środa, 27 marca 2019

"Trzynasty występek" opowiadanie "Szkielet" Edmund Niziurski

Dlaczego właśnie Niziurski?


Gdy w maju 1978 roku otrzymałam nagrodę za zajęcie pierwszego miejsca w konkursie pięknego czytania, nie przypuszczałam, że kiedyś przyjdzie mi pisać o twórczości mistrza Niziurskiego. 
Przed konkursem poproszono mnie o przygotowanie fragmentu  do przeczytania (nikt nie narzucał tekstu, można było samemu decydować) nie miałam wątpliwości ani czyj będzie to tekst, ani z jakiej książki będzie pochodził. Był to oczywiście "Sposób na Alcybiadesa". Miałam wtedy trzynaście lat i zaczytywałam się w książkach Niziurskiego, które były i nadal są mi szczególnie bliskie. Właśnie postaci, które pojawiły się w "Sposobie na Alcybiadesa", nauczyciele, uczniowie oraz Więckowska i woźny Grzegorzewski pojawiają się najpierw w opowiadaniu "Szkielet" napisanym w 1955 roku. 

Edmund Niziurski to mistrz opowiadań. Krótkie, zwięzłe, bogate w treści, przykuwające uwagę. Nigdy nudne, często o zabarwieniu sensacyjnym, jak to o którym chcę napisać, z zawsze aktualnym przesłaniem. 

Autor w słowie wstępnym napisał tak:

"Oddając do rąk Czytelnika nowe wydanie moich opowiadań, muszę przyznać ze skruchą, że ich geneza jest przeraźliwie przyziemna. W odróżnieniu od powieści, które pisałem z potrzeby wewnętrznej i za sprawą czystego natchnienia, opowiadania te rodziły się z kuszenia przez redaktorów, raczej jako owoc mojej słabości niż mocy. To przez nich odkładałem moje benedyktyńskie prace nad powieścią i zasiadałem do pisania opowiadań, zawsze z nieczystym sumieniem, że kradnę czas przeznaczony na właściwą twórczość. Dlatego opowiadania te pisałem śpiesznie(co nie znaczy, że łatwo, przeciwnie - zwykle męczyłem się nad nimi bardziej niż nad powieścią.)".

Opowiadania powstawały pomiędzy 1953 a 1963 rokiem i były czytane i przez pokolenie do którego były adresowane, i przez następne, które, tak jak moje, nie dziwiło się wielu sprawom, które teraz są dla młodzieży niezrozumiałe. 
Rygor szkolny, często wspominana jedenastoletnia ogólnokształcąca szkoła męska imienia Lindego, pewien brak zamożności bohaterów opowiadań i książek, a nawet często wyzierająca z każdego kąta bieda, tak jak w opowiadaniu "Szkielet".
Oczywiście o rozpasaniu technologicznym właściwym dla naszych czasów nie było mowy. Telefon stacjonarny, wtedy z czarnego ebonitu, był rzadkością. 

Wróćmy do opowiadania.
Zaczęło się normalnie, służbista, porucznik MO Praksa, miał wątpliwości.
 Od trzech dni na pijaków uczęszczających do baru "Pod Gołąbkiem" padł dziwny obłęd, a nikt jeszcze nie słyszał o pigułkach gwałtu i LSD. Panowie w stanie wskazującym na mocne spożycie wychodzili z baru, dochodzili do skweru Worcella i ulegali niespotykanym, zbiorowym omamom. Żeby tylko oni!
Taki sam obłęd dotknął także całkiem poważnych obywateli, panów: Feliksa Sztywnego - funkcjonariusza Miejskiego zakładu Pogrzebowego oraz pana Alfonsa Rapidusa, starszego pompowego z Zakładu Oczyszczania Miasta. Szli sobie spokojnie śpiewając "siwy włos"i "brzydulę", a tu nagle... 
"Zobaczyliśmy coś białego w krzakach, więc ja mówię do Felusia: - widzisz, kobieta w welonie. A Feluś: - nie, to trup w bieliźnie! To ja: Co ty pleciesz, trup na stojąco? A Feluś na to, że on fachowiec i ma praktykę. To jest trup. Podchodzim pomału i nagle...
Porucznik Praksa nie wytrzymał, zerwał się zza biurka, zawołał milicjanta Trzynogę i tyle ich widzieli. Sprawcy zdarzenia zdążyli uciec, a milicjantom na pociechę został dowód rzeczowy, czyli szczotka na kiju i kościotrup z przymocowaną butelką. 
Ktoś po prostu straszył przechodniów. 
Ślady doprowadziły milicjantów do liceum męskiego imienia Lindego, gdzie rozpoczęli regularne śledztwo. 
Profesor Misiak "Alcybiades" przygnieciony przez tłuszczę męską, woźny Grzegorzewski nie dziwi się niczemu, a profesor Żwaczek ma problem. Już myślał, że pozbędzie się takich dwóch i czekał tylko na okazję. Okazja jest i jest problem. Wszystko zależy od intencji, a te były jak najlepsze. 
W opowiadaniu wcale nie wesołym pomimo zabawnych fragmentów główne przesłanie pozostanie jeszcze długo aktualne, a brzmi ono tak: każdy sposób jest dobry (oczywiście w granicach prawa) żeby oduczyć alkoholika nałogowego picia, nawet kostucha pojawiająca się na skwerze Worcella. Jeżeli tylko pomoże?
Edmund Niziurski "Szkielet"
Zbiór opowiadań "Trzynasty występek"
Wydawnictwo Harcerskie "Horyzonty" Warszawa
Wydanie II 1976 rok

Ten nieco wspomnieniowy tekst napisałam w 2010 roku i wtedy też został on opublikowany w dziale recenzje na stronie Klubu Miłośników Powieści Milicyjnej MOrd. Strona nie istnieje, recenzje przepadły. Niedawno przeglądając pliki na starym komputerze znalazłam swoje dawne teksty i postanowiłam je przypomnieć. Z sentymentu dla czasu, w którym powstawały i powieści nieco już zapomnianych. 

wtorek, 26 marca 2019

Wieńczysław Nieszczególny jako swojski James Bond

W czasie opisu przygotowań do akcji specjalnej szykowanej przez Wieńczysława Nieszczególnego natrafiłam na dającą do myślenia charakterystykę stroju przestępcy. Cytuję: "...jest to specjalna koszulka gangsterska, niezwykle wytrzymała, odporna na rozdarcie, oraz śliska (...) ponadto posiada specjalne kieszenie napełniające się automatycznie gazem, przy zanurzeniu w wodę. Dzięki tym kieszeniom Nieszczególny nie może w ogóle utonąć. Poza tym przy naciśnięciu któregokolwiek guzika przy koszulce, otwierają się zawory w kieszeniach i wydobywa się z nich gwałtowny strumień gazu, zdolny obezwładnić każdego przeciwnika". 

Tak prezentuje się  podstawowe wyposażenie przestępcy z wyższych sfer!

 Przygotowany do zadań specjalnych Wieńczysław Nieszczególny, oczywiście napojony walerianą, w towarzystwie nieodłącznego doktora Bogumiła Kadrylla, fana jaśminu, pojawił się także na kartach "Klubu włóczykijów, czyli trzynastu przygód stryja Dionizego i jego ekipy". Także, ponieważ wcześniej mieliśmy przyjemność poznać obu panów przy okazji "Niewiarygodnych przygód Marka Piegusa".

Książka z tak oryginalnym tytułem i sporą zawartością wiedzy z dziedziny geografii wciągnęła mnie bez reszty i potwierdziła, że poczucie humoru, sprawnie poprowadzona intryga, wszak człowiek chce się w końcu dowiedzieć co Hieronim ukrył przed wzrokiem niepowołanym, duża dawka wiedzy podanej lekko i bez zadęcia oraz charakterystyczne, nietuzinkowe postaci, to znakomity przepis na książkę, która mimo upływu lat nie zestarzała się. 

Może właśnie w tym tkwi przyczyna większej rozpoznawalności Edmunda Niziurskiego niż na przykład Aleksandra Minkowskiego. Chociaż czytałam wszystkie książki Aleksandra Minkowskiego (oczywiście przed laty) i były to książki dobrze napisane, wciągające i pouczające to jednak niewiele z nich pamiętam. Może "Nasturcja i lew" i chyba najbardziej "Ząb Napoleona". Nie pamiętam imion bohaterów, fragmentów tekstu, a z Niziurskiego co smaczniejsze fragmenty nadal tkwią mi w pamięci i są to kwestie niezatapialne: "słońce zachodzi nad wędzarnią krwawo, słychać krzyk drobiu Więckowskiej nieświeży... (Sposób na Alcybiadesa") cytuje z pamięci. 

Oczywiście w książkach Niziurskiego mamy podstawy każdej literatury młodzieżowej: szkoła, klasa, pierwsze zauroczenia, a nawet ślepa miłość "Adelo zrozum mnie!, ale jednak przeważa w nich wątek sensacyjny. A zagadki jak wiadomo przyciągają uwagę i każą czytelnikowi śledzić akcję do ostatniej strony.
Wracając do "Klubu włóczykijów", jest gorące lato, w kranach zaczyna brakować wody, Wisła wysycha, a Kornel pilnie wkuwa nadzorowany przez Zieloną Niedojrzałą, bo niestety musi zdać poprawkę. Wkuwa geografię i ma serdecznie dość. 
 Gdy odbiera telefon i potem udaje się na spotkanie ze stryjem Dionizym, nie przypuszcza, że pędzi na spotkanie przygody i lekcji geografii w terenie, co każdemu polecam. 
Tak przy okazji.
Nie ma to jak zobaczyć na własne oczy.

 Po licznych perturbacjach i pokonaniu uprzedzeń ciotki Pelagii, archiwariusz Dionizy Kiwajłło, Kornel, Pirydion (ten z drużyny Teodora), Pirydiopolit oraz Zielona Niedojrzała - Joanna, ruszają na spotkanie przygody. Najpierw do Pułtuska, potem na Mazury i w końcu na dłużej tam gdzie rozegra się finał przygody, czyli w Góry Świętokrzyskie, na gołoborza. Z nimi, przed nimi i za nimi podążają dwie grupy chętnych do zbadania dna kufra, a potem dna czegoś całkiem innego.

Także w dzisiejszych czasach warto sięgnąć po "Klub włóczykijów", nie tylko ze względu na nadal atrakcyjną zagadkę z historycznymi konotacjami, niepowtarzalny humor sytuacyjny i słowny, ale także ze względu na opisywane miejsca. Przede wszystkim Góry Świętokrzyskie, szczególnie Niziurskiemu bliskie, urodził się i mieszkał w Kielcach, uczył się w gimnazjum imienia Jędrzeja Śniadeckiego, potem mieszkał w Ostrowcu Świętokrzyskim. Właśnie w "Klubie włóczykijów" widać jaką miłością darzył kraj swego dzieciństwa, jaki ma sentyment do tamtych stron i wiedzę na ich temat. Wiedzę, którą przyswoiłam nie wiedząc kiedy, tak jak Kornel uczący się w trasie pod okiem Zielonej Niedojrzałej.
Czytając z sentymentem wspominałam pobyt w Szklanej Hucie, lata temu 1982 rok i czas Mundialu. Aż się łezka w oku kręci. Ale do dzisiaj pamiętam szum lasów jodłowych, dalekie wycieczki i bezchmurne niebo.
A o Edmundzie Niziurskim pisałam także TUTAJ



środa, 13 marca 2019

Anna Klejzerowicz "Ogród świateł"

"Ogród świateł" przeczytałam w zeszłym roku przygotowując się do rozmowy z Anną Klejzerowicz w ramach audycji Radiobook, którą miałam przyjemność prowadzić z Olą Mosler. Rozmowę można odsłuchać na stronie Radia Oświęcim: Radiobook z Anną Klejzerowicz

"Ogród świateł" to druga część kryminalnego cyklu z Felicją Stefańską, rzeczniczką prasową gminy Kryszewo i już jestem ciekawa jakie problemy autorka poruszy w kolejnej części. 
Bo książki Anny Klejzerowicz zawsze są o czymś co nas dotyka, boli, uwiera w środku i nie daje o sobie zapomnieć. Tak jak niewyjaśnione sprawy kryminalne sprzed lat w "Ogrodzie świateł.

Zaczyna się od eksplozji w Kryszewie na początku czerwca 1990 roku. Potężny huk i łuna światła. Poczucie zagrożenia i część tajemnicy. 

Życie w pozornym spokoju, ogród świateł dający złudne poczucie bezpieczeństwa. Biznesmen, jego żona i czworo dzieci. Wszyscy nie żyją. Czyżby padli ofiarą rozszerzonego samobójstwa? a raczej zabójstwa zakończonego samobójstwem sprawcy. 
A może sprawca przyszedł z zewnątrz?
 Mafijne porachunki?

Małżeństwo nie było zakorzenione w lokalnej społeczności, mieszkali w Mniszkowie dopiero od roku.

 Kto odniósł korzyść?

 A może trzeba zadać całkiem inne pytanie?

Śledztwo prowadzi starszy aspirant Ryba, prywatnie związany uczuciowo z Felicją. Ich relacje stanowią osobny wątek i muszę przyznać, że rozwijają się w mało standardowy sposób. 
Badanie przeszłości ofiary doprowadzi w końcu do wykrycia mordercy.
Felicja i prowadzący śledztwo wrócą do zdarzeń, które lata temu dotknęły gminę.

W toku lektury okaże się, że wszyscy mają tajemnice. Czasem niewielkie, czasem na miarę rozwiązania sprawy.

 W "Ogrodzie świateł" nie znajdziemy przelewania z pustego w próżne i dialogów, z których raz po raz dowiadujemy się tego o czym już wiemy. Wystarczy 265 stron, by wprowadzić czytelnika w sprawę, nakreślić tło, dobrze zarysować postaci - tak aby odbiorca nie miał kłopotu z ich identyfikacją. Zmylić tropy. Wyjaśnić motywy tej wyjątkowo krwawej zbrodni. Nie zmęczyć. Sprowokować do zadania sobie paru pytań. 
Zostawić ślad. 
Z przekonaniem polecam.

"Ogród świateł" Anna Klejzerowicz
Wydawnictwo Edipresse Książki



wtorek, 12 marca 2019

"I ty możesz zmienić świat, 42 inspirujące historie o niezwykłych dzieciach" Karolina Grabarczyk i Nika Jaworowska-Duchlińska


"Nie trzeba być bohaterem, żeby zmienić świat. Wystarczy pomóc człowiekowi obok." Michał , 13 lat (na okładce)
Panuje przekonanie, że można zmieniać świat robiąc rzeczy wielkie. A przecież wszystko zaczyna się od marzeń i metodą małych kroków można osiągnąć dużo więcej, zwłaszcza jeżeli wyznaczymy sobie jakiś cel.
Wiem, że to zdanie brzmi nieco dziwnie, bo z jednej strony marzenia, z drugiej jakieś małe kroki, ale trudno w skrócie opowiedzieć o czterdziestu dwóch dziecięcych osobowościach, o niezwykłych młodych osobach, które swoim działaniem zmieniły sposób postrzegania wielu zjawisk, miały wpływ na rozwój technologiczny społeczeństw, edukację, a nawet politykę.
Przyznam się Wam, że z czterdziestu dwóch  postaci znałam tylko dziewięć, więc i dla mnie ta książka ma wymiar edukacyjny, a dzieciom pokazuje, że nie wiek się liczy, ale empatia, chęć pomocy i umiejętność działania oraz zdolności organizacyjne. 
Chociaż to ostatnie niekoniecznie, bo dobra myśl, pomysł jak pomóc potrzebującym jest jak iskra i potrafi zapalić tłumy. Myślę, że ludzie lubią działać, lubią pomagać, tylko czasem po prostu nie wiedzą jak pomagać sensownie.

Poznajcie kilku bohaterów opowieści:

Dylan Mahalingam - urodzony w 1995 roku w USA, jego rodzice pochodzą z Indii. Dylan żyje bezpiecznie w Stanach Zjednoczonych. Ma wszystko co potrzebne jest do normalnej egzystencji dla dziecka. Gdy ma siedem lat jedzie z rodzicami do Indii i tam odkrywa bezmiar biedy. Jest wstrząśnięty. Wraca do domu dowiaduje się, że Organizacja Narodów Zjednoczonych  ogłosiła projekt Milenijne Cele Rozwoju. To osiem celów, które wiele krajów włączyło w swoje działania: dotyczą zdrowia, ochrony środowiska, dostępu do edukacji, równych praw dla kobiet i mężczyzn, współpracy pomiędzy narodami. Dylan ma dziewięć lat gdy zakłada organizację, która pozwala dzieciom i młodzieży zaangażować się w ten projekt. Zbiera pieniądze na ofiary klęsk żywiołowych, dla  chorych dzieci, na budowę szkół w Ugandzie. Działa i pomaga, a skala tej pomocy jest coraz większa.

Myślałam o nim i o wielu dzieciach o których przeczytałam, o tym  że miały bardzo wspierających ich działania rodziców, że potrafiły przezwyciężyć trudności. Bo przecież wszystko jest trudne i nieznane zanim stanie się proste. 
Najtrudniej zacząć.

Chester Greenwood urodził się w Ameryce i żył w latach 1858 - 1937 
Chester lubił jazdę na lodzie, ale nie przepadał za wełnianymi czapkami, dlatego pewnego dnia wymyślił nauszniki. Z drutu przygotował pętlę przypominającą uszy, a babcię poprosił, by uszyła do nich wypełnienie z futra bobra. Oczywiście jak zazwyczaj najpierw koledzy się z niego śmiali, a potem każdy chciał mieć takie cieplutkie nauszniki. Chester Greenwood jako dorosły człowiek opatentował swój pomysł i w rodzinnym mieście założył fabrykę nauszników. To on także wynalazł składane łóżko i grabie ze stalowymi zębami oraz wiele innych przedmiotów ułatwiających życie. 

Francia Simon urodziła się w 1994 roku w Republice Dominikany. Ale Francia nie ma aktu urodzenia. Jej rodzice nie mieli, to i urodzin córki nie zgłosili do urzędu. Wiele osób w Dominikanie nie ma aktu urodzenia, a jego brak stanowi przeszkodę z w normalnej egzystencji ponieważ według prawa tych ludzi nie ma. Nie zostali zarejestrowani jako obywatele swojego kraju. Francia przezwycięża trudności, udaje się jej zarejestrować i otrzymuje akt urodzenia, może iść do szkoły. Dziewczynka pomaga innym w załatwianiu aktów urodzenia i uświadamia ich jakie prawa obywatelskie im przysługują. Działa. Zmienia mentalność ludzi. 

Trzy różne historie, zostało jeszcze trzydzieści dziewięć opowieści i zaręczam, że warto je poznać. To są rzeczywiście bardzo inspirujące historie. 

Każda z nich została napisana w sposób przystępny, ukazujący warunki w jakich tworzyła się mniejsza i większa inicjatywa. Skłaniają do zastanowienia się nad tym co my dajemy społeczeństwu, jaki jest nasz wkład w poprawianie kondycji świata.

Możemy wiele,  na już wystarczy, że zaczniemy dzień z uśmiechem, powiemy dzień dobry, pomożemy starszej sąsiadce. Poświęcimy kilka godzin na czytanie dzieciom w szpitalu, albo zrobimy coś całkiem innego, ale z myślą o nas jako społeczeństwie,        nie tylko o sobie. 

Naprawdę świetna, pięknie ilustrowana, skłaniająca do przemyśleń i postanowień książka.

Jak podaje wydawnictwo książka przeznaczona jest dla dzieci powyżej 10 lat, ale myślę, że i młodsze pociechy mogą się zainspirować.


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina
"I ty możesz zmienić świat"
Tekst Karolina Grabarczyk
Ilustracje Nika Jaworowska-Duchlińska
Wydawnictwo Media Rodzina
Stron 95
Rok wydania 2019

poniedziałek, 11 marca 2019

"Pokoje do wynajęcia" Valerio Varesi

Zbliżają się święta Bożego Narodzenia, parmeńska komenda pustoszeje. Kto tylko może korzysta z przysługującego mu urlopu. Komisarz Soneri, wdowiec nie zamierza świętować. Nie ma rodziny, a z najbliższą mu osobą, prawniczką Angelą łączy go luźny związek. Nie zamierzają też świętować mordercy. 
Informacja od starszej kobiety, że od kilku dni nie widziała sąsiadki, z którą jest zaprzyjaźniona, nie wzbudza szczególnej uwagi. Informacja, że sprawa dotyczy Giuditty Tagliavini zmienia sytuację, zwłaszcza, że Giuditta zwana Ghittą zostaje znaleziona martwa.

 Jej serce morderca posiekał  na kawałki. 

Śledztwo obracające się wokół interesów prowadzonych przez Ghittę, która nie tylko pokoje miała do wynajęcia, ale i parała się innymi interesami prowadzi komisarza prosto w przeszłość. To właśnie na stancji Tagliavini poznał swoją przyszłą żonę, uczennicę w szkole dla pielęgniarek. Pamiętał pokoje do wynajęcia, dziewczyny, które tam mieszkały i chłopców, którzy kręcili się wokół.

Komisarz Soneri musi przejść przez piekło własnych wspomnień i wspomnień świadków tamtych dni. Czy będzie to kuracja oczyszczająca?
Czas pokaże.
W czasie śledztwa okazuje się, że wiele spraw się łączy. Interesy, powiązania kapitałowo rodzinne, zgoda na prowadzenie szemranych interesów i wyprowadzanie kapitału. Do akcji wkraczają siły specjalne kierowane do walki z mafią. 
Jeden wątek odpada i komisarz może skupić się nad poszukiwaniem mordercy Ghitty. W czasie śledztwa wyłania się obraz tej kobiety, wieśniaczki z gór, kobiety wyrzuconej poza nawias górskiej społeczności  za romans z żonatym mężczyzną. Kobiety coraz bogatszej, dającej odczuć współziomkom, że ma to czego im brakuje. Kobiety bogatej, która nigdy nie pozbyła się kompleksów i poczucia krzywdy. 

Bardzo to mroczny obraz społeczeństwa włoskiego, ale jednocześnie obraz psychologicznie prawdziwy. Przygnębiający, pozbawiony pozorów i złudzeń. Jest to też opowieść o walce, zaangażowaniu w działalność polityczną, partii narodowych i dalej żywym kulcie Mussoliniego. 
Obraz bardzo daleki od dedykowanego turystom obrazu słonecznej Italii. 

"Pokoje do wynajęcia" Valerio Varesi
Przełożył Tomasz Kwiecień
Dom Wydawniczy Rebis
Stron 295
Rok wydania 2012
Pierwsze wydanie we Włoszech 2004

niedziela, 10 marca 2019

"Spacer z psem" Sven Nordqvist


Dzisiaj na "Spacer z psem" wybrałam się do mojego ogrodu. Mam nadzieję, że wszystkim uczestnikom tej frapującej opowieści bez słów, spacer się spodobał. 
"Spacer z psem" Svena Nordqvista, rodzicom i ich pociechom, otwiera niezliczoną ilość furtek do kolejnych spacerów. 
Jedna książka daje możliwość snucia tysięcy opowieści, a każda z nich będzie zawierała indywidualne treści. To zaleta książki graficznej, gdzie za pomocą rysunków, autor daje możliwość, tę przysłowiową wędkę, do kreacji własnego świata dziecięcej  wyobraźni. I gdy dziecko poprosi: opowiedz mi bajkę - możemy bez wahania sięgnąć po "Spacer z psem", a kolejna bajka, opowieść pełna tajemniczych postaci i literackich odniesień ułoży się sama. 

Dla mnie to była  niezwykła przyjemność śledzić podróż małego chłopca i pięknego, białego psa. Może to wnuczek przyszedł w odwiedziny do babci i po pełnym aromatów charakterystycznych dla kuchni każdej babci obiedzie, wybrał się na spacer z psem babci. Babcia macha im ręką na pożegnanie, przypominając żeby uważali na siebie i nie oddalali się od domu. A może mówi coś całkiem innego i przypomina o podwieczorku?

Cudna książka pełna magicznych scenek i postaci, które zapisały się w historii. Fontanna z Napoleonem, damy w krynolinach i różowy mamut. Angielska herbatka i krowie rodeo w sąsiedztwie przejętego naukowca badającego kopiec termitów. A może to tylko ja widzę tego naukowca, a najmłodszy w rodzinie zobaczy kogoś całkiem innego?
Moim zdaniem to rewelacyjna książka chociaż nie pada w niej ani jedno słowo, ale przecież  obraz wart jest więcej niż tysiąc słów. 
Tutaj ta maksyma jest jak najbardziej na miejscu. 
To książka, która rozwinie wyobraźnię dziecka, poszerzy jego horyzonty i może sprawić, że dziecko z odbiorcy stanie się twórcą, kreatorem osobnych światów. Jeżeli tylko rodzice nie będą hamować jego ekspresji i nie zamalują różowej trawy zieloną kredką.
 Bo przecież trawa jest zawsze zielona.
 Nie, trawa może mieć każdy z odcieni palety barw. Wystarczy to tylko zaakceptować. 

Książka została przepięknie przygotowana, z pietyzmem i dbałością o szczegóły. Twarda oprawa, duży format, cudnej urody rysunki na dobrej jakości papierze. To wszystko sprawia, że z przyjemnością sięgną po nią dorośli i dzieci, by zanurzyć się w świat pełen bajkowych postaci zaludniających inspirujące ilustracje. 
Polecam, to idealny prezent dla dzieci i ich rodziców. 
Książka proponowana jest w kategorii: książki dla przedszkolaków 2-6 lat. 
Książka zawiera 32 strony.


"Spacer z psem" otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina

środa, 6 marca 2019

"Gra w oczko" Grzegorz Kalinowski

"Gra w oczko", a może "Gra w Oczko"?
To moje pierwsze spotkanie z twórczością Grzegorza Kalinowskiego i po lekturze "Gry w oczko" mam nadzieję na długą i fascynującą znajomość.
 Z książkami, rzecz jasna ;)

"Każdy ma jakąś błotną kałużę, która mu się wydaje przejrzystym jeziorem" - jakże trafne stwierdzenie (str.222)

Tak w skrócie:
Hazard, życie na zakręcie, życie ponad stan, życie pod dyktando. W sumie samo życie.
Interesy.
Mnóstwo wykluczających się wpływów.

W tym wszystkim Dawid Błochowiak pseudonim Oczko. Młody piłkarz, bohater milionowego transferu. Podobno bardzo utalentowany. Jak bardzo już nikt się nie dowie.

Jego zwłoki odkrywa Joanna Becker dziennikarka telewizyjna, żyleta. Materiał jak złoto, tylko trzeba się wokół niego zakręcić. Najlepiej odkryć kto zabił. Sprzedać newsa. Joanna zakończyła swój romans z gościem od sportu, niejakim Kordeckim, ma czas na pracę.
 Bardzo dużo czasu.
Artur Konieczny, glina z prawdziwego zdarzenia, mieszka z synem, rezolutnym nastolatkiem, który wolał zostać z ojcem w Polsce.  Była żona układa sobie w Anglii życie od nowa. 
Konieczny ma ambicję i też zamierza odkryć kto miał interes żeby zabić Oczko.

Kto jest winny?
Jaki był prawdziwy powód morderstwa?
 Kto odniósł korzyść?
I jeszcze parę innych pytań, które nie pozostają bez odpowiedzi.

Wyboista droga do prawdy aż roi się od kałuż i trzeba mieć duże wyczucie żeby się nie utaplać uwierzywszy w pozory.
Wiarygodnie skonstruowane postaci, wartkie dialogi, zawikłana intryga w budzącym zaciekawienie środowisku.
Czytałam, jak zawsze typując sprawcę. Tym razem nie trafiłam, chociaż nie jest to sprawca wyciągnięty z kapelusza na ostatnią chwilę.
Duża przyjemność.

niedziela, 3 marca 2019

Dzisiaj Dzień Pisarza

Pisarzom życzę wspaniałych Czytelników, Czytelnikom życzę niezapomnianych emocji i niepowtarzalnych podróży w wykreowany przez mistrzów opowieści świat. 
To nasza wspólna droga <3

Zdjęcie z Pixabay

sobota, 2 marca 2019

Mariusz Zielke "Dobre Miasto"

Dobre Miasto - zamknięta społeczność skupiona wokół własnych problemów, kierująca się podstawową zasadą nie wtrącania się w sprawy tych, którzy stoją wyżej i dzięki którym można coś załatwić: pracę, mieszkanie, poczucie bezpieczeństwa socjalnego, albo flaszkę i parę zeta. 

W Dobrym Mieście wszystkie karty już dawno zostały rozdane, a mieszkańcy przyzwyczaili się do układu sił. Tutaj rządzą Kryniccy oraz związani z nimi biznesmeni. 


Razem, ale osobno, krążą wokół jak krzywo uśmiechnięte sępy, starając się dla siebie wydrzeć jak najwięcej. W sumie jak wszędzie piramida układów i układzików, współzależności zbudowanych na barterowej wymianie przysług. 
Solidna piramida. 
Do czasu.

Agnieszka Krynicka - podpora męża, zawsze uśmiechnięta, anioł nie kobieta. Agnieszka poświęciła się działalności charytatywnej, jest podporą działań proboszcza, otwiera domy dziecka, sponsoruje sportowców. Jakim naprawdę człowiekiem jest Agnieszka Krynicka po zeskrobaniu tej doprowadzającej do mdłości polewy z lukru? Czego chce ta dobromiasteczkowa Evita? O czym marzy? Dlaczego pewnego dnia nie dożywszy u boku męża złotych, a najlepiej brylantowych godów kończy na stole sekcyjnym, zamordowana w brutalny sposób?

W areszcie na rozprawę czekają trzej mężczyźni. Przyznali się do winy. Czas na karę. 
Porwanie połączone z morderstwem to temat dla prasy. 

Małgorzata urodziła się w Dobrym Mieście, jej będzie łatwiej zorientować się czy w aktach sprawy nie ma luk. Małgorzata ma przeprowadzić własne śledztwo, Jakub Krynicki chce wiedzieć dlaczego Agnieszka została zamordowana. Krynicki nie ma wątpliwości co do sprawców. 
Małgorzata, córka miejscowej prostytutki ma inne spojrzenie na całość. Zależy jej na dotarciu do prawdy. 

Mariusz Zielke  kwestię dochodzenia do prawdy w powieści kryminalnej potraktował niezwykle poważnie. Życie każdego z uczestników sytuacji zostało dokładnie  prześwietlone i opisane. Od najwcześniejszego dzieciństwa, aż do momentu krytycznego. Autor przekazuje czytelnikowi ogromną ilość danych. Jest ich tak wiele, że jako odbiorca nie byłam w stanie ich wszystkich zapamiętać. W pewnym momencie poczułam się nawet nieco znużona, ale wiem, że Mariusz Zielke nie należy do pisarzy zalewających czytelnika potokiem słów tylko po to żeby książka liczyła więcej stron ;) nie, nie, taka była koncepcja: pokazać beznadziejność dorastania w takim miejscu jak Dobre Miasto, utytłać w błocie, zmęczyć. I tak też się czułam, zmęczona, nieco sponiewierana, zmuszona do zadania sobie niewygodnego pytania: Ile Dobrego Miasta może być, albo jest w moim mieście? I w tych pięknych, remontowanych za unijne pieniądze miasteczkach? 
Jako ta optymistka od szklanki zawsze do połowy pełnej mam nadzieję, że niewiele. Ale to tylko moja nadzieja.

Przy czytaniu "Dobrego Miasta" potrzebna jest cierpliwość, oraz ten szczególny moment gdy w końcu zostajemy sam na sam z bohaterami książki i w skupieniu idziemy po śladach, by tropiąc zło dotrzeć do prawdy, która w tym przypadku okaże się szokująca. 

Wspomnienie czasu spędzonego w dusznej atmosferze Dobrego Miasta pozostanie z nami na długo, a liczba pytań, które chcielibyśmy zadać może niepokojąco wzrosnąć. To ogromny plus tej powieści, pamiętamy o ludziach z Dobrego Miasta jeszcze długo po zamknięciu ostatniej strony. 
Polecam, naprawdę warto przeczytać.
Mariusz Zielke "Dobre Miasto"
Wydawnictwo Czarna Owca
Warszawa 2018
Stron 479

niedziela, 17 lutego 2019

Światowy Dzień Kota, czyli o kotach w moim domu

Dawno temu w 1996 roku, dzieci Kubusi :)
W piątek wracałam ze spotkania autorskiego, przyjaciółka odwiozła mnie domu. Było po dwudziestej, w sumie ciepły wieczór. Przez kilka minut siedziałyśmy w samochodzie rozmawiając. Wysiadając spojrzałam w kierunku domu i zobaczyłam na słupku ogrodzenia zarys charakterystycznej sylwetki. To któryś z odwiedzających ogród kotów czekał aż w końcu wysiądę, tak żeby on mógł się spokojnie oddalić. Wysiadłam z samochodu, kot zeskoczył ze słupka i powędrował leniwie nad stawek. A ja poczułam się jak za dawnych lat, gdy moje koty czekały aż wrócę do domu i choćby to była druga w nocy, to jeszcze kazały sobie podać kończący dzień posiłek. A potem kładły się spać, albo latem jeszcze raz wychodziły do ogrodu. 

W większości polskich domów mieszkał, mieszka, albo będzie mieszkał kot. A przy kocie człowiek też się jakoś uchowa. I gdy kot powędruje za Tęczowy Most, to w domu zapanuje pustka. 
Pustka, którą może wypełnić tylko kolejny kot...

Towdy nie lubił medialnego szumu i jak mógł unikał zdjęć. Miał ważniejsze zajęcia :)

Kubusia, to ona rządziła całym domem i nami, oczywiście. Żyła 20 lat.

Bartuś, Bart od Burta Lancastera ulubionego aktora babci Tekli. 

Miki, siostra Bartusia, rodzinna gwiazda. 

Mimi, przyszła ze swoimi dziećmi do naszego ogrodu. Bartuś znalazł ją pomiędzy rządkami kapusty. Dzieci znalazły dom, a Mimi została z nami do końca swoich dni. 


sobota, 16 lutego 2019

Nir Hezroni "Ostatnie instrukcje"

Agent 10483 powraca w wielkim stylu. "Trzy koperty", pierwszą część przygód agenta 10483 czytałam z zapartym tchem, ciekawa zakończenia. Tutaj recenzja "Trzech kopert"
Mnogość niezakończonych wątków  w pierwszym momencie mnie nieco zirytowała (normalna reakcja czytelnika, który chciałby wiedzieć jak i dlaczego) ale informacja, że niebawem ukaże się kolejny tom, uświadomiła mi, że Nir Hezroni z premedytacją każe czekać na kolejne zdarzenia, które wyjaśnią kto jest kim i dlaczego postępuje w taki, a nie inny sposób. 

Agent 10483 miał zginąć w określonym momencie, tak został zaprogramowany. I rzeczywiście, pracodawca agenta był przez długi czas przekonany, że wszystko poszło po jego myśli. Likwidacja i koniec sprawy. Informacja, że  10483 jednak żyje, dla wielu osób była szokiem. 
Dla agenta 10483 także. 


Minęło 10 lat, mamy 2016 rok  i  10483 musi odnaleźć się w świecie nowych technologii i nowych możliwości. Oczywiście najpierw musiał długo pracować nad powrotem do swej znakomitej przed wypadkiem kondycji fizycznej. 
Mózg rządzi naszym ciałem, a samodyscyplina potrafi zdziałać cuda. Zero wymówek, że się nie chce, nie da i po co. 
Jest po co. 
Agenta 10483 do powrotu do świata żywych nakręca zemsta.

I będzie to zemsta na skalę XXXL.

Przyznam, że fragmenty związane z odnalezieniem, a potem przetransportowaniem narzędzia zemsty czytałam z pewnym niedowierzaniem, tak jakbym przez chwilę zatopiła się w dziewiętnastowiecznej powieści awanturniczej z akcją osadzoną w XXI wieku, ale koniec końców uwierzyłam Hezroniemu na słowo. Jako były agent Mosadu na pewno ma własne doświadczenia  i zdaje sobie sprawę co jest możliwe, a co nie.

Grupy wpływów, szpiegostwo przemysłowe, programowanie konkretnych zachowań. Wyższy i najwyższy stopień manipulacji. Osiągnięcia nauki w służbie Organizacji. 
Czy można człowieka, na przykład agenta 10483 zaprogramować?
 Czy można człowieka zaprogramować by spowodował własną śmierć?
Widocznie można i aż mi dreszcze chodzą po plecach gdy uświadomię sobie możliwości różnego rodzaju służb. Jako obywatele jesteśmy po prostu bezbronni. 
Agent 10483 nie należy do tych co ze zwieszoną głową idą na rzeź. To on urządza rzeź swoim wrogom. 

Tropem agenta 10483 podąża Karmit. To ona przez lata sterowała pracą jego mózgu. Gdy 10483 powraca i rozpoczyna festiwal zemsty Karmit opuszcza przytulną przestrzeń laboratorium i robi wszystko co może i potrafi aby go powstrzymać. 
Finałowa scena to majstersztyk, wyjątkowo dramatyczny obraz ścierania się sił zła. I gdy już myślimy, że jedna ze stron zatriumfuje spod ziemi wypełza kolejne niezniszczalne zło. 
A to oznacza, że Nir Hezroni zaplanował dla swoich czytelników następną potyczkę. 
Za jakiś czas dowiemy się czy rzeczywiście.
Jeżeli zaczniecie czytać "Ostatnie instrukcje" przed północą to czeka was bezsenna noc. Ta powieść wciąga jak wir i szybciej podnosi ciśnienie niż podwójne espresso. 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina

Nir Hezroni "Ostatnie instrukcje"
Tłumaczył z hebrajskiego Leszek Kwiatkowski
Wydawnictwo Media Rodzina
2018
Stron 439

piątek, 15 lutego 2019

Marta Matyszczak "Morderstwo w hotelu Kattowitz"

Jak widać na załączonym zdjęciu jestem szczęśliwą posiadaczką wszystkich tomów z serii "Kryminał pod psem" i jakby się mnie ktoś zapytał czy warto swój ciężko zarobiony grosz przeznaczyć na kryminały autorstwa Marty Matyszczak, to odpowiedziałabym, rzecz jasna, twierdząco. Warto i jeszcze raz warto!

Po "Tajemniczą śmierć Marianny Biel" sięgałam z ciekawością, wspomnienie, że akcja książki toczy się w Chorzowie zrobiło swoje, a informacja, że Gucio będzie maczał w tropieniu złoczyńców wszystkie swoje łapy była dodatkową zachętą. Przy kolejnych tomach po prostu zamawiałam i cieszyłam się lekturą. Było ciekawie, zajmująco, zwiedzałam z Różą i Solańskim kolejne zakątki kraju i zagranicy, poznając tę interesującą  pod wieloma względami parę.

 Bo jak to w życiu: to największy jest ambaras żeby dwoje chciało naraz ;) 
A oni  nadal się mijają. 


Gucio trwa wiernie przy tej zwariowanej dwójce i chociażby dla niego powinni się ustatkować. Ale autorka ma chyba trochę inne plany.

Tyle tytułem wstępu, żeby udowodnić, że nie tylko mam, ale także czytałam.

Prawdę mówiąc nie przypuszczałam, że "Morderstwo w Hotelu Kattowitz" przywoła tyle wspomnień. Lubię Katowice i był czas, że przyjeżdżałam do Katowic  raz w tygodniu z mamą, a potem, jako już dorosła osoba to właśnie tam szukałam pracy. W Katowicach pracował mój dziadek, przez prawie czterdzieści lat, więc spokojnie mogę napisać, że to miasto wrosło w tradycję rodzinną. Dlatego wędrówka po współczesnych Katowicach była dla mnie przyjemnością. Postanowiłam, że z wiosną pojadę i zobaczę jak bardzo  miasto się zmieniło. 

A teraz dość wspomnień i do rzeczy.

Katowice to nie tylko przemysł, ale także przyciągające uwagę fanów muzyki festiwale i różnego kalibru wydarzenia artystyczne. W jednym z takich wydarzeń ma wziąć udział DJ Dzidzia, artystka robiąca oszałamiającą karierę w mediach, przyciągająca młodocianych fanów. Jej koncert jest oczekiwanym przez nich wydarzeniem. Niestety, ktoś skraca żywot DJ Dzidzi narażając fanów i właściciela Hotelu Kattowitz na stres, płacz, i w przypadku właściciela, spodziewane straty. Siódme, pechowe i niedoinwestowane piętro nie może stać puste. 

Matka Róży, Barbara Kwiatkowska pracująca w hotelu jako szefowa ochrony, zatrudnia Szymona Solańskiego i własną córkę do szybkiego wyjaśnienia kto zabił. Bo wprawdzie podkomisarz Matusiak zamknął budowlańca, ale przecież wiadomo, że zabił kto inny. 

Kto? Nie napiszę oczywiście, czytajcie cierpliwie, autorka umiejętnie dozuje wrażenia i żongluje emocjami czytelnika. Już, już prawie wiadomo, a tu znowu nie ten!

Gucio prowadzi własne śledztwo dzieląc się obficie obserwacjami. I tak z pierwszej łapy dowiadujemy się kto, co, gdzie i z kim. Bo Solańskiemu wyraźnie robota nie idzie. A zarobić na kiełbasę śląską trzeba. Jakby się kto pytał, zwłaszcza że Szymona pieniądze się niestety nie trzymają. 
W moim odczuciu, tym razem "Kryminał pod psem" ma dwóch wiodących bohaterów. Jak zawsze Gucia, który swoją osobowością przyćmiewa Szymona i Różę, oni nieco tracą na ważności, i oczywiście Katowice. Fantastycznie oddana atmosfera miasta, skomplikowana historia, obyczaje i język. To naprawdę ogromny plus, dialogi brzmią w sposób naturalny, momentami czułam się tak jak wtedy gdy wtapiałam się w tłum, łaziłam po sklepach i słuchałam.
 Pejter i Alojz to kreacje doskonałe, zwłaszcza dzięki bardzo ludzkim słabościom, nie przerysowane, budzące wzruszenie i szacunek. Oni znają swoją godność. Mam nadzieję, że jeszcze wrócą na kartach kolejnych tomów.

Na pewno gdzieś za rogiem czeka na swoją fabułę kolejny morderca. 

Marta Matyszczak, dziękuję za wzruszenia, emocje i konsekwencję w przybliżaniu śląskiej kultury.

"Morderstwo w hotelu Kattowitz"
Marta Matyszczak
Okładka Ilona Gostyńska-Rymkiewicz
Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron 302


czwartek, 14 lutego 2019

"Biuro M." Magdalena Witkiewicz, Alek Rogoziński

Barbara Bakuszycka nie miała szczęścia w miłości, trzech narzeczonych zmieniających zdanie co do dalszej części wspólnego życia skutecznie zniechęciło ją do dalszych eksperymentów. 
Nie miała również szczęścia w przyjaźni - narzeczeni dziwnym trafem jeden po drugim przechodzili we władanie Elwiry, takiej niby przyjaciółki, co to lepiej z daleka. 

Jacek Grot nie miał szczęścia do stałej posady,  tu dwa dni, tam dwa dni, w najlepszym wypadku tydzień. Urzędniczka w biurze pracy już nie miała do niego cierpliwości. Wiadomo było, że czego by się nie tknął, to albo pójdzie z dymem, albo policja na sygnale będzie interweniowała. Taki typ człowieka. 

Pozostawało jedno, rzucić Jacka na pożarcie właścicielce Biura M. czyli matrymonialnego, z nadzieją, że tym razem trafi swój na swego. 

A potem do Barbary trafił kot...


Każdy kto kiedykolwiek miał kota wie, że to wymagające stworzenie. Trzeba porzucić egoistyczne nurzanie się w cierpieniu, roztkliwianie nad sobą i wziąć się do pracy. Kot potrzebuje jeść. Kot byle czego nie ruszy. Kot wymaga. Kot uczula!

A to oznacza, że trzeba porzucić wygodne życie u rodziców i wyjechać do Miasteczka, do mieszkania cioci. 
Trzeba poszukać pracy.
Praca jest, nawet niedaleko, w biurze matrymonialnym.

I w taki oto sposób zeszły się drogi Jacka i Barbary. Bez obaw, nie oznacza to łzawej i pełnej romantycznych westchnień powieści. 

Biuro M. prowadzone przez  niekoniecznie miłą szefową dostarcza wielu wrażeń, nie sposób się nudzić. Wróżka z pokoju obok wróży jak leci, zielarz z ziołowego zapodaje herbatki na nerwy. A klienci ciągną jak muchy do miodu. Bo każdy ma nadzieję, że w końcu znajdzie drugą połówkę jabłka, względnie pomarańczy, albo jakiegoś innego owocu. 

Zabawnie, sympatycznie, z dystansem. Bez wielkich słów. Książka na wieczór z czekoladą, kieliszkiem wina i kotem na kolanach. Albo psem, względnie królikiem... 
Jak kto woli, nawet w samotności.
Dla przyjemności.

A, i to jednak można wyczuć, kto pisał. Taki urok duetów ;)

"Biuro M"
Magdalena Witkiewicz, Alek Rogoziński
Wydawnictwo Filia
Rok wydania 2018
stron 314

środa, 13 lutego 2019

Osiedlowy Dom Kultury Zasole - czyli nowe miejsce na kulturalnej mapie Oświęcimia

W ten piątek, czyli 15.02.2019 roku - żeby być ścisłym, zapraszam na spotkanie autorskie, które odbędzie się w przyjaznych wnętrzach Osiedlowego Domu Kultury Zasole.

Dzisiaj miałam przyjemność pierwszy raz zajrzeć do środka, wszystko jeszcze pachnie świeżością, a oszklone powierzchnie dodają przestrzeni. Ludzie pracujący tam są przemili, naprawdę w sekundę poczułam się jakbym odwiedziła ODK nie pierwszy, ale któryś raz z kolei. 

Bardzo przytulnie i serdecznie.

Gdy przyszłam akurat trwała lekcja latino, dużo dobrej energii :)

Wystawa plakatów autorstwa Martyny Paluchiewicz Łabaj przykuwa uwagę.

Myślę, że właśnie takie miejsce, ośrodek skupiający ludzi pozytywnie nastawionych do życia, twórczych było bardzo potrzebne i świetnie, że mieszkańcy mogą korzystać z coraz szerszej oferty zajęć.

Już czekam na piątkowe spotkanie.

 Zdjęcia przygotowane, bo jak tu bez zdjęć rozmawiać o historii naszego miasta, której fragment wplótł się w fabułę "Wyszedł z domu i nie wrócił".
Zapraszam :)



"Pudełko z marzeniami" Magdalena Witkiewicz, Alek Rogoziński

Ostatnio chorowałam i prawdę mówiąc nie miałam ani siły, ani cierpliwości do wymagających skupienia powieści. Na czas gorączki i nieudanych prób powstrzymywania kaszlu doskonałe okazało się "Pudełko z marzeniami", lektura z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych. 

Michałowi życie układało się całkiem przyjemnie do momentu gdy wspólnik zdefraudował firmowy majątek, komornik wyczyścił konto z resztek, a narzeczona zmieniła zdanie i przestała być narzeczoną. Michał za ostatnie pieniądze wynajął kąt do spania i uznał, że życie mu się skończyło. 
Ale szybko zmienił zdanie. 
Po wizycie u ciotki Kornelii wiedział, że musi spełnić ostatnią wolę starszej pani i odnaleźć skarb ulokowany pod kapliczką. 
Brzmi banalnie, prawda?
A jednak nie do końca.
Malwina Kościkiewicz rzuciła korporację i skusiła się żeby spełnić marzenie narzeczonego - zamieszkać w Bieszczadach. Wprawdzie zamiast w Bieszczadach zamieszkała w Miasteczku, a narzeczony, wieczny marzyciel i między nami mówiąc łachudra, ale Malwina go kochała, więc jeszcze do niej nie dochodziło, że aż tak, oddalił się szukać swego przeznaczenia. 
Na miejscu pozostała babcia Malwiny,  przyjaciółka babci hojnie dzieląca się nalewkami pani Wiesia, mała, przytulna restauracja, którą w ramach nowych wyzwań prowadziła Malwina, święty Ekspedyt i pudełko z marzeniami. 

Też banalnie.
 Ale jednak święty Ekspedyt robi różnicę. 
Bo czasami potrzebujemy powieści, w których wszystko dobrze się kończy, zwycięża dobro, ludzie łączą się w pary, a skarb... 
Skarb też jest czasami potrzebny. Niezbyt często, ale na tyle żeby w tym zagonieniu, zmęczeniu i zszarzeniu nie stracić wiary w cuda. 
Bo one też się zdarzają. 
Jednak. 

wtorek, 12 lutego 2019

"Śledztwo od kuchni czyli klasyczna powieść kryminalna o wdowie, zakonnicy i psie" Karolina Morawiecka

Gdyby Karolina Morawiecka wdowa po aptekarzu była moją sąsiadką, to w ramach ochrony zewnętrznej najpierw zainwestowałabym w wojskową siatkę maskującą i upięłabym ją wzdłuż płotu, potem obsadziłabym  ogród wokół krzewami szybko rosnącymi, a wychodząc z domu ćwiczyłabym czołganie, tak żeby upiornej sąsiadce nie wpaść w oko. Bo kogo jak kogo, ale nadmiernie wścibskich ludzi nie znoszę. 

Czy aby na pewno?

Gdy zaczęłam czytać "Śledztwo od kuchni..." moja reakcja wyglądała dokładnie tak jak opisana powyżej. Koszmarna kobieta, zawsze wiedząca lepiej, ten Stanisław, mąż nieboszczyk, to naprawdę zasługuje na współczucie. Jak on z nią  wytrzymał?! 
I jaka zadowolona, że mu tak życie uprzykrzała, zołza jedna!
Ale zalety swoje ma. To może te zalety wynagradzały nieboszczykowi paskudny charakter małżonki?
Tego niestety nie dowiem się, Stanisław zszedł śmiercią naturalną i pozostawił po sobie domek w Wielmoży, w którym spędzili ostatnie lata, oszczędności pozostałe po sprzedaży apteki w Skale i dożycę de Bordeaux o wdzięcznym imieniu Trufla.
W sumie wdowa po aptekarzu mogła teraz prowadzić spokojne życie. 
Mogła, ale wydarzyło się morderstwo, Karolina Morawiecka, wdowa, rzecz jasna, nie wytrzymała i musiała się wtrącić. 
W końcu kto jak kto, ale ona była wprawiona w prowadzeniu śledztwa (biedny Stanisław mąż).

Gnana ciekawością wsiadła w białe tico i pojechała na oględziny miejsca zbrodni. Nieboszczką okazała się Ania Bednorz, kelnerka z pobliskiej restauracji, dziewczyna ładna, podobno lubiana, a nawet narzeczona chłopaka stanowiącego tak zwaną dobrą partię. A mimo to wycieczka szkolna znalazła ją martwą wśród szałwii. 
Kto chciałby zabić taką miłą dziewczynę? 
Na to i na inne pytania zamierza odpowiedzieć wdowa po aptekarzu, bo jak tu nie pomóc policji i podkomisarzowi Cegle, biedak na pewno nie poradzi sobie z tym zadaniem. 

A że zawsze w powieści, a czasem też w życiu trafia swój na swego, to ramię w ramię z wdową stanie siostra Tomasza. Zakonnica wypełniająca sumiennie swoje obowiązki, lubiąca dobrze zjeść, a przy pani Karolinie jeszcze nikt z głodu nie umarł, dociekliwa i spostrzegawcza. 
Karolina Morawiecka wdowa po aptekarzu i siostra Tomasza stanowią tandem niemal doskonały i już jestem ciekawa jakim literackim tropem pójdą w drugim tomie serii. Mam nadzieję na serię, nie tworzy się takich postaci (w tym drugoplanowe też niczego sobie), by skończyć na jednym tomie. 

Wśród bardzo wielu tytułów, nowości, komedii kryminalnych i mniej komedii i jeszcze mniej kryminalnych, "Śledztwo od kuchni czyli klasyczna powieść o wdowie, zakonnicy i psie" (z kulinarnym podtekstem) jest miłym zaskoczeniem i jako czytelnik, wielbicielka powieści kryminalnych (a przeczytałam ich już dużo, a nawet jeszcze więcej) czuję się usatysfakcjonowana i dopieszczona literacko, a nawiązanie do jednej z moich ulubionych powieści to oczywista przyjemność. 

Reasumując, świetna lektura na jeszcze zimowe dni, jak wiosna przyjdzie, to też, tylko wtedy mniej czasu, ogródki czekają. Humor sytuacyjny i słowny w tej powieści nie gości tylko w zapowiedziach na okładce, a nawiązania do klasyki literatury to dodatkowa przyjemność. Nawet wdowa po aptekarzu skieruje swoje kroki ku bibliotece i tym samym sprawi przyjemność dwóm osobom. Jednej będzie przykro, ale takie są konsekwencje popełnienia zbrodni. 
Z przyjemności polecam.

Śledztwo od kuchni czyli klasyczna powieść kryminalna o wdowie, zakonnicy i psie (z kulinarnym podtekstem)
Autorka: Karolina Morawiecka
Redakcja: Ewa Popielarz
Wydawnictwo Lira / 2018
stron 327


poniedziałek, 11 lutego 2019

Spotkanie autorskie 15.02.2019

Dzisiaj dzień dobry z rana :)

Cieszę się, że mogę przekazać dobrą wiadomość, po dość długiej przerwie wracam do spotkań z Czytelnikami.  Pierwsze spotkanie 15.02.2019 o 18 tej, w Dzielnicowym Domu Kultury Zasole. 
Za plakat reklamujący spotkanie dziękuję twórczym organizatorom spotkania. 
Autorką zdjęcia wykorzystanego na zaproszeniu jest Beata Kostarek-Zając.
Jeżeli będziecie mieli chwilę, to zapraszam na pogawędkę o pisaniu i czytaniu:)


niedziela, 10 lutego 2019

Alfred Hitchcock "Kto zabije człowieka"

Dreszczowce ze zbiorów "Mystery Magazine" w przekładzie Ryszarda Gorzelskiego

Ta niepozorna książeczka należy do moich ulubionych zbiorów opowiadań kryminalnych, i przyznam się, że co jakiś czas, na chybił-trafił otwierając tomik, odkrywam kolejne walory już kiedyś przeczytanego tekstu.

 To 23 opowiadania, które różniąc się pomiędzy sobą fabułą, narracją, bohaterami, miejscem akcji i oczywiście przedstawioną zagadką kryminalną, odznaczają się podobną zwięzłością i dyscypliną literacką, tak ważną przy kreśleniu historii kryminalnych. 

Nie na darmo patronuje im Alfred Hitchcock, który nie tylko był autorem świetnych filmów grozy, nikt tak jak on nie potrafił dozować napięcia i sprawiać, że widzowie prawie schodzili na zawał. Pasją wybitnego reżysera było także wydawnictwo, a konkretnie wydawał słynne miesięczniki nowojorskie, znane jako "Alfred Hitchcock Mystery Magazine". Publikował w nich opowiadania kryminalne, opowiadania-dreszczowce. Jeżeli któreś szczególnie przypadło mu do gustu, miało szansę trafić do antologii.

Ryszard Gorzelski w nocie od tłumacza podaje kilka tytułów:
 "Alfred Hitchcock przedstawia - moje ulubione opowiadania niesamowite", 
"Alfred Hitchcock przedstawia - opowiadania, których nie pozwolono mi zrealizować w TV", "Alfred Hitchcock przedstawia - 25 opowiadań makabrycznych, które zmrożą ci krew w żyłach".
W "Kto zabije człowieka" zamieszczono 23 opowiadania, zdawać by się mogło, że każde z nich jest z innej parafii, ale każde stanowi gotowy materiał na scenariusz.

Zaczynając od wysublimowanego "Przepisu na morderstwo" autorstwa C.P. Connel, poprzez "Muszę umrzeć przed północą" M. Zuroya, a kończąc na poświęconym sile sąsiedzkiej plotki "Nie zapomnij napisać" S.A. Fay.
Poniżej spis wszystkich tytułów, a mnie pozostaje żałować, że do tej pory nie natknęłam się na wznowienie tego bardzo ciekawego zbioru, lub na podobny zbiór  zawierający opowiadania wydane w przytoczonych powyżej tytułach. Byłaby to dla mnie, jako dla czytelnika kryminałów duża przyjemność. Może kiedyś?
"

sobota, 22 grudnia 2018

Życzenia świąteczne :)


Rok mija i znowu nadchodzą Święta Bożego Narodzenia, piękne w swej prostocie i magii bliskości. Cieszymy się obecnością najbliższych, wspominamy tych, którzy odeszli, rozmawiamy, odpoczywamy zasłuchani w słowa ulubionej kolędy. 

Myślę, że każdy z nas na swój sposób przeżywa czas Bożego Narodzenia. 
Życzę i Wam i sobie, by ten magiczny czas przebiegał w spokoju, bez waśni, a każdy otrzymał swój wymarzony prezent.


niedziela, 9 grudnia 2018

Rafał Skarżycki, Tomasz Lew Leśniak "Hej, Jędrek! Kłopoty z dziewczynami?"

Są książki bez granicy wiekowej i właśnie do nich należy seria 'Hej, Jędrek" opowiadająca o przygodach Jędrka - co oczywiste, jego najbliższych kumpli: Witka, Grubego i Karoli, oraz siostry Jędrka Anki zwanej Wyjcem. Tym razem do pełnej pomysłów gromady dołączają ich rówieśnicy z Włoch. 

Będzie się działo :)

Wprawdzie Włosi mieli trafić do szkoły z językiem włoskim, ale zadziałał przypadek i uczniowie tej szkoły zachorowali na grypę. Uniemożliwiło to przyjmowanie kogokolwiek, zwłaszcza, że koleżanki i koledzy z Italii mieli zamieszkać u swoich rówieśników przez tydzień. 
Po pierwszym szoku, Włosi przybyli ubrani jakby wybierali się na Biegun Północny, okazało się, że pobyt może okazać się interesujący dla obu stron. W domu Jędrka i Anki zamieszkał Paolo - łamacz dziewczęcych serc, a Jędrkowi przypadła w udziale misja dyplomatyczna. Bo jak tu umówić nieśmiałego kolegę z uroczą i nieco niedostępną Sofiją. Zwłaszcza kiedy Sofija myśli, że jej adoratorem jest Jędrek! 
Pomieszanie z poplątaniem.
 Humor, zabawa i sprawy poważne. Poczucie odpowiedzialności za kolegów, dążenie do wspólnych celów, prawdomówność i walka  o swoje. Pozornie się wykluczają. 

Kapitalnie czyta się ten książko-komiks, gdy tekst płynnie przechodzi  w komiksowe przedstawienie fabuły. Znakomity pomysł! 

Lekko, łatwo i przyjemnie, ale także mądrze, bez zbędnego moralizatorstwa. 
Poczytajcie o "Kłopotach z dziewczynami?"
A ja z przyjemnością sięgnę po inne tytuły serii. 

Rafał Skarżycki, Tomasz Lew Leśniak
"Hej, Jędrek! Kłopoty z dziewczynami?"
Wydawnictwo Nasza księgarnia
Rok wydania 2018 Stron 219 

piątek, 7 grudnia 2018

Paulo Coelho "Hipis"

Paulo Coelho - kto z nas nie zna tego nazwiska. Jeżeli nie czytaliście jednej z wielu napisanych przez Paulo Coelho książek (ja nie czytałam) to na pewno zetknęliście się z cytatami z jego twórczości. 
Na przykład ten:
"Spośród wszystkich wymyślonych przez człowieka sposobów zadawania bólu sobie samemu najgorszym jest Miłość. Cierpimy zawsze dla kogoś, kto nas nie kocha, kto nas porzucił, dla kogoś, kto nie chce nas opuścić. Żyjemy samotnie, jeśli nikt nas nie kocha: mając żonę lub męża, czynimy z małżeństwa niewolę." - Pielgrzym

Oraz wiele, wiele innych, zajrzyjcie na przykład Tutaj, mnóstwo o miłości i innych  życiowych przypadłościach.

W sumie "Hipis" to pierwsza książka Coelho, dodajmy, najbardziej autobiograficzna, którą miałam okazję przeczytać i muszę przyznać, że było to ciekawe doświadczenie. 

Śledząc losy głównego bohatera, zastanawiałam się o czym pisałby Paulo Coelho, gdyby nie było mu dane doświadczyć tak skrajnych przeżyć. Od dorastania w rządzonej przez dyktaturę wojskową Brazylii, pobyt w zakładzie psychiatrycznym, który uratował mu życie w późniejszym czasie, poprzez hipisowskie wędrówki po krajach Ameryki Łacińskiej, więzienie, strach o życie bliskiej mu osoby.
Wreszcie przyjazd do Europy gdzie bardzo chciał zobaczyć dwa miejsca: Piccadilly Circus w Londynie i Plac Dam w Amsterdamie. Posiłkując się informacjami zawartymi w "Niewidzialnym gońcu" i "Europie za pięć dolarów dziennie" Frommera, wyruszył w podróż, której celu jeszcze nie znał. 

Coelho opisuje świat, który już nie wróci, a podróż do Nepalu rozklekotanym Magic Busem budzi podziw. Kawał drogi przed nimi, nie na wszystkich terenach trwa pokój, planowanie trasy to żonglerka, jak zdążyć żeby dojechać i nie utknąć. Jak nie dać się ponieść emocjom i nerwom gdy wszyscy już się znają i opowiadane historie nie mają smaku nowości. Jak wytrzymać ze sobą w rozklekotanym aucie. Paulo nie podróżuje sam. W zasadzie motorem podróży jest Karla, młoda kobieta, która zanim na dobre utknie za biurkiem jednego z urzędów chce zobaczyć kawałek świata. Dotrzeć do Nepalu, bo  teraz tam prowadzą drogi hipisów. We dwójkę zawsze łatwiej. 

Po drodze pasażerowie Magic Busa spotykają innych wędrowców, docierają do rożnych miejsc. Nie wszędzie są mile witani. Teraz o hipisach możemy czytać z rozrzewnieniem, dodając wspomnienia rodziców, ludzi, którzy mieli okazję zetknąć się z ruchem hipisowskim, ale wtedy... wtedy synonimem hipisa dla porządnych obywateli był obdartus, nieco zaniedbany higienicznie. I po co im te kwiaty we włosach, powłóczyste, bajecznie kolorowe spódnice, długie włosy u facetów. A dziewczyny, o zgrozo, nie wkładały staników, pozwalając piersiom zażyć wolności. Już nie wspominając o wolności związanej z używaniem narkotyków. 

Pomyślałam, że to dobrze, że Paulo Coelho znany, uwielbiany, zamożny, pokazał tamtego młodego chłopaka, który miał w sobie tyle determinacji, by szukać aż znajdzie to co mu było przeznaczone. 
Ostatnie zdanie prawie jak z Coelho ;)

Oprócz tekstu, wspomnienia tak znanego pisarza nie mogą być nudne i nie są, zwłaszcza z czasu gdy na świecie tak dużo się działo, 1968 rok, podróż ma miejsce w 1970 roku, Europa drży, atutem tej książki jest okładka. Fantastyczna kolorystycznie, bardzo energetyczna. Prawdę mówiąc wystarczy, że na nią spojrzę, książka leży  w moim pokoju na podręcznej komodzie, a zaraz czuję się lepiej. Tak jakbym z mroku wyszła w jasny, pogodny dzień. Polska wersja okładki bardziej do mnie przemawia, ma więcej energii. 

 Czy polecam? Oczywiście, warto przeczytać o hipisach, zmianach mentalności, poszukiwaniu siebie, a momentami o wielkiej polityce manipulującej życiem zwykłych ludzi, którzy nie zrobili nic złego, chcieli tylko i aż być wolni. 

Paulo Coelho
"Hipis"
Tłumaczyła Teresa Tomczyńska 
Adaptacja polskiej wersji okładki Katarzyna Marzec
Wydawnictwo Drzewo Babel
Rok wydania 2018
Stron 247