piątek, 31 maja 2013

Tydzień Słowackiego - podróż z Julem (6)

... Nocowaliśmy w oberży i z rana widzieliśmy wschód słońca, czysty, żadnej mgły: przepaści, błyszczące jezioro, cała Szwajcarya  pod nami, widna, jasna - a jaka cichość! Taki sam widok mieliśmy jeszcze  z góry Righi. Na tę górę wchodzą wszyscy podróżni; widok z niej rozleglejszy, ale mniej piękny; góry śniegowe w oddaleniu nie przerażają wielkością swoją rozumu, a nawet imaginacyi człowieka: można z niej patrzeć na Szwajcaryę  bez przerażenia, a ja patrząc o wschodzie słońca, mimowolnie płakałem; nie wiem dlaczego, ale mi żal  było ludzi... Z góry Faulhorn przechodziliśmy znowu do czarujących dolin Oberhassli; byłem w Rosenlaui, prześliczne widziałem lodowce, byłem w lodowych gmachach pod sklepieniami błękitnego kryształu; u nóg moich ogromne przepaści i potok lody podrywał; ze ścian gmachów, w których stałem, kropliste od słońca padały deszcze. 
Jak to smutno pomyśleć, że ty, moja mamo, z tych krótkich opisów nie będziesz sobie mogła wystawić miejsc, gdzie twój syn był, gdzie myślał o tobie. Obrazy, które sobie twoja imaginacya utworzy, będą może piękne, ale nie będą tymi samymi obrazami, które teraz ja widzę we wspomnieniach. Czyż ludzie nie wynajdą kiedy jakiego środka, któryby lepiej niż pismo i malarstwo wystawiał przedmioty? Dziwna i głupia myśl. Byłem po raz czwarty jeszcze na śniegach Grimsel, po raz czwarty nocowałem w zimnej oberży, przechodziłem śliczną drogę św. Gotharda, widziałem na niej sławny most dyabła, nareszcie po 9-dniowej podróży przybyliśmy do Lucerny, gdzie na nas nasze damy od 7 dni czekały, a przybyliśmy tam przez najpiękniejsze jezioro 4 kantonów. Byłem w kaplicy Wilhelma Tella; łódka nasza zatrzymała się przy skale, na którą bohater wyskoczył, Gesslera na jezioro odepchnąwszy; kaplica ta, tylekroć restaurowana, znajomą ci mamo, być musi. Wreszcie przez Berno wróciłem do domu; zastałem tam pełno cudzoziemców i może to z tej przyczyny wojaż zostawił mi jakiś ponury smutek i tęsknotę, bo z ciszy gór wszedłem nagle w gwar ludzi, którzy się na chwilę poznają, aby się znów rozłączyć i zapomnieć o sobie; gwar zimny, nie bawiący, nie dowcipny, nie rozumny, ale ów zwyczajny gwar świata...

Kaplica Wilhelma Tella w Szwajcarii, autor Aleksander Potocki (1776-1845) źródło Cyfrowa Biblioteka Narodowa. 

Środa z książką - Niespodziewany trup


W Kraśniku zawsze coś się dzieje, zwłaszcza w powieściach Małgorzaty Kursy. Znakomita to reklama dla tego niewielkiego miasta położonego w województwie lubelskim i mam nadzieję, że doceniona. Tym razem to redakcja lokalnej gazety i okoliczny bank stają się centralnym punktem zdarzeń. Otóż w Kraśniku ma miejsce napad na bank. Napad jest jak najbardziej prawdziwy, rabusie unoszą ze sobą sporą kwotę pieniędzy wykazując się jednocześnie dobrym sercem i nie robiąc krzywdy nikomu. Mniej więcej w tym samym czasie pani redaktor charakteryzująca się wybujałym ego i ambicjami  jak stąd do Krakowa traci życie. Policja łącznie z prokuraturą przystępuje do wykonywania swych podstawowych obowiązków, zespół redakcyjny też nie zamierza siedzieć z założonymi rękami. A dziadek Patrycji Ewy gotuje smakowite obiady dla córki i wnuczki. 
 Małgorzata Kursa skromnie mówi o sobie jako o  autorce czytadeł. Myślę, że określenie jest jak najbardziej trafne przynajmniej w moim rozumieniu, dotyczy książek, które  dobrze się czyta, książek, które poprawiają nastrój i lepiej działają na nasz organizm niż tabletki na uspokojenie. 
W "Niespodziewanym trupie" trochę w tle mamy  lekką nutę kryminalną, oraz - co najważniejsze - mnóstwo obserwacji zachowań nie tylko typowo małomiasteczkowych: układy, układziki, wzajemne popieranie się i lansowanie, wreszcie sceny z cmentarza, które mogą wydawać się wręcz absurdalne. Nic bardziej mylnego, niestety sama byłam świadkiem różnego rodzaju przepychanek cmentarnych i uczestniczenia w uroczystościach nie ze względu na ich charakter, a na osobę zmarłego, łącznie z pchaniem nosa do otwartej trumny. Ludzie niestety tak mają, zwłaszcza niektórzy, że dominującą w nich cechą jest ciekawość, którą chcą zaspokoić za wszelką cenę. 
Książkę przeczytałam z uśmiechem na twarzy, a zdarzyło mi się też kiwać ze zrozumieniem głową, tak się wczułam w sytuację niektórych osób. A zaraz potem mama wyciągnęła rękę i przepadła na dwa popołudnia, właśnie kończy czytać. 
I przekleństwo jest cudne, gratuluję pomysłu.
Polecam do czytania tym, którzy potrafią  chociaż  na moment wrzucić na luz, nabrać dystansu do siebie i do otaczającej ich rzeczywistości, zaparzyć kubek dobrej herbaty lub kawy, może być czekolada i na parę godzin przenieść się w świat książki gdzie miłość czasami się budzi, a przyjaźń i życzliwość wobec ludzi to zachowania normalne i nawet stara Majewska niczego nie jest w stanie zepsuć. 


czwartek, 30 maja 2013

Tydzień Słowackiego - podróż z Julem (5)

To do niej Słowacki pisał swe piękne listy - Salomea z Januszewskich Słowacka

...Góra Jungfrau, śniegiem pokryta, stoi jak olbrzym biały. Druga dolina Grindelwald, jeszcze piękniejsza, bo do niej wpływają dwie rzeki lodów; lody te aż do jej głębi dochodzą i promienna ich białość ślicznie odbija się wpośród muraw, drzew i kwiatów. Nigdy mi się nic podobnego nie śniło. Tam widziałem z gór spadające lawiny. Huk, podobny do piorunu, rozlega się po dolinie, ile razy bryła śniegu oderwie się z czoła gór. Matko moja, wystaw sobie, że najpiękniejsze słońce oświecało to wszystko, że wstawaliśmy o wschodzie, że oddychaliśmy wonią zroszonych kwiatów. Matko moja, jakieby to były czarujące wspomnienia, gdybym je sobie kiedy między wami mógł przypominać i o przeszłości marzyć!
Weszliśmy na Faulhorn, gdzie mało jeszcze było podróżnych. Oberża na tej górze jest najwyższem mieszkaniem w Europie. Wojażerowie chcąc patrzeć na okolicę, muszą wychodzić z domu kołdrami okryci; mróz nam dopiekał, ale też jaki widok! O zachodzie słońca mgły nas owiały i staliśmy na szczycie góry jak na pokładzie płynącego do nieba okrętu; słońce czerwone było od nas niżej na niebie, a jeszcze miało drogę do przebycia nim zaszło.Za nami z mgły wychodził ogromny szereg gór śniegowych, niktby w godzinie nie obliczył ich szczytów, a wszystkie były czerwone od słońca, ogniste..

Faulhorn ( źródło Wikipedia)
.


Zwróćcie uwagę na przepiękny, poetycki opis Alp. Przejeżdżałam wiele lat temu drogą wśród Alp położoną, nad ranem, ziąb niesłychany i widok zapierający dech w piersiach, potoki górskie we mgle, jakby zastygłe, zamarznięte, otoczone kropelkową mgłą. Urzekające w swoim pełnym prostoty i surowości pięknie.

środa, 29 maja 2013

Tydzień Słowackiego - podróż z Julem (4)

...Na zielonej równinie pod tą górą  leży sławne wodami miasteczko Lueche; żadne opisy nie odmalują wam zieloności szmaragdowej, którą widać w dolinie, tych domów białych, które po niej są rozsypane, tej góry żółtego koloru, tych gazowych chmur, które się wieszają po jej szczytach. A ja to wszystko widziałem. I znów po trzech godzinach drogi stąpaliśmy po gołych skałach, gdzieniegdzie śniegami pokrytych... i znów nic nie widać było, tylko skały, śnieg, czarne jezioro i niebo. Po zejściu z tej góry, na drugiej stronie znaleźliśmy jeszcze piękniejszą okolicę, jeszcze piękniejsze drzewa i kwiaty, i kaskady srebrne z gór spadające i prześliczne szalety. O matko! ileż razy w tych pięknych miejscach myślałem o tobie, ileż razy cisnął się do moich ust refrain Goethego:

Czy znasz ten kraj? znasz go, o moja miła?
Tam byłby raj, gdybyś ty ze mną była.


Po trudach pieszej podróży przyjemnie nam było siąść do łódki i przepłynąć jeziora Thun, Brienz, do sławnej Giesbach; gdym patrzył na nią przychodziła mi na myśl Zofiówka, a potem łańcuch myśli rozciągał się dalej, do Wierzchówki, byłem w Julinkach i chciałem głośno wołać zmarłych po imieniu. Po odwiedzeniu kaskady Giesbach, damy nasze, zmęczone i przerażone podróżą po przepaścistych górach, rzuciły nas i pojechały inną drogą do Lucerny, my zaś chłopcy, trochę smutni z rozłączenia się, trochę weseli z odzyskanej wolności, poszliśmy pieszo przez góry; tu dopiero wojaż nasz zachwycającemi nas zaczął karmić dolinami; Lauterbrunn i Grindelwald nic podobnego nie mogą mieć w naturze. W Lauterbrunn spada ze skał wysoka na 800 metrów kaskada  Staubbach, woda jej nigdzie się prawie o skały nie odbija, ale przez sam lot z takiej wysokości zamienia się na wstęgę mgły białej i leci na dolinę...
wodospad Staubbach ( źródło Wikipedia)

wtorek, 28 maja 2013

Tydzień Słowackiego - podróż z Julem (3)

Nie będzie ciebie mamo moja, interesował wojaż, wyszczególniający tylko miejsca popasu i noclegu; opiszę ci więc tylko niektóre bardziej zajmujące miejsca. Trzeciego dnia naszej podróży wędrowaliśmy do klasztoru św.  Bernarda. Wszyscy mężczyźni szliśmy pieszo dzień cały drogą, przez Napoleona wykutą; z obu stron ogromne góry, rzeka płynie przepaścią pod nogami, chaty nędzne, ludzie ubodzy. O wschodzie słońca spotkaliśmy w górach pogrzeb biednego człowieka. Kilkoro ludzi w łachmanach i ksiądz stanowili cały orszak, a śpiew pogrzebowy nie mógł przewyższyć szumu potoków. Mamo moja, jak ci ludzie wydawali się mrówkami! O godzinie piątej wieczorem wjechałem na mule w krainę śniegów, potem między skałami w ciemnem, mglistem powietrzu ukazał się klasztor. Ksiądz gwardyan w czarnym habicie stał na ganku, pies ogromny leżał na dziedzińcu jak z marmuru wykuty, za klasztorem błyszczało oprawione w skalistym brzegu czarno-ołowianego koloru jezioro. Spaliśmy w celach zimnych jak lodownie.Refektarz wygląda jak salon światowy, a siedzące koło kominka towarzystwo śmiechem i żartobliwą rozmową odstrasza wszelką myśl wzniosłą i smutną. Blizko klasztoru stoi mały domek gdzie składają się znalezione w śniegach trupy.Okropny to widok! W różnych pozycyach  zmarli siedzą, leżą, jedni do szkieletów podobni, drudzy czarną skórą powleczeni... okropny widok, mamo moja! Stamtąd weszliśmy znowu w uśmiechającą się krainę wiosny: po dwóch dniach podróży stanęliśmy u stóp góry Ghemi! Trzy godziny jechać na nią trzeba na mułach, a tak jest stercząca, że nie do góry, lecz do muru gładkiego jest podobna: droga w zygzak wykuta wisi nad przepaścią. Kto na tę górę nie wszedł, to stojąc u jej stóp wierzyć nie może, aby wejść można było...

Dzisiaj zgodnie z pogodą aktualną trochę straszno, trochę niesamowicie.
Mnich i psy św. Bernarda, obraz Johna Emmsa ( źródło Wikipedia)



poniedziałek, 27 maja 2013

Tydzień Słowackiego - podróż z Julem

Ze wzruszeniem przeczytałam wczoraj list Juliusza Słowackiego do matki i początek tego listu zamieściłam na blogu. List pochodzi ze starej książki bez okładki, którą dostałam w zeszłym roku - efekt czyszczenia półek u znajomych. Książka to "Wypisy polskie dla klas wyższych. Część II". Nie wiem czy przedwojenne, czy powojenne, czytając omówienia innych tekstów skłaniałabym się ku przypuszczeniu, że przedwojenne. Myślę, że jeszcze nieraz do nich sięgnę. A wracając do Juliusza Słowackiego. Dzisiaj imieniny Juliusza, poniedziałek. Traktując to jako omen cały tydzień poświęcę jednemu z Trójcy Wieszczów znakomitych. Zapraszam do lektury dalszego ciągu listu.
portret Juliusza Słowackiego autorstwa Jamesa Hopwooda


...Abyś mię sobie mamo, dobrze wystawić mogła, muszę ci opisać mój fantastyczny ubiór: miałem płócienną bluzę, haftowaną zielonym jedwabiem czy też włóczką, pas czarny skórzany, białe szarawary, kapelusz ze słomy białej i czarnej pleciony, dosyć nizki, z ogromnemi skrzydłami i opasany purpurową wstążką; do tego na grubej podeszwie trzewiki i kij, wyższy ode mnie, biały z żelaznym kolcem, jakiego zwyczajnie górale używają. W ubiorze tym wyglądałem tak młodo, że mi dawano lat piętnaście wieku. Towarzystwo nasze składało się z 9 osób: pani W., dwie jej córki, panna Maryanna, młoda, ale nieładna, dosyć jednak miła i mnóstwo mająca talentów, druga córka jeszcze dziecko.  Przy pannach była guwernantka Francuzka, panna M. trochę podtatusiała i ciągle zajmująca się botaniką. Trzech synów pani W., jeszcze jeden młody Żmudzin i ja. Towarzystwo to nie było tak przyjemne jakbym ja żądał, ale też nie było nieznośne, owszem, różnica charakterów podróżujących osób dobrą razem tworzyła harmonię. Najmłodszy z synów pani W. był naszym pajacem, ciągle nas śmieszył i bawił. Najstarszy, który niedawno stracił i pochował w grobie kochankę, był osobą melancholiczną towarzystwa: ja zaś, choć nie straciłem kochanki, byłem także osobą ponurą towarzystwa, nie zawsze jednak.
Rano 31 lipca statek parowy ruszył z nami, rzucając na miasto kłęby czarnego dymu. Widziałem przemijające jeziora brzegi, pożegnałem oczyma Paquis, i Paquis zniknęło. Koleją wysuwały się z jeziora Coppet, gdzie pani Stael mieszkała, potem Lausanne, za Lausanne Vevey, z drugiej zaś strony skały Meilleries, słowem, skąd kochanek Heloizy najpiękniejsze listy pisał. Przepłynęliśmy koło sławnego zamku Chillon i nakoniec wylądowaliśmy w Ville-neuve! Tam najęty powóz zawiózł nas do Bex, miasteczka sławnego solną fabryką i minami. Nazajutrz zwiedzaliśmy miny solne: pół mili prawie szliśmy podziemnymi drogami, niosąc w rękach lampy żelazne. Było w tej podziemnej podróży prawdziwie coś uderzającego imaginacyę, zwłaszcza rozsadzanie skały prochem...

imponujący średniowieczny zamek Chillon - źródło Wikipedia

Powyżej jeden z najbardziej znanych wizerunków Juliusza Słowackiego (źródło Wikipedia)

niedziela, 26 maja 2013

Z listów do matki - Juliusz Słowacki

Z listów do matki

Genewa, d. 21. sierpnia 1834.

"Najdroższa mamo moja! List ten kilku dniami opóźnił się, a to z przyczyny mego wojażu po górach; podróż ta była prawie niespodziewana. Bawiąca tu pani Wodzińska, wyjeżdżając z familią namówiła mię, abym jej towarzyszył. Nie mogłem oprzeć się pokusie. Kochane gospodynie moje przydały do  mojej wypróżnionej kasy potrzebne pieniądze i, wziąwszy mantelzak na plecy, ostatniego dnia zeszłego miesiąca siadłem na statek parowy i ruszyłem przez błękitne jezioro. Nigdy w życiu mojem nie widziałem jeszcze tak pięknych obrazów jak te, które przez dwadzieścia dni przemijały przed mojemi oczyma. Nim przystąpię do opisania podróży mojej, muszę, matko droga, rzucić się do nóg twoich i podziękować ci  za to, że wróciwszy do domu, zastałem od ciebie przysłaną mi spokojność; niepewność o ciebie dręczyła mnie podczas całej wędrówki, myśl o tobie nie odstępowała mnie; ileż razy chciałbym był trzymać ciebie za rękę, kiedy się nachylałem nad przepaściami! Zmiana ciągła miejsc sprawiała to często, że w nich upatrywałem różne z rodzinnymi miejscami podobieństwo. Nigdy tyle cieniów przeszłości nie stanęło przede mną; różne twarze znajomych i umarłych stawały po drogach i przeprowadzały mnie jak wierne przyjacioły; różne zapomniane piosenki cisnęły się do ust moich; było mi smutno i miło"

To krótki fragment listu dwudziestopięcioletniego Juliusza Słowackiego do matki. Salomei.

W epoce maili, esemesów i rozmów na skróty życzę wszystkim mamom długich rozmów z dziećmi i prawdziwych listów, takich, do których można ze wzruszeniem w sercu wrócić po latach. 

A to fotografia jeziora Thun, po którym pływał   tamtego lata Juliusz Słowacki

zdjęcie pochodzi ze strony:http://www.meteo-europ.com/de/ch/bern/hilterfingen-bilder.html


środa, 22 maja 2013

Środa z książką - Większy kawałek świata


Kto z nas od czasu do czasu nie marzy, by zobaczyć większy kawałek świata. By coś zmienić, sprawdzić co tam słychać za miedzą. Przeżyć przygodę i poczuć, że krew jeszcze krąży w żyłach nie zapchanych do końca chipsami i hamburgerami. 
Czasami warto zobaczyć większy kawałek świata oczami bohaterek niedzisiejszych, a jednak nie nudnych, wręcz przeciwnie nadal interesujących. To fenomen starszych książek Chmielewskiej, okoliczności przyrody jakby inne, bohaterowie zazwyczaj jeżeli jeżdżą to volkswagenem garbusem, częściej komunikacją miejską, specjalnie skonstruowaną platformą do przewozu sadzonek, lub zasuwają na piechotę. Palta też już niemodne, i kto w podróż bierze siekierę podobną do katowskiego topora, cukier, kanister na wodę. Kto z prześcieradła konstruuje żagiel pełnosprawny? Teraz sprzęt się wypożycza, albo szpanuje mniejszymi lub większymi jachtami. I ogólnie jest inaczej, mniej szczerze, mniej normalnie, bardziej na pokaz i dla innych. I ten większy kawałek świata też inny. 
Przygody Okrętki, czyli Alinki i Tereski polecam  do czytania na każdy dzień tygodnia, nie tylko w środę. Dla tych co nie czytali pewnym szokiem będzie brak dzisiejszych gadżetów - telefonów komórkowych, komputerów i facebooka. I taka mnie refleksja naszła niespodziewana: może właśnie dzięki temu, że tych gadżetów nie było dziewczyny miały więcej czasu i chęci i zwiedzały w sposób godny podziwu i zazdrości piękny większy kawałek świata- czyli Mazury:), a Chmielewska napisała tyle świetnych książek.

Przy okazji pozostając przy temacie zwiedzania, parę lat temu, Tunezja, Nabel, taki sobie hotelik, położony nad brzegiem morza i rodzina rodaków z wysiłkiem podnosząca swe tylne części ciała z przybasenowych leżaków: - ""chodźcie nad morze, musimy sobie jeszcze zrobić zdjęcia  z plaży, przed wyjazdem." 
Do morza mieli tak około trzydziestu metrów od tych leżaków. Jeżeli ktoś jedzie kawał świata by tenże świat zwiedzać z leżaka, to ja takiej turystyki nie polecam.

poniedziałek, 20 maja 2013

Włoskie niebo nad Oświęcimiem

Dzisiaj w Oświęcimiu mamy iście marcową pogodę. Pół nieba w lazurze, druga połowa zasnuta ciężkimi, ołowianymi chmurami. Deszcz rzęsisty, lekkie gradobicie i słońce, na pociechę tęcza:) I tak cały dzień słonecznie-chmurny. A wczoraj pogoda wakacyjna i iście włoskie niebo tak bardzo pasujące do klimatu mojej nowej książki. Nie mogłam takiego dnia spędzić w domu, oczywiście powędrowałam na cmentarz  i zrobiłam parę zdjęć. Miłego oglądania:)


 Jeden z najpiękniejszych pomników, niedawno odrestaurowany ( ja nazywam go pomnikiem powstańca)












A tutaj alejka prowadząca do obelisków upamiętniających bohaterów wojennych, między innymi tych z wojny austriacko pruskiej 1866 roku.

piątek, 17 maja 2013

Robota sama się nie zrobi

Są takie dni, gdy wszystko idzie na opak, wbrew zamierzeniom i oczekiwaniom. Staramy się na przekór rzeczywistości iść do przodu i robić swoje, ale różnie to bywa. Na dzisiaj w planach była ładna pogoda, słoneczko i ogólnie optymistycznie. Niestety najpierw było parno i duszno, potem ciemne chmury zasnuły niebo, sam widok sprawił, że ledwie żywa pogalopowałam w kierunku domu. Zanim dogalopowałam słoneczko wyszło z powrotem. Biegłam też dlatego, że kot chory, łapka nie wiadomo co się stało, ale podkulona i boli, czekamy na naszego ulubionego weta, mnie telefon padł, nie wiem co się dzieje, nawet nie wiem która godzina, bo wszystko w tej nieszczęsnej komórce. Muszę iść do jubilera niech włoży baterię do normalnego zegarka, przynajmniej w takich okolicznościach nie będę odcięta od czasu. 
Ale już jestem w domu, oczywiście nerwowo, bo kot chory ( kto miał kota chorego wie o czym piszę), żeby się uspokoić poszłam sprzątać przed domem, nawet nieźle mi poszło, tylko deszcz sobie pada momentami taki obfitszy, ale tylko momentami. 
Cokolwiek by się nie działo nie możemy się poddawać, bo przecież robota sama się nie zrobi:)
Nieraz nie chce mi się kompletnie nic, no co najwyżej koc, książka, czekolada parująca i pachnąca, i żeby się zmotywować do jakiejkolwiek pracy  powtarzam sobie to zdanie. Dałam je od siebie panu Józkowi ze "Wszystkich grzechów nieboszczyka". Wprawdzie nie jestem cieciem, ale kto tam wie co mnie czeka?
Poniżej krótki fragment książki:)

"Robota sama się nie zrobi" - ta maksyma towarzyszyła panu Józkowi całe życie. Swoje przeszedł. Teraz, na emeryturze najbardziej cenił sobie święty spokój, chociaż wiedział dobrze, że ten święty spokój skończył się w piątek z chwilą, gdy został dziadkiem. I to jakim dziadkiem! Najprawdziwszym w świecie - córka urodziła mu wnuka. Mały ważył trzy sześćdziesiąt, miał granatowe oczy i małą łysinkę po dziadku. Był śliczny, upragniony i wytęskniony. Przyszedł na świat odrobinę wcześniej i sprawił, że przyszły dziadek na moment zapomniał o swych służbowych obowiązkach.
W zasadzie pan Józio nie był na sto procent pewien, czy włączył w piątek alarm po obchodzie czy nie. Swoją niepewność zrzucał na pewien automatyzm, jaki wyrabia się w każdym człowieku, który stale robi to samo."
Bardzo lubię pana Józka.

środa, 15 maja 2013

Praca uszlachetnia, lenistwo uszczęśliwia

Kiedyś, nie pamiętam kiedy, ktoś, nie pamiętam kto, przysłał mi "dekalog szczęśliwego człowieka". 
Jako, że lubię mieć wszystko na papierze, wydrukowałam i włożyłam do szuflady, a potem zapomniałam.
 Coś za często zapominam, skleroza mnie dopada i trochę przeraża. Ale nic to, zadrukowane kartki mają to do siebie, że prędzej czy później można je znaleźć, odkryć i ucieszyć się na ich widok, uśmiechnąć przy czytaniu tekstu.
A tekst z odnalezionej kartki poniżej:

Dekalog szczęśliwego człowieka:

1. Człowiek rodzi się zmęczony i żyje po to aby odpocząć.
2. Kochaj swoje łóżko jak siebie samego.
3. Odpoczywaj w dzień abyś mógł spać w nocy.
4. Jeżeli widzisz kogoś odpoczywającego - pomóż mu.
5. Praca jest męcząca.
6. Co masz zrobić dziś, zrób pojutrze a będziesz miał dwa dni wolnego.
7. Jeżeli zrobienie czegokolwiek  sprawia ci trudność - pozwól to   zrobić innym.
8. Nadmiar odpoczynku nigdy nikogo nie doprowadził do śmierci.
9. Kiedy ogarnia cię ochota do pracy, usiądź i odpocznij aż ci przejdzie.
10.Praca uszlachetnia, lenistwo uszczęśliwia.

ad.9 Ja i owszem siadam, ale w chwilę potem podrywam się gnana wyrzutami sumienia, że nic nie robię i zabieram się do pracy, jakiejkolwiek - zawsze mam wybór ;)

Abyśmy pozostali w temacie podejścia do pracy proponuję krótki fragment "Wszystkich grzechów nieboszczyka" przewijający się w recenzjach - widać trafiłam w czuły punkt:)

..."Każdy, kto chociaż przez chwilę pracował w jakimkolwiek biurze,wie, że poniedziałki to dni zmarnowane, bo po niedzieli nikomu nie chce się pracować. Wtorek to dzień na rozkręcenie się i rozpoczęcie jakiejś konkretnej pracy. W środy się pracuje, w czwartki natomiast pracownicy ciężko przepracowani mówią, że tylko czwartek dzieli ich od piątku, bo w piątek już tak po dwunastej wielu rozpoczyna weekend.

A jutro już czwartek, pozdrawiam:)




niedziela, 12 maja 2013

Spacer cmentarnymi dróżkami

Rozpadało się i już drugi dzień chłodno, ciemno i wilgotno. Mówi się trudno. Postanowiłam nie ulegać czającej się po kątach deszczowej depresji i sięgnęłam do zdjęć, słonecznych, radosnych i zapraszających do spaceru. 
A spacerować będziemy po oświęcimskim cmentarzu parafialnym i będzie to taki mały wstęp do mojej nowej książki i objaśnienie fotograficzne opisywanego miejsca. Zdjęcia robiłam sama, w pewien wiosenny słoneczny dzień, niejeden zresztą. 
Mam taką małą manię niewinną - lubię poznawać cmentarze. Gdy jadę w jakieś nowe miejsce cmentarz jest jednym z tych punktów w przestrzeni miasta czy miasteczka, które odwiedzić muszę. Może to być cmentarzyk osiemnastowieczny w dalekim Orebiciu, a może to być piękny cmentarz w Cieszynie. 
Cmentarz parafialny w Oświęcimiu powstał w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku, ale z tamtego czasu niewiele nagrobków przetrwało do dnia dzisiejszego. Cmentarz jest obiektem zabytkowym, na jego terenie mamy usytuowanych kilkadziesiąt zabytkowych pomników. Jeszcze w maju czeka mnie liczenie ile dokładnie tych pomników jest. Liczyć będę w towarzystwie znawcy tematu, tak, że jako humaniści na pewno dojdziemy do porozumienia ;)

Jeden z piękniejszych pomników na cmentarzu parafialnym




Pomnik weterana z 1863 roku - Jana Kotlarskiego



A tutaj bardzo ciekawe zdjęcia: dyrektor banku Wacław Ziółkowski w pracy i jego siostra pisarka Jadwiga i okładka jej książki. Lepiej widać na zdjęciu poniżej.




Grób siostry Eligii - Leopoldyny Staweckiej, kobiety niezwykłej, http://pl.wikipedia.org/wiki/Leopoldyna_Stawecka

Kwatera sióstr serafitek

sobota, 11 maja 2013

parę słów o konkursie

Do 10 ego maja trwał na moim blogu konkurs, zdawałoby lekki, łatwy i przyjemny. Wiele osób przeczytało informację o nim i zdawałoby się, że udzielenie odpowiedzi nie będzie trudne. A jednak... jeden, jedyny komentarz, ale za to na wysokim poziomie. Czyli ilość przeszła w jakość, a ja nie miałam problemu z zastanawianiem się komu nagrodę przyznać. Wszystko ma swoje plusy.
 Ale zastanawiam się jak to jest z tą znajomością twórczości Joanny Chmielewskiej. Czekałam na parę zdań o Joannie, o Alicji, o Januszu, pani Matyldzie, czy może bliżej o lekko dziwnym kuzynie o wdzięcznym przezwisku Bubel ( Depozyt)
 Boję się myśleć o zakresie znajomości bohaterów książek Edmunda Niziurskiego. 
Czy już nikt nie pamięta Marka Piegusa, detektywa Hipollita Kwassa, Wieńczysława Nieszczególnego i doktora Bogumiła Kadryla? A wuj Dionizy i Zielona Niedojrzała?! Ja już nawet nie wspominam o gołoborzach, Świętym Krzyżu i oście o pięknej nazwie dziewięćsił. Bo jak ktoś by chciał coś napisać o oście, to dlaczego nie? Czy świat aż tak popędził do przodu, że jedyne co ludzi interesuje to kolejna odmiana twarzy szarego człowieka? Czy może pucułowate wampiry, zawracające w głowach porządnym dziewczynom ?
Czy szansę na czytanie ma tylko sieczka?

środa, 8 maja 2013

Środa z książką -" Pan Tadeusz"

Hebanowa szkatułka z rękopisem "Pana Tadeusza" ( źródło Wikipedia)

Któż z nas nie czytał "Pana Tadeusza"? Kto chociaż raz w życiu do ręki nie wziął, nie przekartkował, nie zachwycił się strofami? Prawda, że tego rodzaju odczucia rzadko mają miejsce w okolicznościach dla tej książki najczęstszych - czyli w czasie "przerabiania" lektur szkolnych. By dotrzeć do własnego egzemplarza - płócienna oprawa szara, kartki pożółkłe, znakomity wstęp Stanisława Pigonia, przeczesałam moje biblioteczne ostępy, i na półce dolnej, niby pierwszej od dołu, znalazłam. Za "Panem Tadeuszem" rozbijałam się nie bez powodu. Nie chodziło li tylko o nieprzepartą chęć powrotu do lat szkolnych, bardziej o informacje. "Pan Tadeusz" to w tej chwili dla mnie znakomity zbiór informacji o terenach, które znam z opowiadań mojej Babci. Babcia  Tekla mogła godzinami opowiadać o wyprawach do Nowogródka, o Zaosiu, Słonimiu i spacerach, które wiodły przez ruiny zamku Giedymina ( zdjęcia się zachowały, Babcia z ciocią, elegancko wystrojone wśród ruin).
Jest takie miasteczko, Diatłowo teraz tak się nazywa, a dla mojej Babci, dla mnie to gmina Zdzięcioł nad rzeczką Dzięciołką. Raz tylko zawahałam się przy wymienianiu miejsca urodzenia Babci - było to w trakcie wypisywania Jej aktu zgonu. Przepowiadałam sobie w pamięci miejsce urodzenia: Mołducie gmina Zdzięcioł, powiat Nowogródek, tak jakbym tego nie znała na pamięć.
 A o Zdzięciole Mickiewicz w "Panu Tadeuszu" tak pisze:

ks.VIII wers 218
"Owóż Rejtan na przyjazd księcia Jenerała
Zaprosił gości - liczna szlachta się zebrała,
Było teatrum ( Książę kochał się w teatrze);
Fajerwerk dawał Kaszyc, który mieszkał w Jatrze,
Pan Tyzenhauz tancerzy przysłał, a kapele
Ogiński i pan Sołtan, co mieszka w Zdzięciele,
Słowem, dawano huczne nad podziw zabawy,
W domu, a w lasach wielkie robiono obławy."

Księciem Jenerałem był X. Adam Kazimierz Czartoryski (1734 - 1823), generał ziem podolskich. Stanisław Sołtan prezesował w 1812 roku Rządowi Narodowemu, a jego syn Adam był ostatnim właścicielem Zdzięcioła. Po roku 1831 dobra te skonfiskował rząd rosyjski. W dawnym zamku Ostrogskich (kto pamięta Halszkę?)  przebudowanym przez Radziwiłłów na pałac, założono koszary. W okresie międzywojennym urządzono w obiekcie żeńską szkołę zawodową.
Naliboki, Kamionka, Rybaki, Słonim, Jatra, Nowojelnia, Nieśwież...
Do "Pana Tadeusza" wróciłam z radością i jednak nostalgią, jak do miejsc ukochanych dawno nie odwiedzanych a bliskich.
Zanim napiszę pierwsze zdanie nowej książki, przeczytam wiele, wiele książek już napisanych, tak bym z pamięci mogła narysować mapy miejsc rodzinnych. Gdzie stał dom, a gdzie ogród, łąki, rzeczka i las, gdzie cmentarzyk i grób prababci Pauliny ( ciosany w kamieniu krzyż przypominający swą strukturą korę drzewa,) i na której miedzy lubiła przysiadać babcia Jakubowska... 
A "Pana Tadeusza" polecam do czytania, rewelacyjna lektura dla zbombardowanego dniem dzisiejszym umysłu. Koi i leczy...

czwartek, 2 maja 2013

Porządki w papierach i nie tylko;)

Od rana przelotne burze i mniej przelotne deszcze zadają szyku nad Oświęcimiem. Wszyscy palą, zimno i nieprzyjemnie, a człowiek by się do ciepła przytulił. Zamiast pieca może być kaloryfer. 
Ja jak zawsze, gdy nadchodzą święta w tygodniu zaczynam mylić dni i gubię się wśród rzeczywistości. Może to i dobrze ponieważ postanowiłam zrobić remanent w papierach zalegających w różnych szufladach, kartonach i segregatorach. Jak na razie załadowałam dwa worki sizalowe 25 kg każdy z czasów, gdy kupowałam węgiel na worki. Praca nużąca i niewdzięczna, a ja nie wyrzucam na "czuja" tylko rzeczywiście przeglądam papier po papierku. Znalazłam moje zeszyty z pierwszej klasy, z następnych też i zastanawiam się czy teraźniejsze dzieci rysują szlaczki. Moje szlaczki to zgrzyt mody sprzed czterdziestu lat rysowane pisakami made in China, kredki świecowe - precz:) Zeszyty do geometrii, sama siebie podziwiam za rysowanie tych wszystkich dziwnych figur, które teraz nic mi nie mówią. To samo niestety dotyczy fizyki. Chemia jest mi nieco bliższa, ale tylko dlatego, że nasza wychowawczyni miała dar przekonywania. Dużo bliższa jest mi biologia, też domena naszej Danusi. Z jakim rozrzewnieniem wspominaliśmy naszą klasę na spotkaniu, tym pierwszym przed wielu laty. I rzut dziennikiem od drzwi, i nasze ćwiczenia w rzucaniu do celu czegokolwiek, tudzież aktywne uczestnictwo w pracach ogrodowych - żadna szkoła nie miała tak wybiglowanego ogródka jak nasza. I czy któryś z rodziców zaprotestował? Powiedział, że dziecku krzywda się dzieje, albo, że tipsy drogie, trzeba szanować! Szkołę po remoncie sprzątaliśmy i nikomu nie przyszło do głowy, że jest to wykorzystywanie dzieci. Nam też nie, była okazja urwać się z lekcji formalnie, to korzystaliśmy.  I jakoś wyszliśmy na ludzi ;)
W końcu wzięłam się na odwagę i wyrzucam rachunki, na początek idą te do 2000 roku, nad następnymi muszę się zastanowić. Niby wszystko na bieżąco pozałatwiane, ale... a jak bym tak przez nieuwagę wyrzuciła zaświadczenie o spłacie kredytu sprzed lat i przyszedł do mnie zamaskowany windykator z tych co to podobno odkupują przeterminowane długi, to jak udowodnię, że mam rację a oni się mylą. Chociaż akurat w takim przypadku to nie wiem czy nawet papier by wystarczył, ale trzymam. Podręczniki, także samo sprzed lat... szkoda mówić, teraz dzieci uczą się inaczej i jednak trochę czego innego. Niedawno dowiedziałam się, że uczniowie nie czytają całych lektur tylko od strony do strony, lub rozdziału. Oznacza to w praktyce, że na przykład "Chłopi", to Wiosna jest na tak, a inne pory roku mogą iść się paść. "Dziady" też jakoś dziwnie. Z którejś lektury mają do przeczytania marny fragment, trzydzieści stron. I tak się zastanawiam jak można omawiać książkę nie przeczytawszy jej. Chociaż są tacy co czytają, i nawet im to przyjemność sprawia. 
Jutro dalszy ciąg przeglądania, a na razie w ramach wypoczynku czytam "Prawo krwi" Tess Gerritsen" - świetna książka, recenzja niedługo, oczywiście w serwisie Zbrodnia w Bibliotece:)
A tak nawiasem mówiąc, jak tak tonę w tych papierach, to myślę o bohaterach mojej następnej książki - posłałam ich do policyjnego archiwum i kazałam odgrzebywać stare sprawy, bardzo stare. Teraz się znowu wczuwam, bo te moje papiery też nie pierwszej świeżości i podlatują stęchlizną tudzież grzybkiem mało egzotycznym. Pocieszające jest to, że nie wszystkie.
Miłego świętowania:)

sobota, 27 kwietnia 2013

Kot Uczony

Nadal czytam Antykwariusza, smakuję. 
Świadomość czytanego tekstu wzrasta i zaczyna się gra na skojarzenia. Wiem, że ta książka zawiera wiele odniesień do literatury niekoniecznie współczesnej, ale na pewno światowej. Kot Uczony - taki  macher, postać nieprzypadkowa, męczył mnie trzeci dzień, aż przypędził moje myśli do "Mistrza i Małgorzaty" Bułhakowa. Tam był kot, ale czy Uczony? Rzuciłam się w odmęty nieocenionego internetu i znalazłam! Rzeczywiście Kot Uczony, to literatura rosyjska,  Puszkin i poemat "Rusłan i Ludmiła". "Mistrz i Małgorzata" to kot Behemot - na śmierć zapomniałam, co oznacza konieczność wypożyczenia dzieła Bułhakowa z biblioteki i powtórnego przeczytania.
 Ale przeglądając różne kocio uczone strony znalazłam cytat z 'Mistrza i Małgorzaty" :
 " Nie wiadomo dlaczego wszyscy mówią do kotów "ty" choć jako żywo żaden kot nigdy z nikim nie pił bruderszaftu". 
Znalazłam też  artykuł poświęcony kotom na http://przeglad.australink.pl/jurata/artykuly/borys.php a w nim ciekawie o kotach w malarstwie, literaturze, życiu i oczywiście poezji.
A na zdjęciu kot może nie uczony, ale nietuzinkowy, kiedyś o nim pisałam, na stopniach tuniskiego meczetu, wśród wibrującego tłumu, pełen dystansu. Często o nim myślę i zastanawiam się czy żyje, a jeżeli to w jakim wcieleniu? Kota Rudego, Tygrysa czy pantery śnieżnej czającej się do skoku? To był naprawdę wyjątkowy kot.


piątek, 26 kwietnia 2013

Wiosna w ogrodzie

Wiosna przyszła i rozpanoszyła się wokół nas, świetlista, kolorowa, odświeżająca. Jak dla mnie trochę za gorąca, ale cóż nie narzekam, czekaliśmy długo. Dzisiaj zdjęcia z  sesji rabatkowej, kwiaty i krzewy w pełnej krasie, w moim ogrodzie.







Słońce tak mocno operowało, że nawet nie widziałam dokładnie co fotografuję, to jest kwiatki widziałam, ale jak wyszły zobaczyłam dopiero na ekranie komputera. Aż chce się żyć.

Miłego wypoczynku :)

czwartek, 25 kwietnia 2013

Środa z książką -" Antykwariusz" Aleksander Buszkow



"Antykwariusz" - na okładce widzimy ściany komnaty pokryte rzędami książek, tajemne okno, rzeźbione biurko i imponujący okaz broni białej - wieje tajemnicą i dobrą przygodą.
 Gdy otwieramy pierwsze strony książki wita nas cytat z "Antykwariusza" Waltera Scotta:
"- Dawid Wilson - zaczął swoją opowieść - był prawdziwym królem tropicieli, myszkujących po wszelkich kątach, piwnicach i sklepikach w poszukiwaniu rzadkich książek. Miał węch wyżła i żelazny uścisk buldoga." 
Jeszcze nie zaczęłam  czytać, a już poczułam się oczarowana i zaintrygowana. A potem? Potem zauroczyłam się na amen opowieścią o pracy, życiu i przygodach szantarskiego antykwariusza Wasilija Jakowlewicza Smolina. 
Zawód antykwariusza w Rosji to zawód wysokiego ryzyka. Trzeba uważać na wszystko i mieć oczy szeroko otwarte, wszak milicja nie śpi, lubi się zabawić kosztem nieboraka i wystawia go co i rusz na pokuszenie. A to w progach antykwariatu zawita staruszka z orderem wysokiej klasy i w kruszcu szlachetnym odlanym. I jak takiej odmówić A trzeba, bo akurat ten order to towar trefny, podpucha milicyjna, a babcia to prowokatorka. Prawo zabrania handlu akurat takimi dziełami sztuki orderowej. Albo trafi się jakiś mały naganik, pistolecik,  mikra armatka. Też trzeba się pilnować i w try miga iglicę odpiłować ponieważ broń  z iglicą to broń prawdziwa, żywa i zabójcza, a bez iglicy - okaz sztuki. Trzeba też mieć rozeznanie na rynku i mimo drobnej rywalizacji dobrze żyć z konkurencją. Nigdy nie wiadomo co i kto i komu...  
A i jeszcze trzeba mieć oko na okolicznych kolekcjonerów, wdowy po uznanych malarzach radzieckich i nuworyszów panoszących się w wyczesanych brykach. 
Trzeba mieć umiar, nie obnosić się z bogactwem pomimo kolosalnych obrotów, bo i cóż, antykwariusz pieniądz ma zawsze w obrocie, tu kupi, tam sprzeda, tu zamieni. A wszystko tak by nie wpadać w oczy przypadkowym ludziom. Nawet miejsce na antykwariat zostało wybrane z godną podziwu inteligencją. Trochę na uboczu, ale nie za bardzo, nie rzucające się w oczy, ale dostrzegalne, z parkingiem - bogaci ludzie nie lubią chodzić. Obsługa także odpowiednia, Mariszka kusi i czaruje długimi nogami, personel bystry, ale na miarę przewidzianych dla niego zadań. Wszystko akurat. Antyki też akurat, samowary, posrebrzane łyżeczki do herbaty, cukiernic parę, figurki drobne. Żadnej broni, nic ekstra. Ekstra jest na zapleczu.
Smolin właśnie wrócił od wdowy po malarzu Biedryginie, kolekcja warta trzysta tysięcy zielonych, nie do uszczknięcia. W parę godzin później dla Smolina rozpoczyna się przygoda życia, niejaki Kościej - król antyków na Szantarsk i okoliczne prowincje wzywa go do siebie, do szpitala i przekazuje tajemnicę tak zwanej pancerki. Jeszcze nie wiemy czy pancerka to tylko samochód wypełniony złotem, czy może pociąg pancerny wypchany do granic możliwości i zatopiony w odmętach zimnej Szantary. Nie wiemy i się nie dowiemy dopóki nie zostanie udostępniony nam następny tom "Antykwariusza". 
Tyle z treści na początek dla zachęty. "Antykwariusz" został napisany specyficznym, barwnym, pełnym porównań,  wyszukanych zwrotów i antykwarskiego żargonu językiem. Nie jest to działanie przypadkowe, dotyczące sposobu wysławiania się jednej konkretnej osoby. O nie, wszyscy obracają się w tym świecie antykwarsko zaklętym i rozumieją się, i my wciągnięci w grę słów, rozumiemy co Autor miał na myśli. Wielkie brawa należą się tłumaczowi  książki Janowi Cichockiemu. Mam nadzieję, że tomy następujące po  "Polowaniu na złoty pociąg",  to jest: "Ostatnią Wielkanoc imperatora" i "Skarb antykwariusza" także tłumaczył pan Cichocki. To maestria by w sposób tak pełny i przekonujący oddać ten specyficzny język stanowiący o klimacie powieści.   
Przyznam się szczerze, że "Antykwariusza" czytam drugi raz, pierwszy raz to było czytanie na wdechu, pełne napięcia i oczekiwania, czas zatrzymał się w miejscu, a ja nieczuła na bodźce zewnętrzne tkwiłam wewnątrz tej  intrygującej historii. Czytając po raz drugi dostrzegam dużo więcej,wyłapuję smaki i smaczki tekstu, odniesienia do literatury - bawię się. Jedyne czego mi żal, to że nie zostały przetłumaczone od razu wszystkie części. Po przeczytaniu pierwszej chciałam więcej i więcej. Mam nadzieję, że na następne tomy nie będę musiała długo czekać.
Książkę z pełnym przekonaniem polecam, to lektura jedyna w swoim rodzaju, innymi słowy - unikat.

wtorek, 23 kwietnia 2013

KONKURS!!! Do wygrania "Wszystkie grzechy nieboszczyka" w unikalnej, wełnianej kopercie :)

Obiecałam więcej recenzji  książek i słowa dotrzymam, ale na razie zapraszam do wzięcia udziału w moim konkursie. Niedawno zostałam ambasadorką kampanii społecznej Książka jest Kobietą, piękne logo poniżej:

Czuję się zaszczycona, ale także jeszcze intensywniej zobowiązana do promowania czytelnictwa. W związku z tym konkurs, myślę, że bardzo prosty, a nagrodą w nim są 'Wszystkie grzechy nieboszczyka", zapakowane w unikalną, zrobioną  przeze mnie  kopertę z wełny. Pomyślałam, że taka koperta przyda się każdej modnej, lubiącej czytać kobiecie. Możemy wziąć ją do ręki i iść poczytać na ławce, możemy wrzucić do torby nie martwiąc się, że zniszczymy książkę. Ponieważ Kampanię wymyślił i promuje  portal poświęcony modzie, wełniana koperta jak najbardziej komponuje się z tematyką.




A co będzie tematem konkursu?
W mojej notce z lekka biograficznej pojawia się informacja, że jestem wielbicielką kryminałów Joanny Chmielewskiej i powieści, w tym także kryminałów Edmunda Niziurskiego.To prawda. A pytanie brzmi następująco:
 którego z bohaterów powieści Edmunda Niziurskiego i  Joanny Chmielewskiej   lubisz najbardziej? Mile widziani bohaterowie drugiego planu oraz dłuższe wypowiedzi. By wziąć udział w konkursie wystarczy podać  jedno nazwisko, ale jak najbardziej można i trzeba pisać tak o bohaterach książek Chmielewskiej jak i Niziurskiego. Wygrywa najciekawsza wypowiedź
Konkurs trwa do 12 maja 2013 roku, proszę wpisywać odpowiedzi w komentarzach poniżej.
 Oczywiście zwycięzca otrzyma książkę  ze specjalną dedykacją, przesyłka na mój koszt:)


czwartek, 18 kwietnia 2013

Nic nie robię

Siedzę i nic nie robię. Czy myślenie zaliczamy do nic nie robienia, czy to jednak praca, niekoniecznie twórcza? Czasami mam ochotę spokojnie pomyśleć, ot taki kaprys, szukam miejsca, odrobiny ciszy, zwłaszcza wtedy, gdy głowa boli niemiłosiernie i mózg pcha się pełną siłą na powierzchnię także obolałej czaszki. Wtedy cała wołam o ciszę, a tu ciszy brak. Ulica przy której stoi dom teoretycznie spokojna. Chłopcy grzeczni nawet, gromada podrostków kopią piłkę. Kopią z dużą  siłą by rozładować drzemiącą w nich energię, bach, bach, bach! w płot, w asfalt, w murek, za płot, do ogrodu. Sąsiad wrzuca kawałki drewna na taczki, wozi, zrzuca, następne bach. Głowa mi prawie eksploduje, z myślenia nici.
 Pogrążona w szesnastowiecznych knowania, podchodach i romansach usiłuję wyobrazić sobie śmierć królowej. Sama mam obłęd w oczach, czy ona też miała taki obłęd w oczach? Nikt chyba wtedy nie grał w kopanego? Chyba? 
Drugi sąsiad uruchamia piłę, czas przycinania drzew.
 Psy, kocham psy, ale dlaczego cały czas ujadają? Mają powód, ciągle ktoś im przed nosem lata i zawraca głowę i odciąga uwagę od naprawdę ważnych spraw, to szczekają.
 Zmrok zapada, wychodzę do ogrodu po Mikunię, słyszę jak w oddali trwa kocia bitwa, Mikunia biegnie szybko do domu, mądra kicia, wie gdzie bezpiecznie. 
Nie napisałam recenzji wczoraj, nie napiszę dzisiaj, nie umiem przelać tych wszystkich zdań, które kłębią się w mojej głowie, a nie chcę bylejakością zrobić krzywdy naprawdę dobrej książce. To "Antykwariusz" Buszkowa, znakomity kryminał rosyjski, zastanawiam się czy pisarz, o którym niewiele wiadomo,jest lub był antykwariuszem. Takiej powieści nie jest w stanie napisać osoba z zewnątrz. Ciekawe czy Buszkow to Smolin? Jestem oczarowana:)
A głowa mimo oczarowania nadal boli:(

środa, 10 kwietnia 2013

Recenzja "Wszystkich grzechów nieboszczyka" w "Uważam Rze"


 Recenzja "Wszystkich grzechów nieboszczyka" ukazała się w najnowszym numerze tygodnika "Uważam Rze". Piórem i pazurem pana Wiesława Kota. Zalecam przeczytanie, momentalnie humor się poprawia, to zasługa tegoż pióra:) nie mówiąc o Nieboszczyku :)

Środa z książką "Zapomnij patrząc na słońce"


Mam to szczęście i przywilej, że piszę o książkach, które naprawdę mi się podobają, zapadają w pamięć i w serce. Niespodziewanie mikron mojego serca zaanektowało "Zapomnij patrząc na słońce" Katarzyny Mlek. Gdy dostałam książkę, przeglądnęłam ją i wiedziona ciekawością przeczytałam kilka pierwszych stron. Wciągnęło mnie, chociaż uczciwie muszę się przyznać, że fanaberie kruka nie przypadły mi do gustu, ale jednocześnie wzbudziły ciekawość - musiałam się dowiedzieć  co kryje się za snami Hanki. Niestety tak się złożyło, że odłożyłam książkę  na kilka dni, dwa pogrzeby, jeden po drugim, nie nastroiły mnie optymistycznie i być może książka jeszcze długo czekałaby na przeczytanie gdyby nie moja, podsycona wcześniej, ciekawość.
Parę słów o treści: 
Rodzina, jakich wiele, bo to że matka pije, cóż zdarza się, że ojciec dobry chociaż słaby i nieporadny, też się zdarza. Mała Hanka, dojrzewająca w szybkim tempie - wiele takich dziewczynek żyje wśród nas. Że rodzina patologiczna... cóż każdy ma własny pogląd na patologię. 
Sabina, matka Hanki to kobieta żyjąca z poczuciem klęski, gorzej, wegetująca. Jej myślenie o życiu po ślubie i urodzeniu dziecka rozminęło się z rzeczywistością i uczyniło z niej osobę głęboko nieszczęśliwą i odgrywającą się dzień w dzień na osobach "winnych" jej nieszczęścia, czyli Hance i Januszu. Gdy Sabina zachodzi w ciążę i rodzi synka, Bartusia, karuzela życiowych nieszczęść nabiera obrotów i nic ani nikt nie jest w stanie jej zatrzymać, aż do końca. Końca, który wbrew pozorom dla wielu osób może być szczęśliwy. 
Nasza mentalność skłania się do    patrzenia na życie innych ludzi poprzez pryzmat własnych doświadczeń. To tak jak przy kupowaniu prezentów, najczęściej kupujemy to co się nam podoba, a nie to co chciałby dostać obdarowany. Rzadko wczuwamy się w drugą osobę, uważając, że racja leży po naszej stronie. To taka dygresja. 
Dorastającą Hankę nadal odwiedza kruk - zwiastun nieszczęścia, mistrz kalamburów i dwuznaczności, i buduje wytrwale narastające w dziewczynie poczucie winy. Bo gdyby właściwie odczytała wskazówki, zinterpretowała znaki,może wtedy nie doszłoby do tych wszystkich nieszczęść? Tak myśli Hanka, a kruk prowokuje. Zastanawiałam się, czy dlatego tak książka przemówiła do mnie, że jest w niej opisane zawalenie się hali, w której odbywała się wystawa gołębi, a ja do tej pory pamiętam tamten dzień, i dzień później gdy rozmawiałam z sąsiadem. Miał jechać, stary gołębiarz, ale się rozchorował, pod blachami zginął jego bliski przyjaciel, a gołębie rozfrunęły się na wszystkie strony świata. Może dlatego...
A może dlatego, że Sabina, matka Hani została pokazana tak niejednoznacznie, z takim wyczuciem, pochyleniem się nad problemem matek dzieciobójczyń.
I piękna okładka, symboliczna.
Tę książkę po prostu trzeba przeczytać, naprawdę warto.



niedziela, 7 kwietnia 2013

Książka jest Kobietą - zostałam Ambasadorką Kampanii:)

Portal poświęcony modzie http://www.modaija.pl prowadzi godną pochwały Ogólnopolską Kampanię Społeczną zatytułowaną: Książka  jest Kobietą.
 Kobiety piszą, kobiety czytają i to najczęściej kobiety uprawiają "szeptaną" propagandę przekazując sobie informacje o pojawiających się na rynku nowościach, które po prostu trzeba przeczytać! Oczywiście panowie też czytają, z doświadczenia wiem, że często czytają to samo co żony, tylko nie zawsze się do swych lektur przyznają ;) 

Chciałabym bardzo abyśmy wszyscy bez względu na wiek i płeć czytali jak najwięcej książek, nie tylko w domu, ale także wszędzie tam gdzie czytać możemy: w poczekalni u lekarza ( zawsze czytam, czas szybciej zlatuje i nie zwracam wtedy uwagi na zasmarkane otoczenie), w autobusie, busie i tramwaju. Na przystanku, gdy czekamy aż coś przyjedzie i oczywiście obowiązkowo w pociągu:)

Książki czytam od zawsze, piszę od jakiegoś czasu, dlatego z dumą i ogromną przyjemnością przyjęłam wyróżnienie jakie mnie spotkało - zostałam Ambasadorką Kampanii Książka jest Kobietą http://www.ksiazka.modaija.pl
Oto logo Kampanii:
Bycie Ambasadorką takiej kampanii zobowiązuje, dlatego od przyszłego tygodnia dużo więcej recenzji książek u mnie! 
Wszyscy czytamy:)))))))))))))

niedziela, 31 marca 2013

24 godziny

Dwadzieścia cztery godziny dzielą dwa zdjęcia, jakże różne. Jeszcze wczoraj podążałam do kościoła, by tradycyjnie, jak co roku poświęcić pokarmy. Dzień był ładny, przyświecało słońce, spotkałam znajomych. Wiało optymizmem. Podbudowana energetycznie, nie dość, że zrobiłam więcej niż planowałam, to jeszcze zaczęłam czytać książkę, którą skończyłam dzisiaj. Tak mnie do siebie przyssała, i jedyne czego mi żal, to tego, że już ją skończyłam, to "Antykwariusz" Aleksandra Buszkowa. Rewelacyjny, po prostu. Dzisiaj, cóż...   jest dzień nadziei, która zawsze umiera ostatnia, czasami jednak umiera. Rano otworzyłam zapuchnięte powieki i doszło do mnie, że: muszę przesunąć czas o godzinę do przodu - ałć, boli! spałam dłużej niż planowałam, wstałam i rozsunęłam zasłony - biel  śniegu biła po oczach, jeszcze sadzą, pyłem i prozaicznym brudem nieskażona.  W ciągu dnia przez moment błysnęło słonce, którego nie ma na zdjęciu. Odśnieżyłam, ciężki, mokry śnieg, sama zmieniona w ruchliwego bałwana. 
Teraz już nie sypie, jutro zobaczymy co dalej, nie dość, że pierwszy kwietnia, to jeszcze lany poniedziałek.
koszyczek ubierałam osobiście :)
Czeka nas bitwa na kulki :)

A to zasypany ogród, przy domu widać było tylko  ślady kocich  i  ptasich łapek.

A i gil dzisiaj  przyleciał, był śliczny! Zorientował się, że przy domu może zjeść i bardzo odważnie ustawił się w kolejce  wśród  srok, wróbli i szpaków


piątek, 29 marca 2013

Życzenia wielkanocne



Radosnych i wiosennych Świąt Wielkanocnych oraz wszelkiej pomyślności w życiu  osobistym i zawodowym  -  życzę wszystkim  wielu  spełnionych marzeń :)

wtorek, 26 marca 2013

Gazeta Krakowska w specjalnym dodatku Polska Cafe poleca mojego Nieboszczyka :))

"Wszystkie grzechy nieboszczyka" poleca Gazeta Krakowska w specjalnym dodatku Polska Cafe heatsetowym. Sprawdziłam znaczenie  słowa heat set, jest to druk offset na "gorąco", na papierze dobrej jakości. Oczywiście ściągnęłam sobie za całe 2.46 wczorajsze wydanie Gazety Krakowskiej i wiem co napisali :) a nawet poniżej zamieszczam, jakość taka sobie,zdjęcie zrobiłam telefonem komórkowym, ponieważ Gazety dzisiaj już w kiosku nie uświadczy. Nie powiem, jest mi miło jak widzę własną książkę polecaną w rubryce kryminały. A nawet bardziej niż miło, cieszę się po prostu. Może przy którejś z kolei książce ta radość, że ktokolwiek czyta to co napisałam będzie mniejsza, ale na razie taka świadomość mobilizuje do dalszej pracy. 




Poniżej "Wszystkie grzechy nieboszczyka" w dobrym towarzystwie :)
Nic tylko czytać


czwartek, 21 marca 2013

Zimny trup

Recenzja "Wszystkich grzechów nieboszczyka" ukazała się nie tylko na internecie, ale także w prasie codziennej.
Jestem autentycznie wzruszona, a  przy okazji zapraszam na stronę klubu MOrd www.klubmord.com
Na tej stronie wiele ciekawych informacji o kryminałach, recenzji i oczywiście księgarnia klubowa.
Zapraszam :)

środa, 20 marca 2013

Środa z książką - czytadła

Ostatnio coraz częściej przewija się w różnego rodzaju artykułach termin "czytadło". Oczywiście artykuły, czy też internetowe dyskusje dotyczą książek. Zauważyłam, że termin ten ma w dyskusjach dwa odmienne znaczenia: negatywne, lekceważące, wręcz pozbawiające książkę jakichkolwiek wartości i, co mile zaskakuje, pozytywne, ciepłe. 
Zastanowiło mnie to i sięgnęłam po pierwsze do  Wikipedii gdzie znalazłam następujące określenie: 
"czytadło - książka, którą się łatwo i przyjemnie czyta, ale o niewielkiej wartości literackiej". Coś w tym jest. Ja książki dzielę na dobre i złe. Nie ma znaczenia przez kogo i kiedy napisane. Mogę się zaczytać w "Emancypantkach", a odsunąć z grymasem znudzenia promowaną wszędzie nową książkę znakomitości. Piszę ogólnie, ostatnio niczego z nijakim grymasem nie odsuwałam; wręcz przeciwnie, tyle świetnych książek czeka w kolejce do czytania, a ja nie nadążam z czasem. 
Jest takie określenie "chała", ono dobrze pasuje do książek, które w żaden sposób nie zaspokajają potrzeb czytelniczych, to znaczy: nie czyta się ich szybko i przyjemnie, nie przenoszą nas w inną rzeczywistość, nie odrywają od garów i zrzędzących bliskich, nie uczą nas niczego nowego, a nawet starego. Nie da się ich czytać. Miałam chyba spore szczęście, bo już od dawna nie miałam w dłoniach takiej książki. Złej książki. 
A z drugiej strony będę na moment adwokatem diabła... zdarzyło mi się, że zaczęłam czytać książkę i nie mogłam, coś mi nie grało, wszystko drażniło. Odłożyłam ją na bok, szkoda było czasu na czytanie. Po bodaj dwóch latach przez przypadek wróciłam do niej i byłam zachwycona. To była bardzo dobra książka, tylko należało ją czytać w określonych okolicznościach. Wszystko jest względne. 
Pozdrawiam czytających, czasami warto wrócić do porzuconych książek i dać im drugą szansę. Sobie też :)

wtorek, 19 marca 2013

Konkurs - można wygrać "Wszystkie grzechy nieboszczyka" !!!

Poniżej podaję link do strony konkursowej. Konkurs ogłosił serwis informacyjny Warszawa Nasze Miasto, pytanie ciekawe, odpowiedzi sporo, ale można brać udział do 5 ego kwietnia. Zachęcam do uczestnictwa w konkursie, w puli jest 10 książek :)

A przy okazji  możecie przeczytać recenzję książki zamieszczoną w tymże serwisie: http://www.polskatimes.pl/artykul/785627,tajemnice-biurka-bozeny-kryspin,id,t.html?cookie=1 
Jedno zdanie szczególnie przypadło mi do gustu: " Wokół rozbuchane lato, a tu zimny trup". Nic dodać, nic ująć ;)

I jeszcze  jedna informacja: na fejsbuku, na stronie Książka zamiast kwiatka, także można wygrać "Wszystkie grzechy nieboszczyka". Książka do wygrania w konkursie wiosenno wielkanocnym. Wystarczy w polu komentarze wpisać życzenia wiosenno wielkanocne. Nic więcej. Zabawa trwa do jutra, zwycięzca otrzyma książkę z moim autografem oraz miłym wpisem :)

miłego dnia od rana, ten już się kończy :)))



środa, 13 marca 2013

Środa z książką "Kod Leonarda da Vinci"

Poszedł biały dym, znaczy mamy papieża. Jeszcze tylko ileś tam minut dzieli nas od poznania jego danych.
 A dzisiaj dla przypomnienia książka dużo lepsza od filmu - ja na filmie przysypiałam, a książkę czytałam dwa razy.

poniedziałek, 11 marca 2013

Siekiera

Siekiera jaka jest, każdy widzi. Trzonek spory, ostrze wyszlifowane pod kątem, gotowe do przecinania. Taka mniejsza, poręczniejsza wersja topora katowskiego. Taką to siekierką posługuję się codziennie rąbiąc drewno. Można się przyzwyczaić a nawet polubić. Ostatnio jak tak sobie rąbię to  myślę o tych wszystkich odrąbanych głowach toczących się z pieńka katowskiego. Maria Stuart na przykład, biedna kobieta miała pecha, kat jakoś nie umiał się ustawić, a może nie wziął odpowiedniego zamachu i musiał kilka razy ciąć by w końcu głowę oddzielić od tułowia. A potem ponoć piesek maleńki spomiędzy szat królowej wybiegł. A Anna Boleyn piękna żona Henryka VIII czy Katarzyna Howard, duże ryzyko zawodowe na stanowisku królowej :)  
Czasami przypominam sobie "Morderstwo na mokradłach" i odciętą głowę schowaną wśród dyń. Odciętą, ale umytą. Książkę nadal polecam, a dla tych którzy już przeczytali informacja: czekają nas następne przeżycia w towarzystwie Alfreda Bendelina. 
Przypomina mi się także "Większy kawałek świata" i podstawowe wyposażenie Tereski i Okrętki. Siekiera musiała być!
Ale w stosunku do siekiery trzeba zachować daleko idącą ostrożność, powiedziałabym nawet: nieufność. Dwa dni temu przerąbywałam wyjątkowo twardy i zawzięcie uparty kawałek drewna. I wymierzyłam tak niekoniecznie centralne. Siekiera bokiem ostrza zahaczyła o mój lewy palec serdeczny i ( na szczęście) obsunęła się. Palec boli, ale cały. A byłoby prawie jak w tym dowcipie:
Rozmawiają ze sobą dwie sąsiadki:
- Pani kochana, ten  mój mąż to ma szczęście?
- A co się takiego stało?
- Wykupił polisę od nieszczęśliwych wypadków i zaraz na drugi dzień wpadł pod samochód.
Miłego dnia :)))

sobota, 9 marca 2013

Smaki dzieciństwa

W soboty mam stały plan dnia. Cmentarz, czyli odwiedziny u rodziny, potem drobne zakupy i wizyta w cukierni. W Oświęcimiu cukierni dostatek i to oferujących dobrej jakości wypieki. Na zasadzie: "dla każdego coś smacznego".  Dzisiaj zachciało mi się rurek ze śmietaną. Z ciekawości. Nie pamiętam kiedy ostatni raz je jadłam, ale było to na pewno wiele lat temu. Kiedyś, w dzieciństwie i w czasach, gdy byłam małoletnią panienką rurki z kremem stanowiły stały element deseru. Tak samo jak kremówki. Pierwsza klasa. Wracając do rurek. W dawnych czasach były chrupiące, słodkie, nabite bitą śmietaną. Wprost rozpływały się w ustach. Te dzisiejsze nadal był świeże, chrupiące oraz słodkie, tylko śmietana wyparowała. I zastanawiam się jak to jest możliwe ponieważ na moich oczach sprzedawczyni te rurki szprycowała śmietaną. Były pełne. A jak przyszłam do domu, a nie szłam godzinami, to już się śmietana ulotniła. Będę musiała przeprowadzić śledztwo, najlepiej z podręcznikiem do chemii w ręku. Albo do fizyki.
Wam też się tak zdarza?

piątek, 8 marca 2013

Kryminalny piątek - Pozory

Magma II
Morderstwa stołowe
KAW 1987 rok

W ramach wypoczynku oraz relaksu umysłowego sięgnęłam po znakomity zbiór opowieści z życia wziętych, czyli morderstw stołowych. Soczysty język pełen obrazowych porównań przykuwa uwagę oraz mój pogarszający się wzrok i założenie, że przeczytam tylko jedno krótkie opowiadanie, wzięło niestety w łeb. Albo stety. Książkę polecam wszystkim, którzy niekoniecznie muszą cały czas czytać śmiertelnie poważne kryminały rodem ze Skandynawii. 
Dzisiaj coś na ząb - na zachętę krótkie streszczenie opowiadania pod znamiennym tytułem :"Pozory".
 Pozory są przecież takie ważne ;)

Małżonka właściciela taksówki bagażowej, Gustawa D. wezwała  do domu lekarza. Był potrzebny by stwierdzić nieodwracalny zgon ukochanego małżonka. Lekarz nie stwierdził, bo mu się sytuacja i wizerunek zewnętrzny denata niezbyt podobały. Gustaw D. był poobijany, oblepiony zaschniętą krwią, miał rozległe zasinienia i zadrapania. Wyglądał na ofiarę napaści a nie, jak twierdziła żona, zawału. A żona uparcie opowiadała, że małżonek wszedł, owszem w stanie wskazującym na spożycie, pokłócił się z nią, trochę się poturbowali, ale mąż był żywy. A w nocy zszedł. Jednocześnie, gdzieś po drodze stracił obrączkę i zegarek. W sprawę zaangażowała się milicja, a patolog milicyjny stwierdził zgon denata o zgoła innej porze niż podawała żona. Milicjanci zaczęli prowadzić regularne śledztwo, które zaczęło im odsłaniać  inne oblicze Gustawa D. i okoliczności jego śmierci. W wieczór przed śmiercią Gustaw D. miał spotkanie w barze z mężczyzną z teczką. W teczce brzęczało, a Gustaw D. dysponował potężną kasą. Poza tym miał spotkanie z okoliczną dziewczyna lżejszych obyczajów o ksywie "Zajączek" - od zajęczej wargi. Po 21 ej całe towarzystwo wyszło z baru i ślad po nich zaginął. Gdy milicjanci wrócili do komendy to okazało się, że nie muszą szukać wspólnika  Gustawa D. do kieliszka i likieru kubańskiego. Pan sam się zgłosił i złożył zeznania. Wynikało z nich, że Gustaw D. chciał od niego kupić samochód ciężarowy na części, a on jeszcze nie chciał sprzedać. Jednocześnie wyszło na jaw, że denat miał przy sobie trzydzieści tysięcy złotych. Wiadomo było, że te pieniądze komuś się mocno przydały. Po nitce do kłębka trafiono do "Zajączka" i jej pomocników, którzy brali udział w skubaniu Gustawa D. Tyle tylko, że skubali zbyt gorliwie i Gustaw D. zmarł. "Zajączek", dodała dwa do dwóch i poszła w odwiedziny do żony, a w zasadzie wdowy. Opowiedziała jej jak to mąż niepohamowanie rzucił się na nią, a na niego z kolei rzucił się narzeczony "Zajączka". No i tak wyszło nieszczęśliwie, więc, jeżeli małżonka Gustawa D. chce zachować dobrą pamięć o mężu, to nie ma problemu, trzeba tylko męża przetransportować z powrotem do domu i nikt się nie dowie, że mąż hulaka i rozpustnik był. Przy okazji "Zajączek" zarobiła dodatkowe jedenaście tysięcy. Za dyskrecję.
To się nazywają pozory.





sobota, 2 marca 2013

Kuweta

Idą dwa koty przez pustynię. Piach za nimi, piach przed nimi. I jeden mówi do drugiego:  - wiesz co stary, nie ogarniam tej kuwety.
Nauczona wieloletnim doświadczeniem wiem, że im mam mniej obowiązków, tym dłużej je wykonuję, a nawet czasami nie nadążam. Im więcej obowiązków, tym lepsza organizacja mojej pracy. Wiem, że jeżeli nie zrobię tego co zaplanowałam sterta niezrealizowanych zadań urośnie i już nie ogarnę tej przysłowiowej kuwety. Właśnie złapałam się na tym, że jedno zdarzenie, jedno odstępstwo od planu dnia, burzy rytm. Ale to było miłe towarzysko odstępstwo, więc nie mam specjalnych wyrzutów sumienia. A powiedzenie "nie ogarniam tej kuwety" bardzo mi się podoba. Zwłaszcza, że po wyjściu Miki z kuwety piasku u mnie na podłodze jak na pustyni :)