poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Tydzień z "Lalką" Bolesława Prusa - fragmenty powieści

Jerzy Kamas, niezapomniany Stanisław Wokulski odszedł 23 sierpnia 2015 roku.  
Na pożegnanie tych parę strofek z Mickiewicza:
Jak cień tym dłuższy, gdy padnie z daleka,
Tym szerzej koło żałobne zatoczy,
Tak pamięć o mnie:  im dalej ucieka,
Tym grubszym kirem twą duszę zamroczy...


"Proszę cię - zaczęła prezesowa - mówisz, że stryj twój umarł. Gdzież on biedak pochowany?
- W Zasławiu, gdzie mieszkał biedak od powrotu z emigracji.
Prezesowa znowu podniosła chustkę do oczu.
- Doprawdy?... Ach, ja niewdzięczna!... Byłżeś kiedy u niego?... Nie mówiłże ci nic...nie oprowadzał cię?... Wszakże tam, na górze, są ruiny zamku, prawda? Stojąż one jeszcze?
- Tam właśnie, do zamku, stryj co dzień chodził na spacer i całe godziny przesiadywaliśmy z nim na dużym kamieniu...
-Patrzajże?... Znam ten kamień; siedzieliśmy wtedy oboje na  nim i patrzyliśmy to na rzekę, to na obłoki, których bieg niepowrotny uczył nas, że tak ucieka szczęście. Czuję to dopiero dzisiaj. A studnia jestże w zamku i zawsze głęboka?
- Bardzo głęboka. Tylko trafić do niej trudno, bo wejście zamaskowały gruzy. Dopiero stryj mi ją pokazał.
- Wieszże ty, że w chwili ostatniego z nim pożegnania myśleliśmy: czyby się do tej studni nie rzucić? Nikt by nas tam nie odszukał i na wieki zostalibyśmy razem. Zwyczajnie - szalona młodość...
(...)
Łkanie przerwało jej mowę. Powąchała swój flakonik, odpoczęła, i zaczęła znowu:
- Bywają wielkie zbrodnie na  świecie, ale chyba największą jest zabić miłość.Tyle lat upłynęło, prawie pół wieku; wszystko przeszło: majątek, tytuły, młodość, szczęście... sam tylko żal nie przeszedł i pozostał, mówię ci, taki świeży, jakby to było wczoraj. Ach, gdyby nie wiara, że jest inny świat, w którym podobno wynagrodzą tutejsze krzywdy, kto wie, czy nie przeklęłoby się i życia, i jego konwenansów..."
cdn


niedziela, 23 sierpnia 2015

Tydzień z "Lalką" Bolesława Prusa - fragmenty powieści

Bolesław Prus (Aleksander Głowacki)
Kocham pana panie Prus - to jedno, krótkie zdanie odzwierciedla moje uczucia do pisarza, który jak żaden inny towarzyszył mi czasie, gdy z nastolatki przeistaczałam się w dorastającą pannę. 
Ach, ileż emocji powodowało czytanie "Emancypantek"! Trudno zapewne w to uwierzyć, ale emocjonowałam się rozterkami niewinnej Madzi Brzeskiej, myśląc jaka ona głupiutka, dlaczego nie chce tego Solskiego? Przecież to mężczyzna, który potrafi porwać każdą kobietę, zawrócić jej w głowie. Nie to co ten mydłek Norski, któremu wiadomo, że chodzi o pieniądze. I pani Latter, silna a jednak słaba i bezwolna wobec własnych dzieci. "Emancypantki "czytałam wiele lat temu, ale wiem, że za jakiś czas znowu przeczytam i zapewne zobaczę w nich to czego nie widziałam mając szesnaście, trzydzieści, czy trzydzieści pięć lat.
 A "Lalka"? Czytana wiele razy, oglądana,  dwie ekranizacje, a jednak jak zawsze wolę książkę,  tylko  Ignacy Rzecki subiekt doskonały, na zawsze będzie miał dla mnie rysy Bronisława Pawlika - aktora doskonałego. I rozterka, która Izabela Łęcka?,  ta grana przez Małgorzatę Braunek, czy przez Beatę Tyszkiewicz? 
Dzisiaj myślę, że jednak Małgorzata Braunek, nowocześniejsza, bardziej pasująca do  postaci, która wyłania się z kart powieści. 
A może jednak ta pokazana przez Beatę Tyszkiewicz...
Cóż i tak górę bierze tekst, pełny, gęsty i wciągający jak wir w najbardziej niespodziewanym miejscu. A przecież ta powieść społeczno-obyczajowa publikowana w odcinkach, w Kurierze Codziennym" powstała w latach 1887 - 1889 a w całości została opublikowana w 1890 roku przez wydawnictwo "Gebethner i Wolf".  Czyli policzmy, pierwsze  odcinki "Lalki" zostały opublikowane 128 lat temu!
A jak się ten tekst czyta!
Poniżej rękopis "Lalki"



Fragmenty tekstu pochodzą  z wydania Biblioteka klasyki Polskiej i obcej Państwowy Instytut Wydawniczy Warszawa 1972 rok.

Rozdział pierwszy
Jak wygląda firma J.Mincel i S.Wokulski przez szkło butelek?

W początkach roku 1878, kiedy świat polityczny zajmował się pokojem san-stefańskim, wyborem nowego papieża albo szansami europejskiej wojny, warszawscy kupcy tudzież inteligencja pewnej okolicy Krakowskiego Przedmieścia  nie mniej gorąco interesowała się przyszłością  galanteryjnego sklepu pod firmą J.Mincel i S.Wokulski.
W renomowanej jadłodajni, gdzie na wieczorną przekąskę zbierali się fabrykanci powozów i kapeluszy, poważni ojcowie rodzin utrzymujący się z własnych funduszów i posiadacze kamienic bez zajęcia, równie dużo mówiono o uzbrojeniach Anglii, jak o firmie J.Mincel i S.Wokulski. Zatopieni w kłębach dymu cygar i pochyleni nad butelkami ciemnego szkła, obywatele tej dzielnicy jedni zakładali się o wygraną Anglii, drudzy o bankructwo Wokulskiego; jedni nazywali geniuszem Bismarcka, drudzy - awanturnikiem Wokulskiego; jedni krytykowali postępowanie prezydenta MacMahona, inni twierdzili, że Wokulski jest zdecydowanym wariatem, jeżeli nie czymś gorszym...
Pan Deklewski, fabrykant powozów, który majątek  i stanowisko zawdzięczał  wytrwałej pracy w jednym fachu, tudzież radca Węgrowicz, który od dwudziestu lat był członkiem-opiekunem tego samego Towarzystwa Dobroczynności, znali S.Wokulskiego najdawniej i najgłośniej przepowiadali mu ruinę. - Na ruinie bowiem i niewypłacalności - mówił pan Deklewski - musi skończyć człowiek, który nie pilnuje się jednego fachu i nie umie uszanować darów łaskawej fortuny. - Zaś radca Węgrowicz po każdej równie głębokiej sentencji swego przyjaciela dodawał;
- Wariat! wariat!...Awanturnik!... Józiu, przynieś no jeszcze piwa. A która to butelka?
- Szósta, panie radco. Służę piorunem!... - odpowiadał Józio.
- Już szósta?... Jak ten czas leci!... Wariat! wariat! - mruczał radca Węgrowicz.
Dla osób posilających się w tej co radca jadłodajni, dla jej właściciela, subiektów i chłopców przyczyny klęsk mających paść na S.Wokulskiego i jego sklep galanteryjny były tak jasne jak gazowe płomyki oświetlające zakład. Przyczyny te tkwiły w niespokojnym charakterze, w awanturniczym życiu, zresztą w najświeższym postępku człowieka, który mając w ręku pewny kawałek chleba i możność uczęszczania do tej oto tak przyzwoitej restauracji, dobrowolnie wyrzekł się restauracji, sklep zostawił na Opatrzności boskiej, a sam z całą gotówką odziedziczoną po żonie pojechał na turecką wojnę robić majątek. 
cdn.
Więcej o sklepie i jednocześnie miejscu gdzie mieszkał Ignacy Rzecki znajdziecie pod tym adresem:















wtorek, 21 lipca 2015

Wpis wakacyjny - Barcelona

Lato w pełni, upał, duchota, a jak deszcz to od razu burza, trąba powietrzna i budzące grozę zniszczenia. Tak to bywa, i jak zapewniają naukowcy, tak już zostanie. Fronty się ścierają, każdy walczy o swoje, jak w życiu tak i w przyrodzie. 

Dzisiaj wpis typowo wakacyjny, mało słów, dużo zdjęć :)

Niedawno wspominałam ostatnie wakacje w Hiszpanii i jak to humanista licząc na palcach wyliczyłam, że minęło od nich całe osiem lat. Jakoś tak szybko minęło.
Byłam w Hiszpanii kilka razy i każdy wyjazd wspominam z sentymentem. W Barcelonie też zdarzyło mi się być więcej niż raz, chociaż chciałabym jeszcze pojechać tam na kilka dni jak nie tygodni  i po prostu pobyć w mieście, które bardzo lubię. Może kiedyś.

Z hotelu miałyśmy blisko na plażę i blisko było także do kolejki podmiejskiej kursującej regularnie do Barcelony. Oznaczało to, że możemy wyjechać na cały dzień zwiedzać stolicę Katalonii na własną rękę. Oprócz nas w hotelu były tylko dwie rodziny z Polski, które przyleciały samolotem. Tak się złożyło, że w tym samym dniu my wybyłyśmy by zobaczyć miejsca, które nam umknęła za poprzednich pobytów, a oni wyjechali autokarem do Barcelony na wycieczkę objazdową.
Rozmowa po powrocie dała nam do myślenia.
Rzeczywiście remont :)
Ogrody Gaudiego, piękne, całe piętnaście minut na zwiedzanie, stadion, rzeczywiście robi wrażenie, architektura domów Gaudiego powala, nie wiedzieli, że można wejść  do środka, nawiasem mówiąc, my też nie zdążyłyśmy.  Fontanny pięknie tańczą w rytm muzyki, Sagrada Familia bardzo im się podobała, objechali dokoła, tłum ludzi, ale przewodnik mówił, że jest cały czas w remoncie. 
Weszli? No jak? Przecież remont :)

Zdjęcia poniżej zostały zrobione w tym samym dniu. By z wieży tej niepowtarzalnej secesyjnej świątyni  spojrzeć  na Barcelonę musiałyśmy czekać w kolejce ponad godzinę, tak dużo było chętnych.
Widok z góry na Barcelonę.


Figura Jezusa na jednej z wież

Dowód, że byłam, zdjęcie robione z wewnątrz, więc nieco ciemne, ale rusztowania za plecami  stanowią dowód nie do podważenia :)

Wjeżdżamy windą, schodzimy tymi krętymi schodkami. To moje ulubione zdjęcie z Sagrady.

Może się zakręcić w głowie




Teraz zapewne okolice Katedry wyglądają troszeczkę inaczej, ale remont  nadal trwa :) Prace mają zostać ukończone  w setną rocznicę śmierci słynnego architekta Antonio Gaudiego, czyli w 2026 roku.
Warto ją poznać, zobaczyć pracownię, z boku przy wejściu, wyjechać windą na szczyt i popatrzeć na Barcelonę z góry. Wrażenie nie do opisania.
Zwiedzałam Sagradę po raz trzeci, ale pierwszy raz wjechałam windą na górę. Trochę czasu i pieniędzy trzeba na zwiedzanie przeznaczyć, ale zawsze warto.
Zdjęcia pochodzą z mojej prywatnej kolekcji.

niedziela, 12 lipca 2015

Księgobraz czyli konkurs


Zapraszam do udziału w konkursie pod wiele mówiącym tytułem Księgobraz. Księga i obraz, ilustracja książki obrazem. Jak widzę, jak sobie wyobrażam bohaterów książek współczesnych pisarzy polskich. Może jakieś sceny utkwiły Wam szczególnie w pamięci? Podzielcie się swoją wyobraźnią z organizatorami konkursu i zgarnijcie nagrody. Jest ich w puli coraz więcej :)
Już piszę w czym rzecz:
Celem konkursu Księgobraz  jest promocja czytelnictwa ze szczególnym naciskiem na polską literaturę współczesną  bez ograniczeń gatunkowych. 
Żeby wziąć udział w konkursie w terminie od 01 lipca do 31 lipca 2015 roku należy zgłosić swój obraz, który poleca dowolną książkę współczesnego polskiego autora. Zgłoszony obraz należy zamieścić na profilu na Facebooku lub/i na Instagramie i opatrzyć hasztagiem #Księgobraz w poście publicznym i / lub wysłać na adres mailowy: polscypisarze.konkurs@gmail.com  z dopiskiem Księgobraz - zgłoszenie konkursowe.  Ilość zgłoszeń przypadająca na jednego uczestnika nie jest ograniczona 

Pokrótce etapy trwania konkursu, szczegóły na stronie wydarzenia.
Od 01.07.2015 do 31.07.2015 - gromadzenie zgłoszeń - to czas na przesyłanie prac.
Od 01.08.2015 do 31.08.2015, do godziny 20:00 - głosowanie internautów, czyli lajki, lajki.
Głosowanie Jury, które z dziesięciu prac wybierze pięć :)
Ogłoszenie zwycięzców przewidywane jest na 06 września 2015 o godzinie 22:00 na stronie wydarzenia. 
Bierzcie udział i wygrywajcie.

Jestem bardzo ciekawa jakie prace napłyną, ograniczeniem jest tylko wyobraźnia artysty. Pod pojęciem obraz mieszczą się także fotografie, kolaże, i wszelkie inne formy ekspresji artystycznej obrazującej słowo. 
Jest mi bardzo miło, że zostałam jednym z ambasadorów konkursu. Wśród wielu bardzo interesujących nagród (książki, bon na książki, czasopisma) można będzie także wygrać moje "Wszystkie grzechy nieboszczyka", oczywiście z autografem :)
Poniżej plakat reklamujący konkurs.
  

poniedziałek, 6 lipca 2015

Asa Larsson, Ingela Korsell, Henrik Jonsson 'PAX Grim"

Druga część składającej się z dziesięciu tomów serii. 
Co zostawiło ślady w Jelenim Lasku? 
Bestia  nadal sieje spustoszenie w Mariefred. Viggo i Alrik angażują się w walkę ze złymi mocami. Kto je reprezentuje?
Jak można je okiełznać? Które z zaklęć kryjących się między stronami starych ksiąg stojących na półkach w bibliotece jest zaklęciem właściwym.
Chłopcy muszą wybrać sposób na pokonanie bestii. 
Na razie pojawia się nowa osoba w Mariefred, to Damir, gość z daleka. 
Czy Damir jest tym za kogo się podaje?
Chłopcy już zdążyli polubić mieszkanie z uśmiechniętą Laylą i pogodnym Andersem i nie zamierzają się wyprowadzać. 

Muszę przyznać, że druga część książki bardziej przypadła mi do gustu niż  pierwsza.  Stawanie w obronie bezdomnego psa,  nauka współpracy w zespole, i zdecydowanie mniejsza dawka okrucieństwa na rzecz grozy czającej się w ruinach starego kościoła i wyłaniającej się z ilustracji Henrika Jonssona. 
Ciekawa jestem dokąd zaprowadzi chłopców i czytelników część trzecia "PAX Myling".
Zaczekam.



Asa Larsson, Ingela Korsell. Henrik Jonsson "PAX Grim".
Tłumacz: Magdalena Landowska
Wydawnictwo Media Rodzina

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina

Asa Larsson, Ingela Korsell, Henrik Jonsson "PAX Pal przekleństwa"

Asa Larsson i Ingela Korsell mieszkają i pracują w miasteczku Mariefred i tam też umieściły akcję książek z serii PAX. 
To właśnie w Mariefred u Layli i Andersa dwaj nastoletni chłopcy Viggo i Alrik znajdują rodzinę zastępczą. Już trzecią. Chłopcy z trudem przyzwyczają się do nowego miejsca, zwłaszcza, że w szkole rządzi klika Simona, syna nauczyciela wychowania fizycznego. Thomas nie dopuszcza do siebie myśli,. że jego syn nie jest tak idealnym dzieckiem jak on sobie wyobraża. I zapewne chłopcy prędzej czy później trafiliby do czwartej rodziny zastępczej gdyby nie spotkanie z Magnarem i Estrid. 
To para sympatycznych, acz nieco tajemniczych staruszków, którzy zajmują się uprawą roślin w wielkiej szklarni i strzegą tajemnicy biblioteki ukrytej pod kościelnym wzgórzem. 
A jest czego strzec, zwłaszcza, że do biblioteki chcą się wedrzeć złe siły z zewnątrz. Chłopcy muszą pomóc Magnarowi i Estrid w obronie biblioteki.
Czy będzie łatwo?
O nie! Walka z impami to nic w porównaniu z tym co ich czeka. Nadprzyrodzone siły wywodzące się ze skandynawskich legend nie przebierają w środkach by osiągnąć swój cel.
Czy chłopcy są w stanie stawić im czoła?

Asa Larsson i Ingela Korsell poruszają dużo ważnych dla młodzieży tematów. Alkoholizm w rodzinie, umiejętność przystosowania się do zmian i ich akceptacja, walka o dominację w szkole, trudności z przystosowaniem się do nowego, niezbyt przyjaźnie nastawionego środowiska. Viggo i Alrik muszą rozwinąć w sobie instynkt przetrwania.
I rozpoznać kto jest wrogiem.
Książka dla młodzieży.
Ciekawa, ale przyznam, że miałam problem czytając o głowie konia zatkniętej na pal, wpatrywanie się w nią miało nieciekawe dla będącego pod wpływem pala przekleństwa skutki.  Czy jest to odwołanie się do którejś ze skandynawskich legend? Nie wiem, zakładam, że tak. Legendy, podania, mity, często pełne są szokującego nas współcześnie okrucieństwa. 
Młodzież zapewne inaczej postrzega tego typu sceny.

Książkę zilustrował znany autor komiksów Henrik Jonsson. Wywołujące grozę w czytelniku ilustracje są nieodłącznie związane z książką i stanowią jej dopełnienie.
Asa Larsson, Ingela Karsell, Henrik Jonsson "PAX Pal przekleństwa"
tłumacz: Magdalena Landowska
Wydawnictwo Media Rodzina

Ksiażkę otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina

niedziela, 5 lipca 2015

Lars Klinting "Kastor majsterkuje", "Kastor uprawia fasolkę"

Okazuje się, że mam wiele wspólnego z przesympatycznym bobrem Kastorem. Nie dość, że uwielbiam prace ogrodowe, to jeszcze lubię majsterkować. 
Zacznijmy od prac ogrodowych. Obie książeczki przeznaczone są dla dzieci od lat trzech, by od najmłodszych lat rozwijać w nich ciekawość otaczającego świata i pokazywać, że także one mogą mieć twórczy wkład w codzienne życie. Oczywiście z pomocą rodziców, ale właśnie o to chodzi, by zaktywizować całą rodzinę :) 
Sadzenie fasolki nie wymaga zbyt wielu zdolności, ale trzeba wiedzieć jaką zachować kolejność. Kastor razem z Maciusiem postanawiają posadzić fasolę i to nie tylko w ogrodzie, ale także w domu. Fasola szybko rośnie oplatając zielonymi łodyżkami specjalnie zamontowane kije, ale także pięknie kwitnie, a nawet, gdy obrodzi, można ją ugotować i zjeść.

Jakie to szczęście, gdy można coś osiągnąć pracą własnych rąk.

Nie mniej ważne są zdolności manualne jakimi imponuje mi Kastor. Bóbr pracuje w starym warsztacie, który zbudował jego dziadek. Ma w nim wszystkie potrzebne do pracy
narzędzia: calówkę, młotek, obcęgi, śrubokręty, kątownik,  różnego rodzaju piły i mnóstwo innych.
 Kastor buduje skrzynkę na narzędzia. Krok po kroku pokazuje jak zbudować własnoręcznie małą skrzyneczkę.
Idealna propozycja dla pracy z dzieckiem.
Reasumując, jestem zachwycona! 
Przypomniało mi się własne dzieciństwo, gdy na piąte urodziny dostałam własne grabki, łopatę do kopania w ziemi ( model dla dzieci), a młotek i gwoździe zawsze były pod ręką, gdy towarzyszyłam przy pracy mojemu dziadkowi. 
Praca z Kastorem na pewno będzie przyjemna i pożyteczna. Może posadzona własnoręcznie fasolka, albo wysiane do doniczki nasiona ziół sprawią, że dzieci pokochają pracę w ogrodzie? A może odkryją w sobie talent do majsterkowania?
 Książeczki Larsa Klintinga na pewno im w tym pomogą. 
Polecam :)


Lars Klinting "Kastor uprawia fasolkę", "Kastor majsterkuje"
Tłumacz: Magdalena Landowska
Ilustracje: Lars Klinting
Wydawnictwo Media Rodzina

Książeczki otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina

czwartek, 4 czerwca 2015

"Kicia Kocia na traktorze" i "Kicia Kocia na plaży" Anita Głowińska


Kicia Kocia jest bohaterką książeczek dla dzieci autorstwa Anity Głowińskiej. Kicia Kocia to rezolutna koteczka, która pod okiem mamy poznaje otaczający ją świat. Tak jak każde małe dziecko tak i Kicia Kocia lubi pomagać.
Tym razem Kicia Kocia razem z mamą wyjeżdżają na wieś do wujka. Wujek ma duży sad i co najważniejsze, wspaniały, czerwony traktor. 
Traktor robi ogromne wrażenie na Kici Koci, która dowiaduje się do jakich prac można go wykorzystywać. Na budowie, w lesie, w sadzie, w polu, i jako ciągnik, gdy do traktora dołączymy przyczepę.
Kicia Kocia ma pomysły i po powrocie do domu razem z przyjacielem Packiem buduje traktor.

Mała Zosia też zbuduje traktor, bo wiadomo, że taki traktor trzeba mieć :)


A jak już Zosia skończy budować to razem z mamą śladem Kici Koci wyruszy na plażę, nad morze, zbierać muszelki i wygrzewać się w słońcu. 
Ale zanim pójdzie nad morze zajrzy do książeczki i razem z Kicią Kocią spakuje swój podręczny plecaczek. A potem już tylko trzeba się posmarować kremem z dużym filtrem i można ruszać na poszukiwanie bursztynów i muszelek, to najlepsze pamiątki znad morza.

Książeczki o przygodach Kici Koci są przeznaczone dla dzieci od lat 2 do 6. Bawią i przede wszystkim uczą dzieci prawidłowych nawyków. Jabłka są zdrowe i trzeba je jeść, znad morza warto przywieźć pamiątki z nim związane, a nie te kupione na straganach. 
Dzięki pomysłowym ilustracjom dziecko może samo opowiadać co przydarzyło się Kici Koci, a tym samym tworzyć kolejne zabawne i pouczające historyjki,
Zosia już długo nie rozstanie się z Kicia Kocią :)







Książeczki otrzymałam od Wydawnictwa

niedziela, 31 maja 2015

Mrówki kontra sobota

Mrówki jakie są, każdy wie i przypuszczam, że mało kto chciałby je gościć w charakterze sublokatora. Ale zdarza się, że mrówki nie pytają o zgodę i wprowadzają się do nas bez uprzedzenia.
Sobota rano.
Jadłyśmy z mamą śniadanie przy okazji robiąc sobotnie plany. Śniadanie - już prawie zjedzone, po śniadaniu ja szybkie zakupy, mama szybki obiad. Ja po powrocie odkurzanie całego domu, mama, jak zawsze, mycie podłóg. A reszta czasu na ogród, który przez tydzień obfitych opadów zarósł i przestał przypominać przytulny zakątek. Teraz to dżungla traw i chwastów.
Jak postanowiłyśmy, tak było.
Do momentu.
Mama właśnie podłączała kosiarkę, a ja pracowicie odkurzałam jej pokój, gdy przy podstawie lampy, wysokiej, stojącej przy kanapie, idealniej przy czytaniu, zauważyłam mrówkę.
Żeby to jedną, było ich całe stado, maszerowały wzdłuż wykładziny kompletnie nie przejmując się moją skromną obecnością.
Wyłączyłam odkurzacz, odsunęłam kanapę i zajrzałam za nią, a ściślej mówiąc pod wykładzinę.
Mrówek było więcej, bardzo dużo więcej.
Przypomniałam sobie mecz Polska-Grecja, 2012 rok, nalot mrówek rozpoczął się w czasie pierwszej połowy meczu pikowaniem do mojej szklanki z moją herbatą.
Te mrówki wyglądały na chodzące.
Dzięki i za to.
Poszłam poinformować mamę o lokatorkach.
Jakoś nie była zdziwiona.
- Nie mówiłam ci, ale jak się rano obudziłam to zobaczyłam jak mrówka maszeruje po mojej ręce i pomyślałam, że przyniosłam z ogrodu jakąś wielbicielkę darmowego transportu.
Nie z ogrodu, same przyszły nie pytając, kanałami domowymi.
Odsunęłam meble od ścian, bo nie było innego wyjścia.
Odkryłam solidne gniazdo, czarno było od rojących się mrówek, które rozchodziły się po całym pokoju. Przy nodze komody odkryłam kupkę piasku.
Posypałam proszkiem do pieczenia tworząc barierę, tak żeby nie przechodziły dalej. Zdziwiły się i trochę zbielały, ale ekspansja trwała.
Chciałam je jakoś zebrać i wyprowadzić, ale z kanału wychodziły następne osobniki.
Czas uciekał, ogród sam się pielił.
Musiałam zrobić to czego nie lubię najbardziej i użyć środki chemiczne.
Po pamiętnym lecie 2012, gdy przez trzy tygodnie pierwszą rzeczą po obudzeniu było pozbywanie się mrówek zaściełających swoją wątpliwą obecnością okna do połowy, zawsze mam w domu odpowiednie środki.
Wyprowadziłam z pokoju wszystko co wyprowadzić się dało, zamknęłam okna, omotałam się czarnym szalem zakrywając usta i nos i przystąpiłam do pracy.
Psikałam przy linii podłoga-ściana, na mój gust dość obficie. Szybko, bo takie prace trzeba wykonywać szybko.
Uznałam, że już i wypadłam z pokoju.
Po półgodzinie weszłam z powrotem.
I musiałam powtórzyć operację.
Potem odkurzanie, mycie i znowu, następne.
W końcu poszłam po rozum do głowy i przypomniałam sobie, że posiadam wiaderko masy gipsowej, więc otworzyłam wiaderko i zagipsowałam wloty do korytarzy, z których jak przypuszczałam mrówki przyszły. To nie jest miła robota, a ja zawsze denerwuję się, że nie ma innego wyjścia i muszę.
Po tamtych trzech tygodniach walki, gdy używałam wszelkich sposobów, byle nie chemia, skapitulowałam. Mam nadzieję, że znowu przez przynajmniej trzy lata będzie spokój od nieproszonych gości.
I w ten sposób nie wyrwałam ani jednej trawki, ta sobota zdecydowanie należała do mrówek.
A po wszystkich chemicznych pracach, zwłaszcza tego rodzaju trzeba pić mleko, dużo mleka bo drobinki  substancji zabójczych dla owadów są także niebezpieczne dla ludzi. I myjemy siebie i ręce, nawet jeżeli używaliśmy rękawiczek lateksowych.
Ostrożności nigdy za dużo.

wtorek, 26 maja 2015

"Najsłynniejsze legendy europejskie" Dimiter Inkiow

Jerzy Stuhr tak czyta, że zapominam o całym świecie i przeżywam, jak kiedyś, gdy byłam dzieckiem, każdą z opowieści. 

Opowieści przekazanych prostym językiem zrozumiałym dla dzieci i dla dorosłych. Znam legendy nie tylko europejskie, czasami zawikłane, pełne kodów i znaków, natomiast Dimiter Inkiow przekazuje te znane opowieści tak by współczesne dzieci mogły je zrozumieć i polubić. Włączyć do swoich ulubionych i przebywać przez dwie godziny w świecie, którego nie znają, ale mogą poznać i czuć się w nim dobrze i bezpiecznie. 
Robin Hood i jego drużyna zgromadzona w lasach Nottingham,  Wilhelm Tell i sprawa jabłka oraz dwóch strzał, legenda o Golemie czy otwarcie puszki Pandory. 
Wyprawa do starożytnej Grecji i Wiecznego Miasta z Orfeuszem w świecie podziemnych.
Świat mitów i legend to nieocenione dziedzictwo naszej kultury, nasz europejski posag intelektualny.
Warto o tym pamiętać i słuchać lub czytać o herosach i mitach, by świat wyobraźni naszych dzieci był piękniejszy.
Polecam.

Audiobook przekazany przez Wydawnictwo Media Rodzina
Czas 2 godziny i 1 minuta.

"Ciocia Jadzia" Eliza Piotrowska

"Ciocia Jadzia jest siostrą mojego taty. Nie wiem jak jednocześnie można być siostrą i ciocią, ale chyba
można. W każdym razie cioci Jadzi się udaje. Ciocia Jadzia jest taka duża, że nie wiadomo gdzie się zaczyna, a gdzie kończy. Trochę jak deszczowa chmura. Tylko, że deszczowej chmury można się przestraszyć, a cioci Jadzi nie, bo zawsze jest zadowolona i uśmiechnięta".

Ciocia Jadzia jest niesamowita i każde dziecko i to małe i to większe chciałoby mieć taką ciocię, która zawsze znajdzie radę na kłopoty, pocieszy, przytuli i mądrze pokieruje. Ciocia Jadzia wie, że dzieci nie lubią przemądrzałych i wszystkowiedzących dorosłych, którzy na pytanie: dlaczego? odpowiadają: bo tak! Ciocia Jadzia zna odpowiedzi na wszystkie pytania, a swoją wiedzę potrafi dzieciom przekazać w taki sposób, by z nimi została na zawsze. 
O cioci Jadzi można dużo pisać, ale lepiej posłuchać audiobooka, albo sięgnąć po którąś z czterech książeczek serii.
Eliza Piotrowska wymyśliła ciocię Jadzię i napisała o niej, a także zilustrowała przygody cioci Jadzi. Audiobooka też czyta Eliza  Piotrowska i robi to doskonale. Przez ponad dwie godziny żyłam przygodami cioci Jadzi i miłej gromadki dzieciaków będących  bohaterami opowieści.
A że słuchałam w czasie remontu mojego gabinetu, tapetując, malując, klejąc różne drobne elementy to i ciocia Jadzia stała się częścią moich wspomnień. 
Teraz ciocia Jadzia powędrowała do małej Zosi i myślę, że poznanie cioci Jadzi będzie dla Zosi początkiem fascynującej, pełnej życiowych mądrości przygody.
Polecam "Ciocię Jadzię" która niezależnie od tego czy jest woźną w szkole,  czy zwiedza Rzym, zawsze pozostaje sobą -  a ta umiejętność jest jedną z najważniejszych, oby osoby, które poznały ciocię Jadzię nigdy nie straciły tej dziecięcej ciekawości świata i chęci poznania. Niech zawsze pozostaną sobą.

"Ciocia Jadzia" - napisała i czyta Eliza Piotrowska
całość 2 godziny 1 minuta przyjemności :)
Audiobook przekazany przez Wydawnictwo Media Rodzina

sobota, 9 maja 2015

Emelie Schepp "Naznaczeni na zawsze"

Zgłoszenie na policję brzmiało standardowo: - mój mąż nie żyje - i było prawdziwe. Szok dla żony i dla otoczenia, zamordowany został  szef działu do spraw przyznawania azylu w urzędzie imigracyjnym Hans Juhlen.
Kto mógł go aż tak nienawidzić żeby posunąć się do morderstwa?
Śledztwo prowadzą komisarz policji kryminalnej Henrik Levin i aspirant policji Maria Bolander. Ze strony prokuratury nadzoruje Jana Berzelius i to ona jest główną bohaterką powieści. Małomówna, wręcz zamknięta w sobie, z trudem nawiązuje kontakty z innymi ludźmi. Samotna i samodzielna, podporządkowana procedurom w pracy i w życiu rodzinnym. Jej ojciec przez wiele lat zajmował stanowisko prokuratora generalnego i chociaż od kilku lat jest na emeryturze to wpływy mu pozostały. 
Jana od wielu lat, od czasu pobytu w szpitalu śni. Sny zamieniają jej życie w koszmar, ukrywane stają się dla niej powodem ciężkiej traumy.

Czy mają coś wspólnego z prawdą?
Czy są wspomnieniem?
To Jana musi sobie odpowiedzieć na te pytania.

Powieść sięga do techniki retrospekcji, autorka przybliżając czytelnikowi wydarzenia bieżące związane ze śledztwem i życiem osób z nim powiązanych co jakiś czas sięga w przeszłość. 
Fala imigracji, ludzie mający nadzieję na lepszą przyszłość w Szwecji. Co się z nimi dzieje? Czy nadzieje, które pokładali w zmianie kraju zamieszkania spełniają się, czy wręcz przeciwnie, zmiana staje się źródłem problemów?
O tym wszystkim przeczytacie w książce.
A ja zaciekawiona czekam na kontynuację. Takiej pani prokurator w żadnym z dotąd przeczytanych kryminałów nie poznałam.
Ciekawe co  jeszcze kryje jej zawikłana, pełna tajemnic przeszłość.
Polecam.

Emelie Schepp "Naznaczeni na zawsze"
Przełożyła Magdalena Landowska
Wydawnictwo Media Rodzina
Seria Gorzka czekolada
395 stron

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina


niedziela, 3 maja 2015

"Mrok i mgła" epoki stalinizmu


Siedemnasta rocznica wielkiej rewolucji była także dniem urodzin Soni Buriaginy. W 1934 roku miała siedemnaście lat i z rąk samego towarzysza Kirowa otrzymała decyzję o przyjęciu w poczet kandydatów na członka partii. To było wielkie wyróżnienie i zaszczyt tak dla Soni jak i dla jej przesiąkniętej ideami komunizmu rodziny. Przed samymi urodzinami zdążył się ukazać w "Leningradzkiej Prawdzie" artykuł napisany przez Sonię. 
Wszystko układało się jak najlepiej.
Od dziecka wpajano Soni uwielbienie dla ojca narodu towarzysza Józefa  Stalina. Żadna z jego decyzji nie podlegała dyskusji, ba! nikt nawet nie ośmielił się pomyśleć o sprzeciwie.

A potem przyszły nieszczęścia, aresztowanie ojca, potem matki. Brak wiadomości o najbliższych, w końcu informacja o zsyłce. Ale Sonia nadal wierzyła, że postępowanie Stalina wynika z troski o naród. Naród gnębiony, zastraszony, dziesiątkowany głodem i chorobami. Naród, w którym jednostka nie miała nawet najmniejszego znaczenia. 
Ukochana babcia, stara komunistka traciła siły i wolę życia, a Sonia nadal pamiętała dzień, w którym sam Stalin pomachał do niej ręką i uśmiechnął się łaskawie.
Kirow
Z czasem zaczęła rozumieć, że żyje w kraju donosicieli, zdrajców zainteresowanych chronieniem tylko własnej skóry. Trudno było się temu dziwić, od lat praktykowano zasadę, że jeżeli ja na ciebie nie doniosę, to ty doniesiesz na mnie. Dlatego każdy musiał uważać na to co mówi i z kim się zadaje. Musiał zawsze zachować czujność. 

W 1934 roku Stalin pozbył się Kirowa, który zyskiwał poparcie delegatów i zaczynał stanowić  dla niego realne zagrożenie.Kazał zabić przyjaciela.

Terror narastał i już nikt z bliższego i dalszego otoczenia Stalina nie był pewien czy przeżyje do następnego dnia. Każdy, nawet najbardziej irracjonalny  pretekst był dobry, by pozbyć się  ludzi mających jakiekolwiek znaczenie. Przeżyli nieliczni.

Los Sofii Aleksandrowny Buriaginy urodzonej w Leningradzie jest nierozerwalnie związany z losem Kraju Rad. I mała jest szansa, by cokolwiek się zmieniło w życiu Soni, która z oblężonego Leningradu jedzie do dalekiego Murmańska, by pracować jako tłumaczka w porcie, w którym stacjonują amerykańskie okręty.
Dziewczyny, a potem kobiety zafascynowanej conradowską "Smugą cienia" i wierszami Anny Achmatowej - poetki, która swoich poezji nie zapisuje - wszystkie wiersze recytuje z pamięci. To wstrząsa - oblężenie Leningradu, ludzie słaniają się z głodu, ale słuchają wierszy, słuchają muzyki, choć potem, po występie część muzyków umrze z wyczerpania.
"Mrok i mgła" to powieść która wzrusza i porusza, a historia miłosna wpleciona w czas wojny każe mieć nadzieję, że kiedyś przyjdzie dzień, mrok się rozsłoneczni, a rozwiana mgła ukaże drogę ku przyszłości. Znakomicie udokumentowana książka, pokazująca nie tylko co działo się w Rosji epoki Stalina, ale także, a może przede wszystkim jak tę Rosję, a wtedy Związek Radziecki widzieli, odczuwali, odbierali ludzie w nim żyjący.
"Mrok i mgła" to książka, którą warto przeczytać.
Polecam.


Stefan Turschmind "Mrok i mgła"
Wydawnictwo Rebis
Stron 447

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis

piątek, 1 maja 2015

Klaus-Peter Wolf "Morderca z Fryzji Wschodniej"


Miasteczko Norden we Fryzji Wschodniej, spokojne, zadbane, przyjazne osobom niepełnosprawnym. To tam działa Stowarzyszenie Tęcza, którego założycielem i prezesem jest Ulf Speicher, człowiek znany, lubiany i podziwiany. Speicher nigdy nie żałował, że przeprowadził się z Frankfurtu. Zmienił tempo życia, polubił spacery po osuchach. 
Jego celem i życiową pasją była opieka nad osobami niepełnosprawnymi. Zdarzało się, że rodzice niepełnosprawnych dzieci powierzali mu opiekę nie tylko nad nimi, ale także nad ich pieniędzmi. Czy dlatego musiał zginąć i to od strzału z zabytkowego karabinu?
Niestety okazało się, że nie był jedyną ofiarą. Każdy z czterech mężczyzn współpracował ze Stowarzyszeniem Tęcza i teoretycznie nikt nie miał powodu by ich zabijać. A jednak komuś przeszkadzali.  Każde z morderstw popełniono innym, dość oryginalnym narzędziem. Po zabytkowym karabinie przyszła kolej na miecz, potem strzała z łuku i na końcu powrót do klasyki czyli trucizna.
Wydaje się, że ktoś zamierza zamordować wszystkich członków stowarzyszenia.
Kres morderstwom musi postawić komisarz Ann Kathrin Klaasen, która właśnie przeżywa swoją osobistą porażkę. Mąż odszedł do innej kobiety, a co gorsze zabrał ze sobą nastoletniego syna. Pani komisarz wie, że poświęcając się pracy zaniedbała dobre relacje z najbliższymi, nie ma jednak ani czasu ani ochoty na szczegółowe roztrząsanie sytuacji. 
Teraz najważniejsze jest schwytanie mordercy.
Komisarz Klaasen poznaje środowisko osób niepełnosprawnych, z niektórymi z nich nawiązując nieco bliższe kontakty. Zwłaszcza Sylvia Kleine, dziedziczka milionowej fortuny przywiązuje się do Ann traktując ją jak kogoś bliskiego. 
Trudno będzie spośród osób, które miały motyw wyłonić tę jedną - mordercę.
Wartością dodaną tego kryminału są klimatyczne opisy osuchów i Morza Wattów.
Zdjęcie Morza Wattów  pochodzi z Wikipedii

Jak wyjaśnia w przypisach tłumaczka Morze Wattów  ciągnie się wzdłuż wybrzeża Fryzji Wschodniej. Jest to akwen wód przybrzeżnych odsłanianych całkowicie w czasie odpływów.
Dno morskie odsłaniane w czasie odpływów nazywane jest "wattami" lub "osuchami".
Po osuchach można wędrować i w czasie odpływów przechodzić na piechotę na pobliskie wyspy. Trzeba jednak wiedzieć kiedy i którędy przechodzić i najlepiej robić to z przewodnikiem, by w razie przypływu nie utonąć.
Przyznam, że po przeczytaniu opisów spacerów osuchami, chętnie spędziłabym wakacje we Fryzji Wschodniej. Jest tam na pewno to czego mi  tak ostatnio  brakuje, czyli spokój i kontakt z naturą.
W książce mamy przestawioną  ciekawą zagadkę kryminalną, której rozwiązanie przypomina, że motyw jest jednym z najbardziej istotnych elementów rozwiązania sprawy.
Z przyjemnością spotkam się ponownie z komisarz Ann Kathrin Klaasen i jej współpracownikami ciekawa jak potoczą się losy pani komisarz i jakie sprawy przyjdzie jej rozwiązywać. Oby równie interesujące jak przedstawione w "Mordercy z Fryzji Wschodniej".
Polecam

Klaus-Peter Wolf "Morderca z Fryzji Wschodniej"
przełożyła Eliza Pieciul-Karmińska
Wydawnictwo Media Rodzina
291 stron

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina.


wtorek, 28 kwietnia 2015

" Fraulein France" Romain Sardou


"Mówi się o człowieku: tego a tego dnia był odważny; w odniesieniu do narodu winno się mówić, iż wydawał się on takim za panowania tej a tej władzy w tym a w tym roku.
Voltaire"

10 maja 1940 roku o godzinie czwartej trzydzieści pięć jednostka szturmowa dowodzona przez kapitana Friedricha Grimma zaatakowała z powietrza stanowiska obronne fortu Eben-Emael i zdobyła je. Tym samym Hitler zaatakował Belgię bez wypowiedzenia wojny, a kapitan Grimm rozpoczął swoją drogę ku przeznaczeniu.
Gdy we wrześniu 1940 roku niemiecka arma weszła na terytorium Francji, ci którzy znajdowali się w jej szeregach mogli  czuć się wybrańcami.
Marszałek Petain podpisał akt kapitulacji, a duża część społeczeństwa francuskiego uwierzyła, że wystarczy tylko przeczekać pobyt wroga na ich terytorium, a reszta jakoś się ułoży. Mężczyźni pozostawali w Paryżu wysyłając żony i dzieci na bezpieczną ich zdaniem prowincję.Życie w mieście powoli wracało do nomy, a okupujący Paryż Niemcy korzystali z dostępnych im rozrywek. Jednym z miejsc, w których spotykali się niemieccy oficerowie był Sfinks - renomowany, jeżeli można tak to ująć, dom uciech.
Lokal istniał naprawdę i jego francuska nazwa brzmiała "Le Sphinx" - jak dowiadujemy się z przypisu tłumacza. 
To właśnie do tego lokalu trafia piękna młoda dziewczyna legitymująca się już wcześniejszymi doświadczeniami w kontaktach z mężczyznami. Ma na imię France...
Stawia warunek: chce sama sobie wybierać klientów i to tych z niemieckiej elity. Ma w tym swój cel.
France, jak wielu mieszkańców Paryża chodzi na Sorbonę gdzie uczy się języka  niemieckiego, poznaje historię najeźdźcy. France szuka tego jedynego, odpowiedniego dla niej kandydata na wspólne życie.
A życie we Francji toczy się dzień po dniu.  Francuzi zaciskają pasa do wymarzonego końca wojny jeszcze bardzo daleko. Powoli zaczyna  budować się ruch oporu.
Friedrich Grimm nadal przebywa w Paryżu, zajmuje się zaopatrzeniem niemieckiej armii i robi doskonałe interesy. Drży, by rozkaz Hitlera nie skierował go na front. Wpajaną przez lata przez matkę nienawiść do Francuzów zajmuje miłość do konkretnej osoby i lęk przed utratą.
Jak się ta historia skończy?
Jakie trupy w szafach ukrywają bohaterowie tej powieści?

Francja i France -  skomplikowane, nieodgadnione, zmienne.
 Francja z 1943 roku jest już inną Francją niż ta z 1940 roku.
France powoli realizuje swój cel.
Autor ciekawie i z dystansem przedstawił dwa punkty widzenia, francuski i niemiecki. Dwa narody które od zawsze musiały zmagać się ze swoim sąsiedztwem. Dla nich wojna z 1870 roku jest jeszcze w miarę świeżym wspomnieniem. Dla Francuzów nieco bolesnym.
I o tym także ta książka, o wpływie historii narodów na losy jednostek, o ciągłych kompleksach, poczuciu winy i pewnej naiwności Francuzów, którzy tylko i aż chcieli żyć normalnie, tak jak przed wojną. Francuzów, którzy jednak znaleźli w sobie siły by zmienić swoją postawę.Uważam, że słowa Voltaire'a zostały wyjątkowo trafnie dobrane.
Romain Sardou doskonale przygotował się do napisania tej książki, sama bibliografia liczy cztery strony, a umiejętność autora w korzystaniu z niej budzi podziw. Fakty misternie splecione z fikcją  dają powieść, która łączy w sobie cechy powieści historycznej oraz powieści kryminalnej z zachowaniem podstawowych zasad gatunku. 
A piękna i nieco zwodnicza okładka daje do myślenia.
Polecam.



Romain Sardou "Fraulein France"
przełożyła Monika Szewc-Osiecka
Wydawnictwo REBIS
rok wydania 2015
stron 303


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa REBIS





niedziela, 19 kwietnia 2015

R.D.Wingfield "Frost i sroga zima"

.Czasami tak się zdarza, że trafiam na dotychczas mi nieznanego autora i przepadam z kretesem 
Czytam i nie mam dosyć, mimo że jak w przypadku przygód inspektora Frosta  każdy tom to sześćset, siedemset stron. 
Jestem pod niesłabnącym wrażeniem tego osobnika, który jawi mi się jako skrzyżowanie porucznika Colombo z włóczęgą. Ale ileż ta mieszanka ma wdzięku, podlanego sosem ordynarnych żartów, pewnego nieokrzesania, a nawet trudnego do zniesienia w codziennym życiu  prostactwa. 
Inspektor Jack Frost jest bardzo wrażliwym człowiekiem, ale tak jego praca jak i codzienna walka z cyframi ( te nieszczęsne statystyki też by mi się śniły po nocach) i nie mniej absorbująca walka z bufoniastym komendantem posterunku Mulletem wymagają przywdziania takiej, a nie innej skóry. Bardzo grubej skóry.
"Frost i sroga zima"  to moje trzecie spotkanie z inspektorem Frostem i załogą posterunku w Denton.
Wcześniej przeczytałam "Frost i Boże Narodzenie" oraz "Frost i zastraszone miasto". 
W srogiej zimie, tak jak i w poprzednich tomach zdarzenia krzyżują się, sprawy do rozwiązania nawarstwiają się, Mullet czeka na wyniki i kawę od Wellsa, a Jack Frost z typowym dla siebie nieskoordynowaniem miota się od jednego zdarzenia do drugiego tak jakby posterunek w Denton opustoszał co jest w jakiejś części prawdą. Mullet oddelegował ośmiu funkcjonariuszy do jakiejś ważniejszej, związanej z narkotykami sprawy. I byłoby to męczące gdyby nie to, że inspektor Frost jest pełnokrwistym człowiekiem, mężczyzną nie bez wad, mało pociągającym, niechlujnym, leniwym, zaniedbanym i sprawiającym nienajlepsze wrażenie, zwłaszcza na wydelikaconych notablach odwiedzających komisariat. 
Po prostu inspektor Jack Frost jest prawdziwy.
Od "Frosta i srogiej zimy" nie mogłam się oderwać i czytałam z zapartym tchem, pełna niepokoju czy inspektor odnajdzie zaginione dziewczynki, w jaki sposób zidentyfikuje seryjnego mordercę. Niepokój przeplatał się z irytacją, niejaki Morgan zrobił wszystko by wryć mi się w pamięć. 
Polecam :)

Poniżej fragment świetnie charakteryzujący oby panów. 
"Morgan - od niedawna asystent inspektora Frosta był przysadzistym Walijczykiem o ciemnych, kręconych włosach, na oko dobiegającym czterdziestki, a jego zniewalające spojrzenie skopanego psiaka - które potrafił włączyć w okamgnieniu - co prawda straszliwie denerwowało Frosta, ale działało na wszystkie bez wyjątku kobiety. Od razu zaczął gęsto się tłumaczyć, gdy tylko ujrzał gniew we wzroku swego szefa i zrozumiał, że to nie żarty. 
- Wyskoczyłem tylko na chwilę, żeby napić się herbaty, szefuniu - oznajmił z przesadną szczerością swoim śpiewnym walijskim akcentem. - Już prawie skończyłem te statystyki.
Morgan był jedynym policjantem na tym posterunku, który ośmielał się zwracać do Frosta "szefuniu".  
Frost uważał, że musiał  podchwycić to powiedzonko z któregoś z popularnych telewizyjnych seriali o gliniarzach.
- Jak to "prawie skończyłeś"? - zagrzmiał Frost.- Nie tknąłeś ich palcem, odkąd wyszedłem! Słuchaj Taffy, najwyższy czas postawić sprawę jasno. Na tym posterunku jest miejsce tylko dla jednego śmierdzącego lenia i to miejsce jest już zajęte. Przeze mnie. Zrozumiano?" (str.21)







piątek, 10 kwietnia 2015

Jan Ptaszkowski "Opowieści spod zamkowej góry"

Nieco zniszczone, często czytane. Niezbędne nie tylko dla mieszkańców Oświęcimia chcących poznać historię miasta, ale także dla tych, których interesuje historia żywa, nie ubrana w daty i chronologicznie uporządkowane wydarzenia. Historia na którą składają się życiorysy niepokorne, bruki pokryte asfaltem i domy, których ściany widziały niejedno. Zapewne mało kto wie, że z Oświęcimia pochodził wybitny  zoolog i fizjolog, pierwszy kierownik Katedry Fizjologii Zwierząt profesor Adam Kulczycki.
Poniżej fragment książki opisujący dzieciństwo późniejszego profesora. (str.102)

"Adam Kulczycki urodził się 16 grudnia 1906 roku w Oświęcimiu. Rodzicami jego byli Julian i Teresa Kulczyccy. Jego ojciec przez wiele lat pełnił  funkcje naczelnika Izby Skarbowej w Oświęcimiu. Dom Kulczyckich sąsiadował z tak zwaną Geizlerówką, o której z zachwytem wspomina siostra Adama pani Witalia Kulczycka. Geizlerówka to najdłuższy budynek przy ul. Jagiełły, dawny folwark sprzedany przez właściciela Geizlera rodzinie Szczerbowskich. Przed wojną zabudowania te były miejscem zamieszkania licznych rodzin. Ogromne podwórze, resztki folwarcznej bramy i ogromna ilość dzieci, to charakterystyczne elementy tego zakątka miasta. Wytworzyła się w tym skupisku jakaś wspólnota, prawie rodzinna.
Młodzi Kulczyccy przyjaźnili się z dzieciarnią i młodzieżą ze słynnej "Geizlerówki".
Pani Witalia doskonale pamięta jak Adam oraz bracia Saganowie, Sławek i Marek, Zdzisław Stuglik, Stefan Chowaniec i inni zaopatrzeni w siatki urządzali przyrodnicze wyprawy na rozległe pola Skowronka czy do gajów (tak wówczas nazywano nadsołańskie wikliny). Z łowów wracali z motylami, owadami, ptakami. Adam ciągle gromadził kolekcję motyli. Ptaki nauczył ich wypychać weterynarz Sagan. Z tej gromadki wyrosło kilku interesujących przyrodników. Adam po ukończeniu miejscowego gimnazjum rozpoczął studia biologiczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Dojeżdżał początkowo codziennie  do Krakowa, a kieszonkowe otrzymywane od rodziców często w całości przeznaczał na zakup książek."
Wybitny naukowiec, idący zawsze z postępem nauk fizjologicznych zmarł 10 marca 1984 roku.


czwartek, 9 kwietnia 2015

Skarby Muzeum Bardo

Niedawno wstrząsnęła nami informacja o ataku terrorystycznym na turystów zwiedzających Muzeum Bardo. Atak na ludzi wychodzących z autobusu, strzelanina, to wszystko nie mieściło się w głowie. A jednak... autobusy z turystami przystają blisko wejścia do Muzeum, wejścia, przy którym zazwyczaj kłębi się tłum ludzi. Wchodzący przechodzą obok strażnika, który kontroluje czy wszystko przebiega w porządku. W 2008 roku pojechałam do Tunezji na wczasy z koleżankami. Chciałyśmy jak najwięcej zobaczyć świadome, że zapewne jest to nasze pierwsze i ostatnie spotkanie z Tunezją. Było bezpiecznie i spokojnie. Mnóstwo policji, życzliwi, chociaż czasami mocno natrętni sprzedawcy. 
Pojechałyśmy na wycieczkę do Tunisu, zobaczyć właśnie Muzeum Bardo, ruiny Kartaginy, widok na góry Atlas, tajemniczą medinę i meczety. 
Był upał jak to w Tunezji, duszno.
W Muzeum Bardo też duszno, mozaiki i posągi nie mogą być poddawane działaniu klimatyzacji bo dawno by się rozpadły.
Zaduch, kurz, trudności z oddychaniem i zachwyt nad dziełami starożytnych. Gdy wchodziliśmy do Muzeum nasz przewodnik bardzo obrazowo tłumaczył nam, że Muzeum Bardo jest jak muzeum fotografii, tylko starożytnej. Cudnej urody mozaiki, rzeźby, koronkowe sklepienia - oczu nie mogłam oderwać od tych pełnych artyzmu cudów sztuki. 
Aby nie być gołosłowną poniżej zamieszczam trochę zdjęć, wolno tam fotografować, szczęśliwa, że w 2008 roku wybrałyśmy kierunek Tunezja i pełna nadziei, że te skarby sztuki przetrwają, że nikomu nie przyjdzie do głowy by je zniszczyć.

A na początek mozaika, którą zamieściłam na stronie głównej bloga:





Sala z rzeźbami

Atlas zwierząt znanych w starożytności - przepiękna, niestety uszkodzona mozaika


We wszystkich salach tłumy ludzi, każda grupa ma obowiązkowo przewodnika.






Krużganki i światło wpadające przez przestronne okna


Mozaiki jak kobierce  powieszone na ścianach.


Tylne wyjście z muzeum, można siąść, odpocząć.


Zdjęcia pochodzą z moich prywatnych zbiorów.

poniedziałek, 30 marca 2015

Kolacja z zabójcą - Aleksandra Marinina


Tak się jakoś złożyło, że chociaż książki Marininy stoją na bibliotecznej półce to zawsze miałam coś innego, bardziej w moim mniemaniu interesującego do wypożyczenia.
 Być może instynktownie czułam, że jak zacznę to nastanie czas z Nastią Kamieńską  i na nic innego nie będę miała ochoty.
Pomysłowo zapętlona intryga kryminalna, wyraziste postaci, łatwe do zapamiętania, niejednoznaczne i oczywiście nowa Rosja i nowi Rosjanie.
Kryminolog, Irina Fiłatowa zostaje zamordowana przez fachowca od nieszczęśliwych wypadków. Niestety - dla fachowca, sprawa się komplikuje, a śledztwo przejmuje zespół dochodzeniowy pułkownika Gordiejewa.. 
 I niektórym zaczyna się robić gorąco, ponieważ Gordiejew ma swoje zasady i potrafi podejść przeciwnika. A osobą, która odpowiada za pracę koncepcyjną  jest Anastazja Kamieńska. Niekoniecznie miła, niezbyt ładna, ale momentami piękna, piekielnie inteligentna i nieustępliwa. 
Warto ją poznać.
Kolacja z zabójcą  to początek smakowitej przygody.

sobota, 28 marca 2015

"Wieczność bez ciebie" Bożena Gałczyńska-Szurek


Ostatnio nadrabiam zaległości w czytaniu i wyszukuję książki, które jeszcze chciałabym przeczytać. Jedną z nich była "Wieczność bez ciebie" ciepło przyjęta przez czytelników w zeszłym roku. 
Okazało się, że na Wieczność musiałam poczekać ponieważ cieszy się powodzeniem w naszej bibliotece i trzeba się zapisać do kolejki. To się zapisałam i po trzech tygodniach oczekiwania mogłam w końcu poznać magiczny Zamość.
 I rzeczywiście, pierwsza scena, bardzo wciągająca, zabytkowy cmentarzyk w Tarnawatce ( bardzo chętnie bym go odwiedziła, jak już kiedyś dojadę do Zamościa), starsza pani profesorowa i tajemnica, która czeka na wyjaśnienie od stu lat.





Zamość miał szczęście do włodarzy, piękny architektonicznie, piękny historycznie zachował aurę miasta z
Widok na Ratusz w Zamościu - zdjęcie z Wikipedii autor M.Ukleja
przeszłością. Aurę, która otacza nas od pierwszej strony książki. Kamienice, ulice, podcienia, cmentarzyki i kościółki. Nie dziwi, że to właśnie w Zamościu chce poślubić swą wybrankę hrabia Adam Sokolski. Czy poślubi? Oto jest pytanie.
Na drodze do szczęścia stoi nie tylko w sumie całkiem sympatyczny staruszek, ale, a może przede wszystkim, tajemnica rodzinna. 
I byłoby zwiewnie i romantycznie, gdyby w pewnym momencie nie musiała się wtrącić do sprawy policja i pewna miła, przebywająca na urlopie agentka Interpolu. 
Ale o tym sza.
Bardzo miło spędziłam czas w wyczarowanym przez autorkę Zamościu, a o pracy policjantów nie będę pisała. Fikcja ma swoje prawa.


"Wieczność bez ciebie" Bożena Gałczyńska-Szurek
Wydawnictwo Szara Godzina 
Rok wydania 2014
Stron 251

piątek, 27 marca 2015

Śniadanie kontynentalne :)

Przeglądam notatki sprzed lat, szperam wśród stert papierów w nadziei, ze znajdę jedną małą karteczkę, na której lata temu napisałam ważne wtedy dla mnie zdanie. Karteczka jak to u mnie wsiąkła i na pewno trochę potrwa zanim ją odnajdę, ale w ramach rekompensaty znalazłam mój notatnik z 1990 roku i jest ciekawie, chociaż czasy, które będę wspominać nie zapisały się zbyt dobrze w mojej pamięci. Byłam bez pracy, zwolniona w ramach tak zwanej restrukturyzacji  etatów nie miałam pojęcia co dalej. Zwłaszcza, że zakład pracy w ramach tejże restrukturyzacji pożegnał się także z moją mamą. Dwie osoby bez pracy w jednym domu to jak dwa grzyby w barszczu, zawsze o jeden za dużo. 
A ponieważ  należałam do osób przedsiębiorczych po wstępnych próbach znalezienia pracy postanowiłam się trochę dokształcić. Byłam młoda i jak teraz na to patrzę z perspektywy czasu bardzo naiwna, ale nie ma tego złego... o przygotowaniu do zawodu sekretarki w 1990 roku napiszę osobno.
W zakres zajęć na takim kursie wchodziła nie tylko nauka organizacji pracy biura szefa, tak, tak, całe dwadzieścia pięć godzin temu poświęcono, ale także organizacja przyjęć, pięć godzin.
Podaję jak to leci w moich notatkach:

Organizacja przyjęć okolicznościowych:

1. Data przyjęcia - godzina rozpoczęcia i zakończenia.
2. Liczba uczestników.
3. Rodzaj bankietu ( przyjęcia)
- lunch - obiad
- uroczysta kolacja
- bufet angielski
4. Charakterystyka gości.
- dla kogo przyjęcie, przewaga mężczyzn, kobiet, same kobiety, sami mężczyźni 
5. Przewidywany koszt przyjęcia.
6. Karta menu.

Organizacja przyjęcia:

1. Śniadanie w biurze
- śniadanie proste - continental (herbata, pieczywo mieszane, masło, dżem, ser, miód, konfitury.
2. Śniadanie wiedeńskie
- kawa z mlekiem,  jajka po wiedeńsku ( gotować trzy minuty, nożem przekroić na połowę, wybrać ze skorupki, włożyć do szklanki, posypać pietruszką, położyć odrobinę masła, poza tym pieczywo, masło dżem, wędliny, ser.
Nie sprecyzowano jaki ser :) natomiast co do jajka nie sprawdzałam na ile wiedza szkolącej nas kobiety jest zgodna z książką kucharską, od lat gotuję jajko trzy i pół minuty i wychodzi mi na miękko, tak jak lubię.
Ale do rzeczy, czyli do notatek:
3. Śniadanie angielskie - jajka sadzone na szynce lub bekonie, na jedną porcję dwa jajka, napój pomarańczowy lub czarna porzeczka, woda mineralna niegazowana (Francja, Hiszpania), herbata po angielsku ( mleko, śmietanka, osobno dzbanek herbaty, osobno śmietanka), tosty, dżem, miód.
Nakrycie do śniadania - obrus biały lub jednokolorowy, flakonik z kwiatami niski, mały, serwetki przy nakryciu lub serwetnik papierowy. Nie daje się popielniczek na stół, postawić gdzieś z boku.
Podchodźcie z prawej strony, cokolwiek podajemy to na tacce z serwetką.
Sprzątanie - zbierać talerze ale nie zostawiać stołu pustego.
Zwłaszcza ten pusty stół jest wzruszający.
Jeżeli coś się wyleje, kłaść serwetkę, w czasie przerwy w posiłkach wymienić ubrudzony obrus. Pamiętać żeby zamówić przynajmniej jedną porcję więcej.
I to jest ludzkie podejście do sprawy, pamiętać, że jak już wszyscy goście pójdą, to między stukaniem w maszynę, puszczaniem teleksów (faksy wtedy wchodziły dopiero), organizacją pracy szefa, a tapirowaniem włosów ze wzrokiem wbitym w atlas geograficzny... uff, poczułam się zmęczona, że jak już wszystko ogarniemy, to też możemy zjeść śniadanie.
Może nie angielskie, ale na pewno kontynentalne:)
Ciąg dalszy wspomnień z kursu nastąpi.