piątek, 25 kwietnia 2014

"Dziennik badante czyli Italia pod podszewką"

Bardzo lubię Włochy, czy jak mówi mój Alfredo z "Wyszedł z domu i nie wrócił" - Italię. Dobrze się tam czuję, a jednym z moich nieziszczonych marzeń jest tydzień w Rzymie. Zwiedzanie, spacery uliczkami o jednostronnym ruchu, Koloseum gdy zapada zmierzch. To tyle jeśli chodzi o marzenia. 
Dzisiaj parę zdań o książce na wskroś włoskiej, to "Dziennik badante, czyli Italia pod podszewką". Lucia też mówi Italia, bo jakże można jechać do Włoch?
"Dziennik badante" dostałam od Lucyny Kleinert jakiś czas temu. Byłam dwusetną osobą lubiącą jej stronę na facebooku. Leżał odłożony w biblioteczce aż do tych świąt. Sięgnęłam i zaraz byłam głodna. Lucia pisze tak smakowicie o jedzeniu, podaje przepisy, które brzmią tak prosto, że nawet mnie - mało kulinarną kusiło by spróbować coś upiec.
Ale w książce jest nie tylko kulinarnie, ale także bardzo ciekawie i kulturalnie. Lucia należy do osób, które lubią wiedzieć i jeżeli tylko jest taka możliwość to zobaczyć na własne oczy. I oczywiście opisać, nie tylko Ascoli Piceno, ale także okoliczne miasta i miasteczka. Ich koloryt lokalny, zabytki, ciekawostki architektoniczne i przechodzące z pokolenia na pokolenie opowieści.
A badante, czyli opiekunki osób starszych ( to była praca Lucii) znajdą dla siebie sporo cennych i prawdziwych porad. Znam jedną badante i wszystko o czym mi opowiadała pokrywa się z  tym co pisze Lucia.
Ciekawa, warta przeczytania książka.


czwartek, 17 kwietnia 2014

Wesołych Świąt



Życzę wszystkim zdrowych, spokojnych, pełnych szczęścia Świąt Wielkanocnych i mokrego Śmigusa 




piątek, 21 marca 2014

Wiosenne marzenia :)

"Twarz mu zasnuwa uśmiech radosny,
Byle do wiosny!"

Tyle mi w pamięci zostało z wiersza poświęconego hodowli drobiu prowadzonej przez woźną Więckowską,  w "Sposobie na Alcybiadesa". 
Oraz oczywiście wiośnie.
Wiersz napisał i wyrecytował były bokser, zausznik Szekspira. 
Nie, nie tego mieszkającego w Stratford-upon-Avon, Szekspira dwudziestowiecznego, szefa kółka teatralnego, mocno nawiedzonego i podstępnego. Oraz umiejętnie rozsupłującego węzły.

Czytam książkę, i nie jest to "Sposób na Alcybiadesa", który dziwnym trafem po ostatnich porządkach zapadł się pod ziemię. Książkę polskiego autora, dowcipną, z lekka ironiczną i poprzetykaną smakowitymi cytatami  jak dobry keks. 
Recenzja niedługo.
A dzisiaj samych spełnionych wiosennych marzeń :)



czwartek, 20 marca 2014

Środa z książką - Tajemnica szkoły dla panien



Najpierw urzekła mnie okładka, panienka z włosami ułożonymi w fale jest  bardzo podobna do mojej babci Tekli ze zdjęcia maturalnego. A potem przeniosłam się na kilka godzin do Mańkowic,  kilkunastotysięcznego miasteczka usytuowanego pod Poznaniem. To tam w niedzielne popołudnie, jedna z uczennic szkoły dla panien popełniła samobójstwo wieszając się na strychu. Panienka nawet w ostatniej chwili pamiętała żeby zadzierzgnąć ostateczny węzeł w ósemkę. I to właśnie nie dawało spokoju podkomisarzowi Hieronimowi Ratajczakowi, który został przydzielony do sprawy. Sprawy, którą zamknął, nie chcąc sprawiać ani sobie, ani tym bardziej innym, niepotrzebnych kłopotów. O jedną dziewczynę bez rodziny, żyjącą z łaski na pensji panny Wachowskiej mniej. Komu to przeszkadza? I sprawy toczyłyby się swoim trybem, a podkomisarz wróciłby do rozwiązywania zagadki zaginionych worków cukru - Mańkowice szczyciły się wysoce wydajną cukrownią, gdyby nie to, że Marianna Szulc była pierwszą ofiarą, ale nie ostatnią.

Akcja książki rozgrywa się pomiędzy 26 listopada 1922 roku, a 30 stycznia 1923 roku. Autorka plastycznie maluje warunki życia w niewielkim miasteczku, zależności i podległości, które nie pozwalają swobodnie prowadzić śledztwa, bo a nuż okaże się, że zawinił któryś z zacnych obywateli, członek Towarzystwa na rzecz higieny, na przykład. I cóż z tym fantem zrobić?  A tu jeszcze do głosu dochodzą komuniści i antykomuniści, oraz bardzo przedsiębiorcze kobiety. 
Przyznam, że odebrałam tę książkę bardziej jako obyczajową z nieco wątłym wątkiem kryminalnym, który jest, ale tak naprawdę znaczenie ma co innego, a morderca, cóż...
Natomiast książkę polecam,  zwłaszcza jeżeli chcecie się cofnąć w czasie o dziewięćdziesiąt lat, przeczytać jak to było, gdy Polska scalała się po uzyskaniu niepodległości, jakie panowały mity i opinie na temat życia w różnych zaborach. Po jakie książki sięgały wykształcone kobiety i w jaki sposób zarabiali mężczyźni z ambicjami.
I jak panny zaczynały nosić coraz krótsze spódnice co było powodem odwiedzin młodzieży gimnazjalnej w bibliotece.
Warto odbyć taką podróż w czasie.

sobota, 8 marca 2014

Przykazania nie tylko dla menedżera :)

Otworzyłam dzisiaj Prawa Murphy'ego na chybił-trafił.
Padło na:
Dziesięć przykazań Sparksa  dla menedżera

1.Dołóż wszelkich starań aby mieć ważną minę.

2.Staraj się, aby widywano cię z ważnymi ludźmi.

3.Mów z autorytetem, rozwódź się jednak tylko na temat faktów oczywistych i sprawdzonych.

4.Nie wdawaj się w dyskusje, lecz jeśli już zostaniesz przyciśnięty do muru, zadaj zupełnie oderwane od tematu pytanie. Kiedy twój przeciwnik będzie się starał zrozumieć co jest grane - szybko zmień temat.

5.Słuchaj uważnie, gdy inni dyskutują nad jakimś problemem. Gdy tylko usłyszysz jakiś banał, wykorzystaj to i zgnoj ich.

6.Jeśli podwładny zada ci słuszne pytanie, spójrz na niego jakby postradał zmysły. Kiedy opuści wzrok zadaj mu to samo pytanie tylko sparafrazowane.

7.Obejmij wysokie stanowisko, ale trzymaj się z dala od widoku publicznego.

8.Poza swoim biurem chodź szybkim krokiem - ograniczy to do minimum pytania od podwładnych i zwierzchników.

9.Drzwi do biura miej zawsze zamknięte. To stawia gości w defensywie i sprawia wrażenie, że zawsze masz ważną konferencję.

10. Wszystkie polecenia wydawaj ustnie. Nie zapisuj nigdy niczego, co mogłoby być dowodem twojej niekompetencji.

Polecam nie tylko dla menedżerów, zwłaszcza to drugie w naszych czasach niezwykle aktualne. Zgodnie z ogólnym przekonaniem, że część sławy  osoby znanej medialnie spływa na osobę kompletnie nieznaną, byle ulokowaną w pobliżu. Najlepiej w okolicy tak zwanej ścianki ;)

środa, 26 lutego 2014

Zasada kociej frustracji :)

Wieczorem spisuję w punktach to co mnie czeka nazajutrz. Codziennie, od wielu lat. Przypuszczam, że bez tych moich list pogubiłabym się zupełnie, zwłaszcza, że wszystkiego trzeba pilnować. Ostatnio robiłam badania i na wynik jednego z nich trzeba było poczekać. Mieli zadzwonić, ale na razie cisza, dlatego jutro planuję wizytę w punkcie pobrań. Wynik zapewne leży i kwiczy. 

A żebym całkiem nie zgorzkniała i nie zaczęła jojczeć, że coś tam nie wychodzi dzisiaj  Zasada kociej frustracji:
Jeśli kot zaśnie na twoich kolanach i sprawia wrażenie bezgranicznie zadowolonego, nagle musisz wstać i iść do łazienki.

Schody całe szczęście nie muszą wstać i iść do łazienki :)

czwartek, 20 lutego 2014

Prawa Murphy'ego

Na pewno też macie takie dni, tygodnie a nawet miesiące gdy wszystko idzie na opak, a plany zachowują się tak jakby ich nie było. Rzeczywistość skrzeczy, a człowiek po prostu ma dość ponieważ nie rozumie dlaczego tak się dzieje. Skoro zrobił wszystko co należało, stara się jak może, a tu na dodatek kromka posmarowana masłem upada ( oczywiście posmarowaną stroną) na nowy dywan albo na wymarzoną spódnicę kupioną za duże pieniądze. Warto zdać sobie sprawę, że na niektóre rzeczy nie mamy wpływu ( mimo iż wydaje się nam, że mamy) i przypomnieć sobie prawa Murphy'ego.

Pamiętajmy, że:
Jeżeli coś może się nie udać, to się nie uda.
Uzupełnienie:
1.Nic nie jest takie proste, jak się wydaje.
2.Wszystko zabiera znacznie więcej czasu, niż by się wydawało.
3.Jeżeli istnieje prawdopodobieństwo, że coś może pójść źle, to na pewno będzie to, co spowoduje największe szkody.
4.Jeśli przewidzisz cztery możliwe sytuacje, w których coś może się nie udać i zdołasz je obejść, natychmiast wyłoni się piąta.
5.Sprawy pozostawione samym sobie mają tendencję, aby zmieniać się ze złych na jeszcze gorsze.
6.Zawsze, kiedy masz właśnie coś zrobić, okazuje się, że najpierw musisz zrobić coś innego.
7. Każde rozwiązanie rodzi nowe problemy.
8.Głupcy są tak pomysłowi, że niemożliwe jest stworzenie czegoś, z czym każdy głupi by sobie nie poradził.
9. Natura jest zawsze po stronie ukrytych wad.
10. Matka Natura jest suką.


Prawa pochodzą z tej książeczki. Od czasu do czasu otwieram ją, czytam i wiem, że zgodnie z drugim prawem Chisholma:
1.Jeśli wszystko idzie dobrze, na pewno wkrótce coś się nie uda.
2.Jeżeli wydaje się, że już nie może być gorzej - na pewno będzie.
3.Zawsze kiedy wydaje ci się, że będzie lepiej, to znaczy, że coś przeoczyłeś.

Zaczynam się bać...

niedziela, 26 stycznia 2014

Śpiesz się powoli :)

Doba ma tylko 24 godziny. Niby to dużo, ale nie zawsze. Od kiedy pamiętam żyję z kalendarzem w ręku i najczęściej tydzień naprzód mam czas zaplanowany. Oczywiście nie godzina po godzinie, chociaż takie dni się też zdarzają, ale mniej więcej wiem co mnie danego dnia czeka. Zdarzają się niespodzianki i wtedy plany biorą w łeb. Zdarzają się też takie dni, tygodnie, a nawet jak ostatnio miesiące, że nie mogę nadążyć. Termin goni termin, książki do przeczytania na już ułożone w stosy, czekają. Teksty do napisania, ułożone w głowie, wybiórczo ponotowane czekają na wolne godziny. A ja przecież cały czas pracuję. I tak naprawdę lubię ten bieg, ten wir, ten stan ciągłej gotowości, lubię być potrzebna i zapracowana :)
Dopiero dzisiaj powoli organizuję sobie pisarskie życie. W zeszłą niedzielę dostałam pytania do wywiadu. Poniedziałek i wtorek nie miałam ani chwili wolnej, siadłam w środę wieczorem. Napisałam, zadowolona, zostało mi jedno pytanie, telefon, następny telefon, zobaczyłam wygaszony ekran, zamknęłam komputer. Usnęłam spokojnie. W piątek ocknęłam się, że muszę dokończyć i wysłać, otwieram i nie ma ani jednego zdania. Wysłałam dzisiaj co pięć minut zapisując tekst.
Mam nauczkę. Moja Babcia zawsze mówiła " Śpiesz się powoli". Warto pamiętać.

Kryminalna 13 - antologia kryminalna

Tydzień temu miała miejsce premiera antologii kryminalnej  " Kryminalna 13". Trzynastu autorów przekazało po jednym opowiadaniu by w ten sposób wziąć udział w dość eksperymentalnym wydarzeniu. Mianowicie dochód ze sprzedaży e-booka zostanie przeznaczony na promocję laureata konkursu na powieść kryminalną. Konkurs został ogłoszony przez wydawnictwo RW2010 i ostateczny termin przysyłania powieści to 30 czerwca 2014 roku. Szczegóły na stronie wydawnictwa.  Jurorami w konkursie będą autorzy tych trzynastu opowiadań. A żeby było ciekawiej antologia kosztuje 13 złotych. Po złotówce za opowiadanie :)
 Kto wie, może laureat konkursu stanie się sławnym pisarzem? Zobaczymy.
Wśród trzynastu opowiadań jedno moje, to "Alibi", z komisarzem Jodłą prowadzącym śledztwo w sylwestrową, jasną noc. Polecam.


niedziela, 12 stycznia 2014

piątek, 10 stycznia 2014

Wyszedł z domu i nie wrócił - fragment książki.

Dzisiaj fragment "Wyszedł z domu i nie wrócił". Fragment, który bardzo lubię. Zapraszam do czytania.


(...)Sebastian Kloc nie mógł usnąć. Przewracał się z boku na bok niespokojnie, w końcu wstał i otworzył następną butelkę czerwonego wina. To nie był dobry pomysł, wino nie ukoiło go do snu, tylko przywołało fale wspomnień i wzmogło uśpione przez tyle lat wyrzuty sumienia. Myślał, zdecydowanie za dużo myślał. By choć na chwilę zapomnieć o dręczących go koszmarach włączył komputer i delikatnie pogłaskał klawiaturę. Widok niebieskiego ekranu jak zawsze podziałał na niego kojąco. Kliknął ikonkę z napisem "oddzieleni", pociągnął następny łyk wina i zapomniał o otaczającej go rzeczywistości.
W noc z piątku na sobotę pisał jak szalony. Czuł, że albo teraz, albo nigdy więcej nie zdobędzie się na tak  szczere, osobiste strofy.Pisanie sprawiało, że czuł się czystszy i spokojniejszy, tak jakby sam ze sobą rozliczał się ostatecznie z życia i jego meandrów. Ostatni wers napisał nad ranem, wyczerpany, ale radosny i wolny. Zapisał plik, wydrukował - tak na wszelki wypadek, gdyby coś złego stało się z komputerem - i postanowił wyjść na spacer. Nie jadł śniadania, wypił tylko filiżankę czarnej kawy i odświeżony, ale nie ogolony - postanowił sprawdzić jak będzie wyglądał z parodniowym zarostem - wyszedł z mieszkania. Świtało.Zawsze lubił patrzeć, jak budzi się dzień. Powietrze wtedy ma inny zapach, a wyłaniające się słońce napawa optymizmem i nadzieją. Ludzie, pozamykani w domach, jeszcze śpią. Psy, zmęczone dyżurowaniem, zaszywają się w budach i obojętne na uroki wstającego dnia odsypiają wielogodzinne czuwanie. Najlepszy czas na włamania.
Szedł na Sołę. Rzeka płynęła spokojnie, a puste Planty przywoływały wspomnienia z dzieciństwa. To właśnie na Planty chodził z rodzicami na spacer. Tak mu świtało w głowie, że kiedyś w okolicach kładki prowadzącej na Zasole, której wtedy nie było, był zlokalizowany plac zabaw dla dzieci. Ogródek Jordanowski. Zapamiętał te rodzinne spacery, jedyne dłuższe momenty spędzane z obojgiem rodziców. Ojciec, inżynier, trawił czas na krajowych i zagranicznych budowach. Od Bełchatowa po Irak. Jeżeli pracował w kraju, to starał się, by przynajmniej niedzielę spędzić w domu. Potem, gdy pojawiły się wolne soboty, było łatwiej, miał więcej czasu dla rodziny. Mama, nauczycielka, zakochana w swojej pracy, nie poświęcała mu zbyt wiele uwagi.Praktycznie rósł sam. Może dlatego tak zapamiętał te wspólne spacery Plantami? Ale tamte Planty były inne, teraz też są inne. Ciekawe jak będą wyglądały za parę lat. Na razie trochę dziko, ale dzięki temu ptaki mają szansę na budowę gniazd, kaczki pływają po rzece. Przylatują łabędzie. Fajnie mieszkać w mieście, które leży nad rzeką. Można łowić ryby, opalać się na kamienistej plaży.Moczyć nogi do kolan, zwłaszcza jak się nie potrafi pływać.
Zamyślony minął pusty o tej porze parking i nie oglądając się za siebie, szedł wzdłuż muru Zakładu Salezjańskiego. Przed oczami majaczyła mu kładka. Wiedział, że jeżeli pójdzie prosto, to dojdzie aż na Kamieniec, do terenów lęgowych ptaków. Nie obawiał się nikogo i niczego, a rześkie powietrze sprawiało, że z każdą chwila czuł się lepiej. Co się stało, to się nie odstanie - tak mawiała jego ukochana babcia Ziuta. Nie płacz nad rozlanym mlekiem - tak mówił dziadek Jan. W sumie, jak się tak zastanowił, najbliżsi mu ludzie.
Tak się zamyślił, że prawie potknął się o schody prowadzące na kładkę. Zamrugał oczami, popatrzył uważniej. Wiedział, że sporo wypił, ale miał wrażenie, że już zdążył wytrzeźwieć. Teraz nie był tego pewien. Pochylił się i wyciągnął przed siebie rękę. Dotknął istoty siedzącej na schodach prowadzących na kładkę. Była prawdziwa.(...)

Planty

Planty i rzeka Soła


wtorek, 24 grudnia 2013

Życzenia świąteczne

Życzę wszystkim zdrowych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia w gronie rodziny i przyjaciół, radości i humoru przy świątecznym stole oraz samych słonecznych dni 



środa, 18 grudnia 2013

Środa z książką - "Palcie ryż każdego dnia" Marek Hłasko

Mój scaner dzisiaj odmówił posłuszeństwa, a nie mam cierpliwości badać co mu dolega, dlatego dzisiaj cytat z książki,  bez okładki - ta na Lubimy Czytać rozprasza mnie - okładka mojego egzemplarza jest czarno-biała, ascetyczna, nieco toporna, samolot ma żółte skrzydła. Taka jak powinna być. 
"I wtedy Anderson wstał ciężko i podszedł do telewizora włączywszy go; i czekali oboje patrząc na biegnące po ekranie spirale, a potem z ognistych kół i kresek, z morza dźwięków wyłoniła się twarz Boga, wyłaniająca się nad chaosem, który potem zamieniony został w ziemię i na której zapanował chaos przewyższający milionkrotnie, czy też może liczbą, którą znałby tylko Bóg, którego twarz zniknęła już z powrotem w ognistych kręgach, aby niby nie powrócić - twarz pyzatego speakera, który mówił sztywnym, pełnym patosu głosem, podczas gdy żołnierze oblewali benzyną ryż, a kobiety stojące wokół nich płakały i wskazywały na swoje dzieci krzycząc coś w tym swoim ptasim języku, a potem ryż zapłonął, strzelił wysokim i prostym ku niebu, oblewając białym światłem pełne wstydu twarze amerykańskich żołnierzy, stojących z opuszczonymi oczyma i z opuszczonymi karabinami; w milczeniu rozrywanym tylko sykiem płomienia i ostrym, ptasim krzykiem kobiet, a pyzaty speaker mówił: " Dla tych ludzi ryż oznacza pożywienie, a pożywienie dla Wietkongu może oznaczać zwycięstwo".
(str.62,63)
Powieść powstała w latach 1967-1968 w Stanach Zjednoczonych. (...) Liczący 190 stron maszynopis,sporządzony na lichym papierze, zawiera liczne błędy maszynowe. Pewne partie tekstu są prawie nieczytelne wskutek złej jakości taśmy.(...) Redakcja wydawnicza ograniczyła się do poprawienia ortografii i interpunkcji, oraz do ujednolicenia zapisu, tam gdzie zróżnicowanie nie jest znaczące lub gdzie upoważniają do tego sugestie Autora" (...)
Tyle z noty wydawniczej.
Powoli wracam do Hłaski, w jego książkach zaczytywałam się lata temu. Powrót jest pewnym może nie szokiem, ale wytrąceniem z równowagi. Potrzebnym. 

Środa z książką - Klub Ognia Piekielnego


Intrygujący tytuł, nastrojowa okładka, dobre pierwsze wrażenie. To dużo na początek.
Wiktoriański Londyn to specyficzne miejsce akcji, dzielnica Whitechapel tym bardziej. Czas akcji, dwa lata od zakończenia działalności Kuby Rozpruwacza. Ofiara, prostytutka. Kim jest sprawca?
Nadinspektor Thomas Pitt ma twardy orzech do zgryzienia, wszystkie tropy prowadzą do Finlaya Fitz Jamesa, syna bogatego przedsiębiorcy. To jego nazwiskiem jest podpisana odznaka Klubu Ognia Piekielnego. To do niego pasuje opis sprawcy mordującego w wyrafinowany sposób. Nadinspektor z pewną ulgą przyjmuje przyznanie się do winy całkiem innej osoby. 
Dużym zaskoczeniem  dla nadinspektora jest wiadomość o nowym morderstwie. Szczegóły zbrodni pokrywają się. Tylko morderca i osoby prowadzące sprawę były w nie wtajemniczone. Kim jest morderca? Kto należał do Klubu Ognia Piekielnego? Czy Charlotte i Emily zdołają pomóc Thomasowi?
Pieczołowicie nakreślona atmosfera dziewiętnastowiecznego Londynu z jego dzielnicami nędzy i bogactwa, zadufanie w sobie arystokracji  i pogodzenie z losem biedoty. A między tym morderca, który jak zawsze miał swój bardzo osobisty powód by zabijać. Tylko czy było warto?
A książkę warto przeczytać, choćby po to by na chwilę oderwać się od współczesnego świata i jego, jakże czasami miałkich problemów.

sobota, 7 grudnia 2013

Co to za ludzie?

Zazwyczaj nie klnę, ale szlag mnie trafia najjaśniejszy, gdy jakiś zwyrodnialec znowu skatuje zwierzę, przywiąże je w kagańcu do drzewa, wyrzuci z samochodu, powiesi na płocie, bramie... Opowieści o tym co potrafią zrobić tak zwani "ludzie" można mnożyć bez końca. Nie rozumiem co każe im zabijać i jeszcze do tego ze szczególnym okrucieństwem. Czyżby wyżywali się w ten sposób za własne porażki, niepowodzenia, bijąc psa wyobrażali sobie, że biją powiedzmy znienawidzonego kierownika. Nie jest to żadnym usprawiedliwieniem, wręcz przeciwnie. Takie zachowania wskazują na pokłady tłumionej agresji, która w każdej chwili może eksplodować. Dlatego uważam, że wyroki za katowanie zwierząt są nadal niewspółmiernie niskie i zbyt rzadko egzekwowane.
Większość informacji dociera do mnie poprzez facebooka. To dzięki szybkiemu przepływowi informacji jest większa możliwość odnalezienia takiego drania. Można zjednoczyć się tak w poszukiwaniach jak i w pomocy zwierzętom. To właśnie tam działa wiele stron, które zajmują się pomocą takim porzuconym biedom, znajdują im domy, leczą, chuchają i dmuchają by zwierzę doszło do siebie. Są to działania godne szacunku i jak największego poparcia. 
Natomiast ja zastanawiam się jak wygląda u nas wychowanie ludzi, jakie wartości są wpajane, czy naprawdę ciężko zacząć edukację dziecka od nauki, że kota nie chwyta się za ogon, za uszy, że zwierzę to nie zabawka ze sklepu. Rodzina zapatrzona w malca pozwala na wszystko śmiejąc się, że taki zmyślny, a potem zdziwienie, bo przecież nasze dziecko nigdy w życiu by nie skrzywdziło, a przecież już na ich oczach krzywdziło. Z tych dzieci wyrastają skrzywieni psychicznie ludzie, a efekty widać. I tak z pokolenia na pokolenie. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich rodzin, ale dotyczy, niestety.
Idą święta, dlatego apeluję o rozsądek. Nie kupujmy zwierzęcia pod choinkę, jako prezentu, niespodzianki. Oczywiście można adoptować zwierzaka, najlepiej ze schroniska, po wcześniejszym uzgodnieniu i odwiedzinach, zaprzyjaźnieniu się ze zwierzęciem, przemyśleniu za i przeciw. Tak by te święta ale i wiele lat potem były i dla zwierzęcia i dla rodziny piękne i konsolidujące. Nic na hop-siup. Posłużyć się tym co ponoć mamy, czyli rozumem.
Tyle na dzisiaj w sprawie. Napisałam, dalej mnie trafia, Ksawery wieje, a ja mam nadzieję, że nie zabraknie ludzi, którzy chcą i potrafią pomagać zwierzętom.

czwartek, 5 grudnia 2013

Przeczekać wichry

Czekam na Ksawerego.  Niestety boję się burzy, boję się silnego wiatru, takiej zawieruchy, która potrafi wprawić w stan bliski panice. A wieje coraz mocniej. Oczywiście nic to w porównaniu do tego co obejrzałam w telewizji; wywrócone samochody, pozalewane ulice, pozwalane drzewa i słupy telegraficzne. Ludzie ledwo utrzymujący równowagę. I surferzy w Holandii, którzy cieszą się, że wieje. Nie powiem co myślę, oby się im nic złego nie stało. 
W taki czas czuję się wytrącona z równowagi. Wprawdzie staram się robić wszystko po kolei i odhaczać zrealizowane zadania z długiej listy, ale jak tak sobie dmuchnie mocniej, to nawet lista nie pomaga. 
Tak naprawdę powinnam pisać, szybko kończyć książkę, którą lubię pisać, bo jest lekka i zabawna, ale myśli rozedrgane nie pozwalają. Nie chcę brać się za czytanie "Dziewczyny, która igrała z ogniem", to potężny tom, bo wiem, że jak wsiąknę, to nie napiszę nawet jednego własnego zdania. 
Jest pytanie, czego tak naprawdę chcę? 
Spróbuję sobie na nie odpowiedzieć w najbliższym, wolnym terminie. Na razie pozwolę sobie przeczekać te wichry. Niestety nie namiętności.

piątek, 22 listopada 2013

"Duchy, zjawy, upiory" w sam raz na jesienny czas



W zeszłym tygodniu pisałam o "Upiornym narzeczonym", a dzisiaj kontynuuję temat.
 "Duchy, zjawy, upiory", to niewielka książeczka odzyskana z otchłani pudeł zapakowanych po kartonowe czubki, książkami właśnie. W ciągu ostatnich dwóch dni udało mi się rozpakować cztery kartony, część książek zdążyłam już poustawiać na nowych regałach. To znaczy regały są stare, z tak zwanego odzysku, ale w doskonałym stanie, są w stanie utrzymać dowolną ilość książek. Jak to u mnie, przeglądanie, przekładanie, przepakowywanie książek kończy się jednym: wyławiam te, które absolutnie muszę znowu przeczytać. Poukładane na moim biurku wpychają się w kolejkę, wypychają te, które już prawie, prawie brałam do ręki. Jestem w połowie czytania fascynującej "Zbrodni i kawy", naprawdę rewelacja, dlatego wśród "Duchów, zjaw, upiorów" wyłuskałam jedno, moje ukochane opowiadanie, "Upiora z Canterville" Oscara Wilde'a. Mistrzowskie zderzenie amerykańskiego pragmatyzmu z angielską tradycją. Przecież wiadomo, że trzystuletnią plamę krwi najłatwiej zmyć płynem Pinkertona lub zetrzeć pastą Paragona :)
To świetne, jedyne w swoim rodzaju opowiadanie, a na zakończenie, treści nie będę opowiadała, bo żadne streszczenie nie odda jego uroku, wiersz, piękny i mający znaczenie dla przebiegu akcji.

Gdy złotowłosej modły dziewczyny
Odkupią straszne grzesznika winy,
Gdy migdałowe drzewko zmartwiałe
Kwiaty czerwone wyda i białe,
Wtedy powrócą spokojne chwile
I pokój wzejdzie nad Canterville'em.

A poniżej tył okładki i spis treści, wszystko to znakomite opowieści z dreszczykiem.


1. Wilhelm Hauff "Opowieść o statku upiorów"
2. Edward.GE.Bulwer-Lytton "Duchy i ludzie"
3  Friedrich Gerstacker "Germelshausen"
4. Mikołaj Leskow "Zjawa w Zamku Inżynieryjnym"
5. Oscar Wilde "Upiór z Canterville"
6. Herbert. G.Wells "Niewydarzony duch"
7. Stanisław Broszkiewicz "Upiór z Kilmarnock"

czwartek, 14 listopada 2013

"Upiorny narzeczony i inne opowieści z dreszczykiem"

Ostatnio miałam przyjemność udzielić wywiadu Kawiarence Kryminalnej. Marta Matyszczak zadała mi bardzo ciekawe, inspirujące do wyczerpujących odpowiedzi, pytania. Tutaj możecie przeczytać wywiad: http://www.kawiarenkakryminalna.pl/ct-menu-item-2/140-na-jednym-nieboszczyku-się-nie-skończy---wywiad-z-iwoną-mejzą.html
Gdy tak wymieniałam kryminały, które stoją u mnie na półkach, albo leżą w kartonach przypomniałam sobie o jeszcze jednej ciekawostce. Nawet komisarz Ożegalski nie ma tej książki w swoich ( dużo większych niż moje) zbiorach. W książce pisałam,  że komisarz ubolewał nad swoimi brakami w języku angielskim, gdyby znał go biegle to mógłby czytać ulubione książki w oryginale. Komisarz przypomina także osobę Edgara Allana Poe i jego "Zagładę domu Usherów" i wędruje po necie szukając informacji o tym prekursorze noweli kryminalnej, poecie zafascynowanym horrorem.

"Zagłada domu Usherów" to jedno z ośmiu opowiadań zawartych w zbiorze "Upiorny narzeczony i inne opowieści z dreszczykiem". Pozostałe siedem to:

-  "Peter Rugg, zaginiony" - autor William Austin
- "Upiorny narzeczony" - autor Washington Irving
- "Duchy i ludzie" - autor Edward George-Bulwer Earle Lytton
- "Gospoda Pod Dwiema Wiedźmami" - autor Joseph Conrad
- "Miłość i profesor Guildea" - autor Robert Smythe Hickens
- "Żaba" - autor Maurice Renard
- "Warkoczyk" -  A.J.Allan

Lektura jak najbardziej właściwa na listopadowe  wieczory. Nie wiem czy książka była kiedykolwiek wznawiana, ja mam wydanie z 1967 roku, wydawnictwo Iskry.



niedziela, 10 listopada 2013

Planty nad Sołą w listopadzie

Dzisiaj dzień tak piękny, jakby nie listopadowy. Słońce od rana przygrzewa, wiatr zbyt mocno włosów nie rozwiewa. Pogoda doskonała na długi spacer. Cel: Planty nad Sołą, trzeba zobaczyć co się zmieniło, czy dużo ludzi przychodzi.
Idziemy sobie z mamą powoli, spacerowym krokiem, rozmawiamy, mama wspomina kto gdzie mieszkał na Solnej, Klucznikowskiej, a mnie w pamięci majaczy obraz targu rybnego, jeszcze coś tam pamiętam. Te wszystkie wspomnienia akonto nowej książki, pisać zacznę po nowym roku, ale akcja dzieje się jesienią, wiec te krajobrazy w sam raz.
Na Plantach mnóstwo ludzi, dzieci i psy biegają, szaleją ze szczęścia, jest bezpiecznie, jedyny samochód to ten straży miejskiej, patrol sprawdza czy wszystko w porządku.Grupy z kijkami też mijamy, chłopak na rowerze rozwija taką prędkość, że zaczynam się zastanawiać z jakiego materiału ten rower jest skonstruowany. Siłownia pod chmurką  gości zwolenników sportów na świeżym powietrzu. A obok pasie się koń, skubie sobie powoli trawę.
Przystajemy na chwilę, na rzece roi się od kaczek różnych gatunków i łabędzi, podpływają pod kładkę widząc ludzi, łapią co lepsze kąski. Za wysepką dochodzi do bijatyki wśród kaczek, po chwili widzę jak jedna z nich frunie  i dolatuje do następnej wysepki. Hamuje na "piętach" wzburza wodę i rozdzierająco wrzeszczy. Scena kojarzy mi się z nartami wodnymi, nie wiem tylko czy narciarze wodni ( nie mam pojęcia jak się nazywają fachowo)  nie wiem czy też wrzeszczą tak jak kaczki.
Cudny, pełen dobrej energii dzień.
A poniżej zdjęcia z Plant w Oświęcimiu nad rzeką Sołą.















Naprawdę piękny dzień :)

poniedziałek, 4 listopada 2013

Bilans po świętach

Dzisiaj od rana piękna, słoneczna pogoda, wprawdzie zimno, ale jak to ostatnio mówią w telewizji zapowiadając prognozę pogody - rześko. Pracuję przy uchylonym oknie, mózg mi się wietrzy, a wywietrzony mózg bezcenny, do końca listopada powinnam skończyć pisanie książki, a jak dobrze pójdzie, to szybciej. Zza okna dochodzą do mnie sygnały karetki pogotowia i policji, znowu wypadek, mam nadzieję, że nie ze skutkiem śmiertelnym.
Święta trwały 4 dni od 31 października  do 03.listopada i pochłonęły 38 ofiar śmiertelnych, 410 osób zostało rannych, a 1300 osób zostało zatrzymanych za jazdę pod wpływem alkoholu. Przerażające! Z roku na rok to samo, a ludzie nie wyciągają ze statystyk prostych wniosków. 
W czasie tych czterech dni byłam dwa razy na cmentarzu, dla mnie to tak naprawdę żadna różnica i tak co sobotę jestem, by odwiedzić moich bliskich. Przez cały rok sprzątam, zapalam znicze i wspominam, jakoś mieszczę to w zapchanym harmonogramie życia. Mieszczę ponieważ chcę i nie traktuję tych odwiedzin w kategoriach obowiązku i tak zwanego pokazania się. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy ma możliwości, że ludzie pokonują spore odległości by odwiedzić bliskich na cmentarzach, że atmosfera i okazja do spotkania z rodziną. Ale dlaczego tak szybko, na łeb, na szyję, byle się przepchnąć, zaparkować przy samym cmentarzu. Czasami mam wrażenie, że niektórzy najchętniej zaparkowaliby przy samym grobie! I wiem, że zaraz ktoś rzuci argumentem, że ludzie starsi, że trudno im chodzić... ale przecież można przyjechać równie dobrze wtedy, gdy jest mniejszy ruch, w tygodniu. Już nie wspominam o mocno zakrapianych spotkaniach, zawsze się zastanawiam czy rodzina nie widzi, że ten i ów po alkoholu wsiada za kółko? I jeszcze się serdecznie żegnają - w wielu przypadkach na zawsze. A wystarczyłoby zamówić taksówkę, albo przypomnieć proste: " Pijesz - nie jedź, jedziesz nie pij". 
Za tydzień 11 Listopada, też święto. Wprawdzie to święto nie generuje aż tylu wyjazdów, ale na pewno wiele osób korzystając z dodatkowego dnia wolnego i jeszcze niezłej pogody będzie chciało gdzieś wyjechać - by odpocząć. Mam nadzieję, że będą pamiętali, że nieważne jak długo się jedzie, grunt to dojechać - cało i zdrowo.

piątek, 1 listopada 2013

Prababcia Paulina

Rzadko kiedy chodzę na cmentarz pierwszego listopada. Czasami wieczorem, na spacer, gdy liście szeleszczą pod stopami, a różnokolorowe światełka dają wrażenie przytulności i bezpieczeństwa. Zachodzę wtedy do moich bliskich, zapalam świeczki i rozmyślam. 
Nie lubię tych dziennych tłumów, przepychania się, witania pełnym głosem, kordialnych uścisków, męczy mnie to i rozprasza. Najczęściej przychodzę ostatniego października, idziemy z mamą od grobu do grobu, tak jak w tym roku, ze smutkiem, bo tych grobów ciągle przybywa. 
Jutro pójdę znowu, zajrzę jeszcze do cioci, która mnie wychowywała, do kuzyna, który nie żyje od lat - białaczka go zabrała. 
Chciałabym kiedyś pojechać na pewien cmentarz, nie wiem czy jeszcze istnieje, może już zarósł go las. Moja babcia miała cztery lata, gdy straciła mamę.  Prababcia umarła ponoć na zapalenie płuc, w pewien letni gorący dzień lipca 1921 roku. Babcia nigdy nie przestała być półsierotą, tak ten brak Mamy był dla niej dotkliwy i bolesny. Prababcię pochowano na cmentarzyku pod lasem, w Mołduciach, na mogile pradziadek postawił krzyż, szorpaty jak pień drzewa, a tam gdzie sęki wprawił  ametystowe szkiełka, które pięknie odbijały światło. W latach siedemdziesiątych w rodzinne strony pojechały moje ciocie, siostry babci. Wtedy grób jeszcze stał, tylko krzyż był zwalony na ziemię, pokonany pięćdziesięcioma latami zawieruch. Ciocie postawiły go z powrotem. Może jeszcze jest?
Prababcia Paulina była piękną kobietą, pełną uroku i wdzięku. Niewiele mi zdjęć pozostało, ale na każdym jest w tej samej, białej bluzce. I tak myślę, że także w tej bluzce została pochowana.


środa, 30 października 2013

Millennium - Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet



Przy drodze wjazdowej na teren Targów Książki w Krakowie było ustawionych kilka dużych namiotów. W środku mnóstwo książek po kilka, kilkanaście i kilkadziesiąt złotych. Przeglądałam wszystko po kolei pełna nadziei, że trafię na perełkę za parę złotych. Ucieszyłam się ujrzawszy pierwszą część Millennium, niestety tylko pierwszą, ale i tak kupiłam i pochłonęłam w ciągu potargowej niedzieli. Ponad 600 stron przykuło mnie do tego stopnia, że nie myślałam o niczym innym jak o książce, nie byłam w stanie przerwać czytania. Lubię szwedzkie kryminały, a do kryminałów z lat siedemdziesiątych mam sentyment. "Człowiek z Saffle", Śmiejący się policjant" czy "Wóz strażacki, który zniknął" - wracam do nich co jakiś czas. I nie tylko do nich. Już dawno temu obiecywałam sobie, że w końcu przeczytam Millenium, ale zawsze coś innego było ważniejsze. Może to i dobrze, wychodzę z założenia, że czasami trzeba poczekać na odpowiedni czas czytania, gdy nic pomiędzy czytelnikiem a tekstem nie zgrzyta. Może po prostu trzeba do danej książki dojrzeć?
Mikael Blomkvist, dziennikarz niepokorny, współwłaściciel pisma Millenium popełnia bolesny w skutkach błąd. Daje się zwieść podanym bardzo wiarygodnie informacjom, staje przed sądem, niczemu nie zaprzecza, nie broni się. Czeka. Po rozprawie, gdy zna już wymiar kary zostaje zaproszony do starszego człowieka, emerytowanego przemysłowca. Dostaje zadanie do wykonania, musi odnaleźć Harriet Vanger, dziewczynę, która zaginęła ponad trzydzieści lat temu. Poszukiwania bardzo go wciągają i z czasem przeradzają się w śledztwo, którego wynik jest potwornym zaskoczeniem, a jednocześnie logiczną konsekwencją zdarzeń. Mikaelowi pomaga Lisbeth Salander - postać tak nietuzinkowa i zaskakująca, że nie wiem czego się spodziewać przy czytaniu następnych części.
Stosunki społeczne, krytyczna wizja niby bogatej i bezproblemowej Szwecji i jej struktur, bolesne odkrywanie przeszłości. Ta powieść to nie bajka dla grzecznych dziewczynek, to samo życie, brutalne, niebezpieczne, egoistyczne i nieprzewidywalne. Niepokojąco prawdziwe.
Jeżeli jeszcze ktoś nie czytał, niech przeczyta, nawet jeżeli zarzeka się, że na kryminał nigdy w życiu nie popatrzył. Patrzeć nie musi, przeczytać powinien.

wtorek, 22 października 2013

Bigos dla Herberta

Bardzo lubię biały ser i gdy jestem gdzieś z dala od Polski to zaczyna się mój stały problem: brak białego sera. Choćby nie wiem jak wystawne śniadanie stało na stole, to ja i tak po najdalej dwóch dniach zacznę poszukiwania w okolicznych sklepach. Niestety z białym serem, takim jak nasz, w wielu krajach krucho, więc przeżywam jak stonka wykopki i z lekka złorzecząc jem co dają.
Nie wiem czy poczęstunek białym serem jako typowo polskim przysmakiem byłby atrakcyjny dla Duńczyków. Natomiast z całą pewnością pierwszorzędną atrakcję stanowił dla nich gar naszego bigosu.
Zapewne pamiętacie powiązania Alicji i Joanny z Dobroczyńcami. To ich syn Herbert we "Wszystko czerwone" musi, ale to koniecznie, spróbować prawdziwego bigosu. I w końcu próbuje.
Ale najpierw...

Joanna zmęczona wydarzeniami (liczne nieudane morderstwa są mocno wyczerpujące, nawet jak się nie morduje osobiście), udała się do Charlottenlund by spotkać się z koleżanką i oczywiście obstawić gonitwy. O północy, przed domem Alicji uświadomiła sobie, że nie wzięła kluczy do drzwi, a budzić ciemnego domu nie będzie.
 Zauważyła uchylone okno, wlazła, klnąc w żywy kamień zbyt wąską spódnicę i runęła w coś mokrego, oślizłego i lepkiego. Była to farba czerwona, szybkoschnąca, ciężkozmywalna. 
Wszyscy poderwali się na równe nogi, dom pachniał gotującym się bigosem, w chwilę potem pachniał rozpuszczalnikiem, a wokół nadal wszystko było czerwone.
Herbert - prawnik z zawodu, ożeniony z krewną królowej, arystokratką, miał spożywać bigos w mocno zaśmierdłym otoczeniu. By spacyfikować zapachy do całej reszty potraw Zosia dodawała cebulkę - pachnie apetycznie. Na całe szczęście arystokratyczne nosy były zakatarzone i zapachy przebijały się powoli, a bigos smakował upojnie. Na kiszonej kapuście, grzybkach, był rarytasem i sprawił, że Herbert sam z siebie i bez namawiania zaangażował się w spadkowe sprawy Alicji.
Wiadomo, nie ma to jak nasze, swojskie jedzenie :)


Zdjęcie bigosu pobrałam z Wikipedii, takiego w chlebie jeszcze nie jadłam.

środa, 16 października 2013

Środa z książką "Wszystko czerwone"




Po raz kolejny, pewnie nasty czytam "Wszystko czerwone". Dla mnie, tak jak i dla Joanny, alle i red w języku pośrednim między niemieckim a angielskim zawsze znaczyło, że wszystko czerwone. 
Sama Joanna Chmielewska w wywiadach powtarzała, że jest to jedna z jej ulubionych książek. I nie ma się co dziwić. 
To właśnie w tej książce został zamordowany gadatliwy, wiecznie ubzdryngolony Edek.
 To tutaj Paweł otwierał lodówkę i nie patrząc wyjmował z niej co popadnie, na chybił-trafił, a dom Alicji stał się sceną najrozmaitszych, mrożących krew w żyłach zdarzeń. 
To tutaj Kaziu zeżarł pięknie poukładane winogrona specjalnie kupione przez dziewczyny dla Alicji. 
A Paweł maślanymi oczami wpatrywał się w Agnieszkę.
To tutaj...
zawsze ktoś spał na katafalku, a drzwi wiecznie były niedomknięte.
To tutaj padły słowa wypowiedziane przez pana Muldgaarda: "Azali były osoby mrowie a mrowie?" budzące zbiorowy wytrzeszcz oczu i prychnięcia.
Tu pan Muldgaard pytał Pawła  "Czy ta dama to wasza mać?" 
To tutaj Alicję gryzły czerwone mrówki i pojawiał się wściekle przystojny facet w czerwonej koszuli.
To przy okazji Kazia wyszło, że zewłoki nic nie powiedziały, bo nikt tego co mają do powiedzenia nie chciał słuchać.
To tutaj przy Włodzio i Marianne pan Muldgaard odczuwał zadziwienie tym, że: "nader nieordynarny jad spożyły osoby nieżywe".

To tutaj ciocia bliźniaczka lat osiemdziesiąt dziewięć zasnęła z maseczką z truskawek na twarzy i dzięki tej maseczce przeżyła.
 Zawsze stawiałam na naturalne kosmetyki.
Kwiatki też były czerwone, nie wspominając o lampie emitującej czerwone światło.
To tutaj pojawiła się Biała Glista z Bobusiem pod ramię i nie tylko ramię.
To tutaj chroniąc Thorstena  Alicja zszargała opinię Pawła twierdząc, że napluł do słoika z dżemem, który tak lubiła Biała Glista.
To tutaj z usta pana Muldgaarda  padło: "Pan podrapano na głowa i pani Biała Glista, ja takoż proszę, won!"
To jest nie do podrobienia, jedyne i niepowtarzalne, dlatego  kocham "Wszystko czerwone".

A co wy pamiętacie z książek Joanny Chmielewskiej?





sobota, 12 października 2013

Festiwal Literatury Kobiecej w Siedlcach - moje wrażenia

To właśnie w Muzeum Regionalnym  odbywały się ciekawe panele i dyskusje



Sobota już, jak szybko. Dni mi się mylą jak zawsze i jak zawsze usiłuję zrobić więcej niż norma przewiduje. Dopiero dzisiaj doszło do mnie, że tydzień mija od bardzo miłego wydarzenia, a mianowicie Festiwalu Literatury Kobiecej Pióro i Pazur w Siedlcach. 
Gdy dowiedziałam się jakiś czas temu,że mam jechać do Siedlec, to pierwsze co zrobiłam to sprawdziłam lokalizację - było bardzo daleko :( 
Ponad 400 kilometrów, podróż, przesiadki, o nie! Z drugiej strony możliwość spotkania osób, których twarze przewijają mi się na Facebooku, lub tych, których książki czytałam - perspektywa mocno kusząca. Perspektywa przeważyła i w ten sposób podróżując wspólnie z Ewą Bauer, a potem luksusowo - samochodem -  także z Iwonką Grodzką-Górnik, dojechałam do Siedlec. 
Najpierw hotel Arche, przez pomyłkę,ale obsługa bardzo miła, spokojnie i sympatycznie. Potem, już na dwa dni hotel Janusz. Piątek dla mnie ciekawy, w ramach spotkań festiwalowych razem z Saszą Hady odpowiadamy na pytania  zadawane przez Jolantę Świetlikowską. Potem literacki ping-pong - wszystkie obecne na sali pisarki odpowiadają na te same pytania. Odpowiedzi mają być zwięzłe i na temat. Trzeba się sprężać, Ania Fryczkowska pilnuje. 
To był świetny pomysł. Słucham z ciekawością, z takiej krótkiej wypowiedzi można się więcej dowiedzieć o człowieku niż z przydługich mów.
W sobotę pobijanie rekordu świata we wspólnym czytaniu - rekord pobity. Wcześniej uwalnianie książek, zostawiam moją najnowszą "Wyszedł z domu i nie wrócił" . Może trafi do kogoś kogo zainteresuje moje miasto inaczej i ten ktoś przyjedzie, pozwiedza. Chciałabym żeby tak było. 
Potem panele, bardzo interesujące, ale krótkie, czas goni.
Wieczorem Gala, uroczyście, wzruszająco i momentami bardzo zabawnie. 
Na pewno na stronie festiwalu będzie wszystko. 
Nie chciałabym, żeby ta relacja  była tylko takim suchym: wydarzyło się.
Dość ostrożnie podchodzę do ludzi, których nie znam, zachowuję spory dystans. Tego dystansu nie czułam poznając na peronie piątym w Krakowie Ewę Bauer, przegadałyśmy na temat książek, które piszemy i tych, które czytamy całą podróż. A piszemy książki bardzo odmienne, Ewa ze sporym ładunkiem psychologi, ja kryminały z przymrużeniem oka, ale patrzymy na wiele rzeczy bardzo podobnie.
I tyle o sprawach festiwalu, dodam tylko, że nadal podziwiam Mariolę Zaczyńską, to kobieta obdarzona niesamowitą energią, dobrą energią. Nie mam pojęcia jak ona to robi, ale kipi energią, jest wszędzie i wszystko wie. Aż zazdroszczę, ale tak pozytywnie zazdroszczę :)
Jeżeli już dotarłam do jakiegoś miejsca na świecie, to staram się je trochę poznać. W Siedlcach miałam trochę czasu na spacery, zdjęcia poniżej. Pałać Ogińskich i park piękny, bardzo nastrojowo tam. 
Na kawę i naleśniki z jabłkami przysiadłam w Cafe Brama, taka kawiarnio-restauracja w podwórzu. Na zewnątrz ustawione stoliki, przy jednym z nich kilka osób, jeden pan i bodaj cztery panie. Stolik założony zdjęciami, na zdjęciach poustawiane aparaty fotograficzne. Państwo ożywiają się na mój widok i od razu pytają: - zrobi nam pani zdjęcia? 
Oczywiście, że zrobię. Przechodzę przyspieszony kurs obsługi pięciu różnych aparatów fotograficznych. Starsi państwo zjechali do Siedlec z całej Polski, czczą dziewięćdziesięciolecie swego liceum. Wspominają: kto z kim tańczył tango,  która z dziewczyn podobała się chłopakom najbardziej, a która w sposób chyba bardzo zmysłowy, zrzucała z siebie ciuszki tańcząc na stole. Poznaję sposób w jaki  stażysta może zniechęcić wysyłające go na zakupy starsze panie z biura. Pomysł przedni. Słucham zachłannie i myślę, że wykorzystam, w którejś z książek. 
To własnie jest moja festiwalowa wartość dodana. Bo wartość podstawowa to rozmowy o książkach, powroty do Anny Kareniny, Dostojewskiego, Prusa i Mickiewicza. Ta szkolna jakże często znienawidzona klasyka, tak przez pisarki, z którymi rozmawiałam ukochana. Bo no cóż, pisarki piszą i czytają, czytają i piszą bardzo różne, ale na pewno bardzo ciekawe książki.
I mam tylko jedno pytanie: kiedy ja te książki ( chociażby tylko nominowane i nagrodzone) przeczytam :)
A do Siedlec wrócę.



Przypałacowy park

Muzeum Regionalne, piękna figura Jacka

Przed Muzeum Regionalnym, właśnie zakończyliśmy bicie rekordu w czytaniu na głos


Katedra w Siedlcach - robi wrażenie

Pałac Ogińskich, nastrojowo i romantycznie 

środa, 9 października 2013

Środa z książką - Doktor Muchołapski Fantastyczne przygody w świecie owadów


Gdy przeczytałam kilka fragmentów książki Erazma Majewskiego "Doktor Muchołapski fantastyczne przygody w świecie owadów" to wpadłam jak mucha w pajęczą sieć. Książkę mieć musiałam, tak mnie jej treść zafascynowała. Bo kogóż nie zafascynują przygody Jana Muchołapskiego doktora rzeczywistego Wszechnicy Jagiellońskiej, a przy okazji doktora honoris causa uniwersytetów w Oxfordzie, Heidelbergu i Jenie. Człowieka bez reszty poświęconego pracom badawczym nad światem owadów. Poważnego entomologa, który dla nauki jest gotów dosłownie na wszystko, nawet na pozostawanie w stanie kawalerskim. Bo pomyślmy, która panna chciałaby za męża człowieka, który zapomina o własnym ślubie i czas zarezerwowany na tenże ślub spędza na drzewie tropiąc unikatowy okaz łowika.
 I tak już pozostało, a doktor Muchołapski całe swe życie poświęcił entomologii - nauce o owadach. Gdy przez przypadek trafił do niego list lorda Puckinsa ( list maleńki jak ziarenko piasku), Muchołapski nie czekając ani chwili podążył do Londynu, by lorda - ofiarę własnego ekscentryzmu - natychmiast ratować. Niestety, najpierw z przepastnego kufra trzeba było wydobyć drugą flaszeczkę eliksiru Nureddina. Z flaszeczką eliksiru podążył w Tatry, na łąkę, w przestrzeniach której zaginął zmniejszony do rozmiarów muchy lord Puckins. Doktor Muchołapski nie wahając się wypił kilka kropli eliksiru i także zmniejszył się do rozmiaru ważki. W ten sposób rozpoczął przygodę swojego życia.
Czytam o przygodach doktora Muchołapskiego z zapartym tchem, jednocześnie poszerzając moją bardzo skromną wiedzę z dziedziny entomologii. Zaczynam inaczej patrzeć na muchy, pająki i różnego rodzaju i nieznanej mi nazwy żyjątka. Mają swój świat, swoje zwyczaje i takie jak inne zwierzęta prawo do życia - jakże interesującego, gdy się z uwagą przyjrzeć.
 "Doktor Muchołapski"  to książka, której się nie połyka, jeżeli chcemy z jej czytania wynieść dla siebie choćby minimum wiedzy, poświęćmy jej czas czytając codziennie jeden rozdział. Przyjemność czytania będzie trwała dłużej, a  wiedza pozostanie. To także książka dla całej rodziny, nie od rzeczy byłoby przypomnieć zwyczaje wspólnego czytania, treść książki napisanej piękną polszczyzną zainteresuje tak dziecko jak i jego rodzica, a nawet dziadków. A wspólne czytanie zintegruje rodzinę. 
"Doktor Muchołapski  - Fantastyczne przygody w świecie owadów"  został napisany w 1890 roku i nadal jest świetną, wzbogacającą wiedzę lekturą. 
Książka ta otwiera serię "Małe Zeszyty" przeznaczoną dla młodzieży i została opracowana przez Zeszyty Literackie wspólnie z Wydawnictwem Podpunkt. Ilustrowała Emilka Bojańczyk.
Książka została niezwykle starannie wydana. Twarda, solidna okładka przywodząca na myśl książki przedwojenne lub podręczniki, z których niejedno pokolenie miało korzystać i kremowy, wysokogatunkowy papier sprawiają, że już samo przeglądanie książki (piękne ilustracje) staje się przyjemnością. 
Wprawdzie do Mikołaja i do Świąt pozostało jeszcze trochę czasu, ale jeżeli ktoś już zastanawia się nad prezentem, który ucieszy całą rodzinę, to polecam "Doktora Muchołapskiego". 
A do przygód sławnego entomologa, którym lata temu zachwycał się Czesław Miłosz, jeszcze tutaj powrócę. Są fascynujące.
Dla tych, którzy chcieliby poznać Doktora Muchołapskiego podaję stronę :https://www.facebook.com/doktor.mucholapski?fref=ts

wtorek, 8 października 2013

Joanna już tutaj nie mieszka

Wiadomość o śmierci pani Joanny Chmielewskiej przyjęłam z niedowierzaniem, tak jak głupi żart nieusprawiedliwiony datą pierwszy kwietnia. Niestety to była prawda, bardzo smutna prawda dla wielbicieli Jej talentu, dla ludzi zakochanych w Jej książkach. Pamiętam jak kilka lat temu umarła Alicja, czułam się tak jakbym straciła kogoś bliskiego, bo Alicja była autorytetem w kwestiach ogrodowych, na przykład. I tak dyskutując w domu czy wysadzać cebulki, czy nie, powoływałam się na przykład Alicji, która cebulek nie wysadzała. Miała ich, bagatela, w swym ogrodzie trzy tysiące. 
Każdy gorszy, zły, albo i tragiczny dzień ratowałam lekturą książek pani Joanny. Skoro Lesio jakoś poradził sobie z problemami i księgową Matyldą, to i ja jakoś wybrnę z kłopotów. Skoro poradziła sobie pani Joanna, to cóż, kobiety muszą sobie radzić. I smutno mi i żal bardzo, że już nigdy nie będę czekała z niecierpliwością na nową Chmielewską. Ale jeszcze nie raz posłucham i przeczytam wywiady z Nią - pełne ciepła, energii i tej stawiającej na nogi ironii. 
Nie wiem ile razy jeszcze przeczytam "Lesia", "Całe zdanie Nieboszczyka", "Romans wszechczasów", "Boczne drogi", "Depozyt", i wiele, wiele innych. Nie sposób wymienić wszystkie, wszak jest ich ponad sześćdziesiąt. Ale wiem, że zawsze będą ze mną.

środa, 25 września 2013

Środa z książką - "Cień gejszy"


Na "Cień gejszy" 'polowałam" od czerwca. Cały czas wypożyczony, niedostępny. Byłam szczęśliwa, gdy dwa tygodnie temu w czasie kolejnej wizyty w bibliotece ujrzałam książkę Ani Klejzerowicz na półce z kryminałami. Oczywiście od razu przytuliłam do chudej piersi i już spokojnie wybierałam następne pozycje do czytania. Przeczytałam szybko, zbyt szybko i już teraz wiem, że przeczytam drugi raz, a zapewne i trzeci, i za każdym razem odnajdę w książce coś nowego, innego. Jedno tylko stale będzie mi towarzyszyło - nieuchwytny cień gejszy. 
Gdańsk współcześnie i Japonia, 1905 rok. Dwa jakże odległe światy, ale jak interesujące. I teraz i lata temu giną ludzie. Ludzie, którzy mogliby żyć wiele lat, gdyby nie otarli się o sprawy związane z dużymi pieniędzmi, wpływami i władzą. 
Nie będę przybliżała treści książki, by nie psuć przyjemności czytania. To książka dla  osób zainteresowanych nie tylko historią Japonii, ale też historią relacji Wschód-Zachód. Dla rozmiłowanych w sztuce, i dla tych, którzy lubią przy czytaniu co jakiś czas zamykać oczy i obserwować poczynania bohaterów, którzy w wyobraźni ożywają  i zostają z nami na dłużej niż czas czytania.
Bardzo polecam.

19 września 2014, "Cień gejszy" zawitał do mojego domu i zostanie już w nim na zawsze. 16-ego września miała miejsce premiera drugiego wydania książki.
Podążajcie za cieniem gejszy - warto.

wtorek, 24 września 2013

Mamy jesień

Czas leci nieubłaganie a ja mam tyle zaległości, że sama nie wiem od czego zacząć. Bo życie to nie Facebook, nie Internet tylko codzienna praca zawodowa, pielenie ogrodu, porządki w domu. Cieszę się, że moja praca zawodowa nie polega na siedzeniu 8 godzin w jednym miejscu, bo znając siebie zapewne bym nie wytrzymała. A tak całkiem miło mi się pracuje.
 Ogród, cóż zarośnięty teraz chwastami, trawę trzeba pielić i uczynić wysiłek aby wyjść z domu. Jak już wyjdę, to nie mam ochoty na powrót. Tylko czasu ostatnio zbyt mało było, a pracować w ogrodzie najlepiej w południe, a nie gdy się człowiek wygrzebie, tak po siedemnastej ;) 
W domu też trzeba zabrać się za porządki. Ze sporym zdumieniem śledziłam pełne podniecenia  relacje na temat śmieci i ich odbioru. U nas od lat jest stosowana segregacja śmieci, ludzie mają już wyrobiony nawyk i nikt z tego problemu nie robi. Dostajemy informację kiedy odbiór śmieci "zwykłych", kiedy segregowanych, kiedy wielkogabarytowych, kiedy chemii. Ponieważ jutro odbierają śmieci wielkogabarytowe, wczoraj spędziłyśmy czas na czyszczeniu kątów ze starych odkurzaczy ( nieczynnego na pewno nie naprawię zwłaszcza, że zniszczyłam go odkurzając beton), dekoderów, ( nie miałam pojęcia, że mam ich tyle, to efekt zmian sprzętu w ramach abonamentu), drukarki ( tylko jedna, za to dziwnie uszkodzona, sprężyna mi z niej wyskoczyła w czasie drukowania i nie chciała się dać włożyć z powrotem). Poza tym myszy do komputera, od lat nie korzystam z myszy przy laptopie, antena taka na duży telewizor, od dawna nieczynna i radia. Czynne jak najbardziej,może się komuś innemu przydadzą. Zapakowałyśmy wszystko elegancko, zaraz się miejsce zrobiło na regały, które przywiozę w czwartek i w końcu wyjmę książki z pudeł. Oczywiście zaraz zacznę odkładać te, które koniecznie muszę przeczytać i sterta zacznie się chwiać.
Już nie wspominam o pracach związanych z recenzowaniem, przeczytane książki czekają na swoją kolej, a ja muszę się sprężać, bo tyle ich czeka na swoją kolej.
A tak naprawdę najchętniej z kubkiem gorącego kakao zaszyłabym się w jakimś przytulnym kącie i czytała... czytała. Przed chwilą znowu zaczął padać deszcz. Mamy jesień.

niedziela, 15 września 2013

"Wyszedł z domu i nie wrócił" premiera 20 września :)

Dzisiaj garść informacji o mojej nowej książce. Powoli zbliżamy się do dnia premiery, czyli 20 września. Jednocześnie książka będzie miała swoją promocję w Galerii Książki w Oświęcimiu. Cieszy mnie to bardzo, ponieważ z naszą biblioteką kapitalnie się współpracuje, a ludzie przychodzą do niej dlatego, że chcą, a nie dlatego, że muszą. Swoją drogą jestem bardzo ciekawa kto przyjdzie na spotkanie :)
 Pisanie tej książki sprawiło mi wiele radości, włożyłam w nią wiele emocji starając się pokazać moje miasto inaczej niż pokazuje się je zazwyczaj. Książka powinna zaciekawić także tych, którzy w kryminałach szukają różnych ciekawostek, informacji, a nawet zaskoczeń. Bo oczywiście intryga kryminalna też jest, jak to w kryminale ;)
Ucieszyłam się bardzo, że "Wyszedł z domu i nie wrócił" został Książką miesiąca serwisu Zbrodnia w Bibliotece http://www.zbrodniawbibliotece.pl/kronikakryminalna/3442,ksiazkamiesiaca-wyszedlzdomuiniewrocil/

Zapowiedź książki także na stronie Wydawnictwa Oficynka: http://www.oficynka.pl/katalog/wyszedlzdomuiniewrocil/

I jeszcze jedno:) Możecie wygrać jeden z pięciu egzemplarzy "Wyszedł z domu i nie wrócił". Na stronie http://www.facebook.com/KsiazkaZamiastKwiatka  do 24 września trwa konkurs. Czekam na Wasze opisy tras jesiennych spacerów. Dokąd się wybieracie: do lasu, w góry, nad jeziora, a może o siódmej rano ćwiczycie kondycję na ścieżce zdrowia?  A może spacer w muzeum, niekoniecznie prawdziwy, może wirtualny. Spacer wgłąb dobrej książki... to nie musi być w spacer dosłownie :) Czekam na Wasze opowieści :)
A na koniec zdjęcie, musiałam je zrobić ;)

Ja obok Janusza Głowackiego na tablicy z ogłoszeniami w naszej bibliotece. I tak na każdym piętrze i na drzwiach wejściowych. Po prostu niesamowite! A Janusz Głowacki w Oświęcimiu już 27 września, o godzinie 17 tej odsłonięcie jego tablicy w Alei Pisarzy (jedyna taka aleja w Polsce) a potem spotkanie autorskie.
Zapraszam na oba spotkania.

środa, 11 września 2013

"Wyszedł z domu i nie wrócił" - premiera 20 września :)

Już za dziesięć dni ukaże się moja nowa książka. Czekam z niecierpliwością na premierę i z ciekawością na reakcje czytelników :) 
Trochę odpoczywam, porządkuję papiery, chowam wszystkie związane z podwójnym nieboszczykiem. A na początek niespodzianka : "Wyszedł z domu i nie wrócił" książką miesiąca serwisu Zbrodnia w Bibliotece 
link: www.zbrodniawbibliotece.pl/kronikakryminalna/3442,ksiazkamiesiaca-wyszedlzdomuiniewrocil/


Oświęcim, Stare Miasto, zabytkowy cmentarz parafialny - miejsca pełne tajemnic, to teren akcji mojej najnowszej książki - kryminału z przymrużeniem oka :)
Ciekawa jestem który z bohaterów najbardziej przypadnie Wam do serca, są bardzo nietypowi :)
Pozdrawiam
Iwona

wtorek, 3 września 2013

Poker z rekinem :)

Nie mogę rozstać się z Darią  Doncową i z pewnym przygnębieniem myślę, że kupiłam tylko cztery tomiki. Tyle tylko było. "Manikiur dla nieboszczyka" skończyłam i płynnie przeszłam do "Pokera z rekinem". 
Tam to się dopiero dzieje, a dzieje. Eulampia już prawie zadomowiona u Katii, wczesnym rankiem odbiera zagadkowy telefon od pewnej kobiety. Kobieta twierdzi, że została zamordowana i rzeczywiście, gdy Eulampia rzucając wszystko spieszy jej pomocą,  w mieszkaniu znajduje zwłoki kobiety. Eulampia wiedząc, że nieboszczce  nie pomoże w popłochu opuszcza mieszkanie. Zwłaszcza, że na głowie ma już jedną sprawę do rozwikłania. Jest to sprawa zniknięcia pewnej młodej kobiety, żony człowieka bogatego. Kobiety, która w trakcie prowadzonych przez Eulampię poszukiwań, staje się coraz bardziej tajemnicza, a przyczyna jej zniknięcia nadal nieznana. Lampa z właściwym sobie urokiem i beztroską bada sprawę i mota tropy. Gdy dostaje zlecenie od bogatego producenta filmowego by odnaleźć prawdziwego zabójce kobiety z mieszkania, ani przez moment nie przypuszcza w co się pakuje. 
Wszyscy płaca w dolarach kolosalne kwoty, zbliżają się święta, a rodzinie potrzebne są pieniądze. Nikt nawet nie pomyśli o sprzedaży obrazów z kolekcji ojca Eulampii, czy pozbyciu się daczy na wsi. 
Książki Doncowej z Eulampią w roli głównej czyta się świetnie. To zgrabnie napisane historie kryminalne, które pomimo całkiem przekonujących morderstw, dają odrobinę oddechu i wypoczynku.
 Oraz uśmiechu :)

sobota, 31 sierpnia 2013

Ostatnia noc sierpnia




Tekla od rana przygotowywała się do pracy. Do nowej pracy. Miała dwadzieścia dwa lata, od dwóch lat samodzielnie mieszkała i pracowała, jakoś sobie radząc. Pracę na poczcie w Nowojelni wspominała dobrze, ale jednak praca w sądzie to nie praca na poczcie, a właśnie od pierwszego września miała rozpocząć pracę w sądzie w Baranowiczach. Już wybrała sukienkę, tę w której były z siostrą w ruinach zamku Giedymina, beżowa, jedwabna, z okrągłym kołnierzykiem i krótkimi rękawami. Dwa rzędy szylkretowych guzików i pasek z takąż klamrą doskonale zastępowały biżuterię, której Tekla nigdy nie miała. Chciała wyglądać elegancko i profesjonalnie, by nie zawieść wymagań takiego pracodawcy. Sukienka już wyprasowana wisiała na drzwiach szafy, na podłodze, na sznurkowym chodniczku stała para beżowych czółenek. Tekla wzrokiem generała ogarnęła skromniutki pokój i jeszcze raz sprawdziła zawartość nowej torebki: dokumenty, świadectwo maturalne, wytarty pugilares, który dostała od babci Julii, biedna już od czterech lat nie żyła, a ileż to zamieszania z tą jej śmiercią było! Życie zresztą też nielekkie miała!
Tekla westchnęła, żałując w duszy babcię i postanowiła od razu umyć włosy. Zanim zagrzeje wodę, zanim umyje, zanim zakręci na wałki, nie od dziś, nawet umiejętnie czesała włosy jak Smosarska. Te piękne fale wymagały pracy i cierpliwości. 
Coś tam ludzie przebąkiwali o wojnie i nawet niektórzy rozbili zapasy, ale przecież któż rozpoczyna wojnę w pierwszy dzień szkoły, w pierwszy dzień jej pracy. Nie zwracała uwagi na to gadanie, musiała myśleć o sobie i swojej przyszłości. Rano szybko się wyzbierała  i pobiegła do sądu. Pracować. Nie przypuszczała ani przez moment, że jej praca potrwa niespełna dwa tygodnie, a pierwszą i jedyną czynnością będzie wypisywanie więźniów. Zapłacili jej sporo pieniędzy, wystarczyło na utrzymanie i na uprząż dla konia, ojciec zaraz kupił porządną, nie do zdarcia. I prawda, służyła długo. A Tecia? Musiała pożegnać się z pracą w sądzie i rozpocząć pracę w centrali telefonicznej.
Zaczęła się wojna.

piątek, 30 sierpnia 2013

Kawiarenka Książka Zamiast Kwiatka -zapraszamy :)

Dzisiaj na stronie mojego bloga pojawił się nowy link, specjalny bo prowadzący do Kawiarenki Książki Zamiast Kwiatka. Jakiś czas temu znalazłam się w składzie Zespołu Redakcyjnego KZK, sprawia mi to przyjemność i trudną do przecenienia frajdę oraz jest ilustracją powiedzenia, że na nowe doświadczenia w życiu nigdy nie jest za późno. 
Gdyby mi ktoś rok temu powiedział, że wydam książkę, ba! że nie skończy się na jednej, a siłą rozpędu będę przechodziła od jednej do drugiej, że w czasie wolnym będę robiła to co lubię najbardziej, czyli pisała i czytała, to bym się w czółko poklepała. Takie rzeczy w życiu się nie zdarzają. A jednak... 
Dlatego dzisiaj zapraszam do odwiedzania strony naszego bloga. Blog jak każdy jest budowany od podstaw, z każdym dniem przybywa mu treści, i mamy nadzieję, że będzie przybywało odwiedzających, zwłaszcza, że nie wszyscy mają konta na Facebooku, gdzie strona ma swoją bazę i licznych fanów. Na blogu można przeczytać wywiady z pisarzami, recenzje książek, felietony z życia wzięte Małgosi Kursy. Można też wejść na blog i poprzez blog wejść na czaty z pisarzami, które co piątek prowadzone są na stronie KZK na Facebooku.
I jeszcze, a propos czaty: dzisiaj czat z Vincentem V. Severskim autorem "Nielegalnych" i "Niewiernych".
Prawdziwy agent wywiadu będzie odpowiadał na pytania czytelników. Na żywo, komentarz za komentarz :)
Zapraszam.

środa, 28 sierpnia 2013

Ciemno, zimno i do domu daleko... Manikiur dla nieboszczyka

a w domu czeka Daria Doncowa:)
Dni teraz coraz krótsze, słońce i owszem wychodzi spoza ciemnych chmur, ale jesień czuć już w ogrodzie i w kościach coraz starszych. Zimno nadchodzi, gospodarze ściągają opał do piwnicy, a po mojej ulicy z furkotem jeździ samochód dostawczy składu opału. Do takich dni trzeba się przyzwyczaić i przejść w nie w miarę płynnie. Szybciej zapalać światło, pić czekoladę na dobry nastrój i czytać pogodne książki. 
W zeszłym tygodniu robiłam zakupy w Kauflandzie, bodaj w piątek. Po stoisku ze słodyczami, które minęłam usiłując nie patrzeć na te zastępy czekolady, nie widzieć ukochanej chałwy orzechowej i chrupiących wafelków Prince Polo, jako następne ulokowane jest stoisko z książkami, w sumie jeszcze prasa i książki. Ale akurat to mniejsze wypełnione było tanimi książkami w wersji pocket, czyli kieszonkowej po prostu. Gdy zobaczyłam "Manikiur dla nieboszczyka" za 4.99, to nie było zmiłuj, kupiłam. Szybko przeczytałam, a w poniedziałek pobiegłam sprawdzić czy jest więcej Doncowej. Było, dlatego jestem szczęśliwą posiadaczką "Pokera z rekinem", "Słodkiego padalca" i 'Przesyłki dla kameleona".
"Manikiur dla nieboszczyka" to świetny kryminał, który wprawdzie bazuje na przypadkach i zbiegach okoliczności, ale one ( przypadki) zdarzają się naprawdę dużo częściej niż jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.Młoda kobieta Eufrozyna, harfistka z zawodu, wiedzie leniwe życie u boku bogatego męża. Mąż utwierdza ją w przekonaniu, że jest chora i nie nadaje się do niczego. Przypadek sprawia, że tenże  mąż pokazuje swe prawdziwe oblicze i biedna niedojda zamiast zrobić karczemną awanturę ucieka z domu. Chce popełnić samobójstwo.
Nie wyszło.  Eufrozyna wpadła pod koła samochodu, rozlatującego się Żiguli, prowadzonego przez Katię. Ocalała. Potem Katia została porwana, a już wtedy Eulampia musiała wyrwać ją z rąk porywaczy.Oraz nauczyć się wyprowadzać i karmić psy, koty, ropuchę Gertrudę oraz liczną rodzinę Katii. Musiała nauczyć się sprzątać i gotować. I radzić sobie w życiu bez pomocy innych. 
Świetnie się czyta, książka zdecydowanie dla zwierzolubów nie tylko lubiących kryminały.
A to co zdarzyło się Lampie można skwitować powiedzeniem: "Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło".
 Czego wszystkim w życiu powszednim życzę