środa, 30 stycznia 2013

Środa z książką - Lesio


Kto nie zna "Lesia " dwa palce do góry. Przyznać się:)
Jak ktoś nie zna, to dobrze radzę, niech się zapozna. "Lesio" to jedyne lekarstwo na taką pogodę jaka "dopisuje" przez ostatnie dni.
Mój "Lesio" pożyczony, dlatego sięgnęłam po okładkę do internetu. Na hasło Lesio pojawiła się cała mnogość obrazków związanych, związanych pośrednio, bądź podpinających się pod Lesia,  na przykład kocur o wdzięcznym imieniu Lesio:)
Wybrałam te z hasłem: różowe słonie na hohonie. Nawet nie mogę sprawdzić w książce, czy piszę prawidłowo, ale pamiętacie jak Lesio w stanie lekkiego upojenia substancją wysokoprocentową, wędrował ulicami swego miasta i nagle, bez ostrzeżenia, spotkał różowego słonia. Potem spotkał milicjanta. I tak razem patrzyli na tego słonia, a Lesio był przekonany, że ma zwidy, bo słoń tańczył spowity różową poświatą - od światła neonowego. A potem Lesio zorientowawszy się, że nie jest tak źle nawiał milicjantowi o litosiernych zapędach - władza wymyśliła sobie, że bezpieczniej będzie jeżeli obywatel przekima w żłobku, a nie we własnym domu.
A Kasieńka i ta gęś, która się biedaczka nie chciała upiec. Tyle bieganiny, starań i nic. Twarda jak stara podeszwa. I waza rozbita u stóp małżeńskiego łoża.
A trucie kadrowej Matyldą przy użyciu, jakże przyjemnym lodów, chyba Bambino. Bardzo dobre to były lody. 
A pościg przed pociągiem i zrzucanie garbu i zniszczenie budzika babci. Czy to była babcia Karola, czy Janusza?
I tak można w nieskończoność, a jak się oplotkuje Lesia to można się przerzucić na "Dzikie białko" - prawie cała załoga w pełni sił twórczych i umysłowych. Chociaż z tymi umysłowymi to się może rozpędziłam.
Zachęcam wszystkich do sięgnięcia po klasyki pani Joanny Chmielewskiej. Ja mam swoje TOP 10 książek, tych najlepszych z najlepszych i wiem, że w każdych okolicznościach zdadzą egzamin. Czasami trudno się śmiać. Czasami, a nawet bardzo często, chce się płakać. Mamy dość, dosyć tego wszystkiego. Żołądek podchodzi do gardła, w głowie się kręci, a my szukamy ucieczki od dziś. 
Moja propozycja: nie uciekajmy w alkohol, narkotyki i inne bliżej mi nieznane używki. Uciekajmy w książki. To jedna z nielicznych, sensownych dróg.
Pozdrawiam czytających:)

niedziela, 27 stycznia 2013

człowiek się uczy

Dzisiaj dopisałam na pasku bocznym linki do nowych recenzji. Muszę przyznać, że każdą opinię, każdą recenzję czytam wnikliwie i po kilka razy. Za każdą jestem bardzo wdzięczna, jakakolwiek by nie była. Uczę się.
Pisanie i w końcowym efekcie napisanie książki nie niosło za sobą żadnych konsekwencji. Wielu ludzi pisuje sobie do szuflady przez całe lata, zapisuje pomysły na książki, na "zaś". W taki właśnie sposób traktowałam moje ewentualne pisanie. Kiedyś, na emeryturze, jak czas pozwoli. Bo jak tu zacząć, jakie to pierwsze zdanie ma być? I jak, przede wszystkim znaleźć czas, siły i wenę na napisanie całej książki? Bo przyznam szczerze, przez dwadzieścia lat pisania kawałeczków do szuflady kończyłam w najlepszym wypadku na trzydziestej stronie. Trzeba było sporej mobilizacji by napisać całą książkę. Gdy już  napisałam, to dałam ją do czytania osobom bliskim. Z wszystkimi błędami, przecinkami w połowie odstępu między wyrazami. Z tymi wszystkimi zdaniami złożonymi, układającymi się piętrowo jak weselny tort. Stasia, ołówkiem stawiała kropki, dzieliła zdania, budząc moje święte oburzenie: no bo to takie ładne zdanie było! Mama korygowała tok rozumowania słownie i poprawiała końcówki. Kobieta, której nie znałam osobiście, przeczytała książkę na zasadzie pożycz dalej, zadzwoniła do mnie i zwróciła uwagę na specyfikę użytej trucizny. Ale to było już po wydaniu ebooka, wiec nie mogłam dokonywać zmian. Końcowa wersja "Wszystkich grzechów nieboszczyka" to efekt długiej i nie ukrywam tego, ciężkiej pracy. 
Gdy wprowadzałam ostateczne korekty i  w finale, po redakcji wydawnictwa wiedziałam, że już nic nie mogę zmienić, czułam ulgę. Należę do osób, które - jak moja mama się śmieje, jakby mogły, to by książkę od początku napisały.Na zasadzie, poprawek, sprawdzania, korekty, tego  nigdy dość.
 Miałam ogromne szczęście i przyjemność współpracy z wydawnictwem Oficynka i z jego alfą i omegą panią Jolantą Świetlikowską. Takiej  współpracy  nad pierwszą książką mogę życzyć każdemu. 
Nie mam pojęcia jak potoczą się dalsze losy "Wszystkich grzechów nieboszczyka". Mam cichą nadzieję, że Nieboszczyk spełni swoje zadanie; został napisany i wydany po to, by czytelnik po ciężkim dniu, sterany pracą i zmęczony codziennymi obowiązkami mógł odpocząć przy lekkim kryminale. By na parę godzin przeniósł się w inny świat. 
 Czas na inne wyzwania. 
Zapraszam do czytania recenzji, są bardzo wnikliwe. Dla mnie jest to naprawdę bardzo ciekawe w jaki sposób można odebrać moją książkę, co wysunąć na pierwszy plan. Naprawdę przeżywam spore zaskoczenia. 

sobota, 26 stycznia 2013

Bliscy odchodzą

Odszedł wujek Wiesiek.
 Miał najpiękniejsze niebieskie oczy jakie widziałam  i niezmierzoną wyobraźnię. Odszedł nagle, chociaż wydawałoby się, że do śmierci jeszcze Mu daleko.
 Kochał kwiaty, zwierzęta i życie.
Mam nadzieję, że znajdzie spokój na łąkach niebieskich.








piątek, 25 stycznia 2013

Kryminalny piątek - Elfy i Arthur Conan Doyle

Trudno w to uwierzyć, ale sam Arthur Conan Doyle dał wiarę istnieniu istot tak zwiewnych i niematerialnych jak elfy. Przedstawiono mu fałszywe dowody.
W 1918 roku dziesięcioletnia Frances Griffiths napisała w liście do przyjaciółki: "Wysyłam ci dwa zdjęcia(...) jedno ukazuje mnie nad strumykiem z kilkoma elfami".
Frances mieszkała ze swą kuzynką i jej rodziną w  Cottingley, na skraju miasta Bradford, w hrabstwie York. Kuzynka nazywała się Elsie Wright. To ona zrobiła Frances kilka zdjęć pożyczonym od ojca aparatem fotograficznym starego typu, ze szklanymi płytami zamiast kliszy.
Na szklanej płycie widać było dookoła głowy Frances jakieś białe smugi, ale nie zrobiły one wrażenia na panu Wright. Dziewczynki twierdziły, że często bawią się z elfami nad strumykiem. Na dowód Frances zrobiła następne zdjęcie twierdząc, iż widać na nim Elsie z gnomem. Gnom był mocno niewyraźny i niedoświetlony, dlatego państwo Wright nie uwierzyli w opowieści dziewczynek.
W 1919 roku pani Wright pokazała zdjęcia na zebraniu Towarzystwa Teozoficznego w Bradford. W 1920 roku zdjęcia trafiły do rąk wybitnego teozofa Edwarda Gardnera, który przekazał odbitki profesjonalnemu fotografowi, by ten je wyretuszował i "obrobił". Na poprawionych odbitkach widać elfy unoszące się  przed Elsie, oraz Frances z pokracznym gnomem.
Co ciekawe w autentyczność fotografii uwierzył sam Arthur Conan Doyle, który  po śmierci syna stał się fanatykiem spirytyzmu. Uwierzył do tego stopnia w autentyczność zdjęć, że opublikował je w artykule dla magazynu "Strand" w grudniu 1920 roku.

W 1921 roku dziewczynki zrobiły następne trzy zdjęcia z elfami, które zostały opublikowane też w "Strandzie", a potem w książce Arthura Conan Doyla The coming of the Faires (Nadejście elfów), w 1922 roku. Wieść o elfach z Cottingley rozprzestrzeniała się tak szybko, że w 1926 roku Elsie musiała wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Tam też było o niej głośno.
Przez długi czas nikt nie mógł dociec w jaki sposób elfy znalazły się na zdjęciach dziewczynek.  Odkryto, że Elsie pracowała przez jakiś czas w zakładzie fotograficznym, poza tym miała zdolności artystyczne i namalowała również obraz przedstawiający elfy nad strumykiem. W 1978 roku amerykański iluzjonista "zdumiewający Bandi" wykazał podobieństwo elfów z fotografii z elfami stanowiącymi część ilustracji do książki wydanej w 1914 roku "Książka dla księżniczki Marii". Zespół specjalistów pracujących w "New Scientist" komputerowo powiększył fotografie i  okazało się, że elfy wiszą na cienkich nitkach.
Dopiero w 1983 roku Elsie i Frances wyznały, że zdjęcia są sfałszowane, a postaci elfów wycięły z kartonu.

Źródło: Brian Innes "Fałszerstwa i oszustwa" - Elfy z Cottingley.
Zdjęcie pochodzi ze strony: D.Simanek/Conan Doyle

czwartek, 24 stycznia 2013

Granice rozsądku

Jak to się kiedyś inaczej żyło - tak sobie pomyślałam i westchnęłam przeciągle. Odstąpiłam od zmagania z Facebookiem, strona Nieboszczyka jakaś dziwna, ja jako administrator nie mogę wejść, nie widać wszystkiego co powinno być widoczne, a przecież niczego nie zmieniałam, bo nawet bym nie umiała. Moja osobista strona też dziwna, własnych znajomych nie mogę wszystkich wyświetlić i tak sobie pomyślałam, że po kiego grzyba mi to wszystko? Żyłam przed Facebookiem to i po też wyżyję. Z braku czasu nawet na Google plus nie mam czasu zaglądać, bo jak zaglądałam to dwie godziny nie moje. A robota sama się nie zrobi, oj nie. Oczywiście, że musimy iść do przodu, ale czy wszyscy? 
Dla mnie niekoniecznie.
Z wszystkich swoich aktywności wybieram tę, która sprawia mi przyjemność i rozwija mnie i moje umiejętności, czyli pisanie bloga. Nad resztą muszę się bardzo poważnie zastanowić. Doba ma 24 godziny, ani mniej, ani więcej. Trzeba spać i trzeba pracować,wykonywać czynności domowe, jeść. Fajnie jest książkę przeczytać.
 U siebie spostrzegam uzależnienie od mało istotnych informacji. Jestem ciekawa, dlatego wchodzę w różne strony, sprawdzam, czytam. Fakt, że dzięki temu dowiaduje się różnych rzeczy, z których istotne to: co się dzieje w świecie kotów, który psiak znalazł rodzinę, co nowego w klubokawiarni Kicia Kocia i ewentualnie nowości z rynku kryminalnego. Do tego akurat Facebook nie jest potrzebny, wszystko jest na bieżąco w sieci. Reszta na pewno też.
Bo czasu, czasu za mało. I oczy wysiadają. I tak naprawdę to my urządzamy sobie nasz własny, mały świat. A reszta? Reszta to iluzja obcowania.
Kiedyś nie było komórek, komputerów, nie mówiąc o laptopach. I było dużo mnie samochodów, a ludzie czytali dużo więcej książek i gazety też czytali. Niekoniecznie, takie z prawie samymi obrazkami i fingowanymi romanso-rozstaniami. Przekrój się na ten przykład czytało, i było w nim co czytać. A teraz... 
Komputer, internet to przyjaciel, ale w granicach rozsądku. Bardzo łatwo przekroczyć te granice.

środa, 23 stycznia 2013

Środa z książką - Sędzia Di i nawiedzony klasztor


Sięgając po książkę Roberta van Gulika nie przypuszczałam, że oto rozpoczynam długą przygodę z sędzią Di, jego przybocznymi i jego licznymi żonami. Oraz oczywiście sprawami, które sędzia rozwiązuje. 
Sędzia Di jest nazywany chińskim Scherlockiem Holmesem i jest w tym dużo racji. Tak jak i jego europejski kolega śledztwo opiera na dedukcji i niezwykłej spostrzegawczości.
Przygody sędziego Di nie są li tylko wytworem wyobraźni autora.
Jak przeczytałam we wstępie do książki, w 1940 roku van Gulik natrafił na anonimową osiemnastowieczną powieść detektywistyczną. Oczywiście chińską. Trwała wojna, nie czas był na pisanie i tłumaczenie książek, ale van Gulik należał nie tylko do miłośników, ale także do znawców Chin i ich fascynującej historii. 
W 1949 roku po raz pierwszy w Tokio ukazała się opowieść w trzech epizodach, pod tytułem "Dee Goong An", w której pojawił się sędzia Di. Sędzia Di to cesarski sędzia pokoju o rozlicznych uprawnieniach śledczych, badający niewyjaśnione, tajemnicze sprawy. Wyznawca nauki Konfucjusza. Do nawiedzonego klasztoru sędzia trafia przez przypadek, oto w czasie przeprawy przez niższe partie gór na południowym obrzeżu Han-yuan rozpętuje się burza, pioruny uderzają naokoło, a w wozie, którym jedzie sędzia trzeba wymienić ośkę - pękła. Najbliższym miejscem, w którym można się schronić jest Klasztor Porannych Obłoków. Klasztor Taoistyczny. 
Opat klasztoru nie pała entuzjazmem na widok gości, ale jest dobrze wychowanym chińczykiem, więc robi dobrą minę do złej gry i gości ich po pańsku.Oto fragment:
..."Sędzia nieufnie spoglądał na zimną smażoną rybę, którą opat nałożył mu na talerz. Miska z kleistym ryżem i rodzynkami również nie wyglądała zachęcająco. Sędzia nie miał apetytu. Żeby ukryć swój brak entuzjazmu, zauważył: - Wydawało mi się, że w klasztorach taoistycznech nie podaje się żadnych ryb ani mięsa.
- Ściśle przestrzegamy klasztornych zasad - odparł opat z uśmiechem. - Wyrzekamy się wszelkich alkoholi. Mój kielich do wina jest napełniony herbatą. Jednakże pański, oczywiście, nie! Dla naszych szacownych gości czynimy ten jedyny wyjątek. Ale ściśle przestrzegamy diety wegetariańskiej. Ta ryba sporządzona jest z sera sojowego, a to co wygląda jak pierś kurczęcia, zostało uformowane z mąki z dodatkiem oleju sezamowego.
Sędzia Di poczuł konsternację. Nie był smakoszem, ale lubił przynajmniej wiedzieć co je. Zmusił się, by skosztować mały kawałeczek ryby z sera sojowego, i omal się nie udławił. Na widok wyczekującego spojrzenia opata szybko powiedział:
- Doprawdy przepyszna. Macie tu doskonałych kucharzy!
Szybko opróżnił kielich, ciepłe wino ryżowe było niezłe. Atrapa ryby żałośnie łypała na niego pomarszczonym okiem, które w rzeczywistości było suszoną śliwką"...
Książka smakowicie napisana, z ogromną wiedzą na temat kultury i obyczajów Chin, a wiedzy nigdy za dużo, zwłaszcza podanej w tak przystępny sposób. Już teraz wiem, że z książkami van Gulika  na długo połączy mnie sympatia i, oczywiście ciekawość tego co się będzie jeszcze działo w sędziowskich rewirach.
A z wiadomości praktycznych: by zniknął uciążliwy ból głowy musimy:
 Po pierwsze kupić pomarańcze, potem wyszorować ich skórkę, wytrzeć, obrać. Pomarańcze zjeść, a pokrajaną na paski skórkę wysuszyć. Gdy rozboli nas głowa, bierzemy garść suszonych skórek, moczymy w gorącej wodzie, żeby trochę zmiękły po czym jeszcze mocno ciepłe układamy na kawałku materiału, najlepiej lnianego. Obwiązujemy czoło tak by ciepłe pomarańcze ułożyły się na czole i odpoczywamy.
Dzisiaj kupiłam kilo pomarańczy, jak wypróbuję działanie to podzielę się wrażeniami.
A książki z serii o przygodach sędziego Di szczerze polecam.



poniedziałek, 21 stycznia 2013

informacyjnie o książce :)

Dzisiaj informacyjnie o książce.
Dość długo " Wszystkie grzechy nieboszczyka" były nieosiągalne w mieście Oświęcimiu, moim rodzinnym. Ale wszystko, jeżeli się chce, można zmienić. 
Na pewno  książkę można kupić w księgarni Logos przy ulicy Mickiewicza. Jeżeli nie będzie, to miłe panie na pewno zamówią, ponieważ Nieboszczyk jest dostępny we współpracujących z księgarnią hurtowniach. 
Jeżeli ktoś mieszka poza Oświęcimiem, albo nie ma ochoty na pójście do księgarni, to można ją kupić w księgarniach internetowych: w Empiku, w księgarni Zbrodni w Bibliotece, w księgarni Pętla Czasu. 
Do niedawna była w Weltbildzie, teraz czyszczą magazyny i książka widnieje jako produkt niedostępny, ale co ciekawe, nadal jest przez Weltbild reklamowana w internecie. 
Nie powiem, miło jest wejść na jakąś stronę i zobaczyć znajomą okładkę.
Miłego czytania:)

niedziela, 20 stycznia 2013

sirota internetowa :)

Ja  to jestem taka sirota internetowa, że głowa boli. A jeszcze jak się z czegoś ucieszę, to mi się wyłączają resztki myślenia matematyczno logicznego i amen. A ucieszyłam się i to bardzo. 
Na stronie Gildii Literatury ukazała się kolejna recenzja książki. Przeczytałam ją z autentycznym zaciekawieniem i wzruszeniem. Uczę się pisania, tak jak każdy dobry rzemieślnik uczy się swojego zawodu i wiem, że pomysł na książkę to nie wszystko. Trzeba się dobrze przygotować, wszystko sprawdzić i przeczytać swój własny tekst dziesiątki razy.  Nauczyć się całej masy rzeczy. Odświeżyć dawno zapomniane wiadomości ze szkoły. Nie rozstawać się z różnego rodzaju słownikami.
Ale radość, gdy ktoś mi mówi, że mu się podobało, że poleca książkę dalej, że jest ciekawy jak potoczą się losy bohaterów Nieboszczyka ( oczywiście oprócz tych, których zdążyłam uśmiercić), ta radość przebija wszystko. No i radość z kolejnej recenzji, która mogłaby być spełnieniem marzeń każdego początkującego autora.
Wiem, że jeszcze nie raz i nie dwa zostanę oblana wiadrem lodowatej wody, ale dzisiaj jest dzisiaj, a jutro? Jutro dopiero nadejdzie.
A dlaczego sirota? Bo dwa razy i oczywiście źle wpisywałam link do recenzji na Facebooku. Ten został sprawdzony i działa prawidłowo:))   http://www.literatura.gildia.pl/tworcy/iwona-mejza/wszystkie-grzechy-nieboszczyka/recenzja

sobota, 19 stycznia 2013

Skromniej, ciszej...

(...) - "Większość sztuczek sprawia wrażenie łatwych, gdy się je umiejętnie wykonuje! - zauważył Tao Gan z uśmiechem. - Ale w istocie wymagają bardzo długiego ćwiczenia! W porządku, nie brakuje ani jednego kawałeczka. Jutro skleję ten spodek i będzie go można używać całymi latami!
- Co sprawia, że jesteś taki skąpy, Tao Gan? - zapytał sędzia Di. - Wiem, że masz pokaźne dochody, a nie posiadasz rodziny ani nie ciążą na tobie  żadne zobowiązania. Nie grozi ci bieda, wiec nie musisz żyć tak oszczędnie.
Tao Gan spojrzał na niego zawstydzony. Powiedział nieśmiało:
- Niebiosa obdarzyły nas wieloma dobrymi rzeczami, proszę pana! Mamy dach nad głową, który daje nam schronienie, pożywienie, którym się karmimy, ubrania, które okrywają nasze ciała. Wciąż się boję, że któregoś dnia, patrząc, jak lekkomyślnie to wszystko trwonimy, przekonani, że nam się to należy, Niebiosa się rozgniewają. Dlatego nie potrafię wyrzucić niczego, co mogłoby się jeszcze jakoś przydać..."
Fragment pochodzi z książki Roberta van Gulika " Sędzia Di i nawiedzony klasztor"

Nic dodać, nic ująć.
Pozdrawiam:)

czwartek, 17 stycznia 2013

Sprawy techniczne:)

Nagromadziło mi się spraw technicznych, a prawda jest taka, że uwielbiam pisać, ale wpisywanie tych wszystkich linków, nakierowań i innych cudów idzie mi jak po grudzie. Najgorsze jest to, że nawet jak coś zrobię, to i tak potem nie pamiętam jak to szło. Ale efekt końcowy, czyli wpisanie ostatnich recenzji o książce można zobaczyć na pasku bocznym. Zapraszam do czytania i dzielenia się ze mną i czytelnikami bloga swoimi uwagami:)
Także na pasku bocznym umieściłam linki do księgarni internetowych, w których można zakupić książkę. Oczywiście można ją kupić także w wielu innych księgarniach, ale te wpisałam żeby były pod ręką. Przy okazji okazało się, że Weltbild, który pokazywał Nieboszczyka w swoich reklamach robi sprzątanie w magazynach i liczba dostępnych książek zmalała z 10 000 do bodaj 1365. Malutko, ale w związku z likwidacją działalności w Polsce chcą wysprzedać to co mają na stanie. Szkoda Świata Książki, który kojarzy się swoim czytelnikom z solidną ofertą.
Poza tym, ale to już dotyczy mojego Wydawnictwa, czyli Oficynki, zaczynamy głosowanie w plebiscycie złoty kościej 2012. Ta urocza nazwa wskazuje na ścisłe związki z kostnicą, dlatego link to: http://www.kostnica.com.pl . Ja głos oddałam na znakomite "Morderstwo na mokradłach" w kategorii kryminał, "Halloween" w kategorii horror, na "Schodząc ze ścieżki" w kategorii okładka, "Korona śniegu i łez" - to już fantastyka, kategoria thiller "Obywatel", i oczywiście wydawnictwo Oficynka.
Nasze typy, oczywiście każdy może wybierać co mu w duszy gra, wysyłamy mailem, na podany poniżej adres: http://www.kostnica.com.pl/kosciej.htm. Przewidziana nagroda, jedna, ale za to porządna:)
Miłego czytania i głosowania:)

środa, 16 stycznia 2013

Środa z książką - Klub Dantego


Matthew Pearl napisał niezwykłą książkę. Wciągającą i oszałamiającą, zmuszającą do porzucenia wszystkich aktualnie wykonywanych prac. Przykuwającą uwagę i zostającą z czytelnikiem na długo.
Boston 1865 roku, życie po wojnie secesyjnej wraca powoli do normy. Wydawca bostoński J.T. Fields wraz ze znamienitymi poetami bostońskimi zamierza wydać pierwsze, amerykańskie tłumaczenie "Boskiej komedii" Dantego. Niestety na drodze do celu zaczynają piętrzyć się trudności. Nie dość, że Korporacja Harwardzka nie aprobuje języków nowożytnych, a tłumaczenie Dantego z włoskiego uważa za wybryk, który należy ukarać, to jeszcze w Bostonie dochodzi do serii oficjalnie nie mających ze sobą nic wspólnego morderstw. Oficjalnie,  ponieważ nieoficjalnie wiadomo, że ich wspólnym mianownikiem jest "Boska komedia". A w zasadzie tekst  jej tłumaczenia. 
Morderstwa zostają popełnione tak, jakby morderca wiedział, który sonet jest aktualnie tłumaczony. 
Członkowie Klubu Dantego muszą do walki z mordercą zaangażować swój intelekt. A mózgi to nie byle jakie.  Przywódcą grupy jest znany i bardzo popularny poeta Henry Wadsworth Longfellow. Współpracują z nim: Olivier Wendell Holmes, James Russell Lowell oraz pan Fields. W wykryciu zbrodniarza pomaga także pierwszy ciemnoskóry bostoński posterunkowy Nicholas Rey.
Praca nad odkryciem mordercy idzie wolno, pisarze powoli orientują się, że sprawcą serii morderstw musi być ktoś, kto jest blisko nich, ma z nimi kontakt, a jest w jakimś stopniu niewidoczny.
Mattheaw Pearl bardzo sprytnie ukrył mordercę trzymając go przez całą książkę na widoku. Dał nam wyraźne wskazówki byśmy sami mogli go odkryć. Na końcu przedstawił motyw kierujący mordercą, który sam także jest ofiarą.
Książka która kryminałem i jest i nie jest. Dla mnie to zaleta tego gatunku. Kryminałem jest, bo wiadomo, zbrodnia goni zbrodnię, sprawca sprytnie zaciera za sobą ślady. Dreszcz chodzi nam po plecach. Jednocześnie "Klub Dantego" to świetna książka obyczajowa, z bogato nakreśloną panoramą Bostonu. Pełna drobiazgów obyczajowych i subtelności epoki, przerywanych brutalnym opisem pełzających czerwi, co ma  niebagatelny związek z zakończoną wojną secesyjną.
Książka nie tylko dla miłośników kryminałów, ale także dla tych, którzy po prostu lubią dobrą literaturę. A piszę w ten sposób dlatego, że często słyszę zdanie: "kryminał, nie to nie dla mnie. Ja nie czytam kryminałów".  I taki charakterystyczny grymas ust. Akurat szufladkowanie przy kryminałach mija się z celem, ponieważ kupując lub wypożyczając kryminał otrzymujemy często wartość dodaną, czyli: fantastyczny opis epoki, tło historyczne. Książkę  z wątkami biograficznymi, plastyczne opisy przyrody i życia zwierząt, czy ekscytujący  zapis obyczajów wilkołaków. 
Akurat są lub w innych rejonach kraju będą ferie.Grypa sieje postrach i trzeba trochę poleżeć. Ciemno się szybko robi i nic się człowiekowi nie chce. W takich okolicznościach  "Klub Dantego" na pewno się sprawdzi.
I nie tylko w takich :)

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Starość

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy ma swoich zwolenników i przeciwników. Po słynnych słowach Jurka Owsiaka dotyczących eutanazji zawrzało, a co poniektórzy zaczęli wycofywać swoje poparcie dla Orkiestry. Niektórzy zaczęli się nawet ślinić z radości, na myśl, że idea Orkiestry i sama Orkiestra nie wytrzyma krytyki i słupki poparcia finansowego oraz emocjonalnego pójdą w dół. No to sobie niektórzy pogadali. 
Bardzo się cieszę, że Jurek Owsiak rozpoczął dyskusję o naszej, polskiej starości. O życiu w ciężkich warunkach, czekaniu na wizytę u kardiologa rok. Powiedzcie mi co pomoże kardiolog za rok przy rozwijającej się wieńcówce? Chyba żeby prywatnie, a na prywatnie nie każdy ma. Poza tym dlaczego, skoro pracował, płacił, jako emeryt też płaci. Zaklęty krąg niemożności.
 O ile dziećmi zajmują się u nas różne organizacje, i chwała im za to, o tyle o ludziach starych nie mówi się prawie nic. Ot, czasami właśnie kolejki w przychodniach, albo optymistyczne relacje z codzienności stulatka, który jeszcze potrafi zaparzyć sobie herbatę. 
Mogłabym pisać ogólnikami i oburzać się na wszystko co się da, tak ogólnie. Ale to byłoby przelewanie z pustego w próżne. Napiszę o czym innym i to będzie z brutalnego życia wzięte.

Babcia Tekla, o której na tym blogu często wspominam żyła ponad dziewięćdziesiąt lat. Babcia bardzo długo trzymała formę i nie wymagała jakiejś szczególnej opieki, oprócz tego co standardowe czyli: prania, sprzątania, przygotowywania posiłków. Oprócz tego babcia długo była bardzo samodzielna i doskonale sobie radziła. Ale cóż, z wiekiem postępowała skleroza, która z czasem przerodziła się w Zespół Otępienia Starczego. Nie w Alzheimera, ten występuje wcześniej. Potem babcia złamała nogę w udzie i musiała przejść operację i wszczepienie endoprotezy. Jako dziewięćdziesięciolatka. Zostałam uprzedzona, że po operacji trwającej prawie cztery godziny szare komórki ulotnią się z babci mózgu z prędkością światła. Chirurg wiedział co mówi.
Po przywiezieniu  do domu ze szpitala spionizowanej babci  załamałyśmy ręce, bo kartoteka swoje, a babcia swoje. Ze świeżo wszczepioną protezą, mocno nadpobudliwa babcia chciała wstawać., ale mogła tylko leżeć. Nie poddałyśmy się  i dzięki kuzynce, która zajęła się rehabilitacją babci  wyszłyśmy na prostą. Na dwa miesiące. Potem zaczęło się wszystko od nowa, a babcia przestała chodzić na amen. Znowu stała się nadpobudliwa, cały czas pytała  o bliskich zmarłych, duchy zaczęły chodzić po pokoju, przestała nas poznawać. Zaczęła się denerwować na nasz widok. Nie chciała jeść, przyjmować lekarstw.Nie wspominając o odrzucaniu pampersów, i chronicznej bezsenności. Było nam bardzo ciężko. Nie przespana noc przechodziła w dzień, a w dzień trzeba było iść do pracy, gotować obiad, poprać, posprzątać cokolwiek i oczywiście dbać o babcię. Karmić, myć, przewijać, przebierać, walczyć z odleżynami, które po pobycie na płucnym wystąpiły ze zdwojoną siłą. W domu babcia miała materac przeciwodleżynowy, maści, opatrunki, specjalne plastry na odleżyny, masaże. Po dziesięciu dniach w szpitalu była katastrofa, mimo że chodziłam do babci dwa razy dziennie, na zmianę z mamą, masowałam, karmiłam, przebierałam i, nie chodziłam z pustymi rękami. Ta naiwność człowieka, że jak kupi kawę, czekoladki, to ktoś się zajmie...
Babcia umierała długo. Ile razy słyszę o dawanych jeszcze na koniec kroplówkach, żeby przedłużyć jeszcze o tydzień życie, komuś z kogo to życie już uciekło i cierpi pogrążony w malignie, to zastanawiam się komu jest potrzebne przedłużanie życia na siłę. W momencie, gdy już widać plamy opadowe. Babcia całe szczęście miała dosyć rozsądną lekarkę, ale to nie norma.
Gdy problemy z ZOS się nasiliły, a ja biegałam od apteki do apteki, sama bliska obłędu, poradzono mi wizytę u psychiatry. Byłam tak wykończona, że nie namyślając się długo wykręciłam numer do znajomego lekarza. Wiem, że nie każdy tak ma, ja miałam szczęście.
Na następny dzień w czasie wizyty lekarz wytłumaczył mi, że mając w domu osobę tak chorą jak moja babcia cała rodzina jest chora. Przepisał leki dla babci, codziennie wieczorem, telefonicznie, zdawałam mu relację z reakcji babci na leki.  Lekarz opowiadał mi, że w Niemczech rodziny, w których występują przypadki chorób otępiennych, bo tych chorób jest cała gama, te rodziny mają obowiązek wziąć dwa tygodnie urlopu w roku od zajmowania się osobą chorą. Wtedy taka osoba trafia do szpitala na przystosowany oddział. Chodzi o to, żeby opiekunowie nie zamieniali się w zbyt szybkim tempie we wraki ludzkie. Znam przypadki, gdzie dzieci opiekowały się rodzicami przez wiele lat, a potem, po ich śmierci, same umierały dość szybko. Tak miały wycieńczony organizm. U nas się nie oddaje babci do szpitala, bo zaraz mówią, że rodzina sobie bimba - chce odpocząć, taka fanaberia.
Opiekowałyśmy się babcia do końca. 
Kompletnie wycieńczone organizmy regenerowałyśmy prawie trzy lata, uprzedzone przez lekarkę, że "dochodzenie do siebie" mniej więcej tyle potrwa. 
Byłyśmy bardzo zżyte z babcią i miałyśmy jakie takie warunki by się nią opiekować, ale nie każdy tak ma. Chciałabym żeby było więcej przyzwoitych domów opieki, domów spokojnej starości, lekarzy geriatrów i w ogóle lekarzy, którzy orientowaliby się w schorzeniach starego człowieka i diagnozując dziewięćdziesięcioletniego staruszka, w jeszcze niezłej kondycji widzieli, że drżenie rąk, to objaw starości, a nie Parkinson, zapominanie co się na obiad jadło, to nie Alzheimer tylko starość lub właśnie otępienie starcze. To po prostu starość, ten cholerny sks.
A każdy z nas jak dożyje to też będzie stary - nie ma zmiłuj.

sobota, 12 stycznia 2013

Przeczekuję

Już nie staram się walczyć z techniką - przeczekuję.
 Od pierwszych dni nowego roku stale coś się psuje. Sprzęty są znużone, a ich cierpliwość na wyczerpaniu. Rozumiem strajk pieca gazowego -  ma piętnaście lat i najlepsze za sobą. Rozumiem, że klamka może wylecieć, wprawdzie nie wiem jak to zrobiła, ale jej prawo. Humory drukarki trochę mnie zdenerwowały. Kwestia tuszu, który akurat się skończył, a ja nie wiedziałam czy drukarka uprzejmie podejmie pracę, czy znowu odmówi posłuszeństwa. Na wszelki wypadek odpisałam numer tuszu do drugiej drukarki, zdecydowana zakupić, bo przecież nie kupię trzeciej drukarki, nie miałoby to najmniejszego sensu. Tuszu nie było, więc problem rozwiązał się sam. Na chwilę.
Tak naprawdę dobiła mnie wczoraj zbiorowa odmowa pracy telefonu i internetu. A było to tak:
Skończyłam poprawianie książki, odesłałam i odetchnęłam z ulgą, pełne siły kierując do walki z narastającym przeziębieniem. Leczę się nie chodząc do lekarza. bo znając własnego pecha od lekarza przywlokłabym jakiś trudno usuwalny wirus i padła odłogiem. A tak, krajem piekła, krajem nieba jakoś sobie poradzę. Postanowiłam trochę odpocząć, poczytać. Sięgnęłam po rewelacyjny "Klub Dantego" i przyspawało mnie do kanapy. Amen, świat wokół przestał istnieć. Do momentu. Z błogostanu wyrwał mnie sygnał telefonu. Poderwałam się mało przytomna, podbiegłam i odebrałam. 
Nagrany głos zaproponował mi zapoznanie się z horoskopem. "Jeżeli chcesz poznać swój horoskop naciśnij jeden"... Nie chciałam. Odłożyłam słuchawkę. Tknięta niedobrymi wspomnieniami podniosłam ją by usłyszeć jak pani proponuje naciśnięcie kolejnej cyferki. Wyłączyłam telefon z gniazdka; a nuż przełączą mnie gdzieś tam i będę buliła jakąś nieosiągalną dla mnie kasę. Telefon sam z siebie warknął i zamilkł. Podłączyłam wszystko z powrotem i koniec, zdechło. 
Późnym wieczorem zrezygnowana poszłam wydrukować książkę, mama będzie czytać, aż się boję, drukarka szła ładnie, tylko co dwadzieścia stron przystawała, przerywała i nie drukowała jednego zdania na kartce. Wybiórczo, na chybił trafił,  taka fanaberia.
Około północy internet i telefon wrócił do normy.
No i czym się denerwować, skoro rzeczy same się naprawiają;)
A o "Klubie Dantego" więcej napiszę w środę. Jeżeli ktoś czytał "Przeminęło z wiatrem", "Rhetta Butlera" i inne książki z czasów wojny secesyjnej i  czasów po wojnie, to się zachwyci. Boston, bramini, Longfellow i praca nad pierwszym, amerykańskim przekładem Dantego. Ze wskazaniem na Piekło. 
Piękna książka.

środa, 9 stycznia 2013

Środa z książką - Stuhrowie - Historie rodzinne


Ogromną wdzięczność  czuję do pana Jerzego Stuhra, wybitnego przedstawiciela nie mniej wybitnej rodziny, za spisanie tych  zwykłych i niezwykłych  historii rodzinnych.
Pamiętam program sprzed lat o odkrywaniu swoich korzeni. Reporter i badacz-genealog podążając historycznym tropem doszli do Austrii, do małego domku, w którym mieszkają dalecy krewni  krakowskich Stuhrów.
Program był początkiem drogi, a efektem finalnym, dla nas czytelników, książka niezwykła. O podróży młodych małżonków Leopolda Stuhra i Anny z Thillów Stuhrowej z Dolnej Austrii do rozbudowującego się Krakowa. Rok 1879- w Krakowie mnóstwo się dzieje, rządzi prezydent Józef Dietl, budują wodociągi, powstaje Akademia Umiejętności, parki miejskie. Leopold  zakłada restaurację, w której serwuje sznycel po wiedeńsku i kapustę z grzybami. Ciężko pracuje by nabyć prawo swojszczyzny...

I inna bardzo bolesna historia Oskara Stuhra - wuja Jerzego.
Mały fragment zapisków prowadzonych przez Oskara Stuhra poniżej:
"Rozeszła się wieść w obozie, że wracam do Krakowa jako jeden z pierwszych z nowopowstałego obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Mnóstwo towarzyszy boleści i cierpień zgłaszało się do mnie ze zleceniami i prośbami do ich rodzin. Starałem się wszystko dobrze zapamiętać, przede wszystkim adresy i numery domów, bo żadnych notatek nie można było mieć przy sobie(...) .Nie mogłem się pogodzić z faktem, że nadchodzi chwila zwolnienia. Przeciwnie natarczywie męczyły mnie myśli, że będę istotnie rozstrzelany, gdyż mało prawdopodobne wydawało mi się, abym ja tylko sam opuszczał obóz, pozostawiając w nim moich kolegów, których winy, przynajmniej pierwszych stu zakładników z Krakowa, były te same, jak i moje."
Wstrząsające wspomnienia.
Książka - lektura obowiązkowa. Wpływ historii kraju na życie jednostki żyjącej w tym kraju.
Historie rodzinne - to książka pięknie wydana.  Mamy okazję spojrzeć na pieczołowicie dobrane zdjęcia, musnąć dłonią wysokiej jakości papier, a zrobiwszy sobie przerwę w czytaniu założyć stronice czymś co rzadko dziś spotykamy, jedwabną zakładką stanowiącą integralną część książki.
Chce się czytać....

poniedziałek, 7 stycznia 2013

"Wszystkie grzechy nieboszczyka" w Gazecie Krakowskiej


Dobrze mi się tydzień zaczął:)
Gazeta Krakowska w naszym dodatku Gazeta Małopolska zamieściła informację o mnie i o "Wszystkich grzechach nieboszczyka". 
Cieszę się bardzo, zwłaszcza że to mój "gazetowy pierwszy raz".

pozdrawiam wszystkich serdecznie

niedziela, 6 stycznia 2013

Urodziny wujka


Nie mogłam się powstrzymać i zrobiłam zdjęcie kwiatuszka. Kwiatuszek to wyjątkowo duże Anturium zwane złośliwie językiem teściowej:)
W sobotę brat mojego dziadka,  wujek Tadek obchodził dziewięćdziesiąte urodziny.
Pani kwiaciarka, niezastąpiona Michasia, stwierdziła, że dla mężczyzny w tym wieku nadaje się jeden kwiat, ale za to porządny. Pięknie go przybrała, opakowała, wczoraj było w miarę ciepło, więc  nie martwiłam się, że kwiatek zmarznie. Gorzej było jak zawiało i szarpnęło pakunkiem. Bałam się, że go do domu nie doniosę, ale skończyło się dobrze. 
Wujek jest świetnym starszym panem, z poczuciem humoru, nadal wrażliwym na piękno tego świata. Mam nadzieję, że spokojnie dożyje stu lat, a może, by jak żartowaliśmy wczoraj "skubnąć" trochę ZUS, pożyje dużo dłużej? 
Tego Mu życzę:)

czwartek, 3 stycznia 2013

Alibi - opowiadanie kryminalne

Dzisiaj na stronie:http://zbrodniawbibliotece.pl/kryminalki/3182,iwonamejzaalibi/ ukazało się moje opowiadanie kryminalne - zapoznawcze. Tak jak dla ludzi są organizowane wieczorki zapoznawcze, tak dla książek mamy opowiadania zapoznawcze. W opowiadaniu Alibi spotykamy się z komisarzem Kazimierzem Jodłą, patologiem Romanem Ziębińskim i aspirantem Tomkiem Kulikiem. To oni oderwani od sylwestrowej zabawy będą musieli sprostać wyzwaniom i ... 
Zapraszam do czytania i zgadywania o czyje tak naprawdę alibi chodziło:)

mroczno;)

Pierwszy wpis w nowym roku.
No i tak. Ponuro jest niesłychanie, ciemno, mroczno i pomroczno.  Plik spraw do załatwienia rośnie z godziny na godzinę, a mnie z godziny na godzinę coraz bardziej boli głowa. Wiatr wieje i przemieszcza rzeczy wokół domu. Lodowaty deszcz zmieszany z odrobiną śniegu bije w zamoknięte do imentu okna, odbija się od aluminiowego parapetu. Nieprzyjemnie jest, obco i wrogo. Całe szczęście, że mogę chociaż przez chwilę poczytać nadesłane maile. 
Potem muszę wyjść i na samą myśl o wychodzeniu robi mi się jeszcze gorzej, ale jak pomyślę, że gdy wrócę to siądę do przeglądania 'Nieboszczyka" w celu wyszukania co smakowitszych fragmentów, a potem te fragmenty systematycznie będę umieszczała na Facebooku, na  stronie osobistej "Wszystkich grzechów nieboszczyka", to czuję się zdecydowanie lepiej.
Nic nie trwa wiecznie, nawet pogoda taka jak dzisiaj :))

poniedziałek, 31 grudnia 2012

W sylwestrową jasną noc

31 Grudnia, Sylwestra. To takie imię nawiasem mówiąc.
Trafia mnie równo od ósmej rano, gdy pierwszy niezidentyfikowany obiekt odpalił  coś o mocy ziemia - powietrze. I tak przez cały dzień. Przed chwilą przez ulicę przetoczył się charkotliwy bełkot małolatów, a wyekspediowany przez nich pocisk wstrząsnął posadami budynku. Psy zaczęły wyć, biedaki od kilku dni muszą znosić głupotę ludzi.
Zanim dobiegłam do ulicy z przekleństwem na ustach, chuliganów już nie było. Oddalili się w inne rejony. Nie jestem nie z tego świata, nie jestem niedzisiejsza, i w nosie mam względy ekonomiczne, chociaż zdaję sobie sprawę ilu ludziom, zwierzętom można byłoby pomóc za te puszczone z dymem pieniądze, ale po prostu nie znoszę nocy sylwestrowej!!! Czekam z utęsknieniem kiedy wokół mnie ucichnie wojna na race, pociski dalekosiężne i różne inne chińskie wynalazki.
Co jakiś czas dochodzi sygnał karetki. Nawet nie chcę wiedzieć co komu naderwało. Jeszcze kilka lat temu był względny spokój, ale teraz wszyscy w okolicy,a jak nie wszyscy to znaczna część uważa za swój obowiązek odpalenie czegokolwiek.
Kiedyś wystarczył jeden, profesjonalny pokaz sztucznych ogni. Trwał kilka minut, wzbudzał zachwyt, był spodziewany, więc można było zabezpieczyć, odizolować zwierzęta. Teraz po prostu szkoda słów.

życzenia




Szczęśliwego Nowego Roku 2013
Życzę wszystkim aby był lepszy niż odchodzący 2012
Życzę zdrowia, szczęścia, spełnienia marzeń
oraz nieustającego pasma codziennych sukcesów.
Wszystkiego dobrego:)

sobota, 29 grudnia 2012

Koniec roku

Do końca roku zostało niewiele czasu. Czy to coś w naszym życiu zmienia? Nie wydaje mi się. Inna data niczego nie zmienia oprócz cyferek.
 Nie jestem zwolenniczką postanowień noworocznych, obietnic i przysiąg składanych pod presją daty. Plany mam, cele do zrealizowania także, ale sformułowałam je sobie dużo wcześniej i staram się je konsekwentnie realizować, wkładając w realizację dużo pracy. 
Nie rzucam palenia, ponieważ nie palę. Palenie papierosów u bardzo wielu osób, przynajmniej w młodości, bierze się z zakazów. Owszem, w okolicach osiemnastki wypaliłam kilka papierosów, ale mi nie smakowały, nikt nawet nie zauważył że paliłam, to zrezygnowałam. Zero przyjemności. 
Alkohol tak samo. Przez lata całe dziadek Józef  pod wieczór miał zwyczaj wypijać kieliszek wina własnej roboty. Czasami kieliszek przywiezionego z Francji przez znajomych koniaku. Ekscesem było sączenie likieru anyżowego otrzymanego przez dziadka w charakterze prezentu.  Piękna, litrowa butelka w niebieskim, tłoczonym złotem opakowaniu. Wiało wielkim światem. Likier anyżowy nadal ma dla mnie smak tamtych wieczorów nieskalanych niepotrzebnym gadaniem. Bo dziadek czasami stawiał drugi kieliszek i pozwalał mi na wypicie lampki wina, czy właśnie likieru anyżkowego. Babcia Tekla sarkała, że nie wypada żeby dziecko rozpijał, a dziadek z typową dla siebie łagodnością uśmiechał się pod równo przystrzyżonym wąsem i mówił: "nie przesadzaj Tecia, to dla zdrowia". 
Dlaczego zebrało mi się na wspominki? Babcia, dziadek, ciotki, wujkowie, a nawet pradziadkowie i prapradziadkowie ich życie, i ich do życia podejście, to dla mnie solidna podstawa. Lubię wiedzieć jak było, lubię wysłuchiwać życiowych historii. Zapisuję je, bo pamięć coraz bardziej ulotna i wybiórcza się robi. Czytam swoje notatki, te sprzed wielu lat i te sprzed kilku miesięcy. Oglądam zdjęcia, szukam, bo wiem, że coś gdzieś miałam, znowu nie mam. Czasami szukam nienazwanych skrawków papieru, na których zapisałam nazwisko panieńskie drugiej prababki ze strony babci Tekli. A może to było imię prapradziadka ze strony ojca? Nie pamiętam. Muszę znaleźć. Jak znajdę to się dowiem.
Są momenty, gdy ludzie których nigdy nie znałam są mi bliżsi niż ci których znam. Od żyjących.
Czytam nadal książkę Pilcha. Popłakałam się nad opowiadaniem "Trup ze złożonymi skrzydłami". Jest piękne, poruszające i wchłaniające. 
Dziadek Pech, babka Pechowa - Zuzanna z Trzmielowskich  primo voto Branna, sekundo voto Pechowa. A ja czasami rozmawiam z ludźmi, którzy nie wiedzą jak ich babcia była z domu...

piątek, 28 grudnia 2012

Kryminalny piątek

Dzisiaj przyszłam z pracy tak zmęczona że, prawdę  mówiąc, myślałam tylko o wypoczynku. Wprawdzie nie powinno się pisać o zmęczeniu w kontekście powrotów z pracy, ale to jest samo życie :)
 Nie zdążył mi się skrystalizować jakiś konkretny pomysł wypoczynku, gdy: kot chciał wiedzieć czy kupiłam coś smacznego i dostać to natychmiast, telefon zadzwonił dwa razy, w tym jeden głuchy, zjadłam obiadokolację, włączyłam lapka, udałam się w rejs po internecie. Strona po stronie. Doszłam do Facebooka, przeglądnęłam, poczytałam i założyłam stronę dla "Wszystkich grzechów nieboszczyka". Pomyślałam, że przynajmniej w jednym miejscu będą wszystkie informacje o książce. Książkę pisałam dość długo, od pomysłu, poprzez projekt, skończywszy na wykonaniu, z licznymi wątkami ubocznymi. Trochę o tym będzie na fejsbukowej stronie.Zapewne też jakiś kawałek tekstu. Gdyby ktoś chciał polubić "Nieboszczyka" to zapraszam:)
Jutro znowu popracuję przy stronie i przyznam się, że uczenie się całkiem nowych rzeczy, wychodzenie poza obsługę Worda, sprawia mi dużą przyjemność. Miła jest świadomość, że jesteśmy w stanie zrobić coś, co na samym wejściu wyglądało na trudne. Nic to, że nie zrobimy szybko, że popełnimy błędy, ale zawsze czegoś się nauczymy.
Kiedyś, nie pamiętam gdzie wyczytałam zdanie, że: "wszystko jest trudne zanim stanie się proste". I tak to jest. 
A dzisiaj chciałam napisać o kryminalnych pasjach Alfreda Hitchcocka. Patronował takiej serii: Alfred Hitchcock poleca. Małe, cienkie książeczki, a w nich dwadzieścia opowiadań. Trzy strony i dosyć. Kryminalne perełki, gotowy materiał na scenariusze, scenariusze niezrealizowane przez mistrza suspensu. Jak przystało na mistrza - książka zniknęła. Muszę poczekać aż będzie chciała się znaleźć. 


środa, 26 grudnia 2012

Środa z książką - Moje pierwsze samobójstwo


Lubię zbiory opowiadań. Mogę, w zależności od ilości czasu, przeczytać jedno, czy dwa opowiadania od deski do deski, nie odrywając się od tekstu, a co za tym idzie, nie zapominając o czym to autor opowiadał. Czytając książki Jerzego Pilcha, pełne dygresji, wątków pobocznych dryfujących w kierunkach tak różnorodnych, a jednocześnie się przecinających, nie silę się na zapamiętanie wszystkiego. Po prostu czytam i smakuję zdania jak najwykwintniejsze danie. 
Z domu można wynieść różne doświadczenia. Często staramy się zapomnieć o tym co przeżyliśmy kiedyś. Machamy ręką lekceważąco awansując we własnym mniemaniu tak wysoko, że ten dom i jego pewna siermiężność rażą i zawstydzają. A przecież doświadczenia wyniesione z dzieciństwa, z młodości i nawet bujnej pierwszej młodości mogą być najlepszym posagiem. Przynajmniej dla pisarza. A już na pewno dla Jerzego Pilcha. 
Wisła, kilkadziesiąt lat do tyłu, porządne, ewangelickie domy i ich zwyczaje. Rodzice, dziadek Pech i babka Pechowa. Ksiądz Kalinowski. Wisła, kilkanaście lat temu. Kiedyś.

Poniżej fragment opowiadania"Moje pierwsze samobójstwo".

(...) Wszystko szło jak po sznurku. Przedstawiłem początkującą piosenkarkę w jaszczurczozielonej sukni jako ambitną dziennikarkę zbierającą materiały  o naszych obyczajach, starzy zrobili dobrą minę, wzięli ją za widmo, machnęli ręką czy co tam jeszcze. Zgromadzonym zborownikom na jej widok zaparło dech w piersiach; ona grzecznie i skromnie ze wszystkimi się witała, pochylała się i dygała, co przy jej dekoltach było z Babilonu rodem, ale na moich współwyznawcach panieńska kindersztuba robi piorunujące wrażenie, nawet jak cyc na wierzchu. Potem moja aktualna miłość z tym i owym zaczęła rozmawiać i, jak mi się zdaje, nawet specjalnie się nie zbłaźniła brakiem merytoryzmu. Usłyszałem wprawdzie, jak pyta siedzącego obok pana Trąbę, czy ewangelicy obchodzą Boże Narodzenie, a jak tak, to kiedy? Ale bez histerii - nie było to jakieś wyjątkowe i specjalnie krwawe faux pas - większość przywożonych przeze mnie rzekomych znawczyń i pasjonatek protestantyzmu zadawała podobne pytania.
Pan Trąba jął jej zresztą odpowiadać z przychylnością, z nadmierną - powiedziałbym - przychylnością. Jął odpowiadać gorliwie, ale chaotycznie, co nie dziwota - widoczny zasięg jej solaryjnej opalenizny nie tylko jemu burzył koncentrację. Nawet ksiądz Kalinowski miał kłopoty z powitalnym słowem Bożym. Pół biedy, że Ojcze nasz mu się nie pomyliło."
To własnie jest literatura piękna.

niedziela, 23 grudnia 2012

Życzenia świąteczne


Życzę wszystkim dobrych i zdrowych Świąt Bożego Narodzenia, spędzonych wśród bliskich w   atmosferze  ciepła i spokoju.

Mordowanie nie jest łatwą pracą - wywiad z ZwB

 Dla mnie dzisiaj ogromna niespodzianka.
 Na stronie serwisu Zbrodnia w Bibliotece ukazał się wywiad przeprowadzony ze mną przez panią Jolantę Świetlikowską. Link do wywiadu  na stronie głównej bloga - "Mordowanie nie jest łatwą pracą". 
Oj, na pewno nie:))

Dzień bez Kubusi

Siedzę i gapię się w ekran komputera. Trochę czytam. Tu opowiadanie kryminalne, tam wywiad z panią Wałęsową. W domu spokój niesamowity, cisza. Dzisiaj zaspałam, piec wygaszony, zimno. Nie miał mnie kto obudzić. Kubusia przez całe lata z systematycznością i dokładnością szwajcarskich chronometrów budziła mnie wcześnie rano. Wstawałam, gdy zimno, podkładałam do pieca, dawałam jej jeść. Gdy było ciepło jej i Mikuni dawałam jeść, sobie zaparzałam kawę. Czasami kładłam się, żeby jeszcze pospać, gdy pisałam, od razu włączałam laptopa. Dziewczyny po jedzeniu zajmowały się swoimi sprawami, a ja mogłam spokojnie popisać.
 Miki wstaje dużo później niż Kuba, jest bardziej rozrywkowa, mniej obowiązkowa. Kubusia miała swoje rytuały i nie odpuszczała. Rano, po śniadaniu wychodziła na pole, nawet teraz gdy było bardzo zimno i spała przez godzinę, czasem dłużej w swoim wiklinowym koszyku, potem jedzenie i spanie w domu.Potem znowu musiała sprawdzić co się dzieje na zewnątrz. Wieczorem zawsze robiła obchód całego domu, musiałyśmy sprawdzić czy wszystko pozamykane, powyłączane. Kot- domownik.
Trudno będzie się przyzwyczaić do jej nieobecności. 
Zresztą, ja uważam, a dotyczy to w takim samym stopniu ludzi i zwierząt, że nasi bliscy umierając fizycznie, żyją nadal - w naszej pamięci, w opowieściach, czasami w książkach, które powstają  na kanwie losów tak ludzi jak i zwierząt.To tylko kwestia akceptacji braku obecności fizycznej. Tylko i aż, czasami nie do przeskoczenia.

sobota, 22 grudnia 2012

Kot mi umarł

Kot mi umarł. Nie ma już Kubusi a ja ciągle rozglądam się po domu i szukam jej oczami. Jeszcze w nocy wyskoczyła na łóżko, żeby się poprzytulać, a o jedenastej po trzech westchnięciach uszło z niej życie. Po prawie dziewiętnastu wspólnych latach trudno uwierzyć, że jej naprawdę nie ma. Była członkiem rodziny, bardzo ważnym, tak jak każdy z nas. Gdy wracałam z pracy po pierwsze pytałam jak spędziła dzień, czy jadła? Kubusia chorowała od kilku miesięcy i jej stan się pogarszał, ale walczyła o każdy dzień życia zacięcie. Miki chodzi po domu i szuka mamy. Marudzi. Dobrze wie, ze stało się coś nieodwracalnego. Dla nas wszystkich to będą smutne święta. W tym roku odeszła Stella, teraz Kubusia. Robi się pusto... 

piątek, 21 grudnia 2012

Kryminalny piątek - Mary Blandy

Natura ludzka jest niezmienna, a młode kobiety nadal z miłości popełniają głupstwa. Może nie tak nieodwracalne jak Mary Blandy, ale jednak...
Zacznijmy od początku.
Mary Blandy urodziła się w 1720 roku w w Anglii, w miejscowości Henley-one Thames. Była córką zamożnego adwokata, dziewczyną ładną i posażną. Cóż z tego, skoro żaden z potencjalnych kandydatów na męża nie zyskał uznania przyszłego teścia. Pan Blandy był mocno wybredny i nie miał zamiaru byle komu powierzać 10 tysięcy funtów posagu Mary. Dziewczyna znosiła fanaberie ojca, aż doszła do poważnego wieku dwudziestu sześciu lat i szanse na zamążpójście zmalały niemal do zera. Gdy już prawie straciła nadzieję, jak w bajce, poznała arystokratę, Wiliama Henry Cranstouna, piątego syna szkockiego para. Wiliam nie należał do przystojnych mężczyzn, nie miał szans na tytuł, ale spragniona zamążpójścia kobieta nie zważała na nic i zaczęła się z nim spotykać. Cranstoun zyskał także aprobatę matki dziewczyny, jedynie ojciec nie darzył go zaufaniem. Jak się okazało, nie bez podstaw. Cranstoun był już żonaty. Niemniej jednak zdążył pomieszkać w domu pana Blandy  i pożyć na jego koszt. Gdy okazało się, że pan Blandy jest w jego życiu dobrze zorientowany, Cranstoun przy pomocy Mary postanowił adwokata otruć. Wmówił dziewczynie, że za pomocą pewnego proszku dodawanego do jedzenia zdoła przekonać pana Blandego do Wiliama. Mary uległa i zaczęła systematycznie podtruwać ojca, a przy okazji także służbę. Czy naprawdę nie zdawała sobie sprawy z tego co robi, czy też po prostu nie była najmądrzejszą kobietą świata, nie wiemy.  Efektem podtruwania była śmierć pana Blandy. Mary została oskarżona o otrucie ojca. W czasie procesu wzbudziła sympatię sędziów przysięgłych, niestety nie uniknęła kary śmierci. Została stracona w 1752 roku.
Posag - przynęta dla Cranstouna - wynosił tylko 4 tysiące funtów.
Cranstoun uniknął kary, zdołał zbiec za granicę. Zmarł w wkrótce potem w nędzy.
Pieniądze szczęścia nie dają.

Źródło: Joanna Białkowska "Czarny leksykon"

czwartek, 20 grudnia 2012

Środa z książką - Jak przestać się martwić i zacząć żyć



Czwartek nie jest środą, ale w jakiś sposób muszę nadgonić czas, dlatego dzisiaj Dale Carnegie i jego książka. Bardzo wyjątkowa.
Gdy dzieje się źle, wszystko wali mi się na głowę i mam wrażenie jakbym otworzyła puszę Pandory sięgam po Dala  i czytam po raz kolejny jego rady. Proste, jasne i bardzo skuteczne. Wszystkie sprawdzone albo na własnej skórze, albo na skórze bliższych lub dalszych znajomych. Sam Carnegie był człowiekiem wyjątkowym. W młodości sprzedawca  ciężarówek -nieudolny i zniechęcony. W momencie gdy wszystko mu się waliło podjął decyzję o kompletnej zmianie stylu życia i przede wszystkim zmianie pracy. Zaczął się kształcić w Stanowym Kolegium Nauczycielskim w Warrensburgu w Missouri. Po skończeniu studiów otrzymał pracę na kursach wieczorowych YMCA. Zaczął uczyć ludzi przemawiania publicznego, pokonywania własnej nieśmiałości, pokonywania oporu przed kontaktem z inny, nieznajomymi ludźmi. Jego klientami często byli akwizytorzy i ludzie, którzy  występując publicznie chcieli zabłysnąć w swoim środowisku. Carnegie uczy by nie przywiązywać się zbytnio do dnia dzisiejszego, by nie rozpamiętywać przeszłości  "nie płakać nad rozlanym mlekiem". Radzi by nie wyobrażać sobie tego co będzie, nie nakręcać wyobraźnią spirali zdarzeń, które w ogóle mogą nie mieć miejsca. Powiem szczerze, jak każdy, kiedyś sięgałam po różnego rodzaju poradniki, które sprawiały, że usiłowałam doścignąć ideał i oczywiście fundowałam sobie dodatkowe stresy. Potem sięgnęłam po "Jak przestać się martwić i zacząć żyć" i wiem, że wystarczy tylko stosować się do jego rad by inaczej patrzeć na życie, wszak mamy je tylko jedno. Książkę szczerze polecam wszystkim, nie tylko tym którzy żyją w stresie. Jest świetnie napisana, zawiera mnóstwo przykładów "z życia wziętych", zatem stanowi bardzo pożyteczną lekturę. A że przy okazji kogoś odstresuje, sprawi, że ktoś zacznie inaczej patrzeć na świat. To będzie czysty, żywy zysk.
A tak nawiasem mówiąc, książka została napisana siedemdziesiąt lat temu, a napisanie jej poprzedziły badania trwające siedem lat :)

sobota, 15 grudnia 2012

Wszystkie grzechy nieboszczyka już można kupić :))




Nie wierzyłam, że napisałam "prawdziwą" książkę do momentu, aż ta książka do mnie dotarła. Do księgarni dociera powoli, ale na pewno będzie. Można już Nieboszczyka kupić w księgarni wysyłkowej Empiku, w Gandalfie, oraz w macierzystej, patronackiej księgarni Zbrodni w Bibliotece. Zachęcam do czytania, bo to fajna komedia kryminalna jest. Do tego ubezpieczeniowa, a takiej jeszcze u nas nie było. Zapraszam do czytania i odpoczywania z Nieboszczykiem w ręku

piątek, 14 grudnia 2012

Kryminalny piątek - Mafia dla psa

Mafia to mafia. Z mafią się nie dyskutuje, mafii się słucha i jej podporządkowuje, zwłaszcza, jeżeli w grę wchodzi słuszna sprawa. A wchodzi. Nie raz i nie dwa, także na poprzednim blogu pisałam o losie katowanych, wyrzucanych i poniewieranych zwierząt. Nie tylko psów. Jak słyszę, że mieszkaniec bloku mówi, że woli mieć w piwnicy szczury niż koty, w związku z czym domyka okienka na dziesiątą stronę i wydzwania do administracji, to mnie trafia równo. Jak ktoś jest miłośnikiem szczurów, to niech sobie zwierzątko w domu trzyma i się z nim bawi. Brak wyobraźni u ludzi, brak empatii i takiego najprostszego postawienia się w sytuacji przemarzniętego, głodnego zwierzaka, który ciężko wystraszony nie będzie w podskokach podbiegał, tylko nauczony doświadczeniem odbiegnie kawałek dalej, schowa się, zaczeka. 
Bo wie, że od człowieka może spodziewać się różnych doznań, a jak mówi Mafioso Główny czyli Piotr Cyrwus, " nery potem bolą".
Jestem pod wrażeniem nie tylko dosadnego, ale mam nadzieję, skutecznego przekazu, ale także gry całej ekipy. Mówione, tak jak się mówi, pokazane bez zbędnych ceregieli. Zagrane koncertowo. Siła przekazu niesamowita. 
Link:https://www.youtube.com/watch?v=1quiKLMy0ng Albo po prostu, mafia dla psa:))
oraz na :http://www.siepomaga.pl/dlapsa/

środa, 12 grudnia 2012

Środa z książką - Koziołek Matołek

Ciuchy dla dam do uprawiania sportów zimowych. Może niewygodne, ale ładne
Muzeum Zamek w Oświęcimiu - to brzmi poważnie. Tylko brzmi :)
Dzisiaj, pomimo przeziębienia,  poszłam na otwarcie wystawy poświęconej dawnym zabawkom. 


Okres przedświąteczny, czas prezentów i wspomnień. Piękna choinka, podświetlony zamek, atmosfera uroczysta, ale bez pompy. Bardzo sympatycznie. Na początek niespodzianka; etiuda teatralna, miłość ożywia nawet lalki. Piękna muzyka, dzieci i dorośli zachwyceni. Potem zwiedzanie i kolejne wzruszenia. Tak naprawdę powinnam dzisiaj zaproponować kolejną książkę, mamy środę, ale umówmy się, że książką na dzisiaj są jedyne, niepowtarzalne i nieśmiertelne (czy teraźniejsze dzieci jeszcze je czytają?) "Przygody Koziołka Matołka" Kornela Makuszyńskiego. W Pacanowie kozy kują... 

A to wózek dla lalek i oczywiście dziadkowy fotel na biegunach


wtorek, 11 grudnia 2012

Jest super...

Super jest. Czuję jak podstępnie atakuje mnie przeziębienie. Nawet rum do herbaty nie pomógł. Nie lubię rumu, i ten wlewany do herbaty z cytryną piję "na rozum", żeby nie zażywać potem tych wszystkich przeciwgrypowych. Teraz siedzę tak już mało przytomna i rozważam czy powtórzyć kurację na noc czy czekać co będzie. Ale chyba dobrze nie będzie bo mi się oczka zapadają  i czuję, że mam kości i mięśnie... i w ogóle coś za dużo czuję.
Powód przeziębienia prozaiczny, podróż autobusem kawałek za miasto. Pół godziny czekania na przystanku w jedną i pół godziny w drugą stronę. A twierdziłam, że lubię jeździć komunikacją zbiorową. Zapomniałam o zimie.A dzisiaj tak bardziej wstrętnie było. Bez słońca, wiatr podstępny, breja nie uprzątnięta na chodnikach. Chodzi się fatalnie. Ale widok na pałacyk w Rajsku ukryty za drzewami całkiem sympatyczny.

Pałacyk przeziera zza gałęzi

Lubię zimę, w telewizorze...  jednak rum ;)

niedziela, 9 grudnia 2012

Czas przeleciał

Jak popatrzyłam na datę ostatniego wpisu, to aż oczy przetarłam. Nawet nie wiem kiedy mi ten czas przeleciał. Ale przeleciał i był poświęcony wytężonej pracy. Panuje opinia, że jeżeli mamy mało pracy, to czas nam się rozmywa, rozchodzi, bo zawsze się nam wydaje, że zdążymy. Z kolei, gdy mamy bardzo dużo do zrobienia to musimy sobie pracę tak zorganizować, żeby zdążyć ze wszystkim i wywiązać się ze wszystkich obowiązków. Powoli poukładałam sobie harmonogram zajęć i wracam do starego rytmu.
"Wszystkie grzechy nieboszczyka" miały swoją premierę 7 mego grudnia. Na blogu będę informowała na bieżąco o ich pojawieniu się w księgarniach internetowych( zapewne jutro, ale się zobaczy) i w księgarniach "normalnych". U mnie przeważa ciekawość, jak sobie Nieboszczyk poradzi :) Ja postaram się mu pomóc na tyle na ile potrafię. 
Życzę wszystkim miłego, zimowego dnia. U nas powoli przebija się słoneczko.

piątek, 30 listopada 2012

Kryminalny piątek - pogawędki

Wczoraj spędziłam trochę czasu czytając wywiady.
Wywiady z autorami kryminałów. Serwis Zbrodnia w Bibliotece zajmuje się powieścią kryminalną całościowo. Patronuje, nadzoruje, recenzuje. Publikuje opowiadania kryminalne tak autorów znanych, jak i tych rozpoczynających swoją pisarską drogę. Reprezentacja Zbrodni w Bibliotece uczestniczy w przeróżnych imprezach związanych z kryminałem. 
Sasza Hady została nazwana różą wśród pola chwastów. Bardzo romantyczne określenie. Czerwona czy biała?
Ja chciałabym polecić szczególnie wywiady z autorami kryminałów. Niebanalne pytania, ciekawe, nieraz zaskakujące odpowiedzi. Duża przyjemność czytania i poznawania. A wszystko to pod tym adresemhttp://www.zbrodniawbibliotece.pl

środa, 28 listopada 2012

Środa z książką - Psy są z Marsa, koty są z Wenus


Ta książka jest najlepszym przykładem tego, że mniej równa się lepiej. 64 Strony cudnie ilustrowane przez Madeleine Hardie przyciągają jak magnes. Książka napisana lekko, zabawnie i... mądrze.
 Zawsze starałam się obdarzać mieszkające ze mną zwierzęta równą porcją miłości tj: jedzenie takie jak lubią, drapanie kiedy chcą, zabawa, gdy na zabawę mają ochotę, opieka - gdy chore. Oraz ciągłe, słowne deklaracje przywiązania, pamięci i miłości. Zawsze po równo.Przy szóstce zwierząt - cztery koty, dwa psy, bywało niełatwo. Teraz to nie problem. Dwie kocice, dwie ręce do głaskania synchronicznego. Trzeba uważać, bo dziewczyny chyba liczą ilość głaśnięć na głowę;)
O książce nie będę opowiadała,  trzeba ją przeczytać, natomiast zacytuję kawałek, tak dla zachęty:
..." Psy i koty w całkowicie odmienny sposób radzą sobie ze stresem. Reakcją kotów na stres jest ucieczka w sen. Psy radzą sobie ze stresem zapominając co go wywołało.
Motywacje psów i kotów są całkowicie różne. Motywem działania u psów bywa lojalność, chęć współzawodnictwa, poszukiwanie jedzenia, widok smyczy, poszukiwanie jedzenia, joie-de-vivre, rzucane patyki i poszukiwanie jedzenia. Kotów w zasadzie nic nie motywuje.
Obsesja na punkcie jedzenia także objawia się różnie. Pies koncentruje się przede wszystkim na jego ilości, zaś kota najbardziej interesuje, ile kosztowało."
Wszystko to prawda, sama prawda i tylko prawda. Wiem z doświadczenia. Autor potrafił o tym napisać:)

wtorek, 27 listopada 2012

Wydarzenia krytyczne cdn.

No cóż... dzisiaj dalszy ciąg wydarzeń krytycznych. Pomyślałam, że jak już, to będzie komplet.
Dzisiaj moja  ukochana kocica przy przyjmowaniu tabletki za szybko zamknęła pyszczek. Wprawdzie u osiemnastolatki  ząbki mocno przetrzebione, ale te którymi dysponuje w połączeniu z wrodzoną werwą zaprawioną wściekłością boleśnie odcisnęły się na moim prawym palcu wskazującym i pisze mi się nieszczególnie. To też potraktowałam jako wydarzenie krytyczne;)

A oto co jeszcze możemy zaliczyć do wydarzeń krytycznych:

21.Zmiana obowiązków w pracy
22.Syn lub córka opuszcza dom
23.Kłopoty z teściową
24.Wybitne osiągnięcia osobiste
25.Żona zaczyna lub przestaje pracować
26.Rozpoczęcie lub zakończenie nauki szkolnej
27.Zmiana warunków życia
28.Zmiana nawyków osobistych
29.Kłopoty z szefem
30.Zmiana godzin lub warunków pracy
31.Zmiana miejsca zamieszkania
32.Zmiana szkoły
33.Zmiana rozrywek
34.Zmiana w zakresie aktywności religijnej
35.Zmiana aktywności towarzyskiej
36.Kredyt lub pożyczka poniżej 10 000 dolarów
37.Zmiana nawyków dotyczących snu
38.Zmiana członków rodziny zbierających się razem
39.Zmiana w nawykach dotyczących jedzenia
40.Urlop
41. Boże Narodzenie
42.Pomniejsze naruszenie prawa

Można dopisywać swoje wydarzenia krytyczne, na pewno będą się różniły od amerykańskich. Ciekawe kiedy będę mogła sobie zrobić urlop;)

piątek, 23 listopada 2012

Kryminalny piątek - Margaret Allen

Pani Nancy Ellen Chadwick, 68 letnia mieszkanka Rawtenstall  w hrabstwie Lancashire cieszyła się, jeżeli można tak powiedzieć, opinią niesympatycznej dziwaczki. Zmarła 29 sierpnia 1949 roku. Początkowo podejrzewano, iż jej śmierć jest wynikiem wypadku drogowego. Po sekcji okazało się, że komuś pani Chadwick wydała się wyjątkowo niesympatyczna. Świadczyły o tym wgniecenia czaszki powstałe w wyniku uderzeń młotkiem. Podjęto śledztwo, które wykazało, że ostatni raz widziano panią Chadwick żywą, gdy zmierzała w kierunku domu pani Margaret Allen. Pani Allen uchodziła za osobę nieco dziwną i społecznie nieprzystosowaną o skłonnościach lesbijskich. Pracowała jako konduktorka, potem rzuciła pracę i spędzała czas przesiadując w okolicznym pubie. Nikt nie wiedział z czego żyła. Miała 42 lata i nosiła się zdecydowanie po męsku. Po śmierci pani Chadwick, pani Allen pracowicie zwracała na siebie uwagę miejscowej policji. Ciągle przypominała sobie szczegóły dotyczące wizyty pani Chadwick, snuła własne teorie i zaczynała znajdować przyjemność w udzielaniu wywiadów okolicznym gazetom. Celebrytka - przestępczyni tamtych czasów. Nie tylko udzielała wywiadów ale także "znalazła" torebkę zamordowanej, porzuconą w rzece, w miejscu nie rzucającym się w oczy. Tym jeszcze bardziej zwróciła na siebie uwagę policji. Poza tym opowiadała jak zmarła siadała na ławce i przeliczała pieniądze  drażniąc tym otoczenie. Trzydziestego pierwszego  sierpnia kobieta była przesłuchiwana w charakterze świadka, a już pierwszego września policja przeprowadziła rewizję w jej domku. W czasie rewizji Margarett Allen przyznała się do zamordowania pani Chadwick i do ukrywania jej w piwnicy na węgiel. Wieczorem ciało przeniosła na skraj ulicy, niestety zbyt blisko swojego domu. Pani Allen zeznała, że pani Chadwick koniecznie chciała wstąpić do jej domu. Wpuściła ją, czując, że nie powinna tego robić, potem popatrzyła na leżący z boku młotek, a potem zabiła. Pieniądze wyciągnęła z torebki, torebkę wyrzuciła. Wszystko pozałatwiała tylko zbyt blisko własnego domu, ale o tym drobnym szczególe nie pomyślała. 
Pani Allen została skazana na śmierć przez powieszenie. Wyrok wykonano.

środa, 21 listopada 2012

Środa z książką - Wszystkie grzechy nieboszczyka

Zastanawiałam się czy wypada pisać o własnej książce i to w momencie gdy jeszcze fizycznie jej nie ma. Ale niech tam, dzisiaj trochę autoreklamy. Czekam z niecierpliwością na jej pierwsze egzemplarze. To musi być bardzo ekscytujące, trzymać w rekach efekt swojej długiej pracy, przewracać strony, sprawdzać po raz kolejny czy nigdzie nie popełniłam błędu. Niedawno zaglądnęłam na stronę pani Joanny Chmielewskiej i zobaczyłam fajne zdjęcie, półka z książkami pani Joanny i ona na tym  jakże inspirującym tle. Aż strach marzyć;)
Zastanawiałam się w jaki sposób mogłabym zachęcić do czytania Nieboszczyka. No cóż... jeżeli ktoś lubi książki nie do końca serio, napisane z, jak myślę, poczuciem humoru i dystansem, rozgrywające się do tego w dość egzotycznej scenerii, a za taką mogę uznać realia małej firmy ubezpieczeniowej, to zapraszam. Wejdziecie w całkiem inny, interesujący świat pracowników firmy ubezpieczeniowej, bardzo zaradnych i pomysłowych, poznacie sympatycznego komisarza, który nie rzuca palenia, nie ma kłopotów rodzinnych i nie stacza się jako alkoholik pierwszej klasy. Robi coś całkiem innego...
Książka w grudniu będzie dostępna tak w księgarniach, w tym sieci EMPIK czy Weltbild, jak i w sprzedaży internetowej. Ale o tym będę informowała na bieżąco. Tyle dzisiaj, na zachętę :))
Poza tym uważam, że Nieboszczyk ma cudowną !!! okładkę.

wtorek, 20 listopada 2012

Nie palcie przy czytaniu

W przerwie pomiędzy nieustającymi obowiązkami poszłam dzisiaj do biblioteki. Oddałam zaległe książki, wypożyczyłam nowe. Z wybranych tytułów ucieszyłam się i to bardzo, "Precz z brunetami" Marty Obuch, coś Tatiany Polakowej, Ostaszewki i Nienacki. Wiedziałam, że czekają mnie miłe chwile z książką.
I otóż to. Nie czekają, albo dopiero po gruntownym wietrzeniu. Przyniosłam do domu książki tak śmierdzące, przesiąknięte dymem papierosowym, że mnie odrzuca. Pierwszy raz się to zdarzyło i do przyjemności nie należy. W związku z tym mój apel do wypożyczających książki z bibliotek oraz pożyczających książki od znajomych: nie palcie przy czytaniu, nie kładźcie książek przy popielniczce. Pamiętajcie, że nie jesteście jedyni. Nie każdy lubi wdychać papierosowy odór.

niedziela, 18 listopada 2012

Wydarzenia krytyczne

Żeby odreagować po wyjątkowo pracowitym weekendzie (weekend i praca nie bardzo pasują do siebie, ale powtarzają się wyjątkowo często) sięgnęłam do kursu psychologii. Jakiś czas temu postanowiłam się trochę douczyć w dziedzinie psychologii, była to wyjątkowo kosztowna nauka :)
 Żadnych egzaminów nie zdawałam, nawet, wstyd się przyznać, nie wszystkie lekcje przeczytałam. Ale na wszystko przychodzi odpowiednia pora, więc może kiedyś...
Wracając do tematu, sięgnęłam i znalazłam lekcję poświęconą krytycznym wydarzeniom życiowym.  Wydarzenia krytyczne to takie stresy, które w istotny sposób wpływają na kierunek i dalszy przebieg naszego życia.

Poniżej podaję amerykańską pierwszą dwudziestkę:

1. Śmierć współmałżonka
2. Rozwód
3. Separacja
4. Kara więzienia
5. Śmierć bliskiego członka rodziny
6. Własna choroba lub uszkodzenie ciała
7. Małżeństwo
8. Utrata pracy
9. Pogodzenie się ze współmałżonkiem
10.Odejście na emeryturę
11.Zmiana stanu zdrowia członka rodziny
12.Ciąża
13.Kłopoty seksualne
13.Pojawienie się nowego członka rodziny
14. Reorganizacja przedsiębiorstwa
15.Zmiana stanu finansów
16.Śmierć bliskiego przyjaciela
17.Zmiana kierunku pracy
18.Zmiana częstotliwości kłótni ze współmałżonkiem
19.Kredyt ponad 10 000 dolarów
20.Pozbawienie prawa do kredytu lub pożyczki

Jest tego dużo więcej, ale nie napisali na której pozycji lokuje się stres związany z wydaniem pierwszej książki. Nie powinnam się przejmować. "Wszystkie grzechy nieboszczyka" napisałam jakiś czas temu i zdążyłam się do nich przyzwyczaić, mam za sobą prace nad ostatecznym kształtem książki, piszę coś zupełnie innego, ale jednak myślę. Wygląda mi na to, że ja ostatnio za dużo myślę. A to podobno niezdrowe;)


środa, 14 listopada 2012

Środa z książką - KOTY


"Koty" to książka niezwykła. Wiersze w przekładzie Stanisława Barańczaka to nieustająca przyjemność czytania i wyobrażania sobie co mój kot uczyniłby w danej sytuacji.  Dzisiaj przeczytałam, że 09.listopada 2012 zmarła wdowa po T.S.Eliocie Valerie Eliot. Założycielka Old Possum's Practical Trust czyli Praktycznego Trustu Starego Oposa. Nie wiedziałam, że faktyczny tytuł książki brzmi: "Koty. Praktyczny Przewodnik Starego Oposa".  Pieniądze przeznaczone na działalność fundacji pochodzą z tantiem i praw autorskich do tekstów "Kotów" wykorzystanych w musicalu Andrew Lloyda Webera "Koty"
Dla zachęty do czytania fragment wiersza z okładki:

Życie z kotem Naprzekórkiem nie jest łatwe,
Gdyż wprowadza on w to życie zamęt:
Dać mu kawior - on by wolał kuropatwę.
Dom mu kupić - on by wolał apartament.
Mysz podsunąć do gonienia - chciałby szczura.
Szczura wskazać - preferuje znowu mysz:
Nic nie wskórasz u kocura Naprzekura.
Taka bowiem tego gbura jest natura...

Czy to aby na pewno tekst tylko o kotach ;)

poniedziałek, 12 listopada 2012

Prażone na niepogodę





Nie prowadzę bloga kulinarnego i tych, którzy lubią jeść i gotować, a nade wszystko oglądać smakołyki odsyłam do http://www.tapasdecolores.blogspot.com
Wczoraj była taka ładna pogoda, że pomyślałam o prażonych, ale zanim się sprężyłam, to okazało się, że w lodówce brak potrzebnych produktów, bo prażone to nie tylko ziemniaki,ale także boczek, kiełbasa, marchewka, zielona pietruszka i cebula w ilości dowolnej. Prażone można przygotować w prosty sposób i tak w wersji zewnętrznej, wtedy potrzebujemy garnek żeliwny, oraz w wersji domowej, najlepiej naczynie żaroodporne.Wersja na dwie osoby, które lubią jeść to co zostało na następny dzień, albo na cztery na raz: osiem do dziesięciu ziemniaków obrać, umyć, pokroić w plasterki, można na krajalnicy. Kiełbasy, boczku, mogą być pokrojone parówki, jak kto lubi, dwie cebule średnie lub jedna duża, jedna średnia marchewka, pietruszka zielona i kapusta do nakrycia, sól, pieprz do smaku.Naczynie żaroodporne smarujemy tłuszczem, ja się posłużyłam margaryną Kasia, ale to jak kto woli. Nakładamy warstwę ziemniaków, solimy, pieprzymy. Na ziemniaki nakładamy pokrojoną wędlinę, pokrojoną w plasterki marchewkę, krążki cebuli i zieloną pietruszkę. Na to znowu warstwę ziemniaków, a na ziemniaki znowu wędlinę, marchew itd. Ostatnia warstwa to ziemniaki, które znowu solimy i pieprzymy, kładziemy na nie tłuszcz i liście kapusty włoskiej lub zwykłej. Pokrywę tak jak i całe naczynie smarujemy tłuszczem i wkładamy do nagrzanego piekarnika na około pięćdziesiąt minut. Zapach, który będzie się rozchodził po mieszkaniu zrekompensuje nam pracę włożoną w przygotowanie potrawy. Zdjęcia dokumentują moje ostatnie zmagania z prażonymi. Chyba zrobię jutro na obiad :))
W taki sposób mam balans dla deszczowej pogody,  niskiego ciśnienia i ogólnego zniechęcenia. Generalnie bardzo lubię jeść;)

niedziela, 11 listopada 2012

Patriotyzm lokalny - Oświęcim

Kilkanaście lat temu dostałam małą książeczkę. Zbiorek wierszy Jadwigi Szczotki "Dla wspomnień". Cienka, niebieska książeczka, a w niej wiersze na różne okazje, często dedykowane. Pani Jadwiga, kuzynka mojej babci Zosi  mieszkała w Oświęcimiu, a pisanie wierszy było jej pasją i powołaniem. Od czasu do czasu czytuję sobie Jej wiersze i wzruszam się bardzo. 
Dzisiaj z okazji Święta Niepodległości chciałabym przypomnieć wiersz "Oświęcim". Bo właśnie to, że mieszkamy spokojnie w mieście z bogatą historią i tradycją zawdzięczamy tym którzy walczyli o niepodległość. 

Oświęcim

Na mym ramieniu plecak zawieszony
do siebie wracam, tu rodzinne strony.
Wstęga mnie wita, to jest Soła nasza
i Most Piastowski do przejścia zaprasza.
Z zachwytem patrzę na bulwar zieleni,
który się w wodzie przezroczystej mieni,
wiatr muska liście, kielichy kołysze,
szumem przerywa tej zadumy ciszę.
A z lewej zamek, gdy spojrzysz do góry,
nie jest ogromny i nie sięga chmury,
bo na niewielkim usypisku stoi,
wśród dębów, klonów, zielonych powoi.
Przy drodze kościół parafialny wita!
Czy wstąpisz do mnie przechodnia zapyta.
Potem jest rynek, stoi ratusz stary,
kwiatów przepięknych wokoło bez miary
i kamieniczki barwnie się kłaniają,
te o przeszłości smutnej rozmyślają.
Oj, gdyby one naszą mowę znały,
wiele słów rzewnych by nam powiedziały.
Słuchaj! Gra hejnał naszego sławnego
kompozytora pana Orłowskiego.
Dalej znów klasztor Salezjański, wielki
i Sanktuarium jest Wspomożycielki.
Tu do Maryi ludzi cała rzesza,
by spraszać łaski, dziękować pospiesza.
Wszystko w mym sercu, wszystko w mej pamięci,
to jest mój drogi, rodzinny Oświęcim.

Miłego i spokojnego świętowania.

sobota, 10 listopada 2012

Miejsca czy ludzie?


Prawie dwa lata temu usłyszałam pytanie: co jest dla mnie ważniejsze, miejsca czy ludzie? 
Wtedy nie potrafiłam odpowiedzieć. Nie potrafiłam także odpowiedzieć sama sobie w ciągu kilkunastu ostatnich miesięcy w zależności od okoliczności skłaniając się albo do jednej albo do drugiej opcji. Po głębokim zastanowieniu wybieram ludzi, tak prędko znikają z naszego życia potrzebni na już po drugiej stronie. Cieszmy się ich obecnością dopóki są. 
A miejsca? Miejsca są.
Każdy sam sobie odpowiada na to jakże ważne pytanie.

Kryminalny piątek - Herbert Rowse Armstrong


Herbert Rowse Armstrong należy do tych morderców - trucicieli, o których się nie zapomina. Urodził się 13 maja 1869 roku w Plymuth w Dewon. W 1895 został absolwentem prawa w Cambridge w kolegium świętej Katarzyny, adwokatem, urzędnikiem sądu pokoju w Hay -on- Wye. Godnym szacunku obywatelem. Od 1907   roku był mężem Katherine Mary. Mieszkali w domu o nazwie Mayfield  w dolinie Cusop Dingle. Mieli troje dzieci. Uchodzili za szczęśliwe i dobrze dobrane małżeństwo. W czasie pierwszej wojny światowej Armstrong służył w wojsku i doszedł do stopnia majora i tym tytułem się potem posługiwał. Major Armstrong był mężczyzną o drobnej budowie ciała, nieco podporządkowanym żonie. Jego żona, nieco solidniejszej budowy osoba, miała nieznośną manię karcenia męża, zwłaszcza na forum publicznym. Major Armstrong wszelkie uwagi żony znosił cierpliwie. 1 Lipca 1920 roku major zdołał skłonić żonę do sporządzenia testamentu na jego korzyść. W niedługi czas potem pani Armstrong z powodu pogarszającego się stanu zdrowia została umieszczona w szpitalu psychiatrycznym, a pan Armstrong nabrał zwyczaju wyjazdów do Londynu i korzystania z dotąd mu niedostępnych uciech.  W styczniu 1921 roku stan pani Armstrong tak się poprawił, że została ze szpitala wypisana do domu. Niestety nie cieszyła się zbyt długo życiem, zmarła 22 lutego 1921 roku.  Za przyczynę zgonu lekarz uznał chorobę serca. Major Armstrong pogrążył się w żałobie.  
Na szarfie przyczepionej do wieńca kazał napisać: "Od Herberta i piskląt". Gdyby major Armstrong poprzestał na pozbyciu się żony, jego nazwisko utonęłoby w masie nazwisk  członków palestry. Nie wytrzymał. We wrześniu 1921 roku niejaki Oswald Norman Martin otrzymał drogą pocztową bombonierkę.   Przyniósł ją do domu i poczęstował nią jednego ze swoich znajomych, którego akurat gościł na obiedzie. Znajomy się rozchorował. Zaraz potem Martin został zaproszony przez majora Armstronga na popołudniową herbatkę. Zaproszenie dziwiło ponieważ panowie byli konkurentami w interesach. W czasie herbatki Martin został poczęstowany konkretną kanapką, po której zjedzeniu rozchorował się. Trafił do lekarza, który wypisał akt zgonu pani Armstrong. Lekarz skojarzył objawy i wysłał próbkę moczu pana Martina do laboratorium, do zbadania. Okazało się, że zawierała 1/33 grama arszeniku. Prokurator wszczął śledztwo. By nie wzbudzać podejrzeń w majorze Armstrongu poprosił Martina by ten nadal przyjmował wizyty i poczęstunki majora. Można sobie wyobrazić jakie katusze przeżywał pan Martin siedząc przy wspólnym z Armstrongiem stole. Wreszcie 31 grudnia 1921 roku major Armstrong został aresztowany i oskarżony o otrucie zony. Sekcję pani Armstrong przeprowadził jeden z najsłynniejszych w tamtych czasach patologów doktor Bernard Spilsbury. W niektórych narządach znaleziono 3 i 1/2 grama arszeniku. Pan Armstrong był wielkim amatorem trucia mleczy i do tegoż trucia używał właśnie arszeniku. Major Armstrong został uznany za winnego i stracony przez powieszenie w dniu 31 maja 1922 roku. Wyrok w więzieniu Gloucester wykonał kat John Ellis. 
Dzieci Armstrongów trafiły do rodzin zastępczych. Można sobie wyobrazić szok jaki przeżyła ich najstarsza córka  Margaret gdy zobaczyła swojego ojca wśród morderców w muzeum figur woskowych Madame Tussauds. 
Na temat sprawy Armstronga napisano ponad 80 książek. Między innymi książkę napisał Martin Beales, także adwokat, który kupił dom Armstrongów. 

Na podstawie: Czarny leksykon - Joanna Białecka
Na podstawie artykułu Rogera Clarka w The Independent z 13 .05. 1995 r.