśli wszystko idzie dobrze, na pewno wkrótce coś się nie uda.
2.Jeżeli wydaje się, że już nie może być gorzej - na pewno będzie.
3.Zawsze kiedy wydaje ci się, że będzie lepiej, to znaczy, że coś przeoczyłeś.

Zaczynam się bać...

niedziela, 26 stycznia 2014

Śpiesz się powoli :)

Doba ma tylko 24 godziny. Niby to dużo, ale nie zawsze. Od kiedy pamiętam żyję z kalendarzem w ręku i najczęściej tydzień naprzód mam czas zaplanowany. Oczywiście nie godzina po godzinie, chociaż takie dni się też zdarzają, ale mniej więcej wiem co mnie danego dnia czeka. Zdarzają się niespodzianki i wtedy plany biorą w łeb. Zdarzają się też takie dni, tygodnie, a nawet jak ostatnio miesiące, że nie mogę nadążyć. Termin goni termin, książki do przeczytania na już ułożone w stosy, czekają. Teksty do napisania, ułożone w głowie, wybiórczo ponotowane czekają na wolne godziny. A ja przecież cały czas pracuję. I tak naprawdę lubię ten bieg, ten wir, ten stan ciągłej gotowości, lubię być potrzebna i zapracowana :)
Dopiero dzisiaj powoli organizuję sobie pisarskie życie. W zeszłą niedzielę dostałam pytania do wywiadu. Poniedziałek i wtorek nie miałam ani chwili wolnej, siadłam w środę wieczorem. Napisałam, zadowolona, zostało mi jedno pytanie, telefon, następny telefon, zobaczyłam wygaszony ekran, zamknęłam komputer. Usnęłam spokojnie. W piątek ocknęłam się, że muszę dokończyć i wysłać, otwieram i nie ma ani jednego zdania. Wysłałam dzisiaj co pięć minut zapisując tekst.
Mam nauczkę. Moja Babcia zawsze mówiła " Śpiesz się powoli". Warto pamiętać.

Kryminalna 13 - antologia kryminalna

Tydzień temu miała miejsce premiera antologii kryminalnej  " Kryminalna 13". Trzynastu autorów przekazało po jednym opowiadaniu by w ten sposób wziąć udział w dość eksperymentalnym wydarzeniu. Mianowicie dochód ze sprzedaży e-booka zostanie przeznaczony na promocję laureata konkursu na powieść kryminalną. Konkurs został ogłoszony przez wydawnictwo RW2010 i ostateczny termin przysyłania powieści to 30 czerwca 2014 roku. Szczegóły na stronie wydawnictwa.  Jurorami w konkursie będą autorzy tych trzynastu opowiadań. A żeby było ciekawiej antologia kosztuje 13 złotych. Po złotówce za opowiadanie :)
 Kto wie, może laureat konkursu stanie się sławnym pisarzem? Zobaczymy.
Wśród trzynastu opowiadań jedno moje, to "Alibi", z komisarzem Jodłą prowadzącym śledztwo w sylwestrową, jasną noc. Polecam.


niedziela, 12 stycznia 2014

piątek, 10 stycznia 2014

Wyszedł z domu i nie wrócił - fragment książki.

Dzisiaj fragment "Wyszedł z domu i nie wrócił". Fragment, który bardzo lubię. Zapraszam do czytania.


(...)Sebastian Kloc nie mógł usnąć. Przewracał się z boku na bok niespokojnie, w końcu wstał i otworzył następną butelkę czerwonego wina. To nie był dobry pomysł, wino nie ukoiło go do snu, tylko przywołało fale wspomnień i wzmogło uśpione przez tyle lat wyrzuty sumienia. Myślał, zdecydowanie za dużo myślał. By choć na chwilę zapomnieć o dręczących go koszmarach włączył komputer i delikatnie pogłaskał klawiaturę. Widok niebieskiego ekranu jak zawsze podziałał na niego kojąco. Kliknął ikonkę z napisem "oddzieleni", pociągnął następny łyk wina i zapomniał o otaczającej go rzeczywistości.
W noc z piątku na sobotę pisał jak szalony. Czuł, że albo teraz, albo nigdy więcej nie zdobędzie się na tak  szczere, osobiste strofy.Pisanie sprawiało, że czuł się czystszy i spokojniejszy, tak jakby sam ze sobą rozliczał się ostatecznie z życia i jego meandrów. Ostatni wers napisał nad ranem, wyczerpany, ale radosny i wolny. Zapisał plik, wydrukował - tak na wszelki wypadek, gdyby coś złego stało się z komputerem - i postanowił wyjść na spacer. Nie jadł śniadania, wypił tylko filiżankę czarnej kawy i odświeżony, ale nie ogolony - postanowił sprawdzić jak będzie wyglądał z parodniowym zarostem - wyszedł z mieszkania. Świtało.Zawsze lubił patrzeć, jak budzi się dzień. Powietrze wtedy ma inny zapach, a wyłaniające się słońce napawa optymizmem i nadzieją. Ludzie, pozamykani w domach, jeszcze śpią. Psy, zmęczone dyżurowaniem, zaszywają się w budach i obojętne na uroki wstającego dnia odsypiają wielogodzinne czuwanie. Najlepszy czas na włamania.
Szedł na Sołę. Rzeka płynęła spokojnie, a puste Planty przywoływały wspomnienia z dzieciństwa. To właśnie na Planty chodził z rodzicami na spacer. Tak mu świtało w głowie, że kiedyś w okolicach kładki prowadzącej na Zasole, której wtedy nie było, był zlokalizowany plac zabaw dla dzieci. Ogródek Jordanowski. Zapamiętał te rodzinne spacery, jedyne dłuższe momenty spędzane z obojgiem rodziców. Ojciec, inżynier, trawił czas na krajowych i zagranicznych budowach. Od Bełchatowa po Irak. Jeżeli pracował w kraju, to starał się, by przynajmniej niedzielę spędzić w domu. Potem, gdy pojawiły się wolne soboty, było łatwiej, miał więcej czasu dla rodziny. Mama, nauczycielka, zakochana w swojej pracy, nie poświęcała mu zbyt wiele uwagi.Praktycznie rósł sam. Może dlatego tak zapamiętał te wspólne spacery Plantami? Ale tamte Planty były inne, teraz też są inne. Ciekawe jak będą wyglądały za parę lat. Na razie trochę dziko, ale dzięki temu ptaki mają szansę na budowę gniazd, kaczki pływają po rzece. Przylatują łabędzie. Fajnie mieszkać w mieście, które leży nad rzeką. Można łowić ryby, opalać się na kamienistej plaży.Moczyć nogi do kolan, zwłaszcza jak się nie potrafi pływać.
Zamyślony minął pusty o tej porze parking i nie oglądając się za siebie, szedł wzdłuż muru Zakładu Salezjańskiego. Przed oczami majaczyła mu kładka. Wiedział, że jeżeli pójdzie prosto, to dojdzie aż na Kamieniec, do terenów lęgowych ptaków. Nie obawiał się nikogo i niczego, a rześkie powietrze sprawiało, że z każdą chwila czuł się lepiej. Co się stało, to się nie odstanie - tak mawiała jego ukochana babcia Ziuta. Nie płacz nad rozlanym mlekiem - tak mówił dziadek Jan. W sumie, jak się tak zastanowił, najbliżsi mu ludzie.
Tak się zamyślił, że prawie potknął się o schody prowadzące na kładkę. Zamrugał oczami, popatrzył uważniej. Wiedział, że sporo wypił, ale miał wrażenie, że już zdążył wytrzeźwieć. Teraz nie był tego pewien. Pochylił się i wyciągnął przed siebie rękę. Dotknął istoty siedzącej na schodach prowadzących na kładkę. Była prawdziwa.(...)

Planty

Planty i rzeka Soła


wtorek, 24 grudnia 2013

Życzenia świąteczne

Życzę wszystkim zdrowych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia w gronie rodziny i przyjaciół, radości i humoru przy świątecznym stole oraz samych słonecznych dni 



środa, 18 grudnia 2013

Środa z książką - "Palcie ryż każdego dnia" Marek Hłasko

Mój scaner dzisiaj odmówił posłuszeństwa, a nie mam cierpliwości badać co mu dolega, dlatego dzisiaj cytat z książki,  bez okładki - ta na Lubimy Czytać rozprasza mnie - okładka mojego egzemplarza jest czarno-biała, ascetyczna, nieco toporna, samolot ma żółte skrzydła. Taka jak powinna być. 
"I wtedy Anderson wstał ciężko i podszedł do telewizora włączywszy go; i czekali oboje patrząc na biegnące po ekranie spirale, a potem z ognistych kół i kresek, z morza dźwięków wyłoniła się twarz Boga, wyłaniająca się nad chaosem, który potem zamieniony został w ziemię i na której zapanował chaos przewyższający milionkrotnie, czy też może liczbą, którą znałby tylko Bóg, którego twarz zniknęła już z powrotem w ognistych kręgach, aby niby nie powrócić - twarz pyzatego speakera, który mówił sztywnym, pełnym patosu głosem, podczas gdy żołnierze oblewali benzyną ryż, a kobiety stojące wokół nich płakały i wskazywały na swoje dzieci krzycząc coś w tym swoim ptasim języku, a potem ryż zapłonął, strzelił wysokim i prostym ku niebu, oblewając białym światłem pełne wstydu twarze amerykańskich żołnierzy, stojących z opuszczonymi oczyma i z opuszczonymi karabinami; w milczeniu rozrywanym tylko sykiem płomienia i ostrym, ptasim krzykiem kobiet, a pyzaty speaker mówił: " Dla tych ludzi ryż oznacza pożywienie, a pożywienie dla Wietkongu może oznaczać zwycięstwo".
(str.62,63)
Powieść powstała w latach 1967-1968 w Stanach Zjednoczonych. (...) Liczący 190 stron maszynopis,sporządzony na lichym papierze, zawiera liczne błędy maszynowe. Pewne partie tekstu są prawie nieczytelne wskutek złej jakości taśmy.(...) Redakcja wydawnicza ograniczyła się do poprawienia ortografii i interpunkcji, oraz do ujednolicenia zapisu, tam gdzie zróżnicowanie nie jest znaczące lub gdzie upoważniają do tego sugestie Autora" (...)
Tyle z noty wydawniczej.
Powoli wracam do Hłaski, w jego książkach zaczytywałam się lata temu. Powrót jest pewnym może nie szokiem, ale wytrąceniem z równowagi. Potrzebnym. 

Środa z książką - Klub Ognia Piekielnego


Intrygujący tytuł, nastrojowa okładka, dobre pierwsze wrażenie. To dużo na początek.
Wiktoriański Londyn to specyficzne miejsce akcji, dzielnica Whitechapel tym bardziej. Czas akcji, dwa lata od zakończenia działalności Kuby Rozpruwacza. Ofiara, prostytutka. Kim jest sprawca?
Nadinspektor Thomas Pitt ma twardy orzech do zgryzienia, wszystkie tropy prowadzą do Finlaya Fitz Jamesa, syna bogatego przedsiębiorcy. To jego nazwiskiem jest podpisana odznaka Klubu Ognia Piekielnego. To do niego pasuje opis sprawcy mordującego w wyrafinowany sposób. Nadinspektor z pewną ulgą przyjmuje przyznanie się do winy całkiem innej osoby. 
Dużym zaskoczeniem  dla nadinspektora jest wiadomość o nowym morderstwie. Szczegóły zbrodni pokrywają się. Tylko morderca i osoby prowadzące sprawę były w nie wtajemniczone. Kim jest morderca? Kto należał do Klubu Ognia Piekielnego? Czy Charlotte i Emily zdołają pomóc Thomasowi?
Pieczołowicie nakreślona atmosfera dziewiętnastowiecznego Londynu z jego dzielnicami nędzy i bogactwa, zadufanie w sobie arystokracji  i pogodzenie z losem biedoty. A między tym morderca, który jak zawsze miał swój bardzo osobisty powód by zabijać. Tylko czy było warto?
A książkę warto przeczytać, choćby po to by na chwilę oderwać się od współczesnego świata i jego, jakże czasami miałkich problemów.

sobota, 7 grudnia 2013

Co to za ludzie?

Zazwyczaj nie klnę, ale szlag mnie trafia najjaśniejszy, gdy jakiś zwyrodnialec znowu skatuje zwierzę, przywiąże je w kagańcu do drzewa, wyrzuci z samochodu, powiesi na płocie, bramie... Opowieści o tym co potrafią zrobić tak zwani "ludzie" można mnożyć bez końca. Nie rozumiem co każe im zabijać i jeszcze do tego ze szczególnym okrucieństwem. Czyżby wyżywali się w ten sposób za własne porażki, niepowodzenia, bijąc psa wyobrażali sobie, że biją powiedzmy znienawidzonego kierownika. Nie jest to żadnym usprawiedliwieniem, wręcz przeciwnie. Takie zachowania wskazują na pokłady tłumionej agresji, która w każdej chwili może eksplodować. Dlatego uważam, że wyroki za katowanie zwierząt są nadal niewspółmiernie niskie i zbyt rzadko egzekwowane.
Większość informacji dociera do mnie poprzez facebooka. To dzięki szybkiemu przepływowi informacji jest większa możliwość odnalezienia takiego drania. Można zjednoczyć się tak w poszukiwaniach jak i w pomocy zwierzętom. To właśnie tam działa wiele stron, które zajmują się pomocą takim porzuconym biedom, znajdują im domy, leczą, chuchają i dmuchają by zwierzę doszło do siebie. Są to działania godne szacunku i jak największego poparcia. 
Natomiast ja zastanawiam się jak wygląda u nas wychowanie ludzi, jakie wartości są wpajane, czy naprawdę ciężko zacząć edukację dziecka od nauki, że kota nie chwyta się za ogon, za uszy, że zwierzę to nie zabawka ze sklepu. Rodzina zapatrzona w malca pozwala na wszystko śmiejąc się, że taki zmyślny, a potem zdziwienie, bo przecież nasze dziecko nigdy w życiu by nie skrzywdziło, a przecież już na ich oczach krzywdziło. Z tych dzieci wyrastają skrzywieni psychicznie ludzie, a efekty widać. I tak z pokolenia na pokolenie. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich rodzin, ale dotyczy, niestety.
Idą święta, dlatego apeluję o rozsądek. Nie kupujmy zwierzęcia pod choinkę, jako prezentu, niespodzianki. Oczywiście można adoptować zwierzaka, najlepiej ze schroniska, po wcześniejszym uzgodnieniu i odwiedzinach, zaprzyjaźnieniu się ze zwierzęciem, przemyśleniu za i przeciw. Tak by te święta ale i wiele lat potem były i dla zwierzęcia i dla rodziny piękne i konsolidujące. Nic na hop-siup. Posłużyć się tym co ponoć mamy, czyli rozumem.
Tyle na dzisiaj w sprawie. Napisałam, dalej mnie trafia, Ksawery wieje, a ja mam nadzieję, że nie zabraknie ludzi, którzy chcą i potrafią pomagać zwierzętom.

czwartek, 5 grudnia 2013

Przeczekać wichry

Czekam na Ksawerego.  Niestety boję się burzy, boję się silnego wiatru, takiej zawieruchy, która potrafi wprawić w stan bliski panice. A wieje coraz mocniej. Oczywiście nic to w porównaniu do tego co obejrzałam w telewizji; wywrócone samochody, pozalewane ulice, pozwalane drzewa i słupy telegraficzne. Ludzie ledwo utrzymujący równowagę. I surferzy w Holandii, którzy cieszą się, że wieje. Nie powiem co myślę, oby się im nic złego nie stało. 
W taki czas czuję się wytrącona z równowagi. Wprawdzie staram się robić wszystko po kolei i odhaczać zrealizowane zadania z długiej listy, ale jak tak sobie dmuchnie mocniej, to nawet lista nie pomaga. 
Tak naprawdę powinnam pisać, szybko kończyć książkę, którą lubię pisać, bo jest lekka i zabawna, ale myśli rozedrgane nie pozwalają. Nie chcę brać się za czytanie "Dziewczyny, która igrała z ogniem", to potężny tom, bo wiem, że jak wsiąknę, to nie napiszę nawet jednego własnego zdania. 
Jest pytanie, czego tak naprawdę chcę? 
Spróbuję sobie na nie odpowiedzieć w najbliższym, wolnym terminie. Na razie pozwolę sobie przeczekać te wichry. Niestety nie namiętności.

piątek, 22 listopada 2013

"Duchy, zjawy, upiory" w sam raz na jesienny czas



W zeszłym tygodniu pisałam o "Upiornym narzeczonym", a dzisiaj kontynuuję temat.
 "Duchy, zjawy, upiory", to niewielka książeczka odzyskana z otchłani pudeł zapakowanych po kartonowe czubki, książkami właśnie. W ciągu ostatnich dwóch dni udało mi się rozpakować cztery kartony, część książek zdążyłam już poustawiać na nowych regałach. To znaczy regały są stare, z tak zwanego odzysku, ale w doskonałym stanie, są w stanie utrzymać dowolną ilość książek. Jak to u mnie, przeglądanie, przekładanie, przepakowywanie książek kończy się jednym: wyławiam te, które absolutnie muszę znowu przeczytać. Poukładane na moim biurku wpychają się w kolejkę, wypychają te, które już prawie, prawie brałam do ręki. Jestem w połowie czytania fascynującej "Zbrodni i kawy", naprawdę rewelacja, dlatego wśród "Duchów, zjaw, upiorów" wyłuskałam jedno, moje ukochane opowiadanie, "Upiora z Canterville" Oscara Wilde'a. Mistrzowskie zderzenie amerykańskiego pragmatyzmu z angielską tradycją. Przecież wiadomo, że trzystuletnią plamę krwi najłatwiej zmyć płynem Pinkertona lub zetrzeć pastą Paragona :)
To świetne, jedyne w swoim rodzaju opowiadanie, a na zakończenie, treści nie będę opowiadała, bo żadne streszczenie nie odda jego uroku, wiersz, piękny i mający znaczenie dla przebiegu akcji.

Gdy złotowłosej modły dziewczyny
Odkupią straszne grzesznika winy,
Gdy migdałowe drzewko zmartwiałe
Kwiaty czerwone wyda i białe,
Wtedy powrócą spokojne chwile
I pokój wzejdzie nad Canterville'em.

A poniżej tył okładki i spis treści, wszystko to znakomite opowieści z dreszczykiem.


1. Wilhelm Hauff "Opowieść o statku upiorów"
2. Edward.GE.Bulwer-Lytton "Duchy i ludzie"
3  Friedrich Gerstacker "Germelshausen"
4. Mikołaj Leskow "Zjawa w Zamku Inżynieryjnym"
5. Oscar Wilde "Upiór z Canterville"
6. Herbert. G.Wells "Niewydarzony duch"
7. Stanisław Broszkiewicz "Upiór z Kilmarnock"

czwartek, 14 listopada 2013

"Upiorny narzeczony i inne opowieści z dreszczykiem"

Ostatnio miałam przyjemność udzielić wywiadu Kawiarence Kryminalnej. Marta Matyszczak zadała mi bardzo ciekawe, inspirujące do wyczerpujących odpowiedzi, pytania. Tutaj możecie przeczytać wywiad: http://www.kawiarenkakryminalna.pl/ct-menu-item-2/140-na-jednym-nieboszczyku-się-nie-skończy---wywiad-z-iwoną-mejzą.html
Gdy tak wymieniałam kryminały, które stoją u mnie na półkach, albo leżą w kartonach przypomniałam sobie o jeszcze jednej ciekawostce. Nawet komisarz Ożegalski nie ma tej książki w swoich ( dużo większych niż moje) zbiorach. W książce pisałam,  że komisarz ubolewał nad swoimi brakami w języku angielskim, gdyby znał go biegle to mógłby czytać ulubione książki w oryginale. Komisarz przypomina także osobę Edgara Allana Poe i jego "Zagładę domu Usherów" i wędruje po necie szukając informacji o tym prekursorze noweli kryminalnej, poecie zafascynowanym horrorem.

"Zagłada domu Usherów" to jedno z ośmiu opowiadań zawartych w zbiorze "Upiorny narzeczony i inne opowieści z dreszczykiem". Pozostałe siedem to:

-  "Peter Rugg, zaginiony" - autor William Austin
- "Upiorny narzeczony" - autor Washington Irving
- "Duchy i ludzie" - autor Edward George-Bulwer Earle Lytton
- "Gospoda Pod Dwiema Wiedźmami" - autor Joseph Conrad
- "Miłość i profesor Guildea" - autor Robert Smythe Hickens
- "Żaba" - autor Maurice Renard
- "Warkoczyk" -  A.J.Allan

Lektura jak najbardziej właściwa na listopadowe  wieczory. Nie wiem czy książka była kiedykolwiek wznawiana, ja mam wydanie z 1967 roku, wydawnictwo Iskry.



niedziela, 10 listopada 2013

Planty nad Sołą w listopadzie

Dzisiaj dzień tak piękny, jakby nie listopadowy. Słońce od rana przygrzewa, wiatr zbyt mocno włosów nie rozwiewa. Pogoda doskonała na długi spacer. Cel: Planty nad Sołą, trzeba zobaczyć co się zmieniło, czy dużo ludzi przychodzi.
Idziemy sobie z mamą powoli, spacerowym krokiem, rozmawiamy, mama wspomina kto gdzie mieszkał na Solnej, Klucznikowskiej, a mnie w pamięci majaczy obraz targu rybnego, jeszcze coś tam pamiętam. Te wszystkie wspomnienia akonto nowej książki, pisać zacznę po nowym roku, ale akcja dzieje się jesienią, wiec te krajobrazy w sam raz.
Na Plantach mnóstwo ludzi, dzieci i psy biegają, szaleją ze szczęścia, jest bezpiecznie, jedyny samochód to ten straży miejskiej, patrol sprawdza czy wszystko w porządku.Grupy z kijkami też mijamy, chłopak na rowerze rozwija taką prędkość, że zaczynam się zastanawiać z jakiego materiału ten rower jest skonstruowany. Siłownia pod chmurką  gości zwolenników sportów na świeżym powietrzu. A obok pasie się koń, skubie sobie powoli trawę.
Przystajemy na chwilę, na rzece roi się od kaczek różnych gatunków i łabędzi, podpływają pod kładkę widząc ludzi, łapią co lepsze kąski. Za wysepką dochodzi do bijatyki wśród kaczek, po chwili widzę jak jedna z nich frunie  i dolatuje do następnej wysepki. Hamuje na "piętach" wzburza wodę i rozdzierająco wrzeszczy. Scena kojarzy mi się z nartami wodnymi, nie wiem tylko czy narciarze wodni ( nie mam pojęcia jak się nazywają fachowo)  nie wiem czy też wrzeszczą tak jak kaczki.
Cudny, pełen dobrej energii dzień.
A poniżej zdjęcia z Plant w Oświęcimiu nad rzeką Sołą.















Naprawdę piękny dzień :)

poniedziałek, 4 listopada 2013

Bilans po świętach

Dzisiaj od rana piękna, słoneczna pogoda, wprawdzie zimno, ale jak to ostatnio mówią w telewizji zapowiadając prognozę pogody - rześko. Pracuję przy uchylonym oknie, mózg mi się wietrzy, a wywietrzony mózg bezcenny, do końca listopada powinnam skończyć pisanie książki, a jak dobrze pójdzie, to szybciej. Zza okna dochodzą do mnie sygnały karetki pogotowia i policji, znowu wypadek, mam nadzieję, że nie ze skutkiem śmiertelnym.
Święta trwały 4 dni od 31 października  do 03.listopada i pochłonęły 38 ofiar śmiertelnych, 410 osób zostało rannych, a 1300 osób zostało zatrzymanych za jazdę pod wpływem alkoholu. Przerażające! Z roku na rok to samo, a ludzie nie wyciągają ze statystyk prostych wniosków. 
W czasie tych czterech dni byłam dwa razy na cmentarzu, dla mnie to tak naprawdę żadna różnica i tak co sobotę jestem, by odwiedzić moich bliskich. Przez cały rok sprzątam, zapalam znicze i wspominam, jakoś mieszczę to w zapchanym harmonogramie życia. Mieszczę ponieważ chcę i nie traktuję tych odwiedzin w kategoriach obowiązku i tak zwanego pokazania się. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy ma możliwości, że ludzie pokonują spore odległości by odwiedzić bliskich na cmentarzach, że atmosfera i okazja do spotkania z rodziną. Ale dlaczego tak szybko, na łeb, na szyję, byle się przepchnąć, zaparkować przy samym cmentarzu. Czasami mam wrażenie, że niektórzy najchętniej zaparkowaliby przy samym grobie! I wiem, że zaraz ktoś rzuci argumentem, że ludzie starsi, że trudno im chodzić... ale przecież można przyjechać równie dobrze wtedy, gdy jest mniejszy ruch, w tygodniu. Już nie wspominam o mocno zakrapianych spotkaniach, zawsze się zastanawiam czy rodzina nie widzi, że ten i ów po alkoholu wsiada za kółko? I jeszcze się serdecznie żegnają - w wielu przypadkach na zawsze. A wystarczyłoby zamówić taksówkę, albo przypomnieć proste: " Pijesz - nie jedź, jedziesz nie pij". 
Za tydzień 11 Listopada, też święto. Wprawdzie to święto nie generuje aż tylu wyjazdów, ale na pewno wiele osób korzystając z dodatkowego dnia wolnego i jeszcze niezłej pogody będzie chciało gdzieś wyjechać - by odpocząć. Mam nadzieję, że będą pamiętali, że nieważne jak długo się jedzie, grunt to dojechać - cało i zdrowo.

piątek, 1 listopada 2013

Prababcia Paulina

Rzadko kiedy chodzę na cmentarz pierwszego listopada. Czasami wieczorem, na spacer, gdy liście szeleszczą pod stopami, a różnokolorowe światełka dają wrażenie przytulności i bezpieczeństwa. Zachodzę wtedy do moich bliskich, zapalam świeczki i rozmyślam. 
Nie lubię tych dziennych tłumów, przepychania się, witania pełnym głosem, kordialnych uścisków, męczy mnie to i rozprasza. Najczęściej przychodzę ostatniego października, idziemy z mamą od grobu do grobu, tak jak w tym roku, ze smutkiem, bo tych grobów ciągle przybywa. 
Jutro pójdę znowu, zajrzę jeszcze do cioci, która mnie wychowywała, do kuzyna, który nie żyje od lat - białaczka go zabrała. 
Chciałabym kiedyś pojechać na pewien cmentarz, nie wiem czy jeszcze istnieje, może już zarósł go las. Moja babcia miała cztery lata, gdy straciła mamę.  Prababcia umarła ponoć na zapalenie płuc, w pewien letni gorący dzień lipca 1921 roku. Babcia nigdy nie przestała być półsierotą, tak ten brak Mamy był dla niej dotkliwy i bolesny. Prababcię pochowano na cmentarzyku pod lasem, w Mołduciach, na mogile pradziadek postawił krzyż, szorpaty jak pień drzewa, a tam gdzie sęki wprawił  ametystowe szkiełka, które pięknie odbijały światło. W latach siedemdziesiątych w rodzinne strony pojechały moje ciocie, siostry babci. Wtedy grób jeszcze stał, tylko krzyż był zwalony na ziemię, pokonany pięćdziesięcioma latami zawieruch. Ciocie postawiły go z powrotem. Może jeszcze jest?
Prababcia Paulina była piękną kobietą, pełną uroku i wdzięku. Niewiele mi zdjęć pozostało, ale na każdym jest w tej samej, białej bluzce. I tak myślę, że także w tej bluzce została pochowana.