wtorek, 30 kwietnia 2019

"Pewnej zimy nad morzem" Iwona Banach

Pewnej zimy nad morzem wszystko zdarzyć się może. Taka oto rymowanka kołatała mi się w głowie przez ostatnie dni po przeczytaniu najnowszej książki Iwony Banach. 

Bo i rzeczywiście, fabuła pełna jest dziwnych, a nawet niewiarygodnych zdarzeń, które, jak to u Iwony Banach, mają swoje źródła nie tyle w siłach nadprzyrodzonych, ale w umiejętności korzystania ze zdobyczy nauki.
Bo przecież zazwyczaj nasz strach, zdumienie, niepewność, budzą zjawiska, których nie potrafimy sobie wytłumaczyć. Zyskują one miano nadprzyrodzonych, chociaż wcale takimi nie są. 
Wiedza, wiedza to podstawa.

Niestety,  Dziubowej nie przetłumaczy! Ona z tych co wolą wierzyć obcym, najlepiej z innej cywilizacji, albo umiejącym robić wodę z mózgu sprzedawcom wszystkiego niepotrzebnego. 

Ale do rzeczy.

Miasteczko nad morzem, naszym swojskim Bałtykiem. W sezonie zapchane do granic możliwości przez spragnionych morskich wrażeń turystów. Pustoszejące po sezonie. Kiedyś zamieszkane przez samych swoich, z czasem przyjmujące napływowych, zachwyconych urokliwym  spokojem i jajami od wolnobiegających kur. Trudno żyć razem, ale jakoś trzeba. 
Urazy, uprzedzenia, narosłe animozje.
 Nie ma łatwo

Grudzień, świąteczną atmosferę zakłóca przyjazd do pensjonatu "Magiczna Latarnia"grupy kobiet interesujących się okultyzmem. Jedna z nich właśnie wydała książkę o fascynującym tytule "Demoniczny kochanek" i zamierza ją z przytupem promować. Ma jej w tym pomóc grono znajomych z grupy na Facebooku. Znajomych, które znają się w wirtualnej rzeczywistości, a w życiu to już niekoniecznie. 
W takich okolicznościach  bez nieboszczyka, a może nieboszczki się nie obejdzie. 

A jak jest trup to i jest śledztwo, nie ma zmiłuj.

No i jeszcze umarnik w kamienicy u Genowefy Dziubowej. 

Bo wszystko zaczęło się od legendy o umarniku. 

A potem sprawy nabrały rozpędu i niektórzy tak się zaangażowali, że zaczęli świeczki palić na schodach u Dziubowej. Czerwone świeczki w towarzystwie wędzonej szynki i dwóch brytfanek pasztetu...

Majka z Markiem mają się ku sobie, ale co na to mama Majki.

Koty podbijają serca, jak to koty, a lokatorki od Dziubowej robią eksperymenty z trunkami wyskokowymi. 
Tyle o fabule, świat się kręci, jedni żyją, inni trochę mniej i nie ma sekundy na nudę.

Zwłaszcza, że autorka  kreśląc bardzo wyraziste postaci, nawet nieco przerysowane, nie oszczędza nikogo. I jak już się uśmiejemy do łez, to przyjdzie czas na refleksję. Niekoniecznie wesołą. 

Iwona Banach ma talent do  tworzenia charakterystycznych, bardzo wyrazistych, zapadających w pamięć  postaci. Humor sytuacyjny i humor słowny(zwariowane dialogi) to jej znak firmowy i gwarantuję, że czytelnicy sięgający po "Pewnej zimy nad morzem" nie będą mogli oderwać się od pełnej zwrotów akcji, a chusteczki higieniczne - koniecznie pod ręką, będą mokre od śmiechowych łez. 
A i jeszcze, ciutkę żałuję, że tytuł roboczy "Umarnik" został zastąpiony przez "Pewnej zimy nad morzem", ale z kolei "Umarnik" nie współgrałby z okładką zaprojektowaną przez Piotra Skrzypczaka. A okładka wpada w oko. 
Tak to jest, że nie da się mieć w życiu wszystkiego, zwłaszcza, że umarnik to...

Oczywiście nie zdradzę. 

Iwona Banach "Pewnej zimy nad morzem"
stron 320
Wydawnictwo Lucky



poniedziałek, 22 kwietnia 2019

"Cynamon, chłopaki i ja - podwójne życie Victorii King " Dagmar Bach

Bardzo przyjemnie mi się tę książkę czytało. Od dawna nie jestem młodzieżą, ale coś  tam z okresu dorastania i dojrzewania pamiętam, więc momentami czułam się tak jakbym na chwilę wróciła do przeszłości. Bo w sumie Dagmar Bach pisze o sprawach uniwersalnych i znanych każdemu człowiekowi: szkole, dorastaniu, pierwszej miłości, kłopotach z nawiązaniem przyjaznych kontaktów z rówieśnikami i nie mniej istotnych kłopotach rodzinnych. 

Dlatego zaczniemy od rodziny Victorii King, w swoim zwyczajnym życiu zwanej Vicky. Rodzice Vicky rozstali się dawno temu, a powód rozstania pozostaje tajemnicą, mama dziewczyny prowadzi przytulny pensjonat urządzony w angielskim stylu, a dziadkowie cieszący się urokami życia na emeryturze są nieprzewidywalni. Tak samo jak ciocia, prowadząca sklepik z różnościami i zajmująca się wynalazkami. Ale w sumie całkiem sympatyczna z nich rodzina. Co nie znaczy, że nudna. 

Victoria uczy się w Gimnazjum św. Anny, szkole prywatnej, i radzi sobie nieźle. Podkochuje się w chłopaku, uzdolnionym informatyku, ale oprócz niego ma w swoim zasięgu całkiem miłe towarzystwo. 

Do tej pory wszystko normalnie, prawda?

Zapomniałam wspomnieć, że Victoria od czasu do czasu znika. Hasłem do zniknięcia jest pojawienie się woni cynamonu. Vicky przemieszcza się nawet nie w czasie, bardziej w przestrzeni równoległej i wskakuje na miejsce Tori - pewnej złośliwej zołzy, która sporo namiesza w życiu Vicky.
Ale są takie sytuacje, że jednak Vicky wolałaby być na swoim miejscu.
Tori również.
Dwie dziewczyny, dwa podobne kręgi towarzyskie, ale inne w nich układy i niebanalna możliwość przyjrzenia się sobie z zewnątrz, zrozumienia zachowań niezrozumiałych, akceptacja pewnej inności. I oczywiście masa zabawnych sytuacji.
 "Cynamon, chłopaki i ja" to pierwsza część serii i naprawdę jestem bardzo ciekawa jak rozwinie się fabuła i co wyniknie z przenikania się owianych cynamonowym aromatem światów. 


Książka jak zawsze w Wydawnictwie Media Rodzina wydana niezwykle starannie, z dbałością o szczegóły.

"Cynamon, chłopaki i ja - podwójne życie Victorii King" Dagmar Bach
Tłumaczyła Anna Urban
Wydawnictwo Media Rodzina
Stron 318

czwartek, 11 kwietnia 2019

"Wielki Szu" Jan Purzycki

Dyskretny urok półświatka

Film był kapitalny, oglądałam z zapartym tchem i do tej pory pamiętam wrażenie jakie wywarł na mnie Jan Nowicki, tak wiarygodnie grający wypalonego, starającego się wejść na drogę cnoty szulera, zwanego Wielkim Szu. Także w tym filmie, mignęła, jakże efektownie, za zasłoną przejrzystą, naga Grażyna Szapołowska.

Po latach trafiłam na książkę "Wielki Szu" napisaną, tak jak i scenariusz, przez Jana Purzyckiego. Książkę wciągającą od pierwszego zdania i trzymającą w napięciu aż do samego końca, co wcale nie jest łatwe, ponieważ doskonale pamiętam jak się próba życia zgodnego z normami etycznymi skończyła.

Ale od początku.

 Piotr Grynicz - Wielki Szu, bywalec luksusowych hoteli, człowiek zamożny i światowy, miał pecha, trafił do więzienia. Nie wiadomo za co, wiadomo, że na długie tysiąc osiemset dwadzieścia dni. Nawrócony na życie bez kart, bez szulerki, uczciwe, pociągiem jechał do dawno nie widzianej żony, kobiety pięknej i zaradnej. Niestety, życie płata smutne niespodzianki, żona, uczciwie, podzieliła majątek na pół, ale nie chciała już wspólnego życia. I tak zaczęła się równia pochyła, bo nic nie szło już teraz zgodnie z jego oczekiwaniami. Wziął pieniądze, chciał kupić dom, trafił do małej miejscowości  Lutyń. Na drodze do szczęścia i zakupu domu, jakże szkaradnego w opisie, stanął mu  małomiasteczkowy bogacz, człowiek trzęsący miasteczkiem, niejaki Mikun. 

Czytając, myślałam, że nieważne czy duże, czy małe, każde miasto i miasteczko miało i ma szytego na swoją miarę Mikuna, człowieka, który może wszystko, a może mu się tylko tak wydaje. Grynicz nie kupił domu ale wygrał,pieniądze, bo zagrał, właśnie z Mikunem i niejako bezwiednie zaczął kształcić następcę, młodego wilczka, taksówkarza mieszkającego w Lutyniu, Jurka Gamblerskiego.
I to był początek końca Wielkiego Szu.


Polska  Wielkiego Szu, końcówka lat siedemdziesiątych, luksusowe hotele, luksusowe życie hotelowe, bez zmartwień, leniwe, gra o wielkie stawki, piękne kobiety, które uwielbiają luksus, luksusowe prostytutki takie jak Jolka,dziwka luksusowa, która od pewnego czasu, staczając się w dół, żyła tylko zemstą. Spotkanie z Szu było dla niej jak zrządzenie losu, dar, którego żal by było nie wziąć. Wzięła i nie pożałowała bo zemsta smakuje najbardziej gdy się nieco odleży.


"Wielki Szu" oprócz interesującej akcji, walorów poznawczych dla karcianych laików, dokładne tłumaczenie co to kobyłka a co marycha, ma jeszcze jedną zaletę, błyskotliwe dialogi. 

Że zacytuję jeden z nich:
"- Słuchaj, dlaczego ty w właściwie, będąc taką inteligentną dziewczyną, zostałaś... - zawiesił głos szukając odpowiedniego słowa.
- Kurwą, chciałeś powiedzieć - dopowiedziała bez zażenowania. Potem uśmiechnęła się swobodnie. - Daj spokój wujaszku. Mogłabym równie dobrze ciebie zapytać, dlaczego będąc takim inteligentnym mężczyzną zostałeś... - również zawiesiła głos naśladując go.
- Oszustem! - wykrzyknął z zadowoleniem.
- Masz rację. Głupie pytanie. "Niech się nazywają złodziejami, byle tylko nie kradli" - wstał i ruszył w stronę samochodu. To zdanie przypadło jej do gustu. Uśmiechając się do swoich myśli zapytała :  

- Zaraz. Jak to powiedziałeś ?
-To nie ja, to Dostojewski."


Takie to są dialogi, przyjemne do czytania. Gdzie Szu, a gdzie Dostojewski, ale wszystko to jest życie barwne, życie skończone, życie tragiczne.


Czas Wielkiego Szu się skończył, teraz można co najwyżej pograć na targu w trzy karty - wersja dla naiwnych lub iść legalnie do kasyna i tam  też chętnych na wygraną ogolą do skóry z pieniędzy.



 Ileż więcej uroku w przegranej z prawdziwym, zawodowym, prawie jak z amerykańskich westernów, szulerem. Bo szuler to nie tylko ktoś kto wygrywa w karty i zna na to sposoby i triki, szulerka to także sposób na życie zgodne z własnymi, szulerskimi zasadami gry.

N zdjęciu okładka wydania z 2012 roku w Videografie, ze strony Taniej Książki. Mój egzemplarz pierwszego wydania zapadł się pod ziemię. Mam nadzieję, że znajdę. 
Tekst ukazał się w 2010 roku na nieistniejącej już stronie Klubu MOrd. 

niedziela, 7 kwietnia 2019

"Mia i biały lew - nierozłączni przyjaciele" czyli bardzo wzruszająca opowieść

Na podstawie filmu Gilles'a de Maistre
Tekst Prune de Maistre

Wzruszyłam się, bo trudno się nie wzruszyć czytając historię przyjaźni małej dziewczynki i białego lwa. Mia i Charlie, Charlie i Mia - nierozłączni. Niestety do czasu gdy brutalna rzeczywistość w sposób nieubłagany wkroczy w ich unormowane życie. 

Ale zacznijmy od początku.

Dziesięcioletnia Mia mieszka z rodzicami i bratem w Londynie. Chodzi do szkoły, na mecze, ma przyjaciół. Wszystko zmienia się wraz ze śmiercią dziadka dziewczynki. Rodzice decydują się na przeprowadzkę do Republiki Południowej Afryki, aby zająć się prowadzeniem odziedziczonej po dziadku dziewczynki farmy. Farmy, na której hoduje się lwy.

Turyści przyjeżdżają na farmę, zwiedzają, obserwują zachowania lwów, robią zdjęcia. Prawdziwa idylla. 
Tylko niestety idylla nie przynosi pieniędzy i ojciec Mii i Micka zaczyna rozważać powrót do procederu, którym zajmował się jego ojciec i który nadal uważany jest w RPA za dobry biznes. 

Mia powoli przyzwyczaja się do życia na farmie, zwłaszcza, że  zyskuje niezwykłego przyjaciela - to Charlie, białe lwiątko. To właśnie dziewczynka poświęca Charliemu najwięcej czasu, troszczy się o niego, obdarza wielkim przywiązaniem i miłością. Małe lwiątko, z czasem coraz większe i budzące lęk otoczenia odpłaca swojej małej przyjaciółce takimi samymi uczuciami. 

Czy to może się udać?

Czy Mia i Charlie pokonają zło i dotrą tam gdzie powinien zamieszkać biały lew?




Piękna opowieść o przyjaźni i miłości  pozbawionej egoizmu, bo tylko tak kochając, Mia zdecyduje się na długą podróż z Charliem do miejsca, gdzie już zawsze będzie bezpieczny. 

Oglądając film, czytając te piękne i mądre w swoim przekazie książki pamiętajmy, że to iż Mia miała tak wspaniały kontakt z Charliem jest wynikiem nie tylko uczuć, ale także wielkiej, intuicyjnej  pracy. Reagowania na zachowanie małego, ale rosnącego jak na drożdżach lwiątka, braku agresji słownej i agresji w zachowaniu - zwierzęta nie lubią podniesionego głosu, nagłych ruchów, zmian nastrojów. Nie mogą czuć się zdezorientowane zachowaniem najbliższej osoby, ale także innych osób z otoczenia. 


Małe lwiątko to nie zabawka, dorosły lew stanowi realne zagrożenie dla beztrosko podchodzącego jak najbliżej do ogrodzenia w zoo człowieka.

Powyższa uwaga tak na wszelki wypadek, żeby widz rozczulony piękną przyjaźnią małej dziewczynki i lwiątka nie próbował przekroczyć ogrodzeń stawianych w ogrodach zoologicznych dla bezpieczeństwa zwierząt i zwiedzających. 

Relacje ze zwierzętami buduje się latami. Pamiętajmy o tym przygarniając ze schroniska psa czy kota i dajmy im to co mamy najcenniejsze: miłość i zrozumienie. Oprócz pożywienia, dachu nad głową i długich spacerów. 

Książki rzecz jasna polecam. Obie są ciekawe, każda inaczej napisana. "Mia i biały lew - nierozłączni przyjaciele" to raczej relacja z  przebiegu zdarzeń, natomiast "Mia i biały lew - historia niezwykłej przyjaźni" to książka pokazująca szerszy kontekst wydarzeń. Obie ilustrowane zdjęciami pokazującymi piękno Republiki Południowej Afryki, świat dzikich zwierząt i wyjątkową przyrodę. 
Obejrzyjcie, przeczytajcie. Koniecznie. 

"Mia i biały lew - nierozłączni przyjaciele" w tłumaczeniu Barbary Kowalewskiej otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina. Książka przeznaczona jest dla dzieci od 8 lat, ale myślę, że i dla młodszych jej lektura będzie piękną przygodą. 
"Mia i biały lew - historia niezwykłej przyjaźni" mogłam przeczytać dzięki uprzejmości tłumaczki książki Iwony Banach. Naprawdę warto wybrać się w podróż po dzikich ścieżkach Afryki. Książka przeznaczona jest dla dzieci od 10 lat, ale nie oznacza to, że nie mogą sięgnąć po nią dzieci młodsze i oczywiście wszyscy mający ochotę wejść w klimat niezwykłej przygody. 


środa, 27 marca 2019

"Trzynasty występek" opowiadanie "Szkielet" Edmund Niziurski

Dlaczego właśnie Niziurski?


Gdy w maju 1978 roku otrzymałam nagrodę za zajęcie pierwszego miejsca w konkursie pięknego czytania, nie przypuszczałam, że kiedyś przyjdzie mi pisać o twórczości mistrza Niziurskiego. 
Przed konkursem poproszono mnie o przygotowanie fragmentu  do przeczytania (nikt nie narzucał tekstu, można było samemu decydować) nie miałam wątpliwości ani czyj będzie to tekst, ani z jakiej książki będzie pochodził. Był to oczywiście "Sposób na Alcybiadesa". Miałam wtedy trzynaście lat i zaczytywałam się w książkach Niziurskiego, które były i nadal są mi szczególnie bliskie. Właśnie postaci, które pojawiły się w "Sposobie na Alcybiadesa", nauczyciele, uczniowie oraz Więckowska i woźny Grzegorzewski pojawiają się najpierw w opowiadaniu "Szkielet" napisanym w 1955 roku. 

Edmund Niziurski to mistrz opowiadań. Krótkie, zwięzłe, bogate w treści, przykuwające uwagę. Nigdy nudne, często o zabarwieniu sensacyjnym, jak to o którym chcę napisać, z zawsze aktualnym przesłaniem. 

Autor w słowie wstępnym napisał tak:

"Oddając do rąk Czytelnika nowe wydanie moich opowiadań, muszę przyznać ze skruchą, że ich geneza jest przeraźliwie przyziemna. W odróżnieniu od powieści, które pisałem z potrzeby wewnętrznej i za sprawą czystego natchnienia, opowiadania te rodziły się z kuszenia przez redaktorów, raczej jako owoc mojej słabości niż mocy. To przez nich odkładałem moje benedyktyńskie prace nad powieścią i zasiadałem do pisania opowiadań, zawsze z nieczystym sumieniem, że kradnę czas przeznaczony na właściwą twórczość. Dlatego opowiadania te pisałem śpiesznie(co nie znaczy, że łatwo, przeciwnie - zwykle męczyłem się nad nimi bardziej niż nad powieścią.)".

Opowiadania powstawały pomiędzy 1953 a 1963 rokiem i były czytane i przez pokolenie do którego były adresowane, i przez następne, które, tak jak moje, nie dziwiło się wielu sprawom, które teraz są dla młodzieży niezrozumiałe. 
Rygor szkolny, często wspominana jedenastoletnia ogólnokształcąca szkoła męska imienia Lindego, pewien brak zamożności bohaterów opowiadań i książek, a nawet często wyzierająca z każdego kąta bieda, tak jak w opowiadaniu "Szkielet".
Oczywiście o rozpasaniu technologicznym właściwym dla naszych czasów nie było mowy. Telefon stacjonarny, wtedy z czarnego ebonitu, był rzadkością. 

Wróćmy do opowiadania.
Zaczęło się normalnie, służbista, porucznik MO Praksa, miał wątpliwości.
 Od trzech dni na pijaków uczęszczających do baru "Pod Gołąbkiem" padł dziwny obłęd, a nikt jeszcze nie słyszał o pigułkach gwałtu i LSD. Panowie w stanie wskazującym na mocne spożycie wychodzili z baru, dochodzili do skweru Worcella i ulegali niespotykanym, zbiorowym omamom. Żeby tylko oni!
Taki sam obłęd dotknął także całkiem poważnych obywateli, panów: Feliksa Sztywnego - funkcjonariusza Miejskiego zakładu Pogrzebowego oraz pana Alfonsa Rapidusa, starszego pompowego z Zakładu Oczyszczania Miasta. Szli sobie spokojnie śpiewając "siwy włos"i "brzydulę", a tu nagle... 
"Zobaczyliśmy coś białego w krzakach, więc ja mówię do Felusia: - widzisz, kobieta w welonie. A Feluś: - nie, to trup w bieliźnie! To ja: Co ty pleciesz, trup na stojąco? A Feluś na to, że on fachowiec i ma praktykę. To jest trup. Podchodzim pomału i nagle...
Porucznik Praksa nie wytrzymał, zerwał się zza biurka, zawołał milicjanta Trzynogę i tyle ich widzieli. Sprawcy zdarzenia zdążyli uciec, a milicjantom na pociechę został dowód rzeczowy, czyli szczotka na kiju i kościotrup z przymocowaną butelką. 
Ktoś po prostu straszył przechodniów. 
Ślady doprowadziły milicjantów do liceum męskiego imienia Lindego, gdzie rozpoczęli regularne śledztwo. 
Profesor Misiak "Alcybiades" przygnieciony przez tłuszczę męską, woźny Grzegorzewski nie dziwi się niczemu, a profesor Żwaczek ma problem. Już myślał, że pozbędzie się takich dwóch i czekał tylko na okazję. Okazja jest i jest problem. Wszystko zależy od intencji, a te były jak najlepsze. 
W opowiadaniu wcale nie wesołym pomimo zabawnych fragmentów główne przesłanie pozostanie jeszcze długo aktualne, a brzmi ono tak: każdy sposób jest dobry (oczywiście w granicach prawa) żeby oduczyć alkoholika nałogowego picia, nawet kostucha pojawiająca się na skwerze Worcella. Jeżeli tylko pomoże?
Edmund Niziurski "Szkielet"
Zbiór opowiadań "Trzynasty występek"
Wydawnictwo Harcerskie "Horyzonty" Warszawa
Wydanie II 1976 rok

Ten nieco wspomnieniowy tekst napisałam w 2010 roku i wtedy też został on opublikowany w dziale recenzje na stronie Klubu Miłośników Powieści Milicyjnej MOrd. Strona nie istnieje, recenzje przepadły. Niedawno przeglądając pliki na starym komputerze znalazłam swoje dawne teksty i postanowiłam je przypomnieć. Z sentymentu dla czasu, w którym powstawały i powieści nieco już zapomnianych. 

wtorek, 26 marca 2019

Wieńczysław Nieszczególny jako swojski James Bond

W czasie opisu przygotowań do akcji specjalnej szykowanej przez Wieńczysława Nieszczególnego natrafiłam na dającą do myślenia charakterystykę stroju przestępcy. Cytuję: "...jest to specjalna koszulka gangsterska, niezwykle wytrzymała, odporna na rozdarcie, oraz śliska (...) ponadto posiada specjalne kieszenie napełniające się automatycznie gazem, przy zanurzeniu w wodę. Dzięki tym kieszeniom Nieszczególny nie może w ogóle utonąć. Poza tym przy naciśnięciu któregokolwiek guzika przy koszulce, otwierają się zawory w kieszeniach i wydobywa się z nich gwałtowny strumień gazu, zdolny obezwładnić każdego przeciwnika". 

Tak prezentuje się  podstawowe wyposażenie przestępcy z wyższych sfer!

 Przygotowany do zadań specjalnych Wieńczysław Nieszczególny, oczywiście napojony walerianą, w towarzystwie nieodłącznego doktora Bogumiła Kadrylla, fana jaśminu, pojawił się także na kartach "Klubu włóczykijów, czyli trzynastu przygód stryja Dionizego i jego ekipy". Także, ponieważ wcześniej mieliśmy przyjemność poznać obu panów przy okazji "Niewiarygodnych przygód Marka Piegusa".

Książka z tak oryginalnym tytułem i sporą zawartością wiedzy z dziedziny geografii wciągnęła mnie bez reszty i potwierdziła, że poczucie humoru, sprawnie poprowadzona intryga, wszak człowiek chce się w końcu dowiedzieć co Hieronim ukrył przed wzrokiem niepowołanym, duża dawka wiedzy podanej lekko i bez zadęcia oraz charakterystyczne, nietuzinkowe postaci, to znakomity przepis na książkę, która mimo upływu lat nie zestarzała się. 

Może właśnie w tym tkwi przyczyna większej rozpoznawalności Edmunda Niziurskiego niż na przykład Aleksandra Minkowskiego. Chociaż czytałam wszystkie książki Aleksandra Minkowskiego (oczywiście przed laty) i były to książki dobrze napisane, wciągające i pouczające to jednak niewiele z nich pamiętam. Może "Nasturcja i lew" i chyba najbardziej "Ząb Napoleona". Nie pamiętam imion bohaterów, fragmentów tekstu, a z Niziurskiego co smaczniejsze fragmenty nadal tkwią mi w pamięci i są to kwestie niezatapialne: "słońce zachodzi nad wędzarnią krwawo, słychać krzyk drobiu Więckowskiej nieświeży... (Sposób na Alcybiadesa") cytuje z pamięci. 

Oczywiście w książkach Niziurskiego mamy podstawy każdej literatury młodzieżowej: szkoła, klasa, pierwsze zauroczenia, a nawet ślepa miłość "Adelo zrozum mnie!, ale jednak przeważa w nich wątek sensacyjny. A zagadki jak wiadomo przyciągają uwagę i każą czytelnikowi śledzić akcję do ostatniej strony.
Wracając do "Klubu włóczykijów", jest gorące lato, w kranach zaczyna brakować wody, Wisła wysycha, a Kornel pilnie wkuwa nadzorowany przez Zieloną Niedojrzałą, bo niestety musi zdać poprawkę. Wkuwa geografię i ma serdecznie dość. 
 Gdy odbiera telefon i potem udaje się na spotkanie ze stryjem Dionizym, nie przypuszcza, że pędzi na spotkanie przygody i lekcji geografii w terenie, co każdemu polecam. 
Tak przy okazji.
Nie ma to jak zobaczyć na własne oczy.

 Po licznych perturbacjach i pokonaniu uprzedzeń ciotki Pelagii, archiwariusz Dionizy Kiwajłło, Kornel, Pirydion (ten z drużyny Teodora), Pirydiopolit oraz Zielona Niedojrzała - Joanna, ruszają na spotkanie przygody. Najpierw do Pułtuska, potem na Mazury i w końcu na dłużej tam gdzie rozegra się finał przygody, czyli w Góry Świętokrzyskie, na gołoborza. Z nimi, przed nimi i za nimi podążają dwie grupy chętnych do zbadania dna kufra, a potem dna czegoś całkiem innego.

Także w dzisiejszych czasach warto sięgnąć po "Klub włóczykijów", nie tylko ze względu na nadal atrakcyjną zagadkę z historycznymi konotacjami, niepowtarzalny humor sytuacyjny i słowny, ale także ze względu na opisywane miejsca. Przede wszystkim Góry Świętokrzyskie, szczególnie Niziurskiemu bliskie, urodził się i mieszkał w Kielcach, uczył się w gimnazjum imienia Jędrzeja Śniadeckiego, potem mieszkał w Ostrowcu Świętokrzyskim. Właśnie w "Klubie włóczykijów" widać jaką miłością darzył kraj swego dzieciństwa, jaki ma sentyment do tamtych stron i wiedzę na ich temat. Wiedzę, którą przyswoiłam nie wiedząc kiedy, tak jak Kornel uczący się w trasie pod okiem Zielonej Niedojrzałej.
Czytając z sentymentem wspominałam pobyt w Szklanej Hucie, lata temu 1982 rok i czas Mundialu. Aż się łezka w oku kręci. Ale do dzisiaj pamiętam szum lasów jodłowych, dalekie wycieczki i bezchmurne niebo.
A o Edmundzie Niziurskim pisałam także TUTAJ



środa, 13 marca 2019

Anna Klejzerowicz "Ogród świateł"

"Ogród świateł" przeczytałam w zeszłym roku przygotowując się do rozmowy z Anną Klejzerowicz w ramach audycji Radiobook, którą miałam przyjemność prowadzić z Olą Mosler. Rozmowę można odsłuchać na stronie Radia Oświęcim: Radiobook z Anną Klejzerowicz

"Ogród świateł" to druga część kryminalnego cyklu z Felicją Stefańską, rzeczniczką prasową gminy Kryszewo i już jestem ciekawa jakie problemy autorka poruszy w kolejnej części. 
Bo książki Anny Klejzerowicz zawsze są o czymś co nas dotyka, boli, uwiera w środku i nie daje o sobie zapomnieć. Tak jak niewyjaśnione sprawy kryminalne sprzed lat w "Ogrodzie świateł.

Zaczyna się od eksplozji w Kryszewie na początku czerwca 1990 roku. Potężny huk i łuna światła. Poczucie zagrożenia i część tajemnicy. 

Życie w pozornym spokoju, ogród świateł dający złudne poczucie bezpieczeństwa. Biznesmen, jego żona i czworo dzieci. Wszyscy nie żyją. Czyżby padli ofiarą rozszerzonego samobójstwa? a raczej zabójstwa zakończonego samobójstwem sprawcy. 
A może sprawca przyszedł z zewnątrz?
 Mafijne porachunki?

Małżeństwo nie było zakorzenione w lokalnej społeczności, mieszkali w Mniszkowie dopiero od roku.

 Kto odniósł korzyść?

 A może trzeba zadać całkiem inne pytanie?

Śledztwo prowadzi starszy aspirant Ryba, prywatnie związany uczuciowo z Felicją. Ich relacje stanowią osobny wątek i muszę przyznać, że rozwijają się w mało standardowy sposób. 
Badanie przeszłości ofiary doprowadzi w końcu do wykrycia mordercy.
Felicja i prowadzący śledztwo wrócą do zdarzeń, które lata temu dotknęły gminę.

W toku lektury okaże się, że wszyscy mają tajemnice. Czasem niewielkie, czasem na miarę rozwiązania sprawy.

 W "Ogrodzie świateł" nie znajdziemy przelewania z pustego w próżne i dialogów, z których raz po raz dowiadujemy się tego o czym już wiemy. Wystarczy 265 stron, by wprowadzić czytelnika w sprawę, nakreślić tło, dobrze zarysować postaci - tak aby odbiorca nie miał kłopotu z ich identyfikacją. Zmylić tropy. Wyjaśnić motywy tej wyjątkowo krwawej zbrodni. Nie zmęczyć. Sprowokować do zadania sobie paru pytań. 
Zostawić ślad. 
Z przekonaniem polecam.

"Ogród świateł" Anna Klejzerowicz
Wydawnictwo Edipresse Książki



wtorek, 12 marca 2019

"I ty możesz zmienić świat, 42 inspirujące historie o niezwykłych dzieciach" Karolina Grabarczyk i Nika Jaworowska-Duchlińska


"Nie trzeba być bohaterem, żeby zmienić świat. Wystarczy pomóc człowiekowi obok." Michał , 13 lat (na okładce)
Panuje przekonanie, że można zmieniać świat robiąc rzeczy wielkie. A przecież wszystko zaczyna się od marzeń i metodą małych kroków można osiągnąć dużo więcej, zwłaszcza jeżeli wyznaczymy sobie jakiś cel.
Wiem, że to zdanie brzmi nieco dziwnie, bo z jednej strony marzenia, z drugiej jakieś małe kroki, ale trudno w skrócie opowiedzieć o czterdziestu dwóch dziecięcych osobowościach, o niezwykłych młodych osobach, które swoim działaniem zmieniły sposób postrzegania wielu zjawisk, miały wpływ na rozwój technologiczny społeczeństw, edukację, a nawet politykę.
Przyznam się Wam, że z czterdziestu dwóch  postaci znałam tylko dziewięć, więc i dla mnie ta książka ma wymiar edukacyjny, a dzieciom pokazuje, że nie wiek się liczy, ale empatia, chęć pomocy i umiejętność działania oraz zdolności organizacyjne. 
Chociaż to ostatnie niekoniecznie, bo dobra myśl, pomysł jak pomóc potrzebującym jest jak iskra i potrafi zapalić tłumy. Myślę, że ludzie lubią działać, lubią pomagać, tylko czasem po prostu nie wiedzą jak pomagać sensownie.

Poznajcie kilku bohaterów opowieści:

Dylan Mahalingam - urodzony w 1995 roku w USA, jego rodzice pochodzą z Indii. Dylan żyje bezpiecznie w Stanach Zjednoczonych. Ma wszystko co potrzebne jest do normalnej egzystencji dla dziecka. Gdy ma siedem lat jedzie z rodzicami do Indii i tam odkrywa bezmiar biedy. Jest wstrząśnięty. Wraca do domu dowiaduje się, że Organizacja Narodów Zjednoczonych  ogłosiła projekt Milenijne Cele Rozwoju. To osiem celów, które wiele krajów włączyło w swoje działania: dotyczą zdrowia, ochrony środowiska, dostępu do edukacji, równych praw dla kobiet i mężczyzn, współpracy pomiędzy narodami. Dylan ma dziewięć lat gdy zakłada organizację, która pozwala dzieciom i młodzieży zaangażować się w ten projekt. Zbiera pieniądze na ofiary klęsk żywiołowych, dla  chorych dzieci, na budowę szkół w Ugandzie. Działa i pomaga, a skala tej pomocy jest coraz większa.

Myślałam o nim i o wielu dzieciach o których przeczytałam, o tym  że miały bardzo wspierających ich działania rodziców, że potrafiły przezwyciężyć trudności. Bo przecież wszystko jest trudne i nieznane zanim stanie się proste. 
Najtrudniej zacząć.

Chester Greenwood urodził się w Ameryce i żył w latach 1858 - 1937 
Chester lubił jazdę na lodzie, ale nie przepadał za wełnianymi czapkami, dlatego pewnego dnia wymyślił nauszniki. Z drutu przygotował pętlę przypominającą uszy, a babcię poprosił, by uszyła do nich wypełnienie z futra bobra. Oczywiście jak zazwyczaj najpierw koledzy się z niego śmiali, a potem każdy chciał mieć takie cieplutkie nauszniki. Chester Greenwood jako dorosły człowiek opatentował swój pomysł i w rodzinnym mieście założył fabrykę nauszników. To on także wynalazł składane łóżko i grabie ze stalowymi zębami oraz wiele innych przedmiotów ułatwiających życie. 

Francia Simon urodziła się w 1994 roku w Republice Dominikany. Ale Francia nie ma aktu urodzenia. Jej rodzice nie mieli, to i urodzin córki nie zgłosili do urzędu. Wiele osób w Dominikanie nie ma aktu urodzenia, a jego brak stanowi przeszkodę z w normalnej egzystencji ponieważ według prawa tych ludzi nie ma. Nie zostali zarejestrowani jako obywatele swojego kraju. Francia przezwycięża trudności, udaje się jej zarejestrować i otrzymuje akt urodzenia, może iść do szkoły. Dziewczynka pomaga innym w załatwianiu aktów urodzenia i uświadamia ich jakie prawa obywatelskie im przysługują. Działa. Zmienia mentalność ludzi. 

Trzy różne historie, zostało jeszcze trzydzieści dziewięć opowieści i zaręczam, że warto je poznać. To są rzeczywiście bardzo inspirujące historie. 

Każda z nich została napisana w sposób przystępny, ukazujący warunki w jakich tworzyła się mniejsza i większa inicjatywa. Skłaniają do zastanowienia się nad tym co my dajemy społeczeństwu, jaki jest nasz wkład w poprawianie kondycji świata.

Możemy wiele,  na już wystarczy, że zaczniemy dzień z uśmiechem, powiemy dzień dobry, pomożemy starszej sąsiadce. Poświęcimy kilka godzin na czytanie dzieciom w szpitalu, albo zrobimy coś całkiem innego, ale z myślą o nas jako społeczeństwie,        nie tylko o sobie. 

Naprawdę świetna, pięknie ilustrowana, skłaniająca do przemyśleń i postanowień książka.

Jak podaje wydawnictwo książka przeznaczona jest dla dzieci powyżej 10 lat, ale myślę, że i młodsze pociechy mogą się zainspirować.


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina
"I ty możesz zmienić świat"
Tekst Karolina Grabarczyk
Ilustracje Nika Jaworowska-Duchlińska
Wydawnictwo Media Rodzina
Stron 95
Rok wydania 2019

poniedziałek, 11 marca 2019

"Pokoje do wynajęcia" Valerio Varesi

Zbliżają się święta Bożego Narodzenia, parmeńska komenda pustoszeje. Kto tylko może korzysta z przysługującego mu urlopu. Komisarz Soneri, wdowiec nie zamierza świętować. Nie ma rodziny, a z najbliższą mu osobą, prawniczką Angelą łączy go luźny związek. Nie zamierzają też świętować mordercy. 
Informacja od starszej kobiety, że od kilku dni nie widziała sąsiadki, z którą jest zaprzyjaźniona, nie wzbudza szczególnej uwagi. Informacja, że sprawa dotyczy Giuditty Tagliavini zmienia sytuację, zwłaszcza, że Giuditta zwana Ghittą zostaje znaleziona martwa.

 Jej serce morderca posiekał  na kawałki. 

Śledztwo obracające się wokół interesów prowadzonych przez Ghittę, która nie tylko pokoje miała do wynajęcia, ale i parała się innymi interesami prowadzi komisarza prosto w przeszłość. To właśnie na stancji Tagliavini poznał swoją przyszłą żonę, uczennicę w szkole dla pielęgniarek. Pamiętał pokoje do wynajęcia, dziewczyny, które tam mieszkały i chłopców, którzy kręcili się wokół.

Komisarz Soneri musi przejść przez piekło własnych wspomnień i wspomnień świadków tamtych dni. Czy będzie to kuracja oczyszczająca?
Czas pokaże.
W czasie śledztwa okazuje się, że wiele spraw się łączy. Interesy, powiązania kapitałowo rodzinne, zgoda na prowadzenie szemranych interesów i wyprowadzanie kapitału. Do akcji wkraczają siły specjalne kierowane do walki z mafią. 
Jeden wątek odpada i komisarz może skupić się nad poszukiwaniem mordercy Ghitty. W czasie śledztwa wyłania się obraz tej kobiety, wieśniaczki z gór, kobiety wyrzuconej poza nawias górskiej społeczności  za romans z żonatym mężczyzną. Kobiety coraz bogatszej, dającej odczuć współziomkom, że ma to czego im brakuje. Kobiety bogatej, która nigdy nie pozbyła się kompleksów i poczucia krzywdy. 

Bardzo to mroczny obraz społeczeństwa włoskiego, ale jednocześnie obraz psychologicznie prawdziwy. Przygnębiający, pozbawiony pozorów i złudzeń. Jest to też opowieść o walce, zaangażowaniu w działalność polityczną, partii narodowych i dalej żywym kulcie Mussoliniego. 
Obraz bardzo daleki od dedykowanego turystom obrazu słonecznej Italii. 

"Pokoje do wynajęcia" Valerio Varesi
Przełożył Tomasz Kwiecień
Dom Wydawniczy Rebis
Stron 295
Rok wydania 2012
Pierwsze wydanie we Włoszech 2004

niedziela, 10 marca 2019

"Spacer z psem" Sven Nordqvist


Dzisiaj na "Spacer z psem" wybrałam się do mojego ogrodu. Mam nadzieję, że wszystkim uczestnikom tej frapującej opowieści bez słów, spacer się spodobał. 
"Spacer z psem" Svena Nordqvista, rodzicom i ich pociechom, otwiera niezliczoną ilość furtek do kolejnych spacerów. 
Jedna książka daje możliwość snucia tysięcy opowieści, a każda z nich będzie zawierała indywidualne treści. To zaleta książki graficznej, gdzie za pomocą rysunków, autor daje możliwość, tę przysłowiową wędkę, do kreacji własnego świata dziecięcej  wyobraźni. I gdy dziecko poprosi: opowiedz mi bajkę - możemy bez wahania sięgnąć po "Spacer z psem", a kolejna bajka, opowieść pełna tajemniczych postaci i literackich odniesień ułoży się sama. 

Dla mnie to była  niezwykła przyjemność śledzić podróż małego chłopca i pięknego, białego psa. Może to wnuczek przyszedł w odwiedziny do babci i po pełnym aromatów charakterystycznych dla kuchni każdej babci obiedzie, wybrał się na spacer z psem babci. Babcia macha im ręką na pożegnanie, przypominając żeby uważali na siebie i nie oddalali się od domu. A może mówi coś całkiem innego i przypomina o podwieczorku?

Cudna książka pełna magicznych scenek i postaci, które zapisały się w historii. Fontanna z Napoleonem, damy w krynolinach i różowy mamut. Angielska herbatka i krowie rodeo w sąsiedztwie przejętego naukowca badającego kopiec termitów. A może to tylko ja widzę tego naukowca, a najmłodszy w rodzinie zobaczy kogoś całkiem innego?
Moim zdaniem to rewelacyjna książka chociaż nie pada w niej ani jedno słowo, ale przecież  obraz wart jest więcej niż tysiąc słów. 
Tutaj ta maksyma jest jak najbardziej na miejscu. 
To książka, która rozwinie wyobraźnię dziecka, poszerzy jego horyzonty i może sprawić, że dziecko z odbiorcy stanie się twórcą, kreatorem osobnych światów. Jeżeli tylko rodzice nie będą hamować jego ekspresji i nie zamalują różowej trawy zieloną kredką.
 Bo przecież trawa jest zawsze zielona.
 Nie, trawa może mieć każdy z odcieni palety barw. Wystarczy to tylko zaakceptować. 

Książka została przepięknie przygotowana, z pietyzmem i dbałością o szczegóły. Twarda oprawa, duży format, cudnej urody rysunki na dobrej jakości papierze. To wszystko sprawia, że z przyjemnością sięgną po nią dorośli i dzieci, by zanurzyć się w świat pełen bajkowych postaci zaludniających inspirujące ilustracje. 
Polecam, to idealny prezent dla dzieci i ich rodziców. 
Książka proponowana jest w kategorii: książki dla przedszkolaków 2-6 lat. 
Książka zawiera 32 strony.


"Spacer z psem" otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina

środa, 6 marca 2019

"Gra w oczko" Grzegorz Kalinowski

"Gra w oczko", a może "Gra w Oczko"?
To moje pierwsze spotkanie z twórczością Grzegorza Kalinowskiego i po lekturze "Gry w oczko" mam nadzieję na długą i fascynującą znajomość.
 Z książkami, rzecz jasna ;)

"Każdy ma jakąś błotną kałużę, która mu się wydaje przejrzystym jeziorem" - jakże trafne stwierdzenie (str.222)

Tak w skrócie:
Hazard, życie na zakręcie, życie ponad stan, życie pod dyktando. W sumie samo życie.
Interesy.
Mnóstwo wykluczających się wpływów.

W tym wszystkim Dawid Błochowiak pseudonim Oczko. Młody piłkarz, bohater milionowego transferu. Podobno bardzo utalentowany. Jak bardzo już nikt się nie dowie.

Jego zwłoki odkrywa Joanna Becker dziennikarka telewizyjna, żyleta. Materiał jak złoto, tylko trzeba się wokół niego zakręcić. Najlepiej odkryć kto zabił. Sprzedać newsa. Joanna zakończyła swój romans z gościem od sportu, niejakim Kordeckim, ma czas na pracę.
 Bardzo dużo czasu.
Artur Konieczny, glina z prawdziwego zdarzenia, mieszka z synem, rezolutnym nastolatkiem, który wolał zostać z ojcem w Polsce.  Była żona układa sobie w Anglii życie od nowa. 
Konieczny ma ambicję i też zamierza odkryć kto miał interes żeby zabić Oczko.

Kto jest winny?
Jaki był prawdziwy powód morderstwa?
 Kto odniósł korzyść?
I jeszcze parę innych pytań, które nie pozostają bez odpowiedzi.

Wyboista droga do prawdy aż roi się od kałuż i trzeba mieć duże wyczucie żeby się nie utaplać uwierzywszy w pozory.
Wiarygodnie skonstruowane postaci, wartkie dialogi, zawikłana intryga w budzącym zaciekawienie środowisku.
Czytałam, jak zawsze typując sprawcę. Tym razem nie trafiłam, chociaż nie jest to sprawca wyciągnięty z kapelusza na ostatnią chwilę.
Duża przyjemność.

niedziela, 3 marca 2019

Dzisiaj Dzień Pisarza

Pisarzom życzę wspaniałych Czytelników, Czytelnikom życzę niezapomnianych emocji i niepowtarzalnych podróży w wykreowany przez mistrzów opowieści świat. 
To nasza wspólna droga <3

Zdjęcie z Pixabay

sobota, 2 marca 2019

Mariusz Zielke "Dobre Miasto"

Dobre Miasto - zamknięta społeczność skupiona wokół własnych problemów, kierująca się podstawową zasadą nie wtrącania się w sprawy tych, którzy stoją wyżej i dzięki którym można coś załatwić: pracę, mieszkanie, poczucie bezpieczeństwa socjalnego, albo flaszkę i parę zeta. 

W Dobrym Mieście wszystkie karty już dawno zostały rozdane, a mieszkańcy przyzwyczaili się do układu sił. Tutaj rządzą Kryniccy oraz związani z nimi biznesmeni. 


Razem, ale osobno, krążą wokół jak krzywo uśmiechnięte sępy, starając się dla siebie wydrzeć jak najwięcej. W sumie jak wszędzie piramida układów i układzików, współzależności zbudowanych na barterowej wymianie przysług. 
Solidna piramida. 
Do czasu.

Agnieszka Krynicka - podpora męża, zawsze uśmiechnięta, anioł nie kobieta. Agnieszka poświęciła się działalności charytatywnej, jest podporą działań proboszcza, otwiera domy dziecka, sponsoruje sportowców. Jakim naprawdę człowiekiem jest Agnieszka Krynicka po zeskrobaniu tej doprowadzającej do mdłości polewy z lukru? Czego chce ta dobromiasteczkowa Evita? O czym marzy? Dlaczego pewnego dnia nie dożywszy u boku męża złotych, a najlepiej brylantowych godów kończy na stole sekcyjnym, zamordowana w brutalny sposób?

W areszcie na rozprawę czekają trzej mężczyźni. Przyznali się do winy. Czas na karę. 
Porwanie połączone z morderstwem to temat dla prasy. 

Małgorzata urodziła się w Dobrym Mieście, jej będzie łatwiej zorientować się czy w aktach sprawy nie ma luk. Małgorzata ma przeprowadzić własne śledztwo, Jakub Krynicki chce wiedzieć dlaczego Agnieszka została zamordowana. Krynicki nie ma wątpliwości co do sprawców. 
Małgorzata, córka miejscowej prostytutki ma inne spojrzenie na całość. Zależy jej na dotarciu do prawdy. 

Mariusz Zielke  kwestię dochodzenia do prawdy w powieści kryminalnej potraktował niezwykle poważnie. Życie każdego z uczestników sytuacji zostało dokładnie  prześwietlone i opisane. Od najwcześniejszego dzieciństwa, aż do momentu krytycznego. Autor przekazuje czytelnikowi ogromną ilość danych. Jest ich tak wiele, że jako odbiorca nie byłam w stanie ich wszystkich zapamiętać. W pewnym momencie poczułam się nawet nieco znużona, ale wiem, że Mariusz Zielke nie należy do pisarzy zalewających czytelnika potokiem słów tylko po to żeby książka liczyła więcej stron ;) nie, nie, taka była koncepcja: pokazać beznadziejność dorastania w takim miejscu jak Dobre Miasto, utytłać w błocie, zmęczyć. I tak też się czułam, zmęczona, nieco sponiewierana, zmuszona do zadania sobie niewygodnego pytania: Ile Dobrego Miasta może być, albo jest w moim mieście? I w tych pięknych, remontowanych za unijne pieniądze miasteczkach? 
Jako ta optymistka od szklanki zawsze do połowy pełnej mam nadzieję, że niewiele. Ale to tylko moja nadzieja.

Przy czytaniu "Dobrego Miasta" potrzebna jest cierpliwość, oraz ten szczególny moment gdy w końcu zostajemy sam na sam z bohaterami książki i w skupieniu idziemy po śladach, by tropiąc zło dotrzeć do prawdy, która w tym przypadku okaże się szokująca. 

Wspomnienie czasu spędzonego w dusznej atmosferze Dobrego Miasta pozostanie z nami na długo, a liczba pytań, które chcielibyśmy zadać może niepokojąco wzrosnąć. To ogromny plus tej powieści, pamiętamy o ludziach z Dobrego Miasta jeszcze długo po zamknięciu ostatniej strony. 
Polecam, naprawdę warto przeczytać.
Mariusz Zielke "Dobre Miasto"
Wydawnictwo Czarna Owca
Warszawa 2018
Stron 479

niedziela, 17 lutego 2019

Światowy Dzień Kota, czyli o kotach w moim domu

Dawno temu w 1996 roku, dzieci Kubusi :)
W piątek wracałam ze spotkania autorskiego, przyjaciółka odwiozła mnie domu. Było po dwudziestej, w sumie ciepły wieczór. Przez kilka minut siedziałyśmy w samochodzie rozmawiając. Wysiadając spojrzałam w kierunku domu i zobaczyłam na słupku ogrodzenia zarys charakterystycznej sylwetki. To któryś z odwiedzających ogród kotów czekał aż w końcu wysiądę, tak żeby on mógł się spokojnie oddalić. Wysiadłam z samochodu, kot zeskoczył ze słupka i powędrował leniwie nad stawek. A ja poczułam się jak za dawnych lat, gdy moje koty czekały aż wrócę do domu i choćby to była druga w nocy, to jeszcze kazały sobie podać kończący dzień posiłek. A potem kładły się spać, albo latem jeszcze raz wychodziły do ogrodu. 

W większości polskich domów mieszkał, mieszka, albo będzie mieszkał kot. A przy kocie człowiek też się jakoś uchowa. I gdy kot powędruje za Tęczowy Most, to w domu zapanuje pustka. 
Pustka, którą może wypełnić tylko kolejny kot...

Towdy nie lubił medialnego szumu i jak mógł unikał zdjęć. Miał ważniejsze zajęcia :)

Kubusia, to ona rządziła całym domem i nami, oczywiście. Żyła 20 lat.

Bartuś, Bart od Burta Lancastera ulubionego aktora babci Tekli. 

Miki, siostra Bartusia, rodzinna gwiazda. 

Mimi, przyszła ze swoimi dziećmi do naszego ogrodu. Bartuś znalazł ją pomiędzy rządkami kapusty. Dzieci znalazły dom, a Mimi została z nami do końca swoich dni. 


sobota, 16 lutego 2019

Nir Hezroni "Ostatnie instrukcje"

Agent 10483 powraca w wielkim stylu. "Trzy koperty", pierwszą część przygód agenta 10483 czytałam z zapartym tchem, ciekawa zakończenia. Tutaj recenzja "Trzech kopert"
Mnogość niezakończonych wątków  w pierwszym momencie mnie nieco zirytowała (normalna reakcja czytelnika, który chciałby wiedzieć jak i dlaczego) ale informacja, że niebawem ukaże się kolejny tom, uświadomiła mi, że Nir Hezroni z premedytacją każe czekać na kolejne zdarzenia, które wyjaśnią kto jest kim i dlaczego postępuje w taki, a nie inny sposób. 

Agent 10483 miał zginąć w określonym momencie, tak został zaprogramowany. I rzeczywiście, pracodawca agenta był przez długi czas przekonany, że wszystko poszło po jego myśli. Likwidacja i koniec sprawy. Informacja, że  10483 jednak żyje, dla wielu osób była szokiem. 
Dla agenta 10483 także. 


Minęło 10 lat, mamy 2016 rok  i  10483 musi odnaleźć się w świecie nowych technologii i nowych możliwości. Oczywiście najpierw musiał długo pracować nad powrotem do swej znakomitej przed wypadkiem kondycji fizycznej. 
Mózg rządzi naszym ciałem, a samodyscyplina potrafi zdziałać cuda. Zero wymówek, że się nie chce, nie da i po co. 
Jest po co. 
Agenta 10483 do powrotu do świata żywych nakręca zemsta.

I będzie to zemsta na skalę XXXL.

Przyznam, że fragmenty związane z odnalezieniem, a potem przetransportowaniem narzędzia zemsty czytałam z pewnym niedowierzaniem, tak jakbym przez chwilę zatopiła się w dziewiętnastowiecznej powieści awanturniczej z akcją osadzoną w XXI wieku, ale koniec końców uwierzyłam Hezroniemu na słowo. Jako były agent Mosadu na pewno ma własne doświadczenia  i zdaje sobie sprawę co jest możliwe, a co nie.

Grupy wpływów, szpiegostwo przemysłowe, programowanie konkretnych zachowań. Wyższy i najwyższy stopień manipulacji. Osiągnięcia nauki w służbie Organizacji. 
Czy można człowieka, na przykład agenta 10483 zaprogramować?
 Czy można człowieka zaprogramować by spowodował własną śmierć?
Widocznie można i aż mi dreszcze chodzą po plecach gdy uświadomię sobie możliwości różnego rodzaju służb. Jako obywatele jesteśmy po prostu bezbronni. 
Agent 10483 nie należy do tych co ze zwieszoną głową idą na rzeź. To on urządza rzeź swoim wrogom. 

Tropem agenta 10483 podąża Karmit. To ona przez lata sterowała pracą jego mózgu. Gdy 10483 powraca i rozpoczyna festiwal zemsty Karmit opuszcza przytulną przestrzeń laboratorium i robi wszystko co może i potrafi aby go powstrzymać. 
Finałowa scena to majstersztyk, wyjątkowo dramatyczny obraz ścierania się sił zła. I gdy już myślimy, że jedna ze stron zatriumfuje spod ziemi wypełza kolejne niezniszczalne zło. 
A to oznacza, że Nir Hezroni zaplanował dla swoich czytelników następną potyczkę. 
Za jakiś czas dowiemy się czy rzeczywiście.
Jeżeli zaczniecie czytać "Ostatnie instrukcje" przed północą to czeka was bezsenna noc. Ta powieść wciąga jak wir i szybciej podnosi ciśnienie niż podwójne espresso. 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina

Nir Hezroni "Ostatnie instrukcje"
Tłumaczył z hebrajskiego Leszek Kwiatkowski
Wydawnictwo Media Rodzina
2018
Stron 439

piątek, 15 lutego 2019

Marta Matyszczak "Morderstwo w hotelu Kattowitz"

Jak widać na załączonym zdjęciu jestem szczęśliwą posiadaczką wszystkich tomów z serii "Kryminał pod psem" i jakby się mnie ktoś zapytał czy warto swój ciężko zarobiony grosz przeznaczyć na kryminały autorstwa Marty Matyszczak, to odpowiedziałabym, rzecz jasna, twierdząco. Warto i jeszcze raz warto!

Po "Tajemniczą śmierć Marianny Biel" sięgałam z ciekawością, wspomnienie, że akcja książki toczy się w Chorzowie zrobiło swoje, a informacja, że Gucio będzie maczał w tropieniu złoczyńców wszystkie swoje łapy była dodatkową zachętą. Przy kolejnych tomach po prostu zamawiałam i cieszyłam się lekturą. Było ciekawie, zajmująco, zwiedzałam z Różą i Solańskim kolejne zakątki kraju i zagranicy, poznając tę interesującą  pod wieloma względami parę.

 Bo jak to w życiu: to największy jest ambaras żeby dwoje chciało naraz ;) 
A oni  nadal się mijają. 


Gucio trwa wiernie przy tej zwariowanej dwójce i chociażby dla niego powinni się ustatkować. Ale autorka ma chyba trochę inne plany.

Tyle tytułem wstępu, żeby udowodnić, że nie tylko mam, ale także czytałam.

Prawdę mówiąc nie przypuszczałam, że "Morderstwo w Hotelu Kattowitz" przywoła tyle wspomnień. Lubię Katowice i był czas, że przyjeżdżałam do Katowic  raz w tygodniu z mamą, a potem, jako już dorosła osoba to właśnie tam szukałam pracy. W Katowicach pracował mój dziadek, przez prawie czterdzieści lat, więc spokojnie mogę napisać, że to miasto wrosło w tradycję rodzinną. Dlatego wędrówka po współczesnych Katowicach była dla mnie przyjemnością. Postanowiłam, że z wiosną pojadę i zobaczę jak bardzo  miasto się zmieniło. 

A teraz dość wspomnień i do rzeczy.

Katowice to nie tylko przemysł, ale także przyciągające uwagę fanów muzyki festiwale i różnego kalibru wydarzenia artystyczne. W jednym z takich wydarzeń ma wziąć udział DJ Dzidzia, artystka robiąca oszałamiającą karierę w mediach, przyciągająca młodocianych fanów. Jej koncert jest oczekiwanym przez nich wydarzeniem. Niestety, ktoś skraca żywot DJ Dzidzi narażając fanów i właściciela Hotelu Kattowitz na stres, płacz, i w przypadku właściciela, spodziewane straty. Siódme, pechowe i niedoinwestowane piętro nie może stać puste. 

Matka Róży, Barbara Kwiatkowska pracująca w hotelu jako szefowa ochrony, zatrudnia Szymona Solańskiego i własną córkę do szybkiego wyjaśnienia kto zabił. Bo wprawdzie podkomisarz Matusiak zamknął budowlańca, ale przecież wiadomo, że zabił kto inny. 

Kto? Nie napiszę oczywiście, czytajcie cierpliwie, autorka umiejętnie dozuje wrażenia i żongluje emocjami czytelnika. Już, już prawie wiadomo, a tu znowu nie ten!

Gucio prowadzi własne śledztwo dzieląc się obficie obserwacjami. I tak z pierwszej łapy dowiadujemy się kto, co, gdzie i z kim. Bo Solańskiemu wyraźnie robota nie idzie. A zarobić na kiełbasę śląską trzeba. Jakby się kto pytał, zwłaszcza że Szymona pieniądze się niestety nie trzymają. 
W moim odczuciu, tym razem "Kryminał pod psem" ma dwóch wiodących bohaterów. Jak zawsze Gucia, który swoją osobowością przyćmiewa Szymona i Różę, oni nieco tracą na ważności, i oczywiście Katowice. Fantastycznie oddana atmosfera miasta, skomplikowana historia, obyczaje i język. To naprawdę ogromny plus, dialogi brzmią w sposób naturalny, momentami czułam się tak jak wtedy gdy wtapiałam się w tłum, łaziłam po sklepach i słuchałam.
 Pejter i Alojz to kreacje doskonałe, zwłaszcza dzięki bardzo ludzkim słabościom, nie przerysowane, budzące wzruszenie i szacunek. Oni znają swoją godność. Mam nadzieję, że jeszcze wrócą na kartach kolejnych tomów.

Na pewno gdzieś za rogiem czeka na swoją fabułę kolejny morderca. 

Marta Matyszczak, dziękuję za wzruszenia, emocje i konsekwencję w przybliżaniu śląskiej kultury.

"Morderstwo w hotelu Kattowitz"
Marta Matyszczak
Okładka Ilona Gostyńska-Rymkiewicz
Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron 302


czwartek, 14 lutego 2019

"Biuro M." Magdalena Witkiewicz, Alek Rogoziński

Barbara Bakuszycka nie miała szczęścia w miłości, trzech narzeczonych zmieniających zdanie co do dalszej części wspólnego życia skutecznie zniechęciło ją do dalszych eksperymentów. 
Nie miała również szczęścia w przyjaźni - narzeczeni dziwnym trafem jeden po drugim przechodzili we władanie Elwiry, takiej niby przyjaciółki, co to lepiej z daleka. 

Jacek Grot nie miał szczęścia do stałej posady,  tu dwa dni, tam dwa dni, w najlepszym wypadku tydzień. Urzędniczka w biurze pracy już nie miała do niego cierpliwości. Wiadomo było, że czego by się nie tknął, to albo pójdzie z dymem, albo policja na sygnale będzie interweniowała. Taki typ człowieka. 

Pozostawało jedno, rzucić Jacka na pożarcie właścicielce Biura M. czyli matrymonialnego, z nadzieją, że tym razem trafi swój na swego. 

A potem do Barbary trafił kot...


Każdy kto kiedykolwiek miał kota wie, że to wymagające stworzenie. Trzeba porzucić egoistyczne nurzanie się w cierpieniu, roztkliwianie nad sobą i wziąć się do pracy. Kot potrzebuje jeść. Kot byle czego nie ruszy. Kot wymaga. Kot uczula!

A to oznacza, że trzeba porzucić wygodne życie u rodziców i wyjechać do Miasteczka, do mieszkania cioci. 
Trzeba poszukać pracy.
Praca jest, nawet niedaleko, w biurze matrymonialnym.

I w taki oto sposób zeszły się drogi Jacka i Barbary. Bez obaw, nie oznacza to łzawej i pełnej romantycznych westchnień powieści. 

Biuro M. prowadzone przez  niekoniecznie miłą szefową dostarcza wielu wrażeń, nie sposób się nudzić. Wróżka z pokoju obok wróży jak leci, zielarz z ziołowego zapodaje herbatki na nerwy. A klienci ciągną jak muchy do miodu. Bo każdy ma nadzieję, że w końcu znajdzie drugą połówkę jabłka, względnie pomarańczy, albo jakiegoś innego owocu. 

Zabawnie, sympatycznie, z dystansem. Bez wielkich słów. Książka na wieczór z czekoladą, kieliszkiem wina i kotem na kolanach. Albo psem, względnie królikiem... 
Jak kto woli, nawet w samotności.
Dla przyjemności.

A, i to jednak można wyczuć, kto pisał. Taki urok duetów ;)

"Biuro M"
Magdalena Witkiewicz, Alek Rogoziński
Wydawnictwo Filia
Rok wydania 2018
stron 314

środa, 13 lutego 2019

Osiedlowy Dom Kultury Zasole - czyli nowe miejsce na kulturalnej mapie Oświęcimia

W ten piątek, czyli 15.02.2019 roku - żeby być ścisłym, zapraszam na spotkanie autorskie, które odbędzie się w przyjaznych wnętrzach Osiedlowego Domu Kultury Zasole.

Dzisiaj miałam przyjemność pierwszy raz zajrzeć do środka, wszystko jeszcze pachnie świeżością, a oszklone powierzchnie dodają przestrzeni. Ludzie pracujący tam są przemili, naprawdę w sekundę poczułam się jakbym odwiedziła ODK nie pierwszy, ale któryś raz z kolei. 

Bardzo przytulnie i serdecznie.

Gdy przyszłam akurat trwała lekcja latino, dużo dobrej energii :)

Wystawa plakatów autorstwa Martyny Paluchiewicz Łabaj przykuwa uwagę.

Myślę, że właśnie takie miejsce, ośrodek skupiający ludzi pozytywnie nastawionych do życia, twórczych było bardzo potrzebne i świetnie, że mieszkańcy mogą korzystać z coraz szerszej oferty zajęć.

Już czekam na piątkowe spotkanie.

 Zdjęcia przygotowane, bo jak tu bez zdjęć rozmawiać o historii naszego miasta, której fragment wplótł się w fabułę "Wyszedł z domu i nie wrócił".
Zapraszam :)



"Pudełko z marzeniami" Magdalena Witkiewicz, Alek Rogoziński

Ostatnio chorowałam i prawdę mówiąc nie miałam ani siły, ani cierpliwości do wymagających skupienia powieści. Na czas gorączki i nieudanych prób powstrzymywania kaszlu doskonałe okazało się "Pudełko z marzeniami", lektura z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych. 

Michałowi życie układało się całkiem przyjemnie do momentu gdy wspólnik zdefraudował firmowy majątek, komornik wyczyścił konto z resztek, a narzeczona zmieniła zdanie i przestała być narzeczoną. Michał za ostatnie pieniądze wynajął kąt do spania i uznał, że życie mu się skończyło. 
Ale szybko zmienił zdanie. 
Po wizycie u ciotki Kornelii wiedział, że musi spełnić ostatnią wolę starszej pani i odnaleźć skarb ulokowany pod kapliczką. 
Brzmi banalnie, prawda?
A jednak nie do końca.
Malwina Kościkiewicz rzuciła korporację i skusiła się żeby spełnić marzenie narzeczonego - zamieszkać w Bieszczadach. Wprawdzie zamiast w Bieszczadach zamieszkała w Miasteczku, a narzeczony, wieczny marzyciel i między nami mówiąc łachudra, ale Malwina go kochała, więc jeszcze do niej nie dochodziło, że aż tak, oddalił się szukać swego przeznaczenia. 
Na miejscu pozostała babcia Malwiny,  przyjaciółka babci hojnie dzieląca się nalewkami pani Wiesia, mała, przytulna restauracja, którą w ramach nowych wyzwań prowadziła Malwina, święty Ekspedyt i pudełko z marzeniami. 

Też banalnie.
 Ale jednak święty Ekspedyt robi różnicę. 
Bo czasami potrzebujemy powieści, w których wszystko dobrze się kończy, zwycięża dobro, ludzie łączą się w pary, a skarb... 
Skarb też jest czasami potrzebny. Niezbyt często, ale na tyle żeby w tym zagonieniu, zmęczeniu i zszarzeniu nie stracić wiary w cuda. 
Bo one też się zdarzają. 
Jednak.